Wzrost konsumpcji kultury w Polsce – dwa słowa komentarza:

Kolejnym, bardzo ciekawym tematem poruszonym tym razem przez Simana był wzrost konsumpcji kultury w Polsce. Ludzie częściej chodzą do kina, częściej kupują filmy i albumy z muzyką. Częściej też grają w gry planszowe. W wymienionych aspektach konsumpcja dóbr kultury, a przynajmniej legalna, w pierwszym obiegu znacząco wzrosła.

Przyjrzałem się statystykom i faktycznie jest poprawa. I, jako, że już wielokrotnie narzekałem na ten temat, to chciałbym napisać kilka słów komentarza.

Po pierwsze: nie jest to zjawisko powszechne:

Należy zauważyć, że nie obejmuje to wszystkich dziedzin rynku kultury. Przykładowo na rynku książki jest źle, ale stabilnie. W okolicy roku 2008 sprzedaż książek znacząco spadła i od tego momentu oscyluje wokół mniej-więcej zbliżonego poziomu. Do czytania książek przyznaje się obecnie koło 35-38 procent społeczeństwa, zależnie od roku, w którym przeprowadzono badania. Przed rokiem 2008 robiło to około 50 procent narodu.

Podejrzewać można, że rynek książki sięgnął dna i więcej pewnie już nie spadnie, a przynajmniej nie prędko.

Na rynek książki wpływ miało wiele czynników. W pierwszej kolejności należy pamiętać, że jest on bardzo zatomizowany i podzielony na wiele, nie oddziałujących na siebie segmentów. Mamy więc rynek literatury pięknej, literatury faktu, pozycji naukowych i popularnonaukowych, poradników, albumów i słowników.

Sytuację nań kształtuje szereg trendów. Do tych należą:

  • tradycyjnie małe czytelnictwo w Polsce

  • niż demograficzny i mała liczba uczniów w szkołach (która poważnie zaszkodziła rynkowi podręczników, opracowań i sprzedaży lektur szkolnych).

  • wysokie ceny najmu lokali

  • wyludnianie się małych miejscowości

  • związany z trzema poprzednimi zanik małych księgarni

  • niekorzystne praktyki dużych sieci księgarskich

  • rozwój Internetu i usług pokrewnych, wiążący się z przemianami strukturalnymi na rynku słowników, atlasów i poradników (tzn. ludzie zamiast kupować mapę / słownik / poradnik szukają drogi / tłumaczenia / porad w Internecie).

Aczkolwiek jestem zdania, że zjawiska o których mowa niżej zachodzą. Rynek książki jest po prostu inny, niż

Podaż czyni popyt, czyli wyjaśnienie fenomenu:

Myślę, że fenomen ten da się wyjaśnić odwołaniem do pierwszego prawa Saya, czyli maksymy, od której rozpocząłem ten akapit. Problem z polskim rynkiem kultury polega na tym, że bardzo trudno jest być na nim legalnym odbiorcom. W prawdzie nie jest już tak, jak w latach 90-tych (gdy bycie legalnym było niemal niemożliwe), ale nadal jest to trudne.

W tym momencie ludzie z większych miast, którzy czytają ten blog zaczynają pewnie myśleć „co za głupoty piszesz”, jednak należy pamiętać, że nie każdy mieszka w dużym mieście. A raczej: jednym z największych miast.

Opowieść o kinie w Rzeszowie:

Jest historią prozaiczną. W roku 2011 w Rzeszowie otwarto Multikino.

Było to pierwsze sensowne kino na Podkarpaciu.

Jest to o tyle ważne wydarzenie kulturalne, że wcześniej województwo, gdzie mieszka więcej ludzi niż w całej Estonii nie posiadało takowego.

Owszem, kina były, ale małe. Sanok miał legendarne kino w Domu Kultury, znane z tego, że repertuar jest sprzed kwartału, a seans może zostać odwołany, bo któraś ze szkół w mieście zgłosi zapotrzebowanie na dużą salę celem urządzenia konkursu recytatorskiego. Nie inaczej wyglądała nawiasem mówiąc sytuacja w moim kochanym Ciemnogrodzie, tylko, że my mieliśmy mniej okazji, żeby się publicznie ośmieszyć. W końcu to nie my reklamujemy swoją osadę jako „Sanok: miasto kultury”. Raczej kurde przybudówka do tego waszego skansenu…

Podobnie wyglądała sytuacja w Sandomierzu, Brzozowie, Jaśle i Ustrzykach. W Krośnie i w Przemyślu było trochę lepiej, były tam po 2-3 kina z jedną salą, repertuar był mniej-więcej na czasie. Nie jest to jednak szczególne osiągnięcie jak na nie tak dawne stolice województw. O takich pipidówach, jak Łańcut, Rymanów czy Zagórz nie warto nawet wspominać.

Nie mam pojęcia, jak wyglądała sytuacja w Stalowej Woli.

Ogólnie jednak standard wszędzie był taki sam: jedna sala, mało seansów, zwykle opóźnione premiery. Tłok, niewygoda, czasem szczury i grzyb.

Od 2011 w Rzeszowie otworzyli jeszcze kilka kin, obecnie Google pokazuje mi trzy takie przemysłowe multipleksy.

I co? Dojazd do Rzeszowa trwa około półtorej godziny autobusem lub godzinę samochodem. Nie jest to mało, ale nikt, kto mieszkał choć chwile w Krakowie lub Warszawie też nie będzie upierał się, że dużo.

Tak więc w chwili, gdy człowiek musi zastanawiać się, czy jechać półtorej godziny na film na którym mu bardzo zależy, czekać aż trafi on do jego lokalnego kina, czy też aż będzie on w Internecie, to ma jasną odpowiedź. Podobnie, jak człowiek, który chciałby popisać się przed dziewczyną, albo zrobić coś podobnego.

Podobnie jak oczywistością było jeszcze niedawno czekać, aż film „wyjdzie w internecie”.

I taka jest niestety rzeczywistość Polski powiatowej.

Prawda jest taka, że nikt nie będzie kupował książek, filmów, muzyki etc. jeśli nie będzie gdzie ich kupić.

Planszówki:

Siman poruszył też temat gier planszowych i moim zdaniem też działa tu wymienione prawo Saya. Mianowicie: dziesięć lat temu gry planszowe najczęściej kupowało się w takich małych, śmiesznych sklepikach, prowadzonych przez pasjonatów. Obecnie w każdym większym mieście są wyspecjalizowane sklepy (pewnie też prowadzone przez pasjonatów) z własnymi salami do grania, grami do przetestowania etc.

W mniejszych miastach planszówki można nabyć też w co lepszych księgarniach, a okresowo, przed Bożym Narodzeniem i Dniem Dziecka także w marketach takich sieci jak Biedrinka, Lidl i Stokrotka.

Ludzie mają gdzie kupować, więc kupują.

Internet i inne takie:

Po drugie: ekspansja Internetu.

Jest ona równoznaczna z ekspansją sklepów internetowych.

Ta odbywa się na dwa sposoby: wszerz i wzwyż. Ekspansja wszerz polega na tym, że coraz więcej osób posiada dostęp do Internetu oraz narzędzia do tego. Już nie mówię nawet „komputery”, bo z tych coraz więcej osób rezygnuje, ale po prostu telefony. I na dzień dzisiejszy kupić telefon bez możliwości całkiem sensownego użycia netu jest wyzwaniem.

Ekspansja wzwyż polega natomiast na tym, że coraz więcej ludzi potrafi coraz lepiej z sieci korzystać. W zasadzie to w grupie wiekowej 10-60 sieci używa już prawie każdy. Owszem, są wyjątki, jednak jest to już najczęściej świadoma i dobrowolna rezygnacja.

Tak więc, jeśli czegoś nie ma w rodzimej okolicy, to zawsze można to kupić w Internecie. Tak więc ponownie działa tutaj prawo Saya.

Migracja wewnętrzna:

Kolejna rzecz polega na tym, że te małe, kiepsko zaopatrzone miasteczka, w których najlepszym sklepem jest Biedronka (a i to dobrze, że jest) powoli wymierają. Młodzi wyjechali: jak nie za granicę, to do Warszawy, Wrocławia lub co najmniej Rzeszowa.

Powiem szczerze: życie w dużym mieście nie oznacza kokosów. Ani wygód.Jest po prostu bardzo drogie. Kiedy mieszkałem w Warszawie zarabiałem prawie dwukrotnie więcej, niż po powrocie do domu. Jednak tutaj zostawało mi w kieszeni, po odjęciu takich wydatków, jak czynsz czy jedzenie prawie dwa razy więcej.

Rzecz w tym, że „tam” jest dużo łatwiej te pieniądze wydać, niż „tu”. Bo są dużo lepsze sklepy z ciekawszymi rzeczami.

Stygmatyzacja Janusza i czas gimbazy:

Kolejna rzecz to zmiany zarówno w zasobności jak i mentalności społeczeństwa.

Po pierwsze: jesteśmy bogatsi. W lutym 1998 najniższa krajowa wynosiła około 500 złotych brutto, dziś 2100 złotych brutto. Ceny gier i programów wyglądały natomiast następująco:

To kaurat z Secret Servixce z 1996 roku. Nie chciało mi się szukać numeru z 1998.

Jak widać przez ten czas ceny się nie zmieniły. Jednak wydanie ćwierci, a pięciu procent wynagrodzenia na grę komputerową robi jednak różnicę.

Po drugie: pokolenie naszych pradziadków, dziadków, rodziców i częściowo niestety też moje jest chorobliwie wręcz skąpe. Być może wynika to z doświadczeń z przedwojnia, wojny, komuny, oraz okresów, gdy była bieda, gdy nic nie było (a także okresu, gdy różne rzeczy były, ale nikt nie miał pieniędzy), jednak jest to prawda. Wielu z nas będzie znosić niewygody, by tylko zaoszczędzić złotówkę.

U starszego pokolenia jest to pozostałość po poprzednim ustroju, gdy rzeczy „załatwiało się”, a gdy już się załatwiło, to naprawiało się u różnych, szemranych majstrów, bo zastąpić ich się nie dało. U młodszego, okresu lat 80-tych i 90-tych, kiedy bezrobocie w niektórych regionach sięgało 60 procent i nie było za co kupować. Wówczas, jak ktoś spiracił, to traktowany był jak spryciarz. Lub przynajmniej sam się za takiego uważał.

Obecnie jednak w dorosłość wchodzi pokolenie roku 2000, które nie doświadczyło tamtego okresu i wychowało się w epoce niezamożności. Oni nie są obciążeni takimi doświadczeniami.

I dla nich kombinowanie nie jest tak naturalnym stanem, bo nie widzą potrzeby.

Dla pokolenia 30-latków, jak ja taki „spryt” nie jest już natomiast sprytem. Mentalność ulicy została zastąpiona w dużej mierze mentalnością korporacji. Wszyscy jesteśmy wiecznie młodzi, ustawieni, bogaci i odnosimy Bóg wie jakie sukcesy. Nikt nie będzie się chwalił, że coś spiracił, bo to przeczy jego legendzie. I sugeruje, że mogłoby go nie stać.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Gry komputerowe, Komputery, Książki. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

10 odpowiedzi na „Wzrost konsumpcji kultury w Polsce – dwa słowa komentarza:

  1. Lurker pisze:

    Jak zawsze na twoim blogu – ciekawa i celna diagnoza społeczna.

    I jak zawsze po takim twoim wpisie, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że – pomimo, iż nie korzystasz przecież z jakiejś księgi wiedzy tajemnej – ciężko natrafić na takie nieco bardziej pogłębione spojrzenie na tego typu temat.

    W tradycyjnych mediach zauważono by pewnie co najwyżej to, o czym mówisz na koniec. Przy czym skutek – mniej „spryciarzy” na dzień dzisiejszy – uznano by za przyczynę. I gloryfikowano by, jak to wspaniale, że Polacy wreszcie „dojrzeli” do nie-piracenia. Dostrzegając jedynie zmianę mentalną. Lecz nie dostrzegając (udając, że nie dostrzegają ?) jej źródła – zasobności portfela dziś.

    Nachodzi mnie w tym miejscu pewna refleksja.
    Mianowicie – jak wielki wpływ miało to, gdzie mieszkasz, na twój punkt widzenia? Czy to może być tak, że bombardowany w mainstreamowych środkach przekazu „warszawskim” punktem widzenia i porównując go z tym, co sam obserwowałeś na co dzień dookoła siebie, udało ci się odkryć nie tylko, na czym polega błąd tego typu wąskiego rozumowania, ale również z czego tenże wynika?

    Nie wiem, czym dokładnie zajmowałeś się w czasach, gdy pracowałeś dla gazety, ale wiem, czym powinieneś – właśnie tego typu zwięzłymi, acz trafiającymi w punkt analizami danego zagadnienia społecznego.
    Bo właśnie tego typu spojrzenie na takowe tematy naprawdę coś wartościowego wnosiłoby do dyskursu. I może niektórych „specjalistów” troszkę bardziej by uświadamiało.
    Z biegiem lat bowiem odnoszę wrażenie, że mainstreamowy przekaz staje się wręcz coraz bardziej „warszawskocentryczny” – a nawet lepiej – niektóre media w ogóle coraz bardziej odrywają się od rzeczywistości – i coraz częściej coraz wyraźniej widać, że widzą świat tylko z tejże perspektywy.

  2. Grisznak pisze:

    Ciekawe wnioski i właściwie mogę się zgodzić – dopiero internet sprawił, że w moim mieście byłem w stanie bez problemu nabywać dobra kultury nie będące czymś powszechnym, klasy, dajmy na to, książek Mroza. Pamiętam, że w liceum było z tym krucho – czytało się Magię i Miecz i lizało ten cukierek przez szybę. Dopiero wyjazd na studia d Torunia, miasta niewiele w sumie większego, ale mentalnie leżącego w innej galaktyce, coś tu zmienił. Acz nadal, kiedy w bibliotece uniwersyteckiej przyuważyłem podręczniki do Wampira, to co zrobiłem? Zaraz je pokserowałem 🙂 Bo wciąż było we mnie to, że wyjdzie taniej. Dopiero z czasem to przeszło.

  3. Siman pisze:

    Ja mogę do tego dodać, że rzeczywiście kryzys kultury wynikał z tego, że III RP zastosowała strategię rozwojową pt. „jebać biedę” i zasadniczo ignorowała najpierw wszystkie rejony, które nie były stolicą, a potem wszystkie rejony, które nie były co najmniej półmilionowymi miastami. Bo co by o komunie nie mówić, to rozwój miała marny, ale przynajmniej zrównoważony, zwłaszcza w kwestii kultury. Skoro w każdej gminie był dom kultury, a w środku biblioteka, a w co większych sala kinowa (do mniejszych dojeżdżały kina obwoźne), to nic dziwnego, że czytelnictwo i widownia kin miały się dobrze. A skoro to wszystko padło po ’89, to padła też kultura, bo nikt nie zwrócił uwagi, że sprzedawanie jej 2 milionom warszawiaków idzie słabiej, niż 38 milionom Polaków.

  4. Suchy pisze:

    To ja dorzucę coś od siebie z punktu widzenia warszawiaka.
    Fakt Warszawa jest droga, jest w niej więcej okazji do wydania forsy, jest więcej sklepów z fajnymi rzeczami gdzie można się pozbyć mamony itd. ale moim zdaniem jedną z fajniejszych rzeczy z punktu widzenia nerda zbieracza jest to, że więcej ludzi daje więcej sposobności do trafienia na jakąś okazję.
    Przez większość mojego życia (przykładowo) prawie nigdy nie kupowałem ludków do bitewniaków po cenach „katalogowych”. Zawsze w okolicy był znajomy, albo znajomy znajomego który chciał się czegoś pozbyć, albo zamienić, albo miał dojścia do kogoś kto umiał coś zakombinować.
    Osobiście kumplowałem się z dwoma wyżej wymienionymi pasjonatami co prowadzili „małe śmieszne sklepiki”, miałem kumpla który non stop czatował za okazjami na brytolskim eBay’u, dużo łatwiej było skrzyknąć k10+5 kumpli, żeby zamówić coś w jakimś sklepie z rabatem, albo zwyczajnie zrobić zrzutkę na coś.
    Podobnie wyglądało to w temacie karcianek, rpg’ów.
    Czasem czułem się jak jakiś bohater przygodówki point & click co biegał od jednej osoby do drugiej wymieniając się fantami. Podręcznik do Wilkołaka Apokalipsy dostałem w zamian za pudełko kart do shadowrun’a, które dostałem w zamian za karty do Magica. WH40k Chaos Gate dostałem za to że kumpel był leniwą bułą, a mi chciało mi się ruszyć po kubełek do KFC …
    Nie wspominając o tym, że w Warszawie było (i jest) łatwiej o odbiór osobisty jak coś fajnego się trafiło na allegro.
    Owszem w sklepach było (i jest) drogo ale jak zechce ci się chcieć iść do ludzi to można dać upust swojej Januszowatości bez wydawania na hobby równowartości budżetu małego państwa z Afryki.

  5. Tomek pisze:

    Wydaje mi się, że w zdaniu „Problem z polskim rynkiem kultury polega na tym, że bardzo trudno jest być na nim legalnym odbiorcom” powinno być „legalnym odbiorcą”. No chyba, że źle zrozumiałem kontekst.

  6. simplexpl pisze:

    „Sanok miał legendarne kino w Domu Kultury, znane z tego, że repertuar jest sprzed kwartału, a seans może zostać odwołany, bo któraś ze szkół w mieście zgłosi zapotrzebowanie na dużą salę celem urządzenia konkursu recytatorskiego.”
    A jeszcze wcześniej Sanok miał kino Sokół, które zostało przerobione na tancbudę „Klub Kino”, nad czym ubolewałem. Do tej pory myślałem że jesteś z Sanoka, ale w takim razie obstawiam Zagórz lub Lesko 🙂

    Teraz to pewnie szybciej film pojawi się w wersji DVD do kupienia przez internet niż trafi do repertuaru takiego małego powiatowego kina. Albo na Netfliksie. Myślę, że platformy streamingowe zrobiły dużo dla legalnego konsumowania popkultury w Polsce (i takie serwisy jak Steam i nasz GoG również).

    • Sanok miał dwa kina: Pokój (w budynku przedwojennego Sokoła) i kino w domu kultury. Pokój przerobiono na tancbudę około roku 2000. Potem znaleźli się jednak spadkobiercy Sokoła i weszli w spór prawny z miastem. Tak więc przez ostatnie z 10 lat w budynku nic się nie działo. Obecnie coś tam jest.

      Kino w domu kultury otwarto w okolicach 1997 i przez jakiś czas były dwa. Teraz działa tylko ono.

      • simplexpl pisze:

        Racja, to było kino Pokój, co za wstyd, że zapomniałem. Żebym tylko przez to nie stracił prawa do bycia Sanoc zaninem 🙂

  7. Moreni pisze:

    „Tak więc w chwili, gdy człowiek musi zastanawiać się, czy jechać półtorej godziny na film na którym mu bardzo zależy, czekać aż trafi on do jego lokalnego kina, czy też aż będzie on w Internecie, to ma jasną odpowiedź.”
    Zapomniałaś jeszcze o jednym ważnym zagadnieniu w tej kalkulacji logistycznej: otóż nawet jakby człowiek zdecydowałby się na tę półtorej godzinna eskapadę autobusem, to mogło się okazać, że wrócić nie ma czym. Co w większych miastach jest raczej nie do pomyślenia. Plus jeżeli do ceny biletu na film doliczy się jeszcze ceny biletów dojazdowych do kina, to wychodzi jakoś 2-3 razy drożej niż dla tubylców.

    Ogólnie jako osobie pochodzącej ze wsi trudno mi się z Tobą nie zgodzić.Może poza tym fragmentem, gdzie piszesz o zgubnym wpływie internetu na rynek książki. Bo o ile odnośnie samego runku może to być prawda, to odnośnie czytelnictwa śmiem twierdzić, że niekoniecznie. Po pierwsze, dla osób pochodzących z tak małych miejscowości internet to właściwie jedyne źródło, z którego mogą się o premierach dowiedzieć (bo w tv się przecież książek nie reklamuje) i taką książkę zamówić (bo najbliższa księgarnia jest 20km dalej, a jeżeli tytuł nie jest najpopularniejszą nowością, to i tak sprowadzają go na zamówienie). Tych prawdziwych wsi i małych miejscowości problem zanikających księgarń nie dotyczy, bo nigdy ich tam nie było.

    Akapit o przemianach społecznych bardzo trafny. Sama pamiętam, ze w moim domu rodzinnym (w poprzednim ustroju powiedzieliby, ze mam pochodzenie robotniczo-chłopskie z dziada pradziada) zakupy „kulturowe” uważane były za zbędny wydatek, bo można wypożyczyć w bibliotece czy załatwić od znajomych kopię VHS. Teraz wśród znajomych już trudniej spotkać się z podobną postawą.

    • Przepraszam, ale to nie jest „zgubny wpływ na rynek książki” tylko na niektóre jego segmenty, które obecnie są przestarzałe. Faktem jest, że ludzie nie kupują już takich wydawnictw jak atlasy samochodowe czy mapy turystyczne miast. Bo mają to w telefonach.

      W statystykach wygląda to tak, jakby ludzie nagle przestali czytać. Podobnie w obrotach wydawnictw i księgarni (bo trzeba pamiętać, że na tym opierało się całkiem sporo biznesów). Natomiast na segmenty literatury pięknej czy faktu nie ma to najmniejszego wpływu.

      Natomiast tak: w wielu miejscowościach, w tym miastach 40-60 tysięcy księgarnie internetowe to najczęściej jedyny sposób nabycia książki (zresztą: nie tylko książki, także sprzętu sportowego i turystycznego, rzadszej elektroniki, filmów, wszelkiego rodzaju gier, dużej części przypraw, rzadszego sprzętu RTV i AGD i tak dalej i tak dalej).

      Sam nie pamiętam już kiedy ostatnio kupiłem książkę w moim mieście nie korzystając z zamówienia internetowego. Pewnie ze 20 lat temu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s