Brat naciągnął mnie na granie w Magic: Duels. O samej grze napiszę kiedyś w przyszłości, jak nazbieram kart, bo na razie jest biednie i tak naprawdę nie mam nawet z czego decku układać. A powiedzmy sobie szczerze: właśnie o tym jest ta gra.
Tak więc gram.
Czasem wygrywam, czasem przegrywam. Tłukę głównie ludzi, z ich zwłok zbieram pieniądze i kupuje za nie bustery. Innymi słowy: osiągam szyty szczęścia i ideału. Całe życie powinno tak wyglądać, szczególnie w realu.
W pewnym momencie toczę grę z deckiem biało-niebiesko-czarnym. Wygrywam i to z kretesem. Ja mam na stole 3 wielgachne smoki (Yawimaya wurm* 6/5 i Trample, tłumacząc na ludzki: po prostu zgroza) oraz jednego Goblin Arsonist. Goblin Arsonist to strasznie wredna karta, ale przydatna w zasadzie głównie w początkowych fazach gry, bowiem prócz tego jest słabiutki. Ma 1 ataku, 1 obrony i cechę specjalną, która sprawia, że gdy umiera zadaje jedno obrażenie przeciwnikowi lub dowolnemu, walczącemu po jego stronie stworowi.
Tego wróg ma tylko jednego o statystykach 1 ataku i 2 obrony. Oraz, co najważniejsze: ja mam 12 Punktów Życia, a on tylko jeden.
Innymi słowy: co nie zrobię to wygram. I wtedy wpada mi do głowy myśl:
„Ciekawe, co on zrobi, jeśli zaatakuje goblinem? Przepuści go, zablokuje czy wyjdzie z gry?”
Atakuje więc, by sprawdzić.
A wtedy on narzucał kart zwiększających statystyki potwora i dających mu lifelinka (zdolność działająca jak wampiryzm, wysysa zadawane obrażenia i zamienia w Punkty Ran), zmiażdżył mojego goblinka i uzdrowił się do 10 HP.
W następnej turze narzucał czarnych zaklęć zabijających potwory, zepchnął mnie do defensywy i trzy tury później pokonał.
Ech. Ciężkie jest życie debila.
*Tak, wiem, że karty o koszcie większym niż 4 mana są generalnie niegrywalne. Jednak powiedzmy sobie szczerze: trzeba coś do decka włożyć. A na razie nie bardzo jest co.