Przeczytane w roku 2021: Post zbiorczy:

Miniony rok zakończył się imponującym wynikiem 88 przeczytanych książek. Był on pod względem lektury bardzo satysfakcjonujący, w szczególności jeśli chodzi o fantastykę. Niestety nie wynikało to z ilości literackich odkryć na listach nowości. Przeciwnie: dzięki pokonaniu Kupki Wstydu, co miało miejsce w roku 2020 mogłem wygospodarować czas na powrót do wielu moich ulubionych książek z przeszłości.

Tak więc na liście znalazł się Wiedźmin, Dragonlance wzmocnione ostatecznie przez Czarną Kompanię. Nie od rzeczy okazało się też nadrabianie zaległości w klasyce gatunku, które przyniosło też Mroczną Wieżę, w ostatecznym rozrachunku całkiem niezły cykl, a reprinty klasyków gatunku zaowocowały też Piknikiem Na Skraju Drogi.

Kilka pozycji okazało się rozczarowaniem. Największym był chyba Mistrz Zagadek z Hed. Po „Zapomnianych Bestiach Z Eldu” oczekiwałem czegoś więcej. Podobnie, gdybym od początku wiedział, z jakim mam do czynienia średniakiem, to raczej nie brałbym się za „Młot i krzyż”.

Najbardziej zadowolony jestem z uporaniem się z cyklem Wojny Wikingów Bernarda Cornwella. Cykl ten przeszedł u mnie wszystkie fazy fascynacji: od bezgranicznego zachwytu pierwszym tomem (do którego lektury na pewno jeszcze kiedyś wrócę) po znudzenie ostatnimi, które czytałem już trochę z obowiązku. Niemniej jednak utrzymuję swoją opinię: Ostatnie Królestwo jest fenomenalną książką rozrywkową. Cykl jednak byłby dużo lepszy, gdyby zamiast 13 tomów ograniczył się do trzech (maksymalnie pięciu).

Niemniej jednak sukces ten traktuje głównie taktycznie. Gdyby nie to, że udało mi się maratonować ten cykl, to męczyłbym się z nim przez następne dwa lata.

Z grami fabularnymi w tym roku było słabo. Udało mi się przeczytać tylko cztery tytuły: Earthdawn (staroć), Dungeon World, Ostrza W Mroku (straszne średniaki, nie rozumiem związanego z nimi szumu) oraz rocznicowe wydanie Wilkołaka: Apokalipsy. Ten ostatni rzeczywiście wydaje się godny zagrania i nawet zachęcił mnie do tego. Spodziewałem się, że uda mi się przeczytać co najmniej dwa razy tyle systemów, w szczególności Huntera, którego mam zamiar w przyszłości prowadzić.

Jeśli chodzi o książki popularnonaukowe i naukowe to trzy wywarły na mnie dobrą opinię. Po pierwsze: absolutnie genialne Sapiens: Od Zwierząt Do Bogów Harariego. Po drugie: Kultura Materialna Braudela imponująca rozmiarem, wnikliwością i szerokością wiedzy. Na trzecim miejscu Średniowieczna Europa Wickhama, książka, która zasługuje na więcej pamięci i do której zapewne wrócę jeszcze kiedyś. Na razie jednak przyćmiona przez konkurentów…

Co będę czytał w przyszłym roku?

Nie jest tajemnicą, że mam listę zakupów na długie miesiące naprzód. Tak więc najbliższe miesiące upłyną mi pod znakiem Czarnej Kompanii, prawdopodobnie wrócę też do uniwersum Vlada Thaltosa. Mam nadzieję też, że uda się także powrót do Ziemiomorza. Obecnie męczę się z Magiem: Wstąpienie w rocznicowym wydaniu, który jednak okazał się nieco rozczarowujący. Mam nadzieję, że w tym samym czasie uda mi się też pokonać Klanarchię, Huntera i reprinty Advanced Dungeons and Dragons. Pewnie kupię też polskie wydanie Conana (nad Age of Sigmar się zastanowię). Z popularnonaukowych na pewno będzie więcej Breudla i te modne ostatnio chłopomanie, bo chciałbym się dowiedzieć o co ludzie się tak oburzają strasznie. Z fantastyki obecnie kończę Bestiariusz Słowiański, w najbliższym czasie pójdzie też Władca Pierścieni w tłumaczeniu Frąców. Szykuje się też kilka pozycji, które nie budzą mojego entuzjazmu: czas wybił dla reprintu Belgeriady leżącego u mnie już od kilku lat, dla Wyprawy Skrytobójcy oraz Bastionu Kinga.

Mam nadzieję, że nie wywołają one ponownego narastania kupki wstydu.

Czarna kompania:

Ocena: 1k6+4/10

Trochę nie wiem, co napisać… Pierwszy tom klasycznego cyklu fantasy, którego zbiorowym bohaterem jest tytułowa Czarna Kompania: oddział najemnych żołnierzy. Po opuszczeniu poprzedniego pracodawcy wstępują oni na służbę Pani, potężnego, czarnego charakteru stojącego za złą potęgą o nazwie Imperium (w tej książce wszyscy i wszystko ma takie nazwy). Pani ma problem, albowiem jej państwo stoi na granicy upadku. Nadchodzi czas komety, gdy na świat ma przyjść Biała Róża, długo oczekiwane, magiczne dziecko, które położy kres jej rządom. Z tej okazji w jej imperium wybucha powstanie…

Powtarzając to, co już mówiłem milion razy: Glenn Cook nie jest dobrym pisarzem. W efekcie więc Czarna Kompania ma (a przynajmniej kiedyś miała) zarówno oddanych fanów, jak i pełno jest ludzi, którzy od tej pozycji odpadli z wielkim hukiem. Jakość polskich tłumaczeń także niekoniecznie poprawia odbiór. Jedyny powód, dla którego książka pisana jest z perspektywy Konowała, kronikarza i archiwisty oddziału. W efekcie autor nie musi się nawet wysilać, by udawać grafomana…

Ja osobiście zawsze ten cykl lubiłem i ponowna lektura bynajmniej mnie nie rozczarowała. Wręcz przeciwnie, wyłapałem kilka nowych niuansów, które w mojej opinii powodują, że kompania nie jest „kolejną powieścią o ponurych żołnierzach”. Jednak z doświadczenia wiem, że styl tej książki sprawia, iż na pewno nie spodoba się ona każdemu.

Dawny ustrój i rewolucje:

Ocena: 6/10

Swego czasu czytałem „O demokracji w Ameryce” i książka ta na tyle mi się podobała, że zamierzam do niej powrócić. Tak więc po „Dawnym ustroju i rewolucjach” spodziewałem się czegoś tej samej miary. Niestety pozycja ta nie jest aż tak wnikliwa, jak poprzednie tytuły.

Generalnie autor w książce analizuje sytuację panującą przed rewolucją we Francji, oraz faktyczne zmiany, które ta przyniosła. System w panujący w tym kraju daleki był od powszechnego wyobrażenia: szlachta w praktyce była pozbawiona znaczenia, władzę sprawowali tak naprawdę urzędnicy pochodzenia mieszczańskiego. Na zarówno kościół, jak i arystokrację chłopstwo musi płacić daniny, jednak są one raczej upierdliwe, niż uciążliwe (np. pleban miał prawo zabrać 10 procent płodów rolnych chłopa, ten musiał też oddać swemu „panu” część pieniędzy uzyskanych ze sprzedaży nieruchomości). Dużym problemem jest natomiast samowładza urzędników królewskiej oraz brak obywatelskiej kontroli nad ich działaniami i skutecznych metod dochodzenia odszkodowań. Do tego dochodzi dodatkowo niewydolność całego systemu oraz fakt, że ludzie w praktyce nie mają z niego pożytku (np. chłopi obciążani są obowiązkiem utrzymywania dróg, które omijają ich wsie).

Ogólnie wydaje mi się jednak, że, mimo iż niektóre obserwacje Autora są celne, to pisze on bardzo powierzchownie i niestety pod tezę. Tą tezą jest chyba próba obrony swojej własnej warstwy społecznej (Tokewill był arystokratą) przed krytyką. Brakuje mu też wnikliwości jaką popisał się w O Demokracji…

Przeczytać można, bo to ważne świadectwo myśli europejskiej, ale nie należy spodziewać się po tej pozycji fajerwerków.

Dragonlance:

Smoki jesiennego zmierzchu:

Ocena: 4+1k4 / 10

Półelf Tanis i krasnolud Flint po latach wędrówek wracają do rodzinnego miasteczka. Mają nadzieję spotkać się z dawno niewidzianymi przyjaciółmi i wrócić do normalnego życia. Nie wiedzą, że są świadkami ostatnich dni pokoju, a najbliższe tygodnie zaplączą ich w wojenną zawieruchę oraz zmuszą do ucieczki i porzucenia dotychczasowego życia…

Moja ulubiona książka z dzieciństwa. Oraz pierwsza, jaką nabyłem do swojej kolekcji.

Prawdę mówiąc mam strasznie mieszane uczucia po powrocie doń. Z jednej strony jest to dokładnie takie fantasy jakie lubię: z elfami i smokami, czarodziejami i masą magicznych stworzeń, fabułą jednocześnie klasyczną, ale wybiegającą poza schematy typowych plagiatów Tolkiena i wyuczonych na warsztatach pisarstwa kreatywnego rozwiązań. Do tego mamy miks dających się lubić postaci oraz drugowojennych, budzących dreszcz motywów…

Z drugiej: nie da się ukryć, że pozycja nie jest pozbawiona wad, które rzucają się w oczy doświadczonemu czytelnikowi. Tak więc: akcja jest żywa i szybka, ale momentami pozbawiona sensu. Wiele elementów tła jest zupełnie niespójnych: na północy zbierają się wielkie armie, ale wedle mapy na północy od regionu, gdzie toczy się akcja jest morze… Riverwind całe lata szukał śladu starych bogów, znalazł je dwa dni drogi od domu. Po powrocie ojciec Goldmoon skazał go na śmierć. Potem jednak dowiadujemy się, że stracił władzę nad pleniem na rzecz Goldmoon właśnie…

Problemem jest też język, który w scenach walki staje się bardzo ubogi i pełen powtórzeń (Tanis, Tanis, Tanis, Sturm, Sturm, Sturm, Raistlin, Raistlin, Raistlin). Problem ten pogłębia tłumacz, który momentami chyba nie za dobrze rozumie, co tłumaczy, wskutek czego wysyła sprzeczne komunikaty.

Tym, co najbardziej mnie denerwowało podczas lektury tego tomu było jednak upośledzone poczucie humoru, działające na zasadzie „wywrócił się i upadł na twarz”.

W ogólnym rozrachunku jednak nadal jest to książka lepsza, niż (żeby nie przesadzić) 80 procent tego, co obecnie jest wydawane.

Smoki zimowej nocy:

Ocena: 8/10

Drugi tom Kronik Dragonlance. Drużyna ulega rozdzieleniu. Obie jej części ruszają na poszukiwania magicznej super-broni nazywanej Smoczymi Kulami, która może przydać się w walce ze Smoczymi Władcami. Moc kul jest ogromna, a jak wiadomo: władza absolutna deprawuje absolutnie. Jak łatwo zgadnąć po artefakty z chęcią sięgnęłyby rozmaite osoby: ambitni magowie, elfi władcy czy też źli rycerze… Jedyni, którzy wydają się mieć je w tyłku to właśnie Smoczy Władcy…

Seria wyraźnie zmieniła styl i charakter. O ile w poprzednim tomie mieliśmy do czynienia głównie z przygodami, walkami i eksploracją tajemniczych miejsc, to tym razem akcja skupia się na podróży, polityce i obyczajowości. Scen akcji jest natomiast zdecydowanie mniej, a większość dramatycznych wydarzeń toczy się w tle. Poprawił się też styl książki, powtórzenia w prawdzie nadal się zdarzają, jednak nie są już tak natarczywe. Jest też dużo mnie humoru, w szczególności w wykonaniu krasnoludów żlebowych, co raczej cieszy. Obawiam się bowiem, że wyrosłem już z tego rodzaju żartów. Wręcz przeciwnie: atmosfera pozycji jest dość ponura, momentami wręcz fatalistyczna, choć jednocześnie czuć w niej determinację.

Ogólnie książce tej można w prawdzie zarzucić całkiem sporo wad, jednak należy odnotować dwie zasadnicze zalety: po pierwsze znaczącą poprawę w stosunku do pierwszego tomu. Po drugie – co jest dużą odmianą od znacznej części książek fantasy, jakie czytałem w tym dziesięcioleciu – przynajmniej nie jest nudna.

Smoki Wiosennego Świtu:

Ocena: 8/10

Trzeci tom Kronik Dragonlance zawsze należał do moich ulubionych. Raz, że styl autorów wyraźnie osiągnął szczyt (niestety, znam trochę późniejszej twórczości Margaret Weiss i Tracyego Hickmana i po prostu nie napisali już nigdy nic lepszego), dwa, że dzieje się w nim chyba najwięcej. Trafiamy więc co i rusz w nowe lokacje, poznajemy nowe, często fascynujące postacie, bohaterowie walczą co i rusz z nowymi wrogami…

W prawdzie książka składa się z bardzo dużej liczby ogranych schematów: częściowo dlatego, że cykl je stworzył (jak na przykład „typową drużynę z Erpegów”), częściowo zaś z tego powodu, że autorzy po prostu na nich bazują (przykładowo trójkąt Tanis – Laurana – Kithiara, albo para Raistlin – Caramon opierają się na chyba najbardziej ogranych chwytach z tanich romansów, jakie tylko można sobie wyobrazić), jednak udaje się uniknąć znurzenia. Głównie z tej przyczyny, że autorzy nie dają im wyskoczyć na pierwszy plan, skupiając się raczej na przygodowym aspekcie książki.

Rażące natomiast są odwołania do religii i bardzo jarmarczny system moralny, jakby wyrwany z katechezy dla klas 4-7, który autorzy starają się sprzedać w swej wizji. Owszem, dla kogoś głęboko zanurzonego w ten system bogowie mogą wydawać się dobrzy lub źli. Faktycznie jawią się raczej chimerycznymi, drażliwymi i najpierw działającymi, a potem żałującymi swych (pochopnych i przesadnych) działań.

Ogólnie: temu tomowi, jak i całemu cyklowi można zarzucić wiele. Przykładowo można przyczepić się do licznych niespójności (np. jak to jest, że morskie elfy wiedziały o świątyni w Nerace, skoro najwyraźniej nie wiedział o tym nikt inny*… Oprócz oczywiście tysięcy złych ludzi, smokowców, goblinów i ogrów?), jednak przynajmniej nie jest nudny.

Czego niestety nie można powiedzieć o ogromnej liczbie „ambitniejszych” książek fantasy.

*Z drugiej strony: ja pewnie nie wiedziałbym, gdyby np. w Hiszpanii działała świątynia Diabła. A nawet gdybym wiedział, to miałbym to w tyłku… Tym bardziej, że Krynn składał się z masy małych państw narodowych i państw-miast, które nie utrzymywały ze sobą kontaktu od kilku stuleci, siedziały na tyłkach i aż nadeszły Smocze Armie, nie interesowały się tym, co działo się poza ich bezpośrednim sąsiedztwem…

Dungeons World (edycja polska):

Ocena: 1/10 (za jakość wydania)

Wyjąłem ten podręcznik z pudełka. Otworzyłem, żeby zrobić zdjęcie, jak wygląda w środku. Złamał się na pół. Odstawiłem na półkę, gdzie leżał czas jakiś. Zdjąłem go z niej. Okazało się, że kartki zaczęły wypadać od samego stania. Zacząłem czytać. Przewracałem jakąś stronę, a ona wypadała…

K(…)a mać!

W ten sposób nie wydaje się książek!

Ale uczciwie mówiąc nawet gdybym to było wydane lepiej, to ocena gry nie byłaby bardzo wysoka. Dungeons World posiada kilka zalet. Jedną z nich jest dość ciekawa metoda rezolucji konfliktu (rzucasz dwoma kościami, jeśli wypadnie 10+ test się udaje, jeśli wypadnie 9-7 test się udaje, ale ponosisz przykre konsekwencje, np. trafiasz wroga, ale on też trafia ciebie, 1 do 6 to natomiast porażka).

Drugi to system akcji. Granie i prowadzenie Dungeons World opiera się na deklarowaniu akcji zarówno przez Graczy, jak i Mistrza Gry. W wypadku Mistrza Gry są to: Wykonaj ruch potwora, zagrożenia lub miejsca, Ujawnij niepożądaną prawdę, Pokaż oznaki nadciągającego zagrożenia, Zużyj ich zasoby, Obróć ich ruch przeciwko nim, Podziel postacie, Stwórz okazję do wykorzystania klasowych umiejętności, Pokaż minusy klasy, rasy lub wyposażenia, Zaoferuj okazję, kosztowną lub nie, Postaw kogoś w trudnej sytuacji, Powiedz im jakie są konsekwencje lub Wymagaj i pytaj.

Ogólnie pomysł takiego mistrzowania z podziałem na tury jest nawet fajny. Problem polega na tym, że system ten jest dość ciężki mechanicznie, a Mistrz Gry zmuszany jest do zapamiętania ogromnych ilości danych. Bo oprócz ruchów Mistrza Gry i Graczy są jeszcze ruchy poszczególnych lokacji jak Miast czy Lochów czy ruchy przeciwników.

Tym, co mi się natomiast nie podoba to złożoność zasad, które trzeba pamiętać, zbliżająca się do Dungeons and Dragons, aczkolwiek bez nawet połowy fajnych rzeczy (czarów, atutów, potworów, magicznych przedmiotów) tego systemu.

Po drugie: bardzo mała przystępność dla nowych graczy. Dungeon World bowiem jest w zasadzie niezrozumiały bez znajomości na wyrywki Dungeons and Dragons, a dokładniej 3 edycji tej gry. Przykładem tego mogą być choćby potwory. System pełen jest potworów charakterystycznych dla wyżej wymienionego, jak Angheg, Bulette, Derro, Formit, Mohrg, Płaszczowiec i masa innych. Obrazków nie ma, opisy są takie, że często nie sposób się domyślić co to za stwory… Na przykład jeden potwór (jakiś Czaropluj) ma taki opis „Panie! Kto nauczył to czarować!”.

Mówiąc krótko: jeśli nawet pominąć karygodne wydanie, to gra podoba mi się raczej umiarkowanie.

Dzielenie łupów:

Ocena: 7/10

Tytuł traktuje o wojnie, jaką wodzowie Aleksandra Wielkiego stoczyli po jego śmierci.

Kilka razy pisałem już o książkach naukowych i popularnonaukowych starających się przybliżyć nam epoki chaosu. Pisałem w nich też, że najczęściej w owych pozycjach nie da się zrozumieć o co chodzi, bowiem tysiące małych królów, watażków, plemiennych wodzów, wyniesionych przez tłum przywódców i zwykłych bandytów wbija sobie noże w plecy bez żadnego ładu i składu.

Tutaj mamy dokładnie taką samą sytuację: za łeb bierze się kilkunastu wodzów oraz członków rodziny, a liczba graczy rośnie w miarę, jak poszczególni przywódcy giną, a ich właśni generałowie próbują sięgnąć po władzę. Koniec końców wszyscy okopują się na pozycjach, skąd nie można ich już przegonić i patrzą po sobie złym wzrokiem…

Książka pozostawia po sobie jednak bardzo smutne wrażenie: tysiące ludzi, którzy mogliby żyć giną wskutek niekończących się wojen, toczonych dosłownie o pietruszkę. Z podbojów Aleksandra Wielkiego nie wyrasta tak naprawdę nic, co mogłoby chociaż udawać ich usprawiedliwienie. Dzieci Aleksandra i jego krewniacy, w chwili, gdy jasne się staje, że nikt już nie liczy się z jego autorytetem zostają wymordowane…

A wszystko to przez zachcianki gówniarza, który zasiadł na tronie.

Earthdawn: Przebudzenie Ziemi:

Ocena: 1k4+6

Klasyczny dla polskiego fandomu system RPG wydany w końcówce lat 90-tych. Earthdawn jest mieszanką heroic fantasy z postapokalipsą. Przenosimy się oto do krainy zwanej Barsawią istniejącą w świecie, gdzie poziom magii nie jest stały i czasem opada bardzo nisko, a czasem wzrasta niespokojnie wysoko. Gdy następuje to ostatnie dochodzi do trwającego kilkaset lat okresu zwanego jako Pogrom, w trakcie którego do rzeczywistości tej przedostają się Horrory: straszliwe byty żywiące się emocjami istot inteligentnych.

Ostatni Pogrom skończył się kilka dziesięcioleci temu. Magia ustabilizowała się na pewnym, stałym poziomie, a istoty inteligentne zdołały przetrwać w magicznych schronach zwanych Kearami i Cytadelami. Niektóre z tych schronów upadły, mieszkańcy innych wybili się, a jeszcze jedne nie otwarły się z różnych przyczyn. W wielu wciąż znajdują się porzucone skarby, ale też i horrory oraz różne ślady bytności tych ostatnich.

W grze wcielamy się w magów i adeptów. Ci ostatni są przedstawicielami magicznych zawodów (takich jak Wojownik, Fechmistrz, Zbrojmistrz, Trubadur etc.), którzy dzięki mocy tej krainy, związanej z imionami i legendami, zyskują niezwykłe możliwości.

Ogólnie rzecz biorąc: system ten budzi moje mieszane uczucia. Z jednej strony zdecydowanie wolę, jak jest mniej kolorowo. Z drugiej: mimo że bohaterowie mają magiczne moce i legendarne cechy, to nie da się nie zauważyć, że Adepci są strasznie słabi w porównaniu z bohaterami (na przykład) późniejszych edycji Dungeons and Dragons (czy, niekiedy nawet z rozwiniętymi postaciami z Warhammera). Prawdę mówiąc nie podoba mi się też sposób, w jaki została wyłożona mechanika, z której nie rozumiałem nic ani, kiedy miałem 15 lat, ani nie rozumiem teraz. Moim zdaniem system skorzystałby też, gdyby wyrzucić z niego niektóre elementy (np. Pasje wydają się nie wnosić do niego nic istotnego), a rozszerzyć inne (np. Opis Świata, który jest krótszy, niż wynurzenia o walucie w grze).

Ale w ogólnym rozrachunku to bardzo dobry system.

Europa na peryferiach:

Ocena: 10/10

Po powtórnym czytaniu podtrzymuję wysoką ocenę tej książki, aczkolwiek tym razem nie wywarła już na mnie takiego wrażenia wycieczki po egzotycznej krainie i odkrywania zapomnianych cudów. Być może z tej przyczyny, że temat jest już mi znany z wielu innych pozycji i ta nie wydaje mi się już taka przełomowa.

Cały czas jest to jednak bardzo dobre opracowanie zabierające nas po całym, średniowiecznym świecie ekonomii. Zaczynamy więc na jego peryferyjnych obszarach czyli w świecie średniowiecznych jarmarków szampańskich, następnie trafiamy na pół-peryferia, czyli do wojujących, piracko-kupieckich miast włoskich, by z nich podążyć do Egiptu i Bagdadu. Następnie podróżujemy przez Persję i Wielki Step, by trafić do Chin. Oraz bokiem, przez Morze Czerwone, by dotrzeć do Indii, Cieśniny Malaka i znowu do Chin.

Po drodze poznajemy lokalne zapotrzebowanie na towary, praktyki kupieckie i zwyczaje celne. Obserwujemy pełen niebezpieczeństw, ale i bogactwa, pokojowy świat, w którym rosły i upadały fortuny. Świat, który przestał istnieć już wieki temu, zabity przez pałeczki dżumy.

Ewolucja Boga:

Ocena: 9/10

Mam trochę mieszane uczucia po tej książce, albowiem nieco zburzyła mi światopogląd zbudowany na Kosidowskim (który to światopogląd wytrzymał dwa miesiące), aczkolwiek jest ona bardzo dobra. Jednak niestety prowadzi do pewnego rodzaju nihilizmu.

Książka jest próbą opowiedzenia o tym, jak powstawała współczesna koncepcja Boga. Składa się z czterech obszarów: ewolucji wierzeń pierwotnych (który jest nudny, a przynajmniej nie prowadzi do niczego nowego… Każdy, kto trochę czytał na ten temat. zna już identyczne teksty prowadzące do identycznych wniosków), następnie otrzymujemy rozdziały o ewolucji Boga Starotestamentowego (które natomiast, jak wspominałem są niestety dość nihilistyczne, odrzucają eleganckie wnioski badaczy pokroju właśnie Kosidowskiego i zastępują je „tak naprawdę nie wiemy nic, prócz tego, że niemal wszystkie wydarzenia ze Starego Testamentu z całą pewnością zostały zmyślone”). Część trzecia to rozwój doktryny Chrystusa oraz jej reinterpretacja przez świętego Pawła i powstanie kościoła w formie religijnej korporacji, będący początkami instytucji, jaką znamy dziś. Te rozdziały są bardzo ciekawe. Część czwarta to Mahomet i jego (być może świadomy) projekt społeczno-religijny, również niezwykle interesujące.

Ogólnie rzecz biorąc pozycja bardzo dobra, znacząco poszerzająca wiedzę (zwłaszcza środkowe i końcowe rozdziały). Polecam ją każdemu, kto interesuje się tematem rozwoju i ewolucji religii.

Fantazmat wielkiej Lechii:

Ocena: 7/10

Książka z której dowiadujemy się, że Wielka Lechia nie istnieje. W sumie nie wiem, po co to czytać, bo nie jest to kwestia odkrywcza… Lektura jest dość lekko napisaną analizą źródeł i tekstów, do których odwołują się zwolennicy wiadomego tworu. Teoretycznie ma dostarczyć argumentów w dyskusjach z nimi (ale w sumie po co, skoro wiadomo, że nie są to ludzie, którzy będą słuchać argumentów, bo dla nich liczy się wiara…) oraz ostrzeżeniem dla świata naukowo-wydawniczego o zagrożeniach płynących od nowej fali teoretyków spiskowych.

Prawdę mówiąc po książce nie spodziewałem się cudów i faktycznie nie ma tam ani jednego, nowego słowa, w porównaniu z tym, co już padło w internecie, albo też w „Wielka Lechia. Źródła i przyczyny popularności teorii pseudonaukowej okiem historyka”, choć od tej ostatniej książki napisana jest zdecydowanie łatwiejszym językiem, w dużo bardziej uporządkowany, jaśniejszy sposób i lżejszy do przyswojenia sobie.

Aczkolwiek nie będę ukrywał, że nabyłem ją głównie po to, by wspomóc autora i wesprzeć go w jego krucjacie przeciwko temu tworowi.

Fotografowanie polskiej przyrody:

Ocena: 9/10

Dość prosty poradnik, dotyczący fotografowania sami wiecie czego. Oraz jednocześnie najbardziej kompetentne tego typu wydawnictwo, jakie miałem w rękach. Książka ma bardzo ciekawy i jednocześnie mądry układ. Jej głównym tematem są „pojawy” (nie jestem pewien, czy takie słowo istnieje, ale autor cały czas je stosuje) poszczególnych zjawisk naturalnych, które zostały ułożone chronologicznie, zależnie od tego, kiedy w przyrodzie występują. Książka zaczyna się więc w styczniu, a kończy w grudniu.

W tym okresie poznajemy poszczególne zjawiska, jakie możemy fotografować: opady śniegu, przyloty ptaków, gody jeleni, kwitnące kwiaty i tak dalej i tak dalej. Obok znajdują się natomiast krótkie informacje i porady, w jakich okolicznościach najlepiej to robić, jakie techniki stosować etc.

Wadą książki (choć niezamierzoną) jest fakt, że generalnie dowiedziałem się, że praktycznie wszystko, co było w moim zasięgu już sfotografowałem. Bo powiedzmy sobie szczerze: nie bardzo mam możliwość, żeby np. zbudować sobie gdzieś zamaskowane schronienie i czatować o przedświcie na zlatujące się do podrzuconej padliny orły bieliki…

Fotografowanie z drona:

Ocena: 7/10

Poradnik poświęcony wiadomej dziedzinie życia, przeznaczony dla osób niekoniecznie obeznanych z tematem. Zajmuje się więc takimi rzeczami, jak filmowanie w różnych warunkach, prawne i etyczne aspekty fotografii, funkcjonowanie i możliwości techniczne dronów etc. Pod koniec podręcznika jest też krótki rozdział o najpopularniejszych typach ujęć wykonywanych z powietrza oraz ich zastosowaniach (oraz tradycyjny już rozdział o ciemni cyfrowej).

Mimo, że podręcznik jest jak już pisałem przeznaczony raczej dla osób początkujących okazał się zawierać całkiem sporo sensownych porad, które (przynajmniej dla mnie) okazały się cenne. Po pierwsze: utwierdziło mnie w przekonaniu, że sensowne fotografowanie z drona niestety jest czymś, na co nigdy nie będzie mnie stać (a nawet, gdyby było mnie stać, to raczej koszta nie skalkulują mi się z zyskami). Po prostu wydawanie 10 tysięcy złotych, żeby mieć zabawkę ze średnio dobrą kamerą, która latać może wyłącznie przy bezwietrznej pogodzie, po to tylko, żeby pobawić się kilka godzin i nagrać filmik, który potem zarobi 40 groszy zupełnie mnie nie kręci.

Po drugie: dowiedziałem się też, czego mniej więcej szukać, jeśli jednak kiedyś uznałbym, że koszta skalkulują mi się z ewentualnymi zyskami.

Hagakure:

Ocena: 1/10

Hagakure to według legend traktat moralny, opisujący moralność i powinności samuraja. To właśnie niemu japońscy wojownicy mieli zawdzięczać swą niezłomność, a żołnierze z okresu II wojny światowej: okrucieństwo i fanatyzm. Mówiąc krótko: to jest ta książka, którą czytał Ghost Dog w Drodze Samuraja.

Faktycznie książka była zbiorem tajnych zapisków i porad życiowych krążących wśród samurajów z prowincji Nabeshima (która w tamtych czasach uznawana była za zupełny zaścianek). Sławna stała się w latach 30-tych, kiedy wyciągnęli ją militaryści. Cytując Wikipedię:

„jej głównym tematem jest poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, jakie jest prawdziwe znaczenie Drogi Samuraja. Najważniejsza jest, zdaniem Tsunetomo, gotowość na śmierć w każdej chwili życia i podporządkowanie się woli swojego pana. Tsunetomo podkreśla też zachowanie równowagi bez względu na sytuację, na bazie której można osiągnąć umiejętność podejmowania szybkich i właściwych decyzji, przede wszystkim dzięki uwolnieniu się od lęku przed śmiercią.”

Faktycznie trudno jest znaleźć jakąś myśl przewodnią autora. Książka podzielona jest na liczne rozdziały, składające się z szeregu ustępów, skaczące z tematu na temat. Podejmowane tematy to:

  • wynurzenia o moralności

  • porady zdrowotne i natury praktycznej w rodzaju „picie naparu z końskiej kupy daje zdrowie” (serio)

  • lifekacki dla młodzieńców trudniących się męską prostytucją

  • porady rodzinne w rodzaju „córki przynoszą rodzinie wstyd, więc najlepiej wybrać sobie jedną, najładniejszą, pozostałe potopić w studni. Gwarantuje to, że będą grzeczne i palić się będą do małżeństwa” (ja nie kpię, ja cytuje).

  • zasady dotyczące urządzania ceremonii herbacianej

  • anegdotki w rodzaju „poszło dwóch bushi do karczmy i w pijackiej widzie jeden drugiemu wsadził kosę pod żebra”

  • narzekanie starego złodzieja, że świat się wali, bo w młodości mógł swobodnie terroryzować chłopów i grabić ich dobytek, a teraz Szogun wymyśla jakieś bzdurne prawa i żyć nie daje…

Ponoć niektóre sekretne księgi były pisane tak, że autor momentami pisał na serio, a momentami bredził. Następnie mistrz mógł objaśniać uczniom, o co w nich naprawdę chodzi…

Niestety, ja takiego mistrza nie mam pod ręką, więc muszę uznać tą pozycję za stracone pieniądze.

Harry Dresden:

Gra pozorów:

Ocena: 6/10

Piętnasty tom Akt Dresdena Jima Butchera. Tym razem Dresden, działając jako poplecznik Mab musi współpracować z jednym ze swoich największych wrogów: Rycerzem Poczerniałego Denara Nicodemusem. Oraz, wraz ze zgromadzoną przez niego grupą łotrów, wziąć udział w przygotowywanym przez owego włamaniu…

Wiecie, co jest największą wadą Akt Dresdena?

Liczba postaci pomnożona przez liczbę tomów. Oraz fakt, że Butcher stracił już chyba panowanie nad wątkami. Całą książkę psuł mi fakt, że autor cały czas wprowadzał jakieś, często ważne osoby z przeszłości oraz wydarzenia z ich życia, o których już zdążyłem zapomnieć (i nic dziwnego, ogólnie mniej lub bardziej ważnych figur ze świata Harrego Dresdena jest bowiem około 300).

I nagle mamy: On miał żonę? A fakt, chyba rzeczywiście… On miał córkę… Nie pamiętam, ale w sumie to chyba logiczne… A te Myszy Kościelne? Co to były Myszy Kościelne? On zamordował kogo? Tego gościa? A kto to w ogóle był? Korona zrobiona z nekrytu? Co to jest nekryt?

I tak dalej i tak dalej.

Prawdę mówiąc źle czytało mi się tą pozycję. Niby jest akcja, humor i spiski, ale Butcher chyba traci zdolność kontrolowania swojej twórczości.

Rozmowy Pokojowe:

Ocena: 7/10

Szesnasty tom cyklu o Harrym Dresdenie – to w zasadzie najlepsze podsumowanie tej książki. W zasadzie tom ten nie różni się szczególnie od poprzednich: znów Harry jest bez grosza przy duszy i zależy od pomocy innych osób. Znowu spotyka się z masą ludzi, którzy gniewają się na niego z różnych powodów i znowu zachowuje się w sposób niesubordynowany, przez co gniewa się nań jeszcze więcej ludzi. Znowu ktoś spiskuje przeciwko niemu i liczyć może tylko na pomoc najbardziej oddanych przyjaciół. Znowu poszkodowani zostają sympatyczni bohaterowie lub też skłóca się z nimi…

Jak pisałem przy okazji poprzedniego tomu cykl ten jest już zwyczajnie zbyt długi. Pojawia się w nim za dużo postaci, zmienia się w nim jednocześnie za dużo i za mało, jednocześnie toczy się zbyt dużo wątków, a formuła którą posługuje się autor (Harry biegnie, a dookoła zapalają się kolejne budynki) jest po prostu już zbyt wyeksploatowana. Wprowadzenie nowych lokacji, supermocy, postaci czy zmiana relacji z nimi nie prowadzi do niczego, tylko dodaje nowe szczegóły do zapamiętania. Przez co czytelnikowi z jednej strony towarzyszy wrażenie zagubienia, a z drugiej, że w sumie wszystko już widział.

Ogólnie, to trochę jestem już znudzony tym cyklem. Powinien zakończyć się rozprawą z Czerwonym Dworem lub wkrótce po niej…

Historia miejsc legendarnych:

Ocena: 6/10

Książka Uberto Eco. Jako, że jestem chamem, prymitywem i fanem bezguścia, jest to pierwsza pozycja tego autora, z którą mam do czynienia. Opowiada ona o rozwoju i historii miejsc legendarnych. To jest takich, o których ludzie sobie opowiadali, wierzyli w nie lub przynajmniej brali pod uwagę ich istnienie…

Uczciwie mówiąc książka jest dokładnie tym, czego powinienem spodziewać się po wielkim, mainstreamowym panu literacie, którym brandzluje się cały światek krytyczny. Czyli napisanym po łebkach wykwitem ignorancji, upszczonym przekonaniem o własnej wielkości, traktowaniem ludzi obcych kultur i minionych czasów jak kosmitów oraz dziwnym puszczaniem oka do czytelnika, po to, by mógł dostać wzwodu, na myśl, że jest prawie tak samo mądry, jak Pan Autor.

Uczciwie mówiąc: nie polecam. Z książki nie dowiedziałem się niczego nowego, a może wręcz przeciwnie: po jej lekturze czuję się jakby odrobinę głupszy. Biorąc pod uwagę, że nie jest ona już dostępna w głównym obiegu, a na Allegro kosztuje po prostu chore pieniądze (100-150 złotych), to moim zdaniem zdecydowanie nie warto.

Istota ryżu:

Ocena: 6/10

Ostrzegano mnie przed tą pozycją, ale nie wierzyłem…

Zasadniczo jest to książka o kuchni japońskiej. Traktuje o tym, jak autor innych, podobnych książek robi sobie wycieczkę z rodziną do Japonii, a następnie jedzie do miasta do miasta i je w luksusowych restauracjach bardzo drogie potrawy.

Szczerze?

Nie mam pojęcia kto czyta takie książki i do czego one służą. Większość treści traktuje o synach autora i ich minach robionych na całkiem normalne potrawy i sytuacje. Wartość poznawcza książki jest żadna, tym bardziej, że traktuje ona głównie o kotletach za 1.000 dolarów od sztuki i tym podobnych wynalazkach oraz o orgazmach, jakie autor przeżywał wkładając je do ust.

Jest to taki, kulinarny odpowiednik opowieści o nadludzkich samurajach i ich milion razy kutych mieczach. Bardziej dezinformujący, tworząca legendę dziwacznego kraju, niż informująca.

Imperia Jedwabnego Szlaku:

Ocena: 9/10 (w kategorii Literatura Piękna)

Książka, podobnie jak próbowały robić to Jedwabne Szlaki Petera Frankopana, opisuje historię świata z punktu widzenia wiadomego systemu tranzytu dóbr. O ile jednak Frankopan pisał głównie z punktu widzenia państw, które znajdowały się na końcach szlaku (i wyszło mu, że wbrew tezie, jaką stawiał, przez większość czasu Europa miała gdzieś Azję i vice versa), tak tym razem czytamy to z punktu widzenia ludzi, którzy znajdowali się pośrodku, na Wielkim Stepie.

Beckwith zrywa ze stereotypem mieszkańców tego obszaru, jako krwiożerczych „nomadów, żyjących w bardzo trudnych warunkach i stających się przez to doskonałymi wojownikami”, stanowiących ciągłe zagrożenie dla cywilizacji osiadłych. Dowodzi, w dość przekonujący zresztą sposób, że znacznie część to osiadłe cywilizacje były dużo potężniejsze od koczowników i same stanowiły zagrożenie dla nich, zajmując ich tereny, co było faktycznym zarzewiem konfliktu. Przedstawia ich też trochę jak rodzaj Indian, którzy przez swych sąsiadów byli tępieni (patrząc na to, co stało się w XIX oraz XX wieku z różnymi Turkmenami, Kazachami czy Ujgurami i często dzieje po dziś dzień, to trzeba przyznać, że wcale nie jest to głupie porównanie).

Lektura ta była fascynująca wręcz. Nie powiem, że przedstawiła mi nowy, nieznany świat, bowiem Jedwabny Szlak pociąga mnie od lektury Europa Na Peryferiach Abu-Lughod kilka lat temu. Niemniej jednak zmieniła moje spojrzenie na kilka rzeczy i warta była swoich pieniędzy.

Niemniej jednak bardziej traktowałbym ją jak literaturę, mającą poszerzyć wyobraźnię historyków, niż książkę naukową. Autor popełnił bowiem w niej całkiem sporo błędów rzeczowych, a kilka razy też nagiął rzeczywistość, lub też nadinterpretował fakty w taki sposób, że aż trzeszczą (np. japońscy samuraje oraz wikingowie jako najdalej wysunięte na wschód i zachód elementy wpływu kulturowego Wielkiego Stepu).

Niemniej jednak sam wywód jest intrygujący.

Jak udomowiono człowieka:

Ocena: 6/10

Kolejna pozycja o tym, jak człowiek przeszedł ze stanu pierwotnego do cywilizowanego, próbująca zmierzyć się z dość istotnym problemem: dlaczego do do tego doszło, skoro generalnie w stanie „dzikim” ludzie żyli dłużej, zdrowiej i mieli lepszą dietę? Oraz dlaczego społeczeństwa cywilizowane tak często okazywały się porażką (miasta, dynastie i państwa upadały zwykle po 150-200 latach) okazywały się porażką?

Pogląd autora (ludzie zostali zmuszeni do osadnictwa i zajęcia się uprawą zboża przemocą) faktycznie ma sens, a przynajmniej wydaje się bardziej przekonujący, niż „hipoteza głodu” Diamonda, albo „hipoteza lepszego jutra” Harariego. Niemniej jednak książka wydaje się pisana bardzo mocno pod tezę i przekonania autora (który jest antypaństwowym anarchistą).

Jest to tym bardziej widoczne, że – w świetle przedstawionych przez niego dowodów i procesów myślowych – można znaleźć inne wytłumaczenie. Otóż: autor przekonuje, że zboża zostały wybrane, gdyż dojrzewają w jednym momencie roku, nadają się i wręcz wymagają magazynowania, dobrze znoszą transport na większe odległości, co czyni je cennym dobrem fiskalnym i środkiem płatniczym. Co więcej władze mogły ich użyć (ze względu na łatwy transport) do wymiany na produkty luksusowe pochodzące z dalekich stron.

Wyjaśnienie to można odwrócić na inny sposób: pierwsze cywilizacje mogły powstać więc nie jako gospodarstwa rolne opresyjnych tyranów, ale jako spółki rolnicze małych wytwórców, celem produkcji dóbr możliwych na wymianę na upragnione dobra luksusowe. Owo wyjaśnienie jednak autorowi wyraźnie umyka.

Jak wynaleźć wszystko:

Ocena: 9/10

Jest to książka popularnonaukowa traktująca o nośnym ostatnio temacie prymitywnych technologii, ich budowie, funkcjonowaniu i własnoręcznym wytwarzaniu. Oraz o tym, jak doszliśmy do naszej obecnej sytuacji cywilizacyjnej. Pod względem tematu zainteresowań przypomina nieco uproszczoną i złagodzoną wersję Strzelby, Zarazki, Maszyny lub Sapiens: Od Zwierząt Do Bogów.

W książce jest w zasadzie wszystko, co potrzebne by nam było do stworzenia cywilizacji naukowo-technicznej z niczego: zasady selekcji roślin i zwierząt, obsiewania i nawożenia pól, wytopu metali i szkła, wypalania ceramiki, tkania materiałów, wytwarzania takielunku okrętów, prądu, penicyliny i bramek logicznych do komputerów. Jest w niej zawarty nawet pełen proces technologiczny wytworzenia najwspanialszego osiągnięcia ludzkości (pizzy), aczkolwiek jest on strasznie skomplikowany, jeśli chce się robić to od zera (zaletą jest natomiast fakt, że gdzieś w połowie dostajemy piwo).

Lekturę psuła mi tylko jedna rzecz: książka bowiem pisana jest jako awaryjny podręcznik dla podróżnika w czasie, na wypadek gdyby jego wehikuł się zespół i nie mógł on wrócić…

Osobiście nigdy nie lubiłem tego typu rozwiązań: nawet jako kilkuletnie dziecko uważałem je za bardziej infantylne, niż zabawne i zamiast czynić lekturę przystępniejszą, to zwiększające zamieszanie.

Jak założyć i prowadzić własną firmę:

Ocena: 6/10

Kupiłem tą książkę w nadziei, że pomoże mi nieco w realizacji mojego wielkiego marzenia (założenia własnego wydawnictwa publikującego powieści fantasy) i szczerze mówiąc nie za bardzo mi w tym pomogła. Spodziewałem się więc otrzymać jakiś przystępny podręcznik dotyczący marketingu i zarządzania. Otrzymałem natomiast streszczenie przepisów oraz tłumaczenie czym różni się spółka akcyjna od jednoosobowej firmy…

Bardzo duża część książki to informacje przepisowe o tym, kiedy i w jaki sposób odprowadzać podatki.

Prawdę mówiąc lektura okazała się dla mnie mało interesująca i jednocześnie niezbyt pożyteczna.

Po prostu, jeśli zbiorę wystarczająco duże środki, żeby spełnić swoje marzenia, to zapłacenie profesjonalnemu księgowemu, by zajął się tymi rzeczami, o których opowiada, będzie wydatkiem z jednej strony śmiesznym wydatkiem, a z drugiej: zapewne zrobi to wszystko lepiej, niż Ja kiedykolwiek bym mógł.

Jedwabne Szlaki:

Ocena: 6/10

„Dorosła” wersja niedawno ocenianej przeze mnie książki dla dzieci o tym samym tytule. Pozycja ma dokładnie te same wady, co tamta, tylko większe. Tak więc autor próbuje pisać historię polityczno-gospodarczą świata, jako połączonego ze sobą systemu. System ten łączony ma być natomiast aortą w postaci Jedwabnego Szlaku. Niestety, wychodzą mu z tego ciągi nie powiązanych ze sobą zdarzeń typu: „W Europie założono Rzym, w tym czasie w Chinach jedzono pałeczkami, a w Meksyku ludzie polowali na jaguary”, w których trudno się zorientować. Po prostu przytaczane przez niego fakty i daty nie łączą się w spójny łańcuch przyczyn i skutków.

Co więcej sama narracja często jest wprost z dupy. Przykładowo na jednej stronie mamy zdjęcie hełmu i kawałka zachowanej szczęki podpisane „Wikingowie często zajmowali się handlem niewolnikami. Bezwzględność z jakiej słynęli bardzo im pomagała”. Spytać się należy: co ma piernik do wiatraka? Bo z ilustracji trudno domyślić się związku artefaktu z niewolnictwem: szczęki mieli wszyscy, hełmy również nosili różni ludzie, nie zawsze w zbrodniczych celach… Owszem, autor pisał kilkanaście stron wcześniej o wikińskim handlu niewolnikami z Bizancjum, ale sama ilustracja została umieszczona w miejscu zupełnie niespójnym z tym faktem. I nie jest to odosobniony przypadek.

W tekście są też liczne błędy rzeczowe, które co jakiś czas prostuje redaktor. Na przykład autor pisze, że Henryk II Pobożny był królem Polski, albo, że Mamelucy uratowali chrześcijańską Akkę przed Mongołami, podczas gdy w rzeczywistości chrześcijanie z Akki zawarli sojusz z Mongołami przeciwko Mamelukom…

Co jest moim ostatecznym zarzutem: materiał dowodowy nie układa się w tezę autora. Ten stara się udowodnić, że Jedwabny Szlak kształtował historię świata lub przynajmniej Eurazji. Przytaczane przez niego argumenty świadczą jednak raczej o tym, że pulsował: uruchamiał się, gdy po obu stronach były potęgi ekonomiczne, a przestawał działać, gdy któraś z nich słabła…

Tak więc raczej nie polecam. Owszem, w książce jest wiele ciekawostek, a sam wywód jest ciekawy, jednak istnieją lepsze pozycje o historii gospodarczej.

Joukai: Tajemnicze stwory w kulturze Japonii:

Ocena: 6/10

Książka traktuje o niezwykłych istotach istniejących w folklorze Japonii: zarówno tych dawnych, jak Kitsune, Tanuku, Tengu czy Kappa, jak i nowoczesnych wynalazkach w rodzaju istoty wylizującej toalety, czy też widma aktorki ze zmasakrowaną operacjami plastycznymi twarzą… Czyli coś, co zapowiada się jako fascynująca lektura.

Niestety jest to pozycja, której po prostu nie mogłem zmęczyć. Wchodziła mi ona do głowy bardzo opornie.

Głównym problemem książki jest fakt, iż jej prawie połowę stanowi przedmowa. To naprawdę dużo, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, iż pozycja ta wcale nie jest długa. Co więcej wiele elementów w przedmowie nie dotyczy bezpośrednio samego tematu. Autor zamiast tego skupia się na przedstawianiu sylwetek „badaczy” (choć lepiej byłoby ich nazwać „popularyzatorami”) joukai, czyli różnych etnologów i etnografów oraz rysowników, którzy pisali o niezwykłych stworach.

Ogólnie: tak spaprać taki temat…

Katalog zamków w Polsce:

Ocena: 1k6+4

Jest to katalog obejmujący wszystkie znane zamki w Polsce oraz ich relikty archeologiczne. Próbowałem go czytać, ale w zasadzie rys historii architektury średniowiecznej, będący wprowadzeniem do książki jest najciekawszym jej elementem. Prócz tego otrzymujemy długie wyliczenie zamków, ich fotografie, plany oraz krótki rys historii oraz stanu badań na temat danej pozycji. Ten ostatni składa się niestety głównie z inwentarza budów, przebudów, remontów oraz litanii archeologów, którzy w danym miejscu prowadzili wykopaliska.

Książka jest ozdobiona fotografiami, ale jako, że została wydana już jakiś czas temu, wiele z nich jest delikatnie mówiąc średniej jakości, a nierzadko też wykonanych przez średnich fotografów.

Pytanie brzmi: czy będzie Wam się podobała. Otóż: zależy do czego jej potrzebujecie. Jeśli chcecie zrobić plan wycieczki po wszystkich, atrakcyjnie wyglądających ruinach zamków w Polsce, to zdecydowanie polecam Wam wygrzebać ją w bibliotecznej czytelni. Jeśli chcecie pisać pracę magisterską lub artykuł naukowy w temacie pokrewnym, to może się wam przydać. Jeśli szukacie ciekawostek lub chcecie sobie poczytać, to odradzam.

Koreański ferment:

Ocena: 6/10

Książka kucharska w stylu tych nowomodnych: koncentrujących się na przeżyciach, pochodzeniu i przygodach kucharza, za to zdecydowanie mniej miejsca poświęcając przepisom i technikom kulinarnym.

Na tle znacznej części konkurencji na szczęście tych ostatnich jest całkiem sporo, często okraszonych jakimiś, niezbyt fascynującymi anegdotkami oraz spostrzeżeniami oraz sporą ilością zdjęć, wykonanych dość amatorsko, na ceramice z Biedronki i Chińskich Supermarketów (ha! Ktoś ma takie same pomysły, co ja!).

Przepisy raczej mało odkrywcze. Jeśli ktoś szuka wiedzy o kuchni koreańskiej, to polecam raczej
„Tradycje Kulinarne Korei”.
Zdecydowanie bardziej informacyjna i sprzedająca dużo więcej wiedzy.

Kultura materialna:

Gry wymiany:

Ocena: 9/10

Tom drugi dzieła Kultura materialna, gospodarka i kapitalizm. XV-XVIII wiek. Tym razem tematyka staje się znacznie bardziej techniczna, skupiając się na gospodarce i ekonomii. Tak więc tematem jest funkcjonowanie tagów i jarmarków, rola w wymianie miast i miasteczek, magazynów i spichlerzy, giełd towarowych i papierów wartościowych czy chociażby sklepów. Do tego dochodzą zwyczaje kuców, plantatorów, bankierów, marynarzy, organizacja transportu na morzach, rzekach i drogach, obsługa kredytowa giełdy i tak dalej i tak dalej…

Pozycja ta jest zdecydowanie cięższa i trudniejsza w lekturze niż poprzedni tom, a sam temat jest (czego ukryć się nie da) nudniejszy. Nie zmienia to faktu, że pozycja wydaje się wręcz biblią tematu, rzucającą znaczące światło na życie w dawnych czasach oraz jego organizację.

Jeśli ktoś interesuje się tematem, to polecam zakup również tego tomu. Owszem, nie jest to lekka książka, którą można by sobie czytać jak bajkę. Jednak ilość wiedzy, jakiej dostarcza jest wprost gigantyczna.

Struktura codzienności:

Ocena: 10/10

Pierwszy tom monumentalnego dzieła Kultura materialna, gospodarka i kapitalizm. XV-XVIII wiek. Traktuje on o czymś, co można nazwać historią gospodarczo-społeczną. Omawia więc sposób, w jaki żyli nasi przodkowie we wczesnej nowożytności. Dowiadujemy się więc, jak wyglądały domy, struktury rodzin, jakie rośliny uprawiano, jakie plony dawały i jak wpływało to na populację oraz społeczność. Do tego mamy jeszcze zagadnienia dostępności do towarów zbytkowych, poziom rozwoju środków transportu, rozwój miast…

Ogólnie rzecz biorąc książka ta jest niemalże biblią. Gdyby wpadła mi w ręce kilka lat wcześniej, mógłby zaoszczędzić mnóstwo czasu i pieniędzy zwyczajnie nie kupując innych tytułów.

Ogrom pracy, jakiego dokonał autor jest naprawdę imponujący. Książka zbiera bowiem ustalenia historyków z całego kontynentu, co już choćby ze względu na barierę językową musiało być zadaniem niełatwym. Traktuje też większość zagadnień całościowo i wyczerpująco.

Wadą jest dość skomplikowany język, co (biorąc pod uwagę literackie zacięcie i skłonność do popisywania się eurydycją przed czytelnikiem) w połączeniu z dość hermetyczną niekoniecznie ułatwia lekturę.

Czas świata:

Ocena: 8/10

Trzeci tom dzieła Kultura materialna, gospodarka i kapitalizm XV-XVIII wiek. Z mojego punktu widzenia najmniej interesujący, bowiem mocno zahaczający o historię polityczną. Tak więc w pierwszej części książki autor najpierw streszcza teorię systemów-światów, następnie przechodzi do dziejów poszczególnych centrów gospodarczych kontynentu europejskiego i analizuje sposoby, w jaki tą pozycję uzyskały i straciły…

Powiem uczciwie, że nie potrafiłem czytać tego rozdziału spokojnie. Bardzo często skakało mi bowiem ciśnienie, zwłaszcza, gdy spojrzałem na komórkę i w internet, zobaczyłem, co nasz rząd wyprawia i ujrzał analogię…

Kolejne rozdziały to już na szczęście historia gospodarcza i społeczna, analiza społeczeństw położonych daleko od Europy, a przynajmniej tej zachodniej, ze szczególnym uwzględnieniem Rosji, Turcji i Chin, oraz ich gospodarki. Całość zamyka skrócona historia rewolucji przemysłowej…

Jak mówiłem: nadal jest to bardzo dobra pozycja, jednak odpływa ona już trochę od moich potrzeb i głównych zainteresowań.

Królestwa wiary:

Ocena: 8/10

Popularnonaukowa historia państw arabskich, które istniały na półwyspie iberyjskim w średniowieczu.

Tak więc: Arabowie podbili całą Hiszpanię za wyjątkiem enklaw na północy, gdzie schronili się chrześcijańscy przywódcy. Zamiast to dorżnąć do końca skupili się na budowaniu pałaców. Otaczali się tancerkami i pisali homoerotyczne wiersze. Powtarzającym się problemem byli następcy tronu, którzy umierali na marskość wątroby krótko po dwudziestce. Kolejnym powtarzalnym zjawiskiem, tak częstym, że nabrało wręcz znamion toposu była też następująca historyjka: kalif lub emir szedł do meczetu, usłyszał przejmujący poemat który tak mu się spodobał, że mianował jego autora wezyrem…

Szczerze mówiąc trudno było mi bowiem chwycić empatię z mieszkańcami regionu. Sam jestem człowiekiem dość pragmatycznym i praktycznym, tak więc kultury oparte na hedonizmie, jałmużnie i umiłowaniu estetyki nie znajdują u mnie zrozumienia.

Nie dziwi mnie w ogóle, że to upadło. Dziwi mnie raczej, że zajęło mu to aż tyle czasu… Cóż, jak to mówią: coś, co stoi może zbudować każdy, ale coś, co ledwie stoi potrafi tylko inżynier.

Książę:

Ocena: 8/10

W odróżnieniu od Sun Tsu ta pozycja jest raczej trudna do czytania, z uwagi na archaiczny, trudny język, dużą ilość zwrotów do czytelnika oraz powoływanie się na sytuację, której kontekst trudny jest do zrozumienia (zwłaszcza, że Machiavelli sam często używa archaicznej nomenklatury lub odwołuje się do martwych mitów historycznych).

Sama książka ma sławę „poradnika sukinsyństwa”, aczkolwiek jest ona dość mocno przereklamowana. Machiavelli swą złą opinię zawdzięcza nowatorskiemu podejściu do tematu. Otóż: większość wcześniejszych książek traktujących o sprawowaniu władzy wychodzi z założenia, że jej celem jest bonum regnum czyli „dobre” lub „prawe rządy”, które spowodują, że państwo, dzięki cnotom moralnym władcy rozkwitnie.

Machiavelli podchodził do tematu realistycznie, wychodząc z założenia, że ludzie są źli i moralne nakazy niewiele im pomagają. Książę natomiast powinien być w sprawowaniu władzy w pierwszej kolejności skuteczny i konsekwentny. Jako, że działo się to w czasach przed liberalnym podejściem, wskazującym równość wszystkich wobec prawa i tegoż prawa niezmienność oznaczało to, że książę wymuszać musi swoją władzę siłą i zjednując sobie ludzi darami. Natomiast uważać musi, by nadmiernie nie przekraczać swoich uprawnień i nie wzbudzić tym gniewu innych…

Owszem, jest w niej kilka rzeczy, które sugerują amoralizm, ale można je też uznać za podyktowany dogłębną znajomością ludzkiej duszy i rozczarowaniem cynizm (jak złote myśli typu „ludzie prędzej zapomną śmierć ojca, niż ojcowizny stratę”).

Kwartet dalemarski:

Cart and Cwidder:

Ocena: 9/10

Trudno mi opowiedzieć o czym jest ta książka oraz co jest w niej tak dobrego, żeby z jednej strony nie zaspoilerować, a z drugiej nie zniechęcić do niej czytelnika. Zasadniczo jest to jednak przeznaczona dla dzieci powieść fantasy opowiadająca o losach pewnej rodziny pieśniarzy, wędrującej od jarmarku do jarmarku…

Jako, że lektura przeznaczona jest dla najmłodszych, brak w niej ostrego języka czy też krwawych scen, a przynajmniej napisanych naturalistycznie, niemniej jednak jest to pozycja w diabła mroczna, nierzadko dość okrutna (zdziwilibyście się, ile okrucieństwa można dokonać bez epatowania fontannami krwi i wydłubanymi oczkami) i pozbawiona złudzeń co do ludzkiej natury. I to nie w ten sposób, że bohaterów prześladują jakieś diabelskie stwory, a bardziej wskutek tego, że muszą mierzyć się z sytuacjami, z którymi nikt z nas nie chciałby się mierzyć.

Do tego dochodzi bardzo ładnie wpleciona w konstrukcję świata magia (taka w rodzaju raczej białych), nadająca dodatkowego wydźwięku książce.

Naprawdę udana książka.

Drowned Ammet:

Ocena: 9/10

Drugi tom cyklu dalemarskiego, tym razem traktujący o zupełnie innych bohaterach. Jak mówiłem, jest to cykl dla dzieci, opowiada natomiast o dzieciach, które znalazły się w bardzo złej sytuacji wskutek działań bardzo nieodpowiedzialnych dorosłych. Nie zaspoileruje bardzo, jeśli powiem, że czytanie książki zaczynamy śledząc los dziesięciolatka, który niesie dużą bombę, żeby rzucić nią w tłum…

Akcja toczy się w królestwie Dalemark, które obecnie znajduje się pod władzą książąt dzielnicowych (poziom technologii to jednak wczesna nowożytność, a nie średniowiecze) i podzielona na Północ oraz Południe. Południe, gdzie toczy się akcja powieści jest dość typowym państwem wahającym się między XIX wieczną monarchią absolutną, a również XIX wiecznym autorytaryzmem, z niewielkim poziomem swobód obywatelskim, uciskiem i wyzyskiem warstw pracujących, restrykcyjnej „sprawiedliwości” i ochranoidalnych tajnych policji.

Obserwujemy natomiast losy wywodzącego się z chłopsko-robotniczej rodziny chłopca imieniem Mitt oraz śledzimy jego rodzinną tragedię i jej daleko idące następstwa.

The Spellcoat

Ocena: 9/10

Trzeci tom Dalemark Quartet. Tym razem akcja toczy się kilkaset lat przed wcześniejszymi książkami, w czasach, gdy królestwo Dalemarku dopiero powstawało, w okresie bardzo podobnym do rządów Alfreda Wielkiego w Wielkiej Brytanii. Tak więc trwa wojna między przybywającymi na łodziach najeźdźcami, a lokalną ludnością. Król tej ostatniej musi natomiast ukrywać się na bagnach…

Tymczasem w pewnej, małej wiosce żyje sobie natomiast grupka dzieci, które muszą radzić sobie ze stadem problemów: ich (nieżyjąca już) matka pochodziła z innego regionu, w efekcie czego mają włosy i rysy twarzy takiego samego koloru, jak najeźdźcy, wyznają innego boga, niż reszta okolicy, ich ojca i najstarszego brata wcielono do wojska, ten pierwszy długo nie wraca, a drugi, mimo że wrócił, nie jest w stanie funkcjonować wskutek szoku pourazowego…

I tak.

To jest powieść dla dzieci.

Bardzo wyważona, mądrze napisana powieść dla dzieci od wyjątkowo utalentowanej autorki wykazującej się ogromną inteligencją emocjonalną.

The Crown of Dalemark:

Ocena: 9/10

Ostatni tom cyklu Dalemark Quartet. Mitt, znany nam z drugiego tomu mały terrorysta, z uwagi na swoją przeszłość zostaje wplątany w dość paskudną polityczną aferę, w rezultacie której będzie musiał dokonać kilku czynów, których ani dokonywać nie chce, ani też w CV raczej wpisać ich nie można. Próbuje się więc z niej wyplątać jakoś…

Gdyby nie podbudowa w postaci trzech poprzednich tomów książka ta byłaby typową, choć raczej niezbyt godną uwagi przygodówką. Na szczęście to, co przeczytaliśmy wcześniej mocno zmienia wydźwięk książki.

W porównaniu z poprzednimi tomami ten jest chyba najmniej mroczny, aczkolwiek nadal pozostaje głęboko niepokojący. Trudno powiedzieć, by trzymał w napięciu do ostatniej chwili, gdyż nie jest to ten rodzaj literatury, bardziej jednak polegający na budowaniu atmosfery i charakterów postaci, niż pogoni za przygodą.

Nie zmienia to faktu, że pozycja ta wciąga nosem 90 procent dorosłej fantastyki.

Mistrz zagadek z Hed:

Ocena: 4/10

Fabuła: był sobie upiór króla-czarnoksiężnika, który straszył w pewnej wieży. Straszenie to polegało na tym, że każdego, kto do owej wieży wchodził wyzywał na turniej zagadek, a jeśli odpowiadał źle: mordował. Był też chłopek-roztropek. Pewnego dnia chłopkowi-roztropkowi się nudziło (ja nie kpię, ja streszczam), więc poszedł do tej wieży, pobawić się z morderczym nieumarłym w zagadki.

Jak się okazało znał jedną taką, której widmo nie potrafiło rozwiązać, więc wygrał.

W nagrodę upiór dał mu swoją koronę, nad którą ciążyła starożytna przepowiednia, o której dosłownie wszyscy (oprócz chłopka-roztropka) wiedzieli. Chłopek-roztropek popatrzył na koronę i powiedział „ładna!”, jednak nie wiedział, co z nią zrobić, nawet pomimo tego, że cała była ze złota i wysadzana klejnotami. Zaniósł ją do domu i schował pod łóżkiem…

Potem siła była nieprzyjemności, lud bowiem szukał króla z przepowiedni, a po kraju krążyły Nazgule nie wierzące, że ktoś może być aż takim idiotą.

Ogólnie: książka ta strasznie mnie rozczarowała. Po Zapomnianych Bestiach z Eldu spodziewałem się czytelniczej uczty lub przynajmniej wizyty w literackim odpowiedniku baru z kebabami… Otrzymałem natomiast książkę bardzo słabą. Coś, co bardziej wygląda jak dzieło 14-latki, niż piąta czy szósta powieść doświadczonej pisarki.

Dzieło to ma dwa śmiertelne grzechy: po pierwsze mające w niej miejsce wydarzenia nie mają sensu. Tak więc bohater bierze udział w katastrofie statku, w wyniku której popada w psychologiczną traumę i traci głos. Autorka pamięta o tym przez pół strony, po czym nagle bohater doznaje cudownego uzdrowienia. Chwilę potem zostaje oskarżony o zamordowanie trzech kupców i zawleczony przed sąd, gdzie dosłownie okazuje się, że w tym świecie mordowanie kupców nie jest problemem…

Drugi problem to bardzo długie i pozbawione znaczenia dialogi. Przykładowo pierwsze 50 stron powieści to kłótnia brata z siostrą o to, że podeptał jej rabatkę. I w zasadzie cała książka jest o tym, że bohaterowie rozmawiają o jakichś pierdołach, natomiast fabuła dzieje się gdzieś w tle tak, że nierzadko czytelnik nie zauważa nawet, że stało się coś istotnego…

Ogólnie: odradzam. Bardzo słaba, katastrofalnie źle napisana książka.

Młot i krzyż:

Młot i krzyż: Thrall

Ocena: powiedzmy, że 6/10

Książka, którą teraz omówimy jest ciekawym artefaktem i zabytkiem wydawniczych przesądów. Otóż: powieść Młot i krzyż autorstwa Harrego Harrisona oryginalnie została wydana w jednym, liczącym sobie 450 stron tomie. Polski wydawca jednak z jakiegoś powodu (prawdopodobnie wierząc, że czytelnik nie da rady przeczytać tak grubego tomu) postanowił podzielić ją na trzy części (paradoksalnie dziś robi się na odwrót: często dąży się do jak największego formatu, bo wierzy się w to, że tak bardziej wyróżniają się na półkach Empików).

W efekcie dostajemy potworka… Książkę, o której nie da się nic opowiedzieć, bowiem zwyczajnie nie wiadomo o czym traktuje: prawdopodobnie o saskim chłopcu pochodzącym z arystokracji, źle traktowanym przez krajan, który dostaje się do niewoli wikingów i poznaje ich kulturę. Ale tak naprawdę nie sposób orzec, bowiem na podstawie czegoś, co de facto jest kilkoma początkowymi rozdziałami trudno stwierdzić…

Tym natomiast co rzuciło mi się w oczy jest bardzo niekonsekwentne traktowanie seksu i przemocy. Otóż: wikingowie mogą mordować, robić krwawe orły, okaleczać, a nawet gwałcić kobiety, ale pod warunkiem, że po cichu i poza głównym ekranem. Serio: bohater na przykład dociera do swej wioski i odkrywa, że wszystkie kobiety tam wielokrotnie zgwałcono, oprócz kilku branek, które wikingowie zabrali za sobą. Potem przenosimy się do obozu owych wikingów, gdzie przywódca bandy łupieżczej prezentuje zdobycz swojemu wodzowi i obdziera je z ubrań…

Ale tak grzecznie. Brońcie bogi nie do naga! Ba! Nawet nie do bielizny!

Do podkoszulka…

Wychodzi to głupio i niekonsekwentnie.

Ogólnie: książkę tą da się przeczytać, ale po ilości materiału nie sposób powiedzieć „czy warto”. Co więcej wygląda ona na dość przestarzałą, pisaną wedle mentalności, która już w chwili jej powstania (połowa lat 90-tych) była mocno anachroniczna, a dziś jest zwyczajnie śmieszna. Co więcej wygląda ona raczej na dzieło rzemieślnika, niż mistrza pióra. Jednak z całą pewnością nic nie da się powiedzieć, dopóki nie skończę dwóch pozostałych „tomów”.

Młot i krzyż: Karl:

Ocena: 6/10

W dziewięciu na dziesięć przypadkach, gdy ktoś mówi „może z czasem się rozkręci” można z góry założyć, że nie nastąpi to nigdy. W wypadku tej książki jest odwrotnie. Faktycznie „w drugim tomie” (piszę w cudzysłowie, bowiem jest to jednotomowa pozycja, którą polski wydawca podzielił na trzy części) zrobiła się lepsza i nabrała życia.

Tak więc główny bohater stał się pełnoprawnym wikingiem i wraz z innymi, podobnymi wikingami podróżuje po Anglii grabiąc i paląc. W grę wchodzi też oczywiście konflikt na linii „dobrzy poganie” reprezentujący tutaj cywilizację naukowo-techniczną i źli aż do karykaturalnych poziomów księża (oraz oczywiście źli poganie).

Ogólnie książka jest bardzo prostolinijna i mało wyrafinowana, a poza tym strasznie naiwna w swojej wizji świata oraz niezbyt mądrym antyklerykalizmie. Niemniej jednak czyta się ją nawet nie najgorzej, a teraz, kiedy doszły jeszcze bitwy i oblężenia zrobiła się wręcz całkiem trzymająca w napięciu.

Młot i krzyż: Jarl

Ocena: 6/10

Trzeci tom Młot i Krzyż. Bohaterowie i ich przeciwnicy szykują się do ostatecznej konfrontacji. W użycie wejdzie chrześcijańska i pogańska technologia, a co więcej do Anglii płynie frankijska armia z interwencją…

Książka utraciła już wszelkie związki z jakąkolwiek historycznością, a bardzo niskie natężenie zjawisk nadprzyrodzonych nie pozwala z czystym sumieniem zakwalifikować jej do fantasy. Sama fabuła okazuje się niezbyt porywająca i niestety miałka: jest to kolejna opowieść o tym, jak wolność wygrywa dzięki huraganowej sile ognia, napisana przed tym, jak opowieści takie zrobiły się modne. Bohaterowie są płascy: albo odważni, szlachetni i mądrzy, albo okrutni, nikczemni i ciemni. Wyjątkiem są kobiety, które po prostu są płaskie.

Całość ratują trochę sceny walki, ale uczciwie mówiąc, to nie jestem pewien, czy faktycznie warto tą książkę czytać.

Mroczna wieża:

Powołanie Trójki

Ocena: 10/10

Jeśli mowa o ponuractwie…

Pamiętacie lata 90-te i tą millenarystyczną modę na mroczniactwo? To teraz wiem, skąd się jego fanom takie głupie pomysły się w głowach brały.

Nie, żeby zarzucał powieści Kinga głupotę. Bo nie zarzucam. Przeciwnie, to jedna z najlepszych książek fantastycznych, jakie w swoim życiu czytałem.

Roland, by dotrzeć do Mrocznej Wieży musi rekrutować trzech towarzyszy podróży. Pozwolę sobie na pewien spoiler i wyjawię, że będą to: uzależniony heroinista, wariatka i seryjny morderca. W tym celu musi udać się do obcego (dla siebie) świata. Zmagać musi się też z poważnym problemem, jakim jest zakażenie, jakie wdało się w przypadkową ranę…

I tyle.

Muszę powiedzieć, że King jest bardzo utalentowanym pisarzem, a książka jest co najmniej nieszablonowa. Nie tylko jeśli chodzi o kreację świata, ale też bohaterów i podejmowane przez nich decyzje.

Autor też bardzo dobrze radzi sobie z budowaniem i równoważeniem postaci. Większość bohaterów w tej książce jest co najmniej niezbyt sympatyczna, a sam rewolwerowiec Roland nie jest tu wyjątkiem. Przeciwnie, to kawał drania i sukinsyna jakich mało, twardy, wyprany z emocji, pozbawiony serca, makiawelliczny i bezduszny morderca. Jednocześnie jednak osobnik wzbudzający sympatię, z którym nie da się nie sympatyzować lub przynajmniej nie podziwiać.

Podczas lektury tej książki i po jej zakończeniu towarzyszyło mi uczucie, jakie nie zaznałem od dawna: ochota, by przeczytać jeszcze jedną, a najlepiej kolejne sto stron. Oraz, by zaraz po jej zakończeniu sięgnąć po kolejny tom.

Nie zrobię tego jednak.

Chce się tym cyklem jeszcze ponapawać.

Trochę żałuje, że zwlekałem tyle lat z zabraniem się za tą książkę. Z drugiej strony ani w latach 90-tych, ani w pierwszym dziesięcioleciu nie było możliwości, bym ją zdzierżył. Za silną miałem awersję do mrockness and darkness wówczas.

Ziemie Jałowe:

Ocena: 9/10

Trzeci tom Mrocznej Wieży Stephena Kinga. Moim zdaniem odrobinę gorszy, niż poprzednie. Roland i jego przyjaciele wędrują przez pustkowia, a King buduje atmosferę. Werbują też dwie dodatkowe postacie do swej drużyny. Koniec końców docierają do bardzo ponurej lokacji, gdzie muszą zmierzyć się z morderczym pociągiem…

Jak zwykle w bardzo dobrych książkach fabuła w streszczeniu wypada znacznie gorzej, niż na piśmie. Ogólnie jednak jest to bardzo dobra, nieklasyczna powieść fantasy, w starym, nasuwającym skojarzenia z literaturą sword and sorcerry stylu, tylko zamiast mieczy są rewolwery (ogólnie fantasy to gatunek bardzo dobrze łączy się z horrorem).

Niemniej jednak oceniam ten tekst odrobinę gorzej od poprzednich. Główną przyczyną takiego stanu rzeczy jest końcowy obszar książki, który nieco przerósł chyba autora. Mamy tam nagromadzenie dwóch problemów: anglosaskiego wyobrażenia o bandytyzmie i wyobrażenia o komputerach rodem z lat 80-tych. Bohaterowie muszą tam radzić sobie zarówno w świecie komputerów, które są przedstawione tak, jakby ktoś widział Atari XT w sklepie i na tej badzie tworzył demony, oraz grupą kryminalistów, którzy opisywani są jako przerażający, ale wychodzą tak karykaturalni, że urwali się chyba z obsady „Piotrusia Pana”, gdzie grali piratów.

Końcowe rozdziały książki zdecydowanie nie wyszły.

Czarnoksiężnik i kryształ:

Ocena: 8/10

Czwarty tom Mrocznej Wieży. Drużyna po stoczeniu walki z morderczym AI zamieszkującym supernowoczesny pociąg trafia do opustoszałego, wymarłego miasta, gdzie wszędzie walają się zmumifikowane trupy mieszkańców. Roland natomiast zaczyna opowiadać historię ze swojej młodości.

I owa historia wypełnia większą część treści. Cofamy się w czasie i spotykamy 14 letniego Rolanda, a następnie śledzimy jego szczeniacki romans z równie zaawansowaną wiekiem Susan. Przy okazji spotykamy wrogów młodzieńca, którzy koniec końców doprowadzają do upadku jego rodzinnego królestwa.

Ogólnie rzecz biorąc jest to bardzo dobra, choć mocno nierówna książka: początek akcji jest świetny, końcowe rozdziały: bardzo dobre. Środkowe: ja pierdolę i to w tym złym sensie. Powieść zyskałaby bardzo, jeśli wyciąć by z niej jakieś 300 stron nastoletniego romansu.

Wilki z Calla:

Ocena: 6/10

Roland i jego sojusznicy, przeprawiwszy się przez Ziemie Jałowe ponownie docierają do krain zamieszkanych przez ludzi. Odkrywają, że okolica, przez którą wędrują nękana jest przez tak zwane Wilki. Te przybywają raz na pokolenie, by porwać co drugie dziecko mieszkańców. Na prośbę mieszkańców pewnej społeczności rewolwerowcy będą musieli stanąć w jej obronie…

Jak łatwo zgadnąć mamy tu do czynienia z wariantem Siedmiu Wspaniałych. Nie ma więc powodów, by oczekiwać, że historia powali nas oryginalnością. Tak więc bohaterowie docierają do wioski, której obronę trzeba zorganizować. Część lokalsów jest zdeterminowana, by walczyć, część się waha, jeden (jak zwykle w takich bajkach) okaże się szpiegiem. Ogólnie rzecz biorąc: materiał na błahą opowiastkę, liczącą maksymalnie 250 stron.

Problem w tym, że King rozciągnął go prawie trzy razy więcej…

Osiągnął to głównie poprzez rozmnożenie postaci. W efekcie bohaterowie poznają chyba każdego mieszkańca calla, odwiedzają go na jego farmie, tam widzą jego bawiące się dzieci, dochodzą do wniosku, że „to strasznie miłe dzieciaki” oraz „szkoda byłoby, gdyby spotkała je krzywda”, znajdują sposób, by przekonać początkowo nieprzekonanych, w nagrodę za co dostają jakąś broń lub informację…

Powtórzone jest to tyle razy, że pod koniec czytelnik zapomina, kim były postacie spotykane na początku…

Koniec końców dochodzimy do ostatecznej strzelaniny, która jest wyjątkowo rozczarowująca. Trwa półtorej strony, tak, jakby jej zupełnie nie było.

Ogólnie to mam wrażenie, że cykl ten nie idzie w dobrą stronę.

Pieśń Suzanach:

Ocena: 8/10

Szósty i przedostatni zarazem tom Mrocznej Wieży. Po dwóch słabych, mało satysfakcjonujących i nudnych trafia się wreszcie wyraźna poprawa. Co ciekawe Kingowi udaje się wybrnąć z większości problemów, jakie spowodował swojej książce. Nawet self insertior jakiego się dopuścił wypada całkiem nienajgorzej. Aczkolwiek coś czuję, że nie uda mu się porządnie zakończyć cyklu. Jednak o tym porozmawiamy przy okazji ostatniego tomu.

Tak więc drużyna rozdziela się. Susanach i Mia trafiają do Nowego Jorku, eufemistycznie mówiąc wbrew woli tej pierwszej. Jej tropem ruszają Jake i poznany w poprzednim tomie ksiądz Callahan. Roland i Edie natomiast wyruszają, by chronić przed zniszczeniem Różę (oraz po autograf Kinga).

Ogólnie w książce nie wydarzyło się szczególnie dużo: bohaterowie zabezpieczyli głównie swoje pozycje przed tym, co ma nastąpić. Nadal trochę nie wiadomo, co to ma konkretnie być, jednak coraz częściej pojawiają się w dialogach takie słowa, jak Karmazynowy Król i Łamacze. Można się więc spodziewać, że rozwiązanie fabuły, wyjaśnienie, czym jest ta cholerna Mroczna Wieża oraz w zasadzie po co Roland jej szuka nastąpi niedługo.

Mroczna wieża:

Ocena: 8/10

Siódmy i ostatni tom Mrocznej Wierzy (Wiatr przez dziurkę od klucza chyba sobie daruję). Wnioski: King nie potrafi pisać scen akcji. Nie potrafi pisać też scen wzruszających. Fakt, że tłumaczenie nie jest zbyt dobre („dwugłowy elk”, serio?) też nie pomaga książce, tak więc pierwsza połowa jest umiarkowanie interesującą lekturą.

Druga połowa bardzo mocno powraca konwencją do pierwszych dwóch tomów i jako taka podobała mi się chyba najbardziej. Później przechodzimy do ostatecznej konfrontacji i rozwiązania akcji. Samo rozwiązanie prawdę mówiąc nie usatysfakcjonowało mnie jakoś szczególnie i trochę nie wiem, co o nim myśleć. Muszę poczekać nieco, aż mi się ta książka nieco uleży w głowie. Z jednej strony bowiem wydaje się dziwnie nie na miejscu, z drugiej wyjaśnia parę rzeczy. Muszę zastanowić się nad tym, co autor miał na myśli i czy faktycznie coś miał… Bo trochę wygląda to tak, jakby Roland był jakiegoś rodzaju stałym elementem tego świata i gwarantem jego równowagi i odnowy… Z drugiej: że dla wszystkich byłoby lepiej, gdyby w pewnym momencie po prostu odpuścił dalszej wyprawie…

Ogólnie: jedna z lepszych książek jakie ostatnimi czasy czytałem. Z drugiej: nie jestem pewien, czy (oprócz zanurzenia w świat i związanych z tym emocji) jej lektura faktycznie lektura niesie za sobą jakąś myśl. Tak więc nie potrafię w tej chwili powiedzieć, czy jest to dobra książka ze spieprzonym zakończeniem, czy też dobra książka, której zakończenia nie zrozumiałem (a jest to fundamentalna różnica).

Niemniej jednak jest to niezaprzeczenie dobra książka.

Nowy Wielki Atlas Historyczny:

Ocena: 1k6+4

Prawdę mówiąc po tytule „Wielki” spodziewałem się czegoś innego.

Trochę mam problemy z ocenieniem tej publikacji. Pierwszy z nich to dość niski stopień specjalizacji: odnoszę wrażenie, że mam do czynienia z publikacją do liceum. Nie da się ukryć, że niestety rozmija się z moimi zainteresowaniami. Skupia się na epokach (nowożytność) i obszarach (Polska), które nieszczególnie mnie pociągają. Starożytność i średniowiecze, podobnie jak historia powszechna są potraktowane bardzo po łebkach.

Co więcej problemem jest trochę wydanie. Mapy powszechne są tak sklejone, że szycie przebiega akurat przez nasz kraj, w efekcie czego prawie zawsze jest on w tym takim rowku między stronami i ledwie ją widać…

Na mapach jest też strasznie dużo szczegółów i oderwanych od siebie wydarzeń, miejsc i innych tego typu rzeczy. Mówiąc kolokwialnie: są one nadziubdziane do granic możliwości: na jednej mapie można więc dostać np. granice największych państw, wczesnośredniowieczne misje do pogan i kierunki najazdów wikingów, Węgrów i Arabów jednocześnie, przez co łatwo zgubić się w natłoku kolorów, pasków, strzałek, krzyżyków i skrzyżowanych szabli…

Ogólnie to trochę czuję, że zmarnowałem pieniądze.

Ostatnie królestwo:

Ostatnie królestwo:

Ocena: 9/10

Sierota z tak zwanej „dobrej rodziny” zostaje przygarnięta przez jarla wikingów i wychowuje się poznając ich kulturę i zwyczaje. Bierze więc udział w grabieniu klasztorów, paleniu wsi i składaniu ludzkich ofiar. Jego dzieciństwo biegnie szczęśliwie, bowiem „nie ma w nim księży, którzy mogliby czegoś zabraniać”, a największym problemem jest fakt, że ową patologię chcą wykupić Anglicy i zrobić z niej mnicha… Niestety, świat pogrążony jest w chaosie i nikt nie może być w nim pewien swego jutra. Zbliża się więc dzień, gdy dziecięca sielanka zostanie przerwana, a bohater będzie musiał szukać sojuszników wśród Anglików…

Powiem uczciwie: książka „zrobiła mnie” od pierwszych linijek (w których bohater rozkminia, jak prawidłowo zapisuje się jego imię, co nawiasem mówiąc dużo o nim mówi, jako o człowieku). Cornwell (co zapewne wie każdy, kto czytał na przykład Nieprzyjaciela Boga) jest mistrzem w budowaniu mentalności ludzi dawnych czasów (a przynajmniej potencjalnej mentalności), w taki sposób, by było widać, że z jednej strony jest to epoka pełnego zabobonu i czasy, gdzie dodawanie, mnożenie i cały alfabet to mega wykształcenie, a z drugiej nie popada w śmieszność, nie budzi pogardy i jednocześnie potrafi sprawiać, że wydają się sympatyczni, a ich motywacje są zrozumiałe.

Jednocześnie Cornwell opanował sztukę takiego posługiwania się przemocą i okrucieństwem, by nie nużyło to widza i nie popadało w patologię. Autor nie oszczędza czytelnika: w jego świecie zarówno Duńczycy, jak i Anglicy (a potem też Szkoci, Fryzyjczycy, Brytowie, Irlandczycy i Norwegowie) popełniają każde możliwe okrucieństwo (a co więcej każda nacja ma swój własny, niepowtarzalny styl). Jednocześnie ta przemoc nie staje się banalna, śmieszna czy zwyczajnie nudna, jak u Kressa i Wegnera, ani też nie popada w pornograficzne zacięcie jak w Achai.

Ostatni akapit postanowiłem poświęcić historyczności powieści. Otóż: mam wrażenie, że powieść jest z nią dość mocno na bakier, zarówno jeśli chodzi o rekwizytornię, jak i wydarzenia, aczkolwiek widać, że Cornwell zrobił naprawdę dobry researsh. Całość pisana jest w konwencji „historię piszą zwycięzcy”, zakładającej, że przekaz jest co najmniej mętny, co więcej z punktu widzenia osoby będącej ze światem raczej na bakier. Świetnie się to sprawdza, dodając wiarygodności opowieści oraz likwidując poczucie dysonansu wynikającego z ewentualnych błędów.

Zwiastun burzy:

Ocena: 8/10

Drugi tom cyklu Cornwella. Nieco zmienia się jego atmosfera, bowiem bohater z dzieciaka i nastolatka przekształca się w młodego dorosłego. Znika więc klimat „chłopców z placu broni” faktycznie chodzących pod bronią, a książka ewoluuje w dość klasyczne sword and sandal.

Owa ewolucja i sposób, w jaki przedstawiany jest bohater są ciekawe. Z jednej strony Uther jest człowiekiem, którego łatwo polubić: osobnik walczący o swoje, mający swoje przekonania i ideały, skuteczny w tym, co postanowił zrobić, a jednocześnie często niedoceniany, traktowany niesprawiedliwie za, kim jest (Anglik zafascynowany Duńczykami, pół poganin, pół chrześcijanin, który obydwu stronom wyrządził znaczące szkody i wielkie przysługi), a nie za to co robi…

Z drugiej, jeśli lepiej się nad tym zastanowić, to jest on po prostu wodzem zbójów, bandytą, osobnikiem niekoniecznie godnym zaufania, swą upartą postawą podważającym podstawy obydwu cywilizacji. Facetem gotowym zdradzać za pieniądze i mordować za nie, albo też z dowolnego innego powodu. Dobrym w zasadzie tylko w dwóch rzeczach: znajdowaniu powodów, żeby kogoś uśmiercić i naprawianiu rzeczy, które sam spieprzył.

Widać to zwłaszcza po jego konflikcie z mnichem Asserem, gdzie Uther przedstawia się jako ofiara knowań, ale faktycznie wszystko, o co jest oskarżany było albo prawdą (Uther uprowadził królewski okręt, używał go do piractwa, sprzymierzył się z wrogami królestwa, zdradził ich, pomordował chrześcijan, ograbił kościół), albo też w świetle jego wcześniejszych dokonań jest prawdopodobne (napad na klasztor na ziemiach jego wroga).

Ale co ciekawe, wychodzi to nawet fajnie. Nawet nie tyle wygląda to tak, jakby autor był mizantropem i hipokrytą, co raczej jakby zmęczony już trochę życiem i zgorzkniały człowiek (powieść pisana jest z perspektywy głównego bohatera) próbował postawić się w lepszym świetle, niż faktycznie zasługuje.

Panowie Północy:

Ocena: 9/10

Jako, że nie wszyscy czytali poprzedni post: seria Ostatnie Królestwo (lepiej prawdopodobnie znana z serialowej adaptacji) opowiada o losach Uthreda z Babenbergu, wychowanego przez wikingów, saskiego wojownika w służbie Alfreda Wielkiego. Tym razem nasz bohater jest niezadowolony z nagród, jakie spływają nań wskutek służby u wyżej wymienionego władcy. Postanawia więc wyruszyć do swej rodzinnej Northumbrii, by tam walczyć o swoje…

Ogólnie rzecz biorąc jest to niezły, dynamiczny tom, pełen walk, zmian sytuacji, politycznych intryg na poziomie powiatu, chrześcijańskich i pogańskich zabobonów oraz walk na miecze i topory. Trochę irytujący jest zwyczaj robienia pedofila z każdego, kto się Utherowi nie spodoba. Tak jakby nie starczało, że Kjartan Okrutny każdego, kto wpadnie w jego ręce sprzedaje w niewole, wyjątek robiąc tylko dla duchownych (którymi karmi psy), to musi jeszcze gwałcić małe dziewczynki…

Ale prócz tego jest to bardzo fajna lektura o wojnie, walce, bohaterstwie, a także bezkompromisowości i okrucieństwie.

Pieśń Miecza:

Ocena: 8/10

Niech biskup przyniesie Ci krzyż do powieszenia na maszcie swojego okrętu. Wrzuć go do ognia. Popiół wsyp do koryta z karmą dla świń i nakarm tym wieprzki.

A potem płacz, że chrześcijanie cię nie lubią

Uthred, mistrz dyplomacji.

Wojna toczy się nadal, widać jednak wyraźnie, że nasz bohater, zamiast mądrzeć, ewoluuje w stronę coraz gorszego debila. Gościa, który chwali się, że puki żyje cała Brytania będzie rozbrzmiewać dźwiękiem mieczy uderzających o tarcze, a ognie w warowniach nie zgasną. I taka jest prawda: póki żyje nikt bowiem w całym kraju nie zaśnie spokojnie.

Niemniej jednak, mimo głupoty głównego bohatera, a może właśnie dzięki niej książka ma swój urok. Śledzimy więc losy człowieka, który zachowuje się w sposób brawurowy, niezwykle odważny i jest genialnym wodzem. Jednak jednocześnie, poza jego drużyną przybocznych rozbójników, tak naprawdę mało kto go w świecie szanuje. I dla którego normalne, międzyludzkie relacje są czymś niezrozumiałym. Takiej średniowiecznej patologii, przez które czasy te mają tak marną renomę…

Płonące Ziemie:

Ocena: 8/10

O czym by tu jeszcze opowiedzieć? Rozwalające są też stosunki Uthera z kobietami. To, że do dzieci nie ma on szczególnej ręki, (wręcz przeciwnie, wygląda to bardziej, jakby ich odejście pod kuratelę królewską było raczej powodem do radości, bo oto trafiła się darmowa niańka), tak jego relacje z ich matkami są rozwalające. Prawdę mówiąc, mimo deklaracji więcej uczuć zdaje się żywić do koni, niż kobiet. Tym bardziej, że częściej wspomina o tym, że tęskni za utraconym wierzchowcem, niż za zmarłą żoną… Oraz to, jak szybko przygruchał sobie następną kochankę.

Jeśli chodzi o książkę, to nadal dostarcza ona bardzo dużo emocji, krwawej jatki oraz pozwala zajrzeć w psychikę i mentalność niebezpiecznego debila, którego boi się pół świata.

I to trochę jest wadą książki. Po prostu schemat „Uther dochodzi do bogactwa i chwały, ale zabija księdza i musi zaczynać od nowa” staje się powoli nudny. Owszem, nasz ktoś w rodzaju bohatera jest prawdziwym mistrzem w rozwiązywaniu problemów, które sam stworzył, ale cykl skorzystałby na tym, gdyby zamknął się w sześciu tomach.

A nie był resetowany co kilka z nich.

Śmierć Królów:

Ocena: 8/10

Fajna książka (jak cały cykl), jednak trochę mi się już zlały w jedno pasmo masakr, rozlewu krwi i przemocy. Tym razem umiera Alfred Wielki, władzę po nim natomiast odziedziczyć ma jego syn…

Jako, że nie było jeszcze o tym: wadą książki jest niekonsekwencja w kreowaniu postaci Alfreda oraz chrześcijaństwa. Z jednej strony ten pierwszy budowany jest jako geniusz, z drugiej: jakoś tego nie widać. Pomijając wszystkie akcje „Uhtred Dyplomata” i inne rzeczy, które główny bohater spieprzył, to Alfred Wielki wszystkie genialne akcje wykonuje poza planem. Na planie głównym natomiast jest takim samym debilem, jak jak Uhtred: kolejne jego decyzje prowadzą do katastrof, zięć maltretuje mu córkę na oczach wszystkich, ale ten nie daje temu wiary, w stosunkach do swoich najzdolniejszych wojewodów kieruje się uprzedzeniami…

W podobny sposób zachowuje się kościół, który w książce na nic się nie przydaje, a jednak rośnie w siłę, obejmując swoim zasięgiem nie tylko Sasów, ale też Duńczyków i Norwegów, w sposób zupełnie niezrozumiały…

To znaczy: istnieją przyczyny, którymi zarówno wzrost potęgi kościoła, jak i zachowania Alfreda da się wyjaśnić. Przykładowo: biskupi w państwach wczesnego średniowiecza dostarczali bardzo wielu wojowników, zięć potrzebny jest by Alfred mógł kontrolować Mercję, Uthred jest doceniany, ale nie wynagradzany, gdyż ludzie go nienawidzą z powodu jego prowokacyjnego zachowania (Uthred nie jest postacią sympatyczną: rabuje, żeby się wzbogacić, morduje jeńców, wiesza chłopów, żeby ich zastraszyć) i król nie chce być z nim identyfikowany. Sasi rezygnują z pogaństwa, bo kojarzy się z Duńczykami i sukinsymi pokroju Uthreda, Duńczycy: bo styl życia wikinga pasuje tylko takim mutantom jak Uthred. Większość chce tylko uprawiać pola i parzyć się z brankami, a dobrobyt Wesexu im się całkiem podoba. Zresztą, kto idzie na wiking, ten nie wraca…

To jednak w żaden sposób nie zostaje zaznaczone. Dla czytelnia zagadka ta pozostaje równie nierozwiązana, co dla Uthreda.

Pogański Pan:

Ocena: 8/10

Problem z Ostatnim Królestwem polega na tym, że ten cykl powinien zajmować maksymalnie 6 tomów, a tymczasem ma ich już 13 i co gorsza autor pisze dalej. W rezultacie, po bardzo mocnym początku autor popada w schemat „Uthred dochodzi do czegoś, ale zabija księdza, traci wszystko i znowu musi zaczynać życie od początku”. Oczywiście potem jest bardzo dużo zabijania, spisków, pięknych kobiet, opisywania świata z perspektywy średniowiecznego prymitywa, humoru sytuacyjnego i innych rzeczy, które sprawiają, iż książki te czyta się naprawdę dobrze.

Po wszystkim jednak czytelnik pamięta z nich tylko tyle, że był jakiś okrutny wiking, którego imienia nawet się nie pamięta (bo zawierało stanowczo za dużo „Ae” i „th”), który robił straszne rzeczy. Ponownie nie pamięta się jednak czy to był ten, który krzyżował mnichów, ten, co nosił kość matki we włosach czy jakiś inny…

Tak więc: fabuła opowiada o tym, że chrześcijanie rozpoczęli poszukiwania zwłok świętego Kuthberta, gdyż wierzą, że (kiedy szczątki zostaną połączone) Brytania zrośnie się ponownie w jedną całość.

W tym czasie natomiast Uthred zabija księdza i wybija zęby innemu…

Pusty Tron:

Ocena: 8/10

Namiestnik Mercji umiera. Z tej okazji w Danelandzie szykują już topory, bowiem wydaje się, że kraj pozostanie bez obrony. W Mercji natomiast ostrzą miecze, bo kraj wreszcie ma okazję sięgnąć po niezależność, a szlachta będzie mogła osadzić na tronie dokładnie tego, na kogo będzie mieć ochotę. W Wesexie natomiast rychtują włócznie, bo wiele wskazuje na to, że państwo satelickie zechce się oderwać.

Innymi słowy: szykuje się kolejne 400 stron przemocy, żartów z księży, pojedynków, walnych bitew, strategicznych manewrów oraz zabijania Sasów, wikingów, Walijczyków i Szkotów o trudnych do zapamiętania imionach.

Jak mówiłem przy poprzednich tomach: fajne, ale ten cykl powinien był się już skończyć. Ani główna linia fabuły nie posuwa się do przodu, ani o świecie, ani też o bohaterze nie dowiadujemy się nic nowego, prócz tego, że Uthred wielkim wojownikiem jest, nie lubi kościoła, ale szanuje niektórych księży, a ponadto lubi kaszankę i budować domy.

Wojownicy Burzy:

Ocena: 8/10

Dziesięciolecia wojen sprawiły, że Sasi z narodu rolników przeobrazili się w lud wojowników i nauczyli się walczyć z Duńczykami i Norwegami. Ci ostatni jednak w tym czasie nauczyli się niczego. Kolejne przegrane bitwy sprawiły jednak, że wikingowie poczynają sobie coraz mniej śmiało zarówno na morzu, jak i na lądzie. Trwa pozorny pokój który zostaje przerwany przez (no nie zgadniecie) przybycie kolejnej, ogromnej floty…

Jak pisałem poprzednio: cykl ten powinien mieć maksymalnie sześć tomów, a tymczasem omawiam dziewiąty. Głównych bohaterów znamy już od podszewki, podczas gdy postacie poboczne zlewają się nam już w jeden tłum charyzmatycznych wodzów, ambiwalentnych księży i przypadkiem poznanych postaci tła. Bohaterowie nie przechodzą też żadnych przemian, nie dowiadujemy się o nich nowych rzeczy. Jedynie Uthred staje się z wiekiem jakby odrobinę bardziej stateczny, a odpowiedzialność nieco zaczyna mu ciążyć. Coraz bardziej docenia też wartość pokoju.

Sama w sobie książka jest fajna: czyta się ją bardzo dobrze, człowiek kibicuje postaciom, przeżywa ich rozterki, łapie się za głowę na ich nieprzemyślane działania i śmieje z ich dowcipów. Jednak tak naprawdę życie czytelnika nie uległoby odmianie, gdyby tej pozycji nie przeczytał.

Strażnik Ognia:

Ocena: 8/10

Definicja Arcybiskupa według Uthreda:

Arcybiskup to potężny, chrześcijański czarownik. Zna więcej zaklęć niż zwykły ksiądz, więcej nawet niż biskup i ma tak potężną moc, że w całej Brytanii jest ich tylko dwóch. Wśród chrześcijan tylko papież rozporządza silniejszymi czarami. Wśród wielu innych tajemnych sztuk najważniejszą umiejętnością arcybiskupa jest znajomość złej magii zaświatów. Potrafi on bowiem rozmawiać ze Świętymi, jak chrześcijanie nazywają swoich czcigodnych zmarłych, a oni powtarzają jego słowa ich Bogu. W ten sposób Ukrzyżowany jest zawsze poinformowany w sprawach świata żywych i gdy nasi bogowie piją lub chędożą się z boginiami on, kawałek po kawałku kradnie im świat.

I o ile mogę sobie narzekać, że seria ma za dużo tomów, z jednego na drugi nie dzieje się nic nowego, co w jakiś sposób zmieniałoby bohaterów, to nie mogę nie kochać tego cyklu.

Wojna wilka:

Ocena: 8/10

Zięć Uthreda ma problem: oto do jego kraju przybywa kolejny wódz wikingów, który grabi i próbuje odebrać mu tron. Nasz dzielny wojownik, mimo że w wieku już niemłodym rusza oczywiście do walki. Na szali rzucane jest więc życie, bogactwo, przyszłość królestwa, a z czasem także i zemsta…

W zasadzie to nie mam na temat tego tomu Ostatniego Królestwa wiele do powiedzenia, a na pewno nie więcej, niż miałem do powiedzenia o sześciu czy siedmiu poprzednich. Czyta się to dobrze: jest rzeź, jest rąbanka, jest humor sytuacyjny z udziałem kretyna, są spiski, są intrygi… Ale zlewa się to z poprzednimi do tego stopnia, że (mimo iż przeczytałem książkę ledwie kilka dni temu) nie pamiętam już imion przeciwników Uthreda.

Ogólnie rzecz biorąc: bardzo dobra książka, wchodząca w skład cyklu, który jest niestety już ewidentnie za długi.

Miecz królów:

Ocena: 8/10

Uthred obiecał kogoś zabić, a jako, że dotrzymywanie przysiąg jest dla niego ważne, a zabijanie ludzi przychodzi mu łatwiej, niż życie w pokoju wyrusza do Weseksu, by wypełnić swą obietnicę. W rezultacie ponownie zostaje wplątany w wojnę. Po drodze oczywiście przyjdzie mu mierzyć się z saskimi wojownikami, pięknymi kobietami i podstępnymi księżmi…

Ogólnie: powieść jest dobra, tym bardziej, że autor odwraca wiele wcześniejszych, wytartych już żartów. Nasz bohater jest już bowiem stary, sił mu brakuje i wytrzymałości. Objawia się to w ten sposób, że jak ksiądz mu coś mówi, to zamiast bić po ryju posłusznie spełnia jego polecenie. A jak mu się zarzuca, że jest zabójcą mnichów, to wstydzi się…

Tom ten miał być też trochę taką sentymentalną podróżą. Tak więc Uthred odwiedza krainy, gdzie wojował za młodu, trafiając w miejsca, gdzie ongiś bywał. Tak więc trafia do domu, gdzie mieszkał z Giselą, Dwór Thora, miejsce gdzie toczyła się jakaś ważna bitwa i inne, gdzie zabił jakiegoś istotnego króla wikingów…

A czytelnik myśli „kurwa, kto to była ta Gisela?”, „co to był Dwór Thora?”, „kim był ten król wikingów?”. I trudno się temu czytelnikowi dziwić, gdyż jak podejrzewam w cyklu tym wystąpiło już dobrze z 500 postaci. Po prostu nie da się ich zapamiętać.

W efekcie dostajemy dobrą książkę wchodzącą w skład zdecydowanie zbyt długiej serii.

Pan wojny:

Ocena: 7/10

Książka dokładnie taka sama jak poprzednie 7 czy 8 tomów Ostatniego Królestwa. Różnice polegają na tym, że kiedyś ostatnim, angielskim królestwem był Wessex, a obecnie ostatnim królestwem niezależnym od Wessexu jest Northumbria. Kiedyś chrześcijaństwo w Brytani upadało, a obecnie pogan już prawie nie ma, kiedyś Uthred był młody, a obecnie jest stary oraz kiedyś Anglia była majakiem idealisty, a obecnie jest nazwą używaną z wygody…

Oprócz tego wszystko pozostaje dokładnie takie samo. Nawet (co osobiście mnie rozczarowało) królowie, którzy (gdy tylko zasiądą na tronie) zmieniają się w Alfreda Wielkiego, gdyż Cornwell nie potrafi napisać innych stosunków poddany-władca, niż opartych na nieufności…

Ogólnie rzecz biorąc: książkę czytało mi się dość przyjemnie, ale nie pozostawiła we mnie po sobie jakichkolwiek nowych rzeczy. Wszystko było już w tym cyklu wcześniej.

Oblicze bitwy:

Ocena: 7/10

Słynna książka Johna Keegana, analizująca pole bitwy z perspektywy doświadczenia zwykłego żołnierza i tego, co przeżywał. Pozycja o której goście pokroju Lindysbeige, Skallagrima czy Shadiversyego mówią po cztery razy w filmie…

Szczerze mówiąc?

Spodziewałem się czegoś lepszego.

Podejście faktycznie jest dość nowatorskie, zwłaszcza jak na lata 70-te, gdy Keegan pisał tą książkę. Jednak współcześnie można spotkać się już z książkami lepiej zajmującymi się zagadnieniem, zarówno historycznymi, jak i popularnonaukowymi. Głównym problemem, jaki zarzuciłbym tej pozycji jest bardzo mało wyczerpujący materiał. Czytamy tu bowiem o zaledwie trzech bitwach (Azincourt, Waterloo, Soma), co jest zaledwie wycinkiem tego, co żołnierz, zarówno dawny, jak i współczesny doświadczał.

Uczciwie mówiąc Psychologia Wojny, mimo że dużo bardziej popularnonaukowa bardziej mnie przekonywała do siebie.

Ostrza W Mroku:

Ocena: 6/10

Trochę głupio jest dawać taką niską ocenę grze, która ponoć jest rewolucyjna i nazbierała masę nagród, ale co mam zrobić, jeśli mi się nie podobała? Bo nie będę ukrywał, że Ostrza W Mroku nie podoba mi się nic. Po pierwsze: nie podoba mi się świat. Nie znoszę XIX wieku, nie lubię steampunka, zwłaszcza, gdy jest napędzany magią, nie lubię pseudofantasy, nie lubię udziwnień w rodzaju powozów zaprzęganych w kozły zamiast koni.

Nie podoba mi się język tej gry, albowiem tłumacz notorycznie myli wyrazy bliskobrzmiące, tak więc biedaków nazywa „nędznikami”, a powinno być „nędzarze”, a czasem wręcz używa tych słów na odwrót. Tak więc zabójca mordujący ludzi z niższych stanów nazywany jest „macherem”, a słowo to pochodzi od niemieckiego „machen” czyli „zrobić” i oznacza „fachowca”. Tymczasem robotnik zatrudniony na kolei nazywany jest „majchrem kolejowym”, a słowo „majcher” pochodzi z rosyjskiej gwary więziennej i wywodzi się od greckiego „machaíri” czyli nóż.

Nie podoba mi się poziom nad-realizmu tej gry. Oto grasz więc członkami grupy przestępczej, którzy gnieżdżą się w porzuconym na bocznicy wagonie. W ich bazie jest taka bieda, że przechowywać w niej mogą tylko pieniądze do wysokości średniej krajowej. Niektórzy bandyci potrafią na złodziejstwie dorobić. Ci przechodzą na emerytury i otwierają lokalny odpowiednik Żabki.

Nie podoba mi się, że autorzy nie rozumieją, co piszą. Chcieli zrobić Z Mgły Zrodzonego, ale wyszła im Blok Ekipa. Nie widzę potrzeby grania czymś takim. Gdybym chciał być menelem, to rozpiłbym się już lata temu.

Nie podoba mi się ten świat, rodem z koszmarnego snu Trzewiczka, gdzie na porządku dziennym są menele mordujący za równowartość kilkuset złotych. Podobnie nie podoba mi się, że autorzy twierdzą, że łotry „buntują się przeciwko niesprawiedliwemu systemowi”, a pięć stron dalej proponują takie zadania dla graczy, jak ograbienie robotnika wracającego z pracy lub rozbicie komitetu strajkowego. Po prostu jakoś nie lubię obłudy. Granie sukinsynami bez zasad prędzej bym przełknął.

Mechanika jest okej. W systemie masz 12 atrybutów nazywanych tutaj Akcjami. Gdy Gracz chce coś zrobić wybiera Akcję i rzuca pulą kości K6. Wynik 6 na którejś z nich oznacza niewątpliwy sukces, 4-5: sukces z komplikacjami, 1-3 to porażka. W zależności od tego Gracz i / lub Mistrz Gry wymyślają fabułę. Dodatkowo ma się też trochę akcji dodatkowych, zależnych od tego, jakim rodzajem Łotra się gra i w jakiej Szajce. Mistrz Gry i Gracze przerzucają się Akcjami, co popycha fabułę do przodu.

Fajnym rozwiązaniem są zegary. Działa to tak, że rysujesz na kartce kółko, dzielisz je na segmenty i określasz, ile czasu zajmują działania Graczy, a ile otoczenia. Wynalazek jest fajny, ukradnę go sobie.

Ogólnie to mechanika świetnie nadaje się do tego całego „wspólnego tworzenia historii” które jak dla mnie brzmi jak jakaś kolejna głupota, taka sama jak ta afera z odgrywaniem ról sprzed kilku lat. Ja tam jestem uczciwym turlaczem, ja nie chce niczego tworzyć, mi do szczęścia wystarczy zabijanie goblinów.

Tym, co mi nie pasuje, to fakt, że mechanika osiąga ona poziom skomplikowania natowskiej gry wojennej do szkolenia oficerów, jednak bez nawet połowy fajnych rzeczy z tychże.

Piknik na skraju drogi:

Ocena: 9/10

Jest to tytułowy utwór należący do zbioru Piknik na skraju drogi i inne utwory, zawierającego też powieści Poniedziałek zaczyna się w sobotę, Trudno być bogiem, Miliard lat przed końcem świata oraz Ślimak na zboczu. Przynajmniej ten drugi (Poniedziałek) jest jak najbardziej warty przeczytania. Tym razem jednak skoncentrowałem się na tytułowym utworze…

Ten jest co najmniej dziwny… Fabuła przenosi nas do pewnego miasta, gdzie wylądowało UFO. Obcy zostawili za sobą masę syfu, który teraz badany jest przez międzynarodowe zespoły. Na miejscu działają jednak przestępcy, nazywani stalkerami którzy owe pozostałości rozkradają.

Utwór jest co najmniej dziwny, zwłaszcza jeśli chodzi o strukturę. Powieść nie trzyma się bowiem podziału trój (początek, punkt kulminacyjny, koniec), ani pięcioaktowego, nie ma też żadnego celu fabularnego czy konfliktu. Zamiast tego książka jest w zasadzie zbiorem scen z życia pewnego stalkera.

Ogólne przesłanie jest mocno nihilistyczne.

Zastanawiam się też, do jakiego stopnia książka ta jest oparta na wątkach autobiograficznych. Strugaccy, jako naukowcy musieli koniec końców uczestniczyć w międzynarodowych konferencjach, co oznacza, że przynajmniej stykali się z przemytnikami, a prawdopodobnie (jak każdy, kto mógł wyjechać za żelazną kurtynę) w mniejszym lub większym stopniu byli w przemyt zamieszani.

Prześniona rewolucja:

Ocena: 6/10

Podjęta przez filozofa diagnoza polskiego społeczeństwa. Autor stawia tezę, że na terenie Polski miała miejsce krwawa rewolucja, która dogłębnie przeorała społeczeństwo (prawa). Rewolucja ta przeprowadzona została wbrew intencjom Polaków, rękoma Niemców i Sowietów (prawda), w efekcie czego wielu naszych rodaków zginęło (prawda), ale inni odnieśli bardzo duże korzyści (prawda). W efekcie jako naród staramy się o tej rewolucji nie pamiętać (być może).

Ale ogólnie? To po filozofie z PAN-u spodziewałem się jednak więcej. Bo takie, średnio oparte na faktach dywagacje to mógłbym sam sobie napisać… Co więcej książka jest dość nierówna. Prawie połowa z niej poświęcona jest tematowi Żydów, a ten niestety nie bardzo mnie frapuje. Reszta pozycji dużo ciekawsza, jest kilka interesujących tez i spostrzeżeń.

Miałem nadzieję, że autor wkopie się głęboko i przedstawi jakieś głębokie analizy i spostrzeżenia. On jednak głównie dywaguje.

Samuraje: trium i upadek japońskich wojowników:

Ocena: 4/10

Mimo, że pozycja ta jest raczej krótka (ledwie 250 stron) nie udało mi się przez nią przebrnąć.

Książka na pierwszy rzut oka wydaje się ciekawa, bowiem składa się z sylwetek najsławniejszych i najczęściej pojawiających się w anime postaci, jak Nobunaga, Musashi, Yoshitsune, Masashige… Napisana jest natomiast prostym, przejrzystym językiem, a traktuje głównie o biografiach i dokonaniach.

Problem w tym, że pisana jest przez kogoś, kto nie dość, że posiada bardzo małą wiedzę, to jeszcze staje mu chyba na widok facetów w kimonach. Tak więc w książce pełno jest skrótów myślowych, uproszczeń, idealizacji oraz zwyczajnych bzdur. Do tego stopnia, że czytanie tego było męką, a ja co chwilę łapałem się za głowę widząc to, co autor popisał.

A temu przykładowo wydaje się, że samuraje okresu Wojny Gempei (1180-1185) to tacy sami ludzie (wywodzący się z tych samych sfer, przedstawiający taką samą motywację i walczący wedle identycznej taktyki), co ci z okresu Sengoku (1467-1573) lub wręcz Bitwy pod Shioroyamą (1877), gdzie wcale nie było tak, że obie strony napieprzały z karabinów powtarzalnych…

Dowiadujemy się też, że ludzie okresu Wojny Gempei żyli wedle wytycznych uchwyconych w kodeksie Hagakure (który powstał w latach 1710-1717 i początkowo był znany tylko wasalom rodu Nabeshima, bowiem zawierał treści wywrotowe wobec ustroju feudalnego, rządów Shoguna i ogółów przekonań całego społeczeństwa… Stał się popularny dopiero przed II Wojną Światową, jako książka opisująca bunt militarysty przeciw całemu światu).

Kiedy indziej autor twierdzi, że samuraje, po zajęciu stolicy cesarskiej stali się niepopularni wśród dworzan, bo nie stosowali się do zasad etykiety… I to kiedy wszystko wskazuje na to, że byli po prostu rozwydrzonym i prymitywnym żołdactwem znad granicy, które kradło, gwałciło i piło wodę z sedesów…

Sorki, ale po prostu nie da się czytać tych bzdur. Książka może i jest fajna, jeśli czyjaś wiedza o Japonii ogranicza się do tego, że „Ghost Dog to fajny film”. Faktycznie jednak jedynie kreuje durne stereotypy, a luki wiedzowe w niej są tak duże, że każdy, kto ma ogląd tej kultury nieco szerszy zauważy luki. I to tak głębokie, że Shogun: Total War i serie anime dostarczają więcej wiedzy.

Sapiens: Od zwierząt do bogów:

Ocena: 10/10

To jedna z najlepszych, jeśli nie najlepsza książka popularnonaukowa, jaką czytałem. Autor zajmuje się w niej tym, jak człowiek, zaczynając od pozycji niezbyt istotnej dla ekosystemu małpki, stał się dominującym gatunkiem planety…

Książka więc rozkłada na czynniki pierwsze najważniejsze zdobycze techniki oraz kultury, takie jak wykorzystanie narzędzi, ujarzmienie ognia, rolnictwo, religia, rewolucja naukowo-techniczna, kapitalizm i wiele innych…

Książka jest napisana przejrzystym, zrozumiałym i prostym językiem, a jednocześnie ma bardzo ładny, literacki styl. Dzięki temu czyta się ją bardzo przyjemnie, a autor jasno, unikając kontrowersji i kłótni, w przejrzysty sposób tłumaczy najważniejsze zagadnienia w naszych dziejach.

Świetna pozycja, którą polecałbym każdemu. Gdyby nie to, że wydano ją u nas w 2018 byłaby to dla mnie kandydatura do Top 10 dziesięciolecia.

Sen o krwi:

Ocena: 4/10

Okropna książka. Jedyne, co o niej potrafię powiedzieć pozytywnego to to, że zdarzają się gorsze.

Na okładce czytamy, że jest to pozycja, która „zrewolucjonizowała skostniały gatunek fantasy”, a w samej książce (w posłowiu autorki), że inspirowała ją kultura egipska, sceny toczące się w snach napisała natchniona Jungiem (a poza tym, że znaczny wpływ na nią wywarł ilustrowany przewodnik po mitologiach… czyli, że mogłaby reseraszu uczyć Ziemkiewicza). Wszystkie te słowa są kłamstwem (no, może oprócz tego o ilustrowanym atlasie dla dzieci).

Po pierwsze: może i książka była inspirowana kulturą starożytnego Egiptu, ale zupełnie tego nie widać. Tak naprawdę akcja mogłaby się toczyć w dowolnym miejscu, choćby na księżycu, bowiem autorka nie posunęła się nawet do tego, żeby skopiować nazewnictwo. Jakiekolwiek nawiązanie do źródła pada tylko raz, gdy pojawia się informacja, że jedna z postaci posługuje się pismem hieratycznym. A poza tym tyle. W porównaniu ze „Snem o krwii” stygijskie przygody Conana są powieścią etnograficzną.

Jeśli chodzi o sceny w snach i Junga, to scen w snach w książce praktycznie nie ma.

Jeśli chodzi natomiast o rewolucje w fantasy, to książka ta mogłaby robić za wzorzec sztampy charakterystycznej dla okresu 1990-2020. Przenosimy się więc do magicznego królestwa, gdzie istnieje magia. Magią posługują się kapłani. Za jej pomocą mogą uzdrawiać i to nawet porządnie: odnawiać kończyny, cofać paraliż i porażenie nerwowe, leczyć raka… By tego dokonać potrzebują jednak sennych wydzielin (krwi, żółci, nasienia etc.) które kradną od śniących. Jako, że to owych śniących zabija wybierają oni osoby o złych intencjach, które prewencyjnie usuwają ze społeczeństwa. Ot, kolejne, dysfunkcyjne królestwo z dysfunkcyjną religią. Jeśli kapłan nazabija się zbyt wielu ludzi może stać się strasznym Żniwiarzem. Czyli kolejna próba nie nazwania złego czarnoksiężnika złym czarnoksiężnikiem.

Z tej też przyczyny (zmiana w Żniwiarza) oraz dlatego, że zabijanie jest złe nie wszyscy kapłanów lubią. W szczególności nie lubią ich opresyjne władze wszystkich, ościennych królestw.

Największą wadą książki jest fakt, że autorka po prostu nie zdaje sobie sprawy z tego, jak przerażający świat stworzyła. Owszem eutanazja może budzić kontrowersje, ale nie ona jest tutaj straszna. Nie jest straszny też Żniwiarz, który oczywiście też się tutaj pojawia, ale tak naprawdę jest on po prostu kolejnym, mało przekonującym pokrakiem. Naprawdę przerażające jest państwo, w którym banda nie podlegających żadnej kontroli oczadziałych starców może, pod pretekstem jakichś religijnych zabobonów, zamordować każdego, kto im się nie spodoba. Przy tym jakiś wampir energetyczny na sterydach wydaje się dobrym kandydatem na kolegę.

A autorka akurat na to pozostaje ślepa. Dla niej zabranianie im tej praktyki jest zamachem na ich religijną wolność.

Jeszcze żeby ta książka była dobrze napisana, albo chociaż śmieszna, ale nie jest. Wszystko jest tam szalenie na serio, jakby każdy w tym świecie miał kij w tyłku, co nawiasem mówiąc jest typowe dla nju-fantasy. A co do jakości tego pisarstwa: powieść zaczyna się od długiej na prawie 100 stron ekspozycji. Jak łatwo zgadnąć jest to tak fascynujące, że w porównaniu z tym urodzinowa impreza Bilba Bagginsa staje się synonimem przygody. Zachowania bohaterów są bezsensowne, przykładowo dostajemy długi epizod podróży przez pustynię, po czym dowiadują się, że mają wrócić… Do jednego z bohaterów ustawiają się kolejki, bo każdy ma w rodzinie kogoś do zabicia, co dowodzić ma słuszności jego poglądów…

Ech…

Najgorsze jest to, że ktoś był na tyle szalony, żeby nominować tą książkę do Nebuli, dzięki czemu została postawiona w jednym rzędzie z „Diuną”, „Grą o Tron”, Ziemiomorzem czy Wieczną Wojną…

Generalnie jestem raczej odporny na całe to cancel culture, spiski socjalistów i producentów samochodów napędzanych LPG, którymi żyją serwisiki w rodzaju Wykop.pl. Jednak fakt powyższej nominacji wyjaśnić mogę w jeden sposób: autorka została nagrodzona za to, że jest afroamerykańską feministką piszącą antyrasistowskiego bloga…

Silmarillion (wersja z ilustracjami Teda Nasmitha):

Ocena: 10/10

Prawdę mówiąc lektura ta była dla mnie mordęgą. Bardzo kiepsko wchodziła mi ta książka: raz, że czytałem ją całkiem niedawno (w innym wydaniu), dwa, że wszystkie te historie o Gondolinach, Hurinach i Turinach przyswoiłem w ostatnim czasie w kilku różnych wersjach, trzy, że styl ciężki (zresztą, kto czytał, ten wie, a czytał pewnie każdy). Powiedzmy sobie jednak szczerze: nie kupiłem jej dla lektury. Nabyłem ją, gdyż jest to wersja ilustrowana, z obrazkami autorstwa świetnego grafika. Zresztą, sami spójrzcie:

Nie wszystkie ilustracje są równie dobre: wahają się od powyżej średniej (wszystkie z udziałem Hauna i dotyczące wędrówki Berena i Luthien), po naprawdę wspaniałe (batalistyka i krajobrazy). Momentami też troszeczkę szwankuje druk. Niemniej książka wygląda naprawdę wspaniale.

Jeśli chcecie zrobić prezent jakiemuś miłośnikowi Tolkiena, to naprawdę polecam to wydanie.

Słowianie: Rzeczywistość i fikcja wspólnoty:

Ocena: 8/10

Książka traktuje o zagadnieniu Słowian w średniowieczu, związanych z nimi mitami oraz kwestiach istnienia tudzież braku „wspólnoty narodów słowiańskich” w omawianej epoce. Tej ostatniej oczywiście nie było (gdyż jest ona XIX wiecznym konstruktem społecznym, stworzonym w dużej mierze w Rosji), na co autor dość skutecznie wykazuje.

Książka stanowi dość ciekawy wykaz wszystkiego tego, co wiemy (a raczej: czego nie wiemy) na temat Słowian w średniowieczu. Autor jest dokładnie takim samym słowiańskim nihilistą, jak Ja, więc lektura cieszy. Poznajemy też wiele szczegółów na temat samych Słowian i ich stosunku do siebie nawzajem (np. w źródłach czeskich określenie „sklavus” dotyczy wyłącznie chłopstwa i szeregowych wojowników, członków drużyny nazywano „Bohemus”, u innych narodów było podobnie).

Wadą książki jest natomiast fakt, że rzeczywiście skupia się głównie na kwestii wspólnoty narodowej, a nie Słowian jako takich.

Oraz to, że pisał ją Niemiec, czyli nie ma szans wykorzystać jej w jakiejkolwiek dyskusji, bo wiadomo: jak Niemiec to na pewno zrobił to na złość.

Sztuka Wojny:

Ocena: 8/10

Jako, że praktycznie poradziłem sobie z nadwyżkami książek, zacząłem robić to, czego od lat nie robiłem: czytać ulubione pozycje oraz takie, do których chciałbym wrócić dla przyjemności. Na pierwszy ogień poszła Sztuka Wojny (potem Książę i Saga o Wiedźminie).

Dzieło Sun Tsu dziś nie robi już na mnie takiego, kolosalnego wrażenia, jak na studiach: być może się zestarzałem, a być może po prostu przeczytałem je już zbyt wiele razy. Nadal uważam, że czyta się je jak poradnik do jakiejś gry strategicznej i nadal jest moim zdaniem inspirujące. Zawiera też sporą liczbę cytatów, które można pamiętać i używać jako maksym.

Ogólnie rzecz biorąc, mimo szumnego marketingu związanego z książką nie jest to coś, co uczyniłoby z człowieka wybitnego stratega. Pozycja w zasadzie zawiera niemal wyłącznie podstawy, które warto jednak znać i pamiętać. A może nawet i nie to… Napisana jest bowiem jak typowa, chińska pozycja dydaktyczna z okresu: jako spis tematów, które później mistrzowie objaśniają.

Jej zaletą jest też to, że po prostu jest krótka i napisana prostym językiem, czego nie można na przykład o takim Clausewitzu napisać.

Średniowieczna Europa:

Ocena: 8/10

Dość nowoczesna, a przytym przekrojowa historia Europy w średniowieczu, biorąca pod uwagę nowe (choć niekoniecznie najnowsze) ustalenia na temat epoki. Książka została napisana w prawdzie przez Anglosasa, jednak nie powiela największych błędów historyków z tego kręgu kulturowego i zauważa, że (prócz Anglii i Francji) coś na kontynencie istniało. Tak więc czytamy nie tylko o Europie Zachodniej, ale też całkiem sporo o Czechach, Węgrach, Rusi, Litwie oraz oczywiście Polsce.

Typowa historia polityczna (czyli te wszystkie marsze od bitwy do bitwy) została tu zepchnięta na dalszy plan, koncentrując się raczej na kwestiach społecznych, ekonomicznych, rozwoju miast, zasięgu religii, sposobie działania administracji i komunikacji, rozpowszechnieniu poddaństwa i tym podobnych rzeczach, które kształtowały zarówno życie, jak i politykę kontynentu.

Obserwujemy też ekspansję (moja prywatna nazwa) „cywilizacji średniowiecznej w typie frankijskim” z terenów dawnego Cesarstwa Rzymskiego stopniowo coraz bardziej na wschód i północ.

Osobiście uważam książkę za bardzo dobrą. Pomogła mi poustawiać sobie w głowie pewne rzeczy. Skorygowała też kilka tez, które nieopatrznie popełniłem na tym blogu. Poleciłbym więc tą pozycję każdemu, gdyby nie dość ciężki styl, jakim posługuje się autor. To znaczy: czytałem oczywiście już zdecydowanie cięższe pozycje, ale powiedzmy sobie szczerze: to nie jest poziom lektur szkolnych.

Światotwórstwo w fantastyce:

Ocena: 2/10

Pozwolę sobie przytoczyć cytat z tej książki:

Z przytoczonej perspektywy kategoria „nieempiryczności” i retroaktywnie z nią powiązana „rzeczywistości empirycznej” (nad którą patronują kategorie przedstawienia, prawdy i „monopolu rozumu”) nie opisuje bynajmniej fikcyjności fikcyjnego świata – lecz jedynie ujawnia pęknięcia w monolicie teoretycznym strukturalizmu przez które przesącza się metafizyka obecności z jej całym postplatońskim dziedzictwem filozoficznym”.

Nie polecam tej książki. Napisana jest bardzo ciężkim językiem, który zwyczajnie męczy, a co więcej mocno pod tezę, że fantastyka jest jakimś, posmodernistycznym czymś (nie jest, jest bękarcim dzieckiem realizmu). Autor ma też brzydki nawyk cytowania wybitnych osobowości, jak Ingarden, Proust czy Verne, tylko po to, żeby zabłysnąć swoim oczytaniem. Takich cytatów więcej jest, niż faktycznych odwołań do autorów fantastyki, nawet do tych, którzy pisali czym się kierują w swojej twórczości.

Ogólnie rzecz biorąc mogę zaryzykować stwierdzenie, że z książki tej o światotwórstwie w fantastyce nie dowiedziałem się nic (za to koncepcja podziału narracji na postacio-, świato- i fabułocentryczną pojawiająca się gdzieś w tekście, przy jakiejś okazji jest fajna…).

Nie polecam. Zmarnujecie pieniądze i więcej czasu spędzicie w Słowniku Wyrazów Obcych, niż na lekturze.

Tolkien: Pisarz stulecia:

Ocena: 8/10

Książka jest krytycznym omówieniem twórczości Tolkiena, skupioną głównie na trzech jego najbardziej znanych książkach (Hobbicie, Władcy i Silmarillionie), w mniejszym stopniu na pozostałych utworach (jak tłumaczenia anglosaskich poematów czy też Rudy Dżil), próbującą wytłumaczyć i zrozumieć fenomen tego pisarza oraz pokazać, dlaczego jest dziś (tzn. w roku 2000, gdy książka została oryginalnie wydana) wciąż aktualna.

Książka ta bardzo mi się podobała. Zwróciła mi uwagę na wiele elementów twórczości Tolkiena, na które sam nie zwróciłbym nigdy uwagi oraz wskazała mi parę rzeczy związanych z atmosferą wokół jego twórczości, na które raczej bym nie zwrócił uwagi (np. na fakt, że argumenty przeciwników Tolkiena są w zasadzie takie same od 70-ciu lat).

Autor jest wyjątkowo przenikliwy, a przy tym pisze bardzo przystępnie i moim zdaniem rzetelnie oraz obiektywnie. Z jednej strony widać, że jest to miłośnik Tolkiena, znający jego twórczość od podszewki. Z drugiej podchodzi do niej krytycznie i nie boi się szargać świętości oraz ustalonych dogmatów.

Wadą książki jest fakt, że pochodzi ona sprzed 20 lat. Tak więc niektóre rozdziały (zwłaszcza odwołujące się do ogólnej sytuacji na rynku wydawniczym) są już trochę nieaktualne.

Post Scriptum: Nie da się ukryć, że książkę tą przeczytałem dosłownie kilka dni za późno. Gdybym zrobił to wcześniej dostarczyłaby mi masę amunicji. Autor zwraca bowiem uwagę na szereg nieortodoksyjnych, by nie rzec: heretyckich poglądów, jakie Tolkien wyraża w swej twórczości oraz nierzadko nader rażące sprzeczności między deklaracjami Tolkiena, a tym, co on faktycznie napisał.

Cóż…

Za jakiś czas będzie można wrócić do tematu.

Trójkąt ukraiński:

Ocena: 10/10

Opracowanie socjologiczne społeczeństwa Ukrainy za czasów rozbiorów. Książka, której lektura daje bardzo skrajne doznania. Na początku należy powiedzieć, że jest to pozycja niespotykanie wręcz nudna. Składa się praktycznie rzecz biorąc głównie z cyferek i tabelek. Oraz informacji o tym, jak te cyferki i tabelki się przez wieki zmieniały.

Z drugiej strony z tych cyferek i tabelek wynika, jak wyglądało życie na Ukrainie oraz stosunki między chłopstwem, ziemiaństwem i drobną szlachtą (mieszczaństwa tam prawie nie było). Głównie skupia się na najbardziej eksponowanej i najważniejszej grupie społecznej: ziemiaństwie.

To nie wypada dobrze. Dostajemy obraz warstwy liczącej maleńki ułamek społeczeństwa, która pochłania znaczną część owoców pracy większości ludności. Pieniądze te wydawane są na dobra „luksusowe”, nierzadko zdecydowanie powyżej ich wartości. Warstwa nie posiada żadnego wykształcenia, uczy swoje dzieci wyłącznie tańca i jazdy konnej, przez co jej gospodarka daleka jest od wydajnej.

Przejmujące jest też zestawienie procesów ekonomów oskarżonych o zabicie chłopów i wyroki jakie zapadały (zwykle typu „trzy miesiące aresztu domowego”).

Ogólnie: warte zaznajomienia się.

Werewolf: The Appocalypse 20th Anniversary:

Ocena: 9.5/10

Podręcznik ten kupiłem razem z rocznicowym wydaniem Wampira: Maskarady żeby mieć trofeum w domu. Wcześniej miałem styczności z tym systemem krótko i dawno temu, znałem go głównie z artykułów w Magii i Mieczu, gdze Wilkołak reklamowany był źle. Zacząłem go czytać po przygodach z Ostrzami w Mroku oraz Dungeon World dla beki. I – jak Slann, PK_AZ i Dąbi mogą poświadczyć na początku się z niego nabijałem. Potem przestałem.

Bo to w diabli dobra gra.

Jak sami twórcy piszą Wilkołak jest grą o dualizmie i składa się z dwóch można by powiedzieć części. Pierwsza z nich to opowieść o dzielnych strażnikach Przyrody toczących wojnę o jej ocalenie ze Żmijem. Druga to opowieść o mrocznych istotach z ponurej przeszłości, walczących o ocalenie swej tożsamości i kultury (obojętnie jak bardzo nie byłyby patologiczne) przed rozptopieniem się we wrogim świecie…

Od razu powiem, że ten pierwszy kawałek nie jest zbyt dobry. Podręcznik pisany jest strasznie na poważnie, tymczasem dostajemy korporację, która wydaje grube pieniądze na to, żeby kupować odpady chemiczne, tylko po to, żeby wylewać je w parkach narodowych, albo pakującą demony w odkurzacze, w nadziei, że te odkurzacze ożyją i będą zabijać ludzi… Jakieś cyborgi, jakieś mutanty, jakichś wrednych typów żyjących w kanałach, grzeszących kazirodztwem i kąpiących się w ściekach. Wszystko to opisane takim tonem, jakby autor faktycznie nie mógł spać po nocach z lęku przez Tancerzami Mrocznej Spirali.

Cóż, miało być strasznie, wyszło smutno. Brzmi to momentami jak jakiś crossover Czarodziejki Z Księżyca z Kapitanem Planetą.

Drugi kawałek o tym, jak Łaki żyją same ze sobą oraz z otaczającym je światem jest dużo ciekawszy. Po pierwsze systemowi temu udało się chwycić coś, czego większości współczesnych gier się nie udaje: power fantasy. W Wilkołaku faktycznie czuć, że jesteś potworem. Nawet jeśli nie robisz nic złego, nie krzywdzisz ludzi etc. to jednak jesteś ciałem obcym i od tego nie uciekniesz. Co więcej: ludzie nie tylko się ciebie boją, ale też powinni się bać… Wiecie; nawet taki niezbyt przypakowany wilkołak może przyjąć na klatę serię z kałacha albo przejść przez betonową ścianę, a kiedy zmieni się w formę bojową ludzie dosłownie defekują ze strachu. Grasz istotą, której wyłącznie dobrą wolą jest to, czy kogoś nie skrzywdzi…

Nie ma tu żadnego horroru wewnętrznego czy łzawego romantyzmu. Ty po prostu jesteś horrorem i twoi kumple są horrorem, a przed tobą całe życie z debilami…

Wspomniałem o mechanice. Niektórzy twierdzą, że mechanika WoD-u była tak zła, że wymyślono przez to storytelling. Faktycznie mechanika jest raczej nieskomplikowana. Cechy oznaczasz kropkami. Każda kropka to używana w teście kość. W trakcie testów Mistrz Gry (tutaj nazywany Narratorem) wskazuje trudność. Następnie Gracz rzuca liczbą kości równą ilości kropek Cechy i odpowiedniej Umiejętności. Każdy wynik równy lub wyższy od wskazanej trudności to sukces. Wystarczy jeden sukces, by zdać test (co więcej testy, w których bierze liczba kości większa lub równa ich trudności są zdawane automatycznie). 10 to od razu dwa sukcesy. W zależności od tego, jak wiele sukcesów uzbierałeś, Mistrz Gry mówi Ci, jak dobrze ci poszło. Niestety wynik 1 kasuje jeden sukces, a test w którym nie wypadł żaden sukces i jednocześnie wypadła w nim co najmniej 1 jedynka kończy się katastrofalnie źle.

Wadą mechaniki jest użycie bardzo dużych ilości kostek, co czasem może być nawet bardzo upierdliwe, bowiem w trakcie walki nie tylko rzucamy na trafienie, ale potem nasz przeciwnik rzuca też na unik, a następnie na soak obrażeń, co oznacza całą masę kostek…

Podobnie problemem jest system nadprzyrodzonych mocy wilkołaków (ang. Gifts), które mają zasady bardzo mocno oparte na wyjątkach. Tak więc Dary raz dają dodatkowe kostki, kiedy indziej zmniejszają trudność testów, a w innych warunkach zapewniają automatyczne sukcesy bez żadnej reguły.

Czegoś takiego, jak balans też nie ma. Gra oryginalnie pochodzi z 1992 roku, o balansie w grach zaczęto na poważnie gadać w drugiej połowie lat 90-tych, gdy zaczął się esport, a w grach fabularnych po 2000.

Za to jest fun.

Zaletą jest natomiast łatwe tworzenie bohaterów: zarówno NPC jak i graczy. Układasz kropki na odpierdol i masz gotowe. NPC możesz rozpisać w trakcie sesji w 3 minuty, albo wręcz improwizować.

Prócz tego: podręcznik jest wypełniony treścią. Ogólnie rzecz biorąc jest to synteza wszystkich dodatków do Wilkołaka, jakie wyszły. Dostajemy więc długi rozdział o duchach i złych duchach, opis umbry, aktywne plemiona Wilkołaków, ich trzy wymarłe szczepy, inne typy Zmiennokształtnych, Fomory, Pentex… Informacji jest wręcz za dużo i szczerze mówiąc część z nich bym wyrzucił dla zachowania czystości wizji (np. cechy osobowości Nature i Deanor wydają się nie posiadać w grze żadnej funkcji i są tylko zbiorem przymiotników, Hakken, pod-plemię Shadow Lordów z Japonii bardzo nie pasuje do pozostałych… O ile bowiem w wypadku innych widać, że są to jednak potwory to Hakken są stanowczo zbyt ludzcy… To po prostu zmieniający się w wilki samuraje).

Niemniej jednak od przybytku głowa nie boli. Podręcznik jest naprawdę dobry, naprawdę bogaty i o dziwo tani.

Polecam.

Wiedźmin:

Ostatnie życzenie:

Ocena: 9/10

Ostatnie Życzenie czytałem relatywnie niedawno, bo w 2017 roku. Od tego czasu żywiłem nadzieję na powrót do Sagi o Wiedźminie, które udało mi się właśnie zrealizować. Jak pisałem w poprzedniej recenzji (której znaczną część przeklejam w tym tekście) ponowna lektura Sapkowskiego ma wadę: mimo wszystko zbyt dobrze pamiętam te książki, żeby były dla mnie jakąś większą niespodzianką. Wada ta nie jest jednak na tyle duża, bym nie podniósł oceny z 8 na 9.

Jak wiadomo dwa pierwsze tomy Sagi (dalej się nie wybieram) to zbiory opowiadań. Te, jak to w zbiorach bywa: mają różny poziom. Opowiadanie „Wiedźmin” jest dobrą, bezpretensjonalną akcją, ale obawiam się na tym jego zalety się kończą. Tak naprawdę mogłoby nazywać się Conan i różnicy nie byłoby wielkiej.

Ziarno prawdy” było i zdecydowanie pozostanie jednym z moich ulubionych, wiedźmińskim opowiadaniem. Jest niesamowicie śmieszne, dobrze miesza mroczną atmosferę z humorem, pozostając lekkim i udanym. „Mniejsze zło” natomiast, na które ludzie mieli takiego fioła i które zdobyło tyle nagród jakoś mnie nie rusza. Owszem, jest technicznie dobre, ale bez przesady.

Kwestii ceny” nigdy nie lubiłem, prócz tego, że rozpoczyna fabułę Sagi jest niestety moim zdaniem taka sobie, a co gorsza nudniejsza niż „Wiedźmin”. Odnoszę też wrażenie, że przedstawia krańcowo różną wizję świata i tego kim są wiedźmini oraz w co wieżą, niż to, co ma miejsce w późniejszych utworach.

Kraniec świata” to moim zdaniem najlepsze opowiadanie Sapkowskiego. Co więcej stanowi w zasadzie pigułkę z jego twórczości. Jest tu humor, akcja, odrobina poważniejszych tematów i poruszane są też kwestie rasowe. „Ostatnie życzenie” to natomiast, mimo że również napisane z humorem i obfitujące w akcję podobało mi się już mniej, może dlatego, że ogólnie nie jestem fanem postaci Yennefer.

Miecz Przeznaczenia:

Ocena: 9/10

Drugi zbiór opowiadań wiedźmińskich. Tym razem tekstów jest sześć, moim zdaniem trzymają nieco wyższy poziom, niż w „Ostatnim życzeniu”. Zbiór otwiera „Granica możliwości”, która długo była moim najbardziej ulubionym tekstem o Wiedźminie, acz dziś stawiałbym ja nieco niżej niż „Kraniec świata”. Jest odrobinę śmieszna, odrobinę tragiczna, odrobinę mądra i porusza ważny problem.

Okruch lodu” nigdy mi się nie podobał, zawsze wydawał mi się odrobinę wymuszony. To dobry tekst, ale dla mnie drugi, najsłabszy w tym zbiorze. „Wieczny ogień” stanowczo bardziej mi się podobał. Porządne, humorystyczne fantasy z dużym, magicznym dodatkiem, takie, jakie lubię.

Trochę poświęcenia” to chyba najsmutniejszy utwór o Geralcie i najbardziej romantyczny. Jednocześnie bardzo dobre, choć strasznie pesymistyczne, przejmująco wręcz smutne opowiadanie. Jedynie jego nastrój sprawia, że nie jest moim ulubionym. „Miecz przeznaczenia” jest niezły, choć prawdę mówiąc nie wiem, za co dostał Zajdla.

Coś więcej” to łącznik między opowiadaniami, a cyklem powieści i tylko tak się broni. Prócz tego opowiadanie jest niestety moim zdaniem dość słabe i nudne. Najsłabsze w zbiorze powiedziałbym.

Krew Elfów:

Ocena: 9/10

Pierwszy tom właściwej sagi o Wiedźminie. Pozycja dość odmienna od opowiadań, pod wieloma względami różniąca się stylem oraz treścią. O ile więc opowiadania składały się zwykle z krótkich, przygodowych epizodów, gdzie było sporo akcji oraz dużo, często dowcipnych dialogów oraz żywsza akcja, to teraz mamy masę „okruchów życia”, scen codzienności, fabuła rozwija się natomiast powoli i jest bardziej stonowana. Całość często poddana jest zasadzie trójaktowej i cechuje ją jedność czasu i miejsca akcji.

Saga o Wiedźminie ma akcję dużo bardziej skupioną na tym, co w anime nazywa się slice of life, życiu codziennym i budowie relacji między postaciami. Akcja skupia się na Ciri oraz jej związku emocjonalnym z Geraltem i Yennefer. Większą uwagę też poświęcono budowie świata. Zasada jedności miejsca i akcji odeszła w niepamięć: raz, że bohaterowie podróżują, zmieniając lokacje, dwa, że dzięki chaotycznym wizjom doświadczanym przez Ciri fabuła skacze z miejsca w miejsce.

Sapkowski też więcej uwagi poświęca opisom. O ile w opowiadaniach posługiwał się głównie opowieścią i dialogiem, tak teraz dodał ich więcej. W efekcie styl zmienił się, książka stała się dłuższa, choć trudno ją nazwać rozwlekłą. Niemniej jednak opisy nadal są bardzo minimalistyczne i niewielkie.

Czas Pogardy:

Ocena: 9/10

Pierwsza, bardzo mocno krytykowana powieść Sapkowskiego, w latach 90-tych przez wielu uznana za książkę, w której „saga o wiedźminie umarła”. Faktycznie pozycja ta zaczyna się od 150- stronicowej dłużyzny, traktującej głównie o niewiele wnoszących przygodach Ciri i jej wizycie w mieście, co jednak we współczesnych czasach, gdy książki składają się głównie z podobnych dłużyzn, nie powinno ani dziwić, ani przeszkadzać. Potem jednak fabuła rusza z kopyta.

Muszę powiedzieć, że chylę czoła przed Sapkowskim. Można o nim powiedzieć bardzo wiele złego: że to zarozumialec, cham, buc i pijak. Że przepił swój talent. Jednak tymi czterema książkami udowodnił, że stawiać go można wśród najlepszych pisarzy fantastyki, jacy kiedykolwiek chodzili po naszej planecie.

Pokazał też, że można pisać pełne akcji książki bez popadania w banał i pustotę, mądre, bez popadania w dydaktyzm, sceny spokojne, lecz nie nudne (no, chyba, że Ciri znów wybierze się do miasta), wesołe, lecz nie wymuszone i przejmująco smutne jednocześnie oraz opisywać wszelkiego rodzaju przemoc bez pornograficzno-sadystycznego, socjopatycznego zacięcia.

Bardzo dobra pozycja. Czytając takie książki człowiek przypomina sobie, za co lubił ten gatunek.

Największa wada tych pozycji jest taka, że mimo wszystko za dużo z nich pamiętam. Psuje mi to więc ich efekt „wow”. Gdybym czytał je pierwszy raz, to na pewno dałbym im 10/10.

Chrzest Ognia:

Ocena: 9/10

Wiedźmin, wraz z przyjacielem Jaskrem ruszają na poszukiwanie zaginionej Ciri. Przyjdzie im podróżować przez północne brzegi Jarugi, gdzie trwa właśnie ofensywa wojsk Niflgardu. Wokół dwójki bohaterów stopniowo zaczyna tworzyć się drużyna kompanów, połączona przez wspólny cel.

Czas pogardy” to chyba najmroczniejsza i najokrutniejsza książka z cyklu wiedźmińskiego, oraz jednocześnie pozycja, która (wraz z twórczością Feliksa Kressa) odcisnęła chyba najmocniejsze piętno na polskiej fantastyce. Biorąc pod uwagę liczne próby naśladownictwa oraz twórczość późniejszych pisarzy wrażenie robi, jak Sapkowski zarządza przemocą. To, co czytamy to nie jest kolejna, bezmyślna jesienna gawęda, gdzie przemoc jest bezsensowna, nieprzerwana i w zasadzie nudna. W rezultacie czego z czasem staje się bardziej śmieszna, niż okrutna.

U Sakowskiego, który bynajmniej czytelnika nie oszczędza, wszystko wydaje się służyć jakiemuś celowi, autor też potrafi podejść do tematu z jakąś taką (może dziwnie to zabrzmi) delikatnością, która sprawia, że zjawisko nie banalizuje się i paradoksalnie, książka staje się dużo bardziej przejmująca.

Wieża Jaskółki:

Ocena: 9/10

Przekroczenie Jarugi zmienia w zasadzie wszystko w Sadze o Wiedźminie. Nie wpływa jedynie na treść książki, ale też i na to jak jest przedstawiana. O ile do tej pory istniały cztery główne linie narracyjne (Geralta, Yennefer. Ciri oraz sny tej ostatniej, aczkolwiek nie jestem pewien, czy faktyczną narratorką Sagi nie była śniączka Nimue słuchająca opowieści wędrownego bajarza i przeżywająca ją potem we śnie), tak teraz śledzimy ją głównie w oparciu o relacje Jaskra, czujna Kenna Selborne oraz Ciri rozmawiająca za Wysogotą.

Zmienia się też atmosfera książki. O ile Północ była taką trochę Polską lat transformacji, pełną zapyziałych wiosek, równie zapyziałych miast stołecznych, krociowych biznesów w rodzaju kantoru wymiany gotówki, przydrożnych barów i targowisk na które ciągną obcy kupcy, podejrzanie podobni do Ruskich oraz nagród za potwory, które są jednocześnie horrendalnie wysokie i skandalicznie niskie (w tym sensie, że ktoś faktycznie musiał odjąć sobie od ust, by je zapłacić, ale jednocześnie kupić zań można niewiele), acz zamieszkują ją przeważnie dobrzy ludzie. Niflgard natomiast jawi się jako coś w rodzaju Krainy Mordor, której mieszkańcy owszem, kiedyś byli „przeważnie dobrzy”, teraz jednak, na skutek wojny, zamordyzmu, wszechobecnego bezprawia i wymiaru sprawiedliwości, który z tą ostatnią nie ma wiele wspólnego sami zdemoralizowali się i zezwierzęcili (widać to choćby po przykładzie druidów i ich odejścia od neutralności).

Efekt podkreśla też nagła zmiana języka. O ile wcześniej Sapkowski pisał w miarę współczesną polszczyzną, miejscami tylko stylizowaną i archaizowaną, tak teraz język stał się dużo brzydszy, pełny makaronizmów, jak „pacjencja”, „kawerna”, „hanza”, „siupryza” i tym podobne.

Fajnie było wrócić do tej książki i w sumie nie żałuję, że zrobiłem to po tylu latach. Spodziewałem się już, że Sapkowski niczym nie zdoła mnie zaskoczyć, a tymczasem powrót do Sagi o Wiedźminie jest wielką przygodą w odkrywanie rzeczy, o których zapomniałem lub których nie zauważyłem.

Pani Jeziora:

Ocena: 9/10

Ostatni tom Sagi o Wiedźminie. Wydarzenia dobiegają końca, dowiadujemy się, kto przeżyje, a kto zginie, kto żyć będzie długo i nieszczęśliwie, a kto krótko, lecz szczęśliwie. Rozstajemy się też z naszymi, niezapomnianymi bohaterami.

Ogólnie rzecz biorąc, gdy przeczytałem ten cykl w liceum, to ostatni tom bardzo mnie rozczarował. O ile początek i środek były bardzo spoko, zawierały sporo intrygi, humoru, akcji i jedną, bardzo epicką bitwę, tak końcówka, zawierająca wiele, sprzecznych ze sobą wątków okazała się zupełnie niezrozumiała. Teraz, gdy wydarzenia z niej zostały dość mocno naprostowane przez gry (oraz jednocześnie jestem trochę lepszy w czytaniu ze zrozumieniem) jest ono dużo bardziej klarowne.

W sumie to nie wiem, co jeszcze o tym napisać: mam wrażenie, że Sagę o Wiedźminie i tak każdy czytał, zresztą w ostatnim czasie dużo już o wrażeniach z jej lektury już napisałem.

Niemniej jednak polecam ją każdemu. To jedna z najlepszych książek fantasy jakie kiedykolwiek napisano. Pozycja na absolutnie światowym poziomie.

Wikingowie:

Ocena: 9/10

Czytałem kilka lat temu tą książkę i recenzowałem ją już w tym cyklu. Nie pamiętam jednak, jaką ocenę dałem. Prawdopodobnie wysoką, bowiem to najlepsza książka o historii społecznej i dobytku materialnym Wikingów oraz jedną z najlepszych książek historycznych, jakie wpadły mi w ręce.

Poznajemy tu w zasadzie każdy szczegół życia tego społeczeństwa, zarówno na stopniu niewolnika, wolnego, jak i przywódcy. Dowiadujemy się więc, jak siano pola, jak budowano domy i statki, jak organizowano samopomoc, jakie były style zdobień, jak uzbrajano się na wojnę i jak pisano wiersze…

Pozycja jest absolutnie wspaniała. Jej jedyną wadą jest fakt, że niestety jest mocno przestarzała, niektóre rzeczy, omawiane jako ciekawe hipotezy (np. znaczenie handlu w społeczeństwach skandynawskich) obecnie są już kanonem, nie ma też (co oczywiste) informacji o wielu odkryciach z kilku ostatnich dziesięcioleci.

Aczkolwiek czego spodziewać się po prawie 50-cio letniej pozycji?

Wstyd, że przez ten czas nikt nie napisał nic porównywalnego.

Wojna starego człowieka:

Ocena: 8/10

Całkiem sympatyczna, aczkolwiek w wielu miejscach niedorzeczna military fiction.

W umiarkowanie odległej przyszłości jest tylko wojna. Ludzkość otoczona jest przez krwiożercze rasy obcych, z którymi bój toczą genetycznie zmodyfikowani nadludzie. Ci jednak nie są wybrańcami Boga-Imperatora, a starcami obydwu płci, którzy stojąc na progu śmierci mogą zdecydować się na wstąpienie do wojska, gdzie zyskają młodość i niezwykłe możliwości w zamian za poświęcenie kilku lat swojego życia na walkę z kosmicznym zagrożeniem…

Po czym mogą wrócić do cywila.

Jeśli oczywiście przeżyją.

Wbrew pozorom książka jest całkiem zręcznie napisaną strzelanką, aczkolwiek bardzo mocno oscylującą wobec jednego pomysłu. Ma jednak sympatycznego, głównego bohatera, sporo humoru, w kilku miejscach ucieka się też do dekonstrukcji filmów o wojsku oraz gatunku military fiction, a niekiedy też do otwartej krytyki militaryzmu. Całość napisana jest jednak bez politycznego zadęcia, czy prób zmienienia świata.

Jeśli więc ktoś szuka zręcznie napisanej fantastyki rozrywkowej o przygodach w kosmosie, to polecam.

Zabójca umarłych:

Ocena: 8/10

To niesamowite, jakie książki ludzie kiedyś potrafili zmieścić na 150 stronach… Aczkolwiek muszę powiedzieć, że ponownie wchodziła mi z trudem (aczkolwiek przyczyną nie była jakość tekstu, a problemy z Szarą Nawałnicą jakie miałem w Stellaris… Fakt, że Czerwoni Rycerze znowu zagrażali królestwu Mordhau też nie pomagał).

W powieści śledzimy losy tytułowego Zabójcy Umarłych, czyli specjalisty od odsyłania upiorów na tamten świat oraz pewnego minstrela, który przyczepił się doń, by napisać o nim pieśń. Powoli odkrywamy też łączącą ich emocjonalną więź oraz pewną tajemnicę sprzed lat.

Tanith Lee była niezwykle utalentowaną (choć mam wrażenie, że w Polsce niezbyt znaną) pisarką, piszącą bardzo nastrojowe utwory i sprawnie łączą wątki powieści gotyckiej oraz fantasy, łagodnie przechodząc też między baśnią, a romansem. Tym razem okraszone też trochę stylem Wiedźmina.

Ogólnie rzecz biorąc nie jest to chyba najlepszy utwór Tanith Lee, jednak i tak warto go przeczytać.

Zażyła więź:

Ocena: 4/10

Książka traktująca o współżyciu między ludźmi, a zwierzętami przez wieki. Pełna literackich wstawek, nudna i raczej naiwna. Co więcej pełno w niej głupot, dezinformacji i zwykłych zmyśleń.

Przykładowo: na okładce dowiadujemy się, że w książce znajdziemy wiele, niewiarygodnych ciekawostek. I faktycznie, początkowo notowałem je, jednak przestałem, gdy dowiedziałem się, że każdy mongolski wojownik miał łuk o donośności 2.000 metrów, z którego mógł celnie strzelać na dystans 1500 metrów (faktycznie najdłuższy, odnotowany strzał z łuku oddany miał, o ile mnie Google nie myli, miejsce 24 października 1974 roku, a strzała przebyła dystans 1854 metrów, więc w te cudowne zasięgi, ani celność nie wierzę).

Potem pojawiają się liczne inne cuda, każące podać w wątpliwość zarówno wiedzę, jak i kompetencje autora. Przykładowo pisząc o XVIII i XIX wieku autor przytacza ceny niektórych zwierząt przeliczając je na dolary po współczesnych kursach walut. Dowiadujemy się więc na przykład, że pewien biskup kościoła anglikańskiego sprowadził sobie rasowego kota, za którego zapłacił 5 funtów, czyli 8 współczesnych dolarów (faktycznie byłoby to pewnie raczej bliższe kwocie 80 tysięcy współczesnych dolarów).

W innym miejscu autor dziwuje się lękowi, z jakim w XIX wieku podchodzono do wścieklizny, bo przecież rocznie umierało na nią tylko 50 osób (i pewnie ze 2-3 tysiące razy tyle u zwierząt gospodraczych, bo mniej-więcej tyle przypadków współcześnie przypada na jedno pokąsanie człowieka)…

Ogólnie: pozycja beznadziejna, którą raczej odradzam, znów bardziej dezinformująca, niż informacyjna, stworzona przez jakiegoś eksperta bajkopisarstwa…

Życie średniowiecznego rycerza:

Ocena: 9/10

Ostatnio wydany tom prac małżeństwa Giesów, reklamowanych poleceniami ze strony J. R. R. Martina. Tym razem tematem jest życie średniowiecznego rycerza, aczkolwiek o samym życiu przedstawiciela tej klasy jest niewiele (zresztą trudno się temu dziwić, oryginalny tytuł książki brzmiał przecież Knight in History).

Temat z konieczności potraktowany jest dość płytko: wszak dyskutowany jest tutaj okres aż 500 lat. To bardzo rozległa przestrzeń czasu, nawet, jeśli autorka skupia się tylko na obszarach Anglii i Francji.

W efekcie początkowo miałem bardzo mieszane uczucia w stosunku do książki. Na szczęście środkowe rozdziały, dotyczące tematu zdawałoby się dość nudnego (bo twórczości trubadurów) oraz późniejsze, dotyczące wojny stuletniej okazały się wyjątkowo ciekawe i aż prawie obiecujące.

W efekcie ocenić muszę tą pozycję bardzo wysoko.

Życie w średniowiecznym mieście:

Ocena: 10/10

Drugi tom ostatnio modnej serii małżeństwa Giesów, traktującej o życiu w średniowieczu. Tym razem na warsztat trafia życie w średniowiecznym mieście. I to nie byle jakim, bowiem analiza dotyczy wielkich, handlowych miast Szampanii. Czytamy więc o życiu poszczególnych warstw mieszkańców miasta (za wyjątkiem szlachty i duchowieństwa): biedoty, drobnych handlarzy i rzemieślników, a także wielkich kupców i ludzi zamożnych, mężczyzną i kobietom, ich urodzinom, dorosłości i śmierci.

Podobnie, jak „Życie w średniowiecznym zamku” pozycja ta napisana jest (jak na książkę historyczną) raczej prostym, żywym językiem. Skupia się głównie na kwestiach społecznych: nie ma tu więc dat, jest stosunkowo niewiele nazwisk, a pozycja nie jest kolejnym marszem od jednej do drugiej bitwy, co raczej poszukiwaniem wzorców, zwyczajów oraz sposobów działania.

Książka zdecydowanie warta przeczytania.

Życie w średniowiecznej wsi:

Ocena: 8/10

Życie na wsi to w historii zdecydowanie nieczęsta tematyka, a powiedzieć można, że wręcz unikalna (w dużej mierze dlatego, że warstwy te, będąc niepiśmiennymi, zostawiły po sobie bardzo niewielki ślad w źródłach).

Jak łatwo zgadnąć w książce poznajemy życie typowego mieszkańca średniowiecznej, angielskiej wsi, żyjącego w XIII wieku. Pisana jest dużo ciężej, niż poprzedniczka, na wielu stronach skupiając się na bardzo technicznych jego aspektach (to ile i jakiego zboża siano, jaki był przekrój zamożności mieszkańców, jakimi zawodami się trudnili, gdzie mieszkał pan, jak często spotykał się z wieśniakami, ile zwierząt przypadało na jednego mieszkańca).

Książka dość mocno zrywa ze stereotypem średniowiecznego chłopa: doprowadzonego uciskiem do statusu półzwierzęcia, usmarowanego obornikiem prymitywa i debila.

Pozycja bardzo dobra, ponownie warta przeczytania.

Ten wpis został opublikowany w kategorii fantastyka, Fantasy, Gotowanie, Historia, Książki, Przeczytane i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „Przeczytane w roku 2021: Post zbiorczy:

  1. Boogie pisze:

    W recenzji „Ostatniego życzenia” jest „wierzą” napisane przez „ż”. Proszę poprawić.

  2. Damn, przegapiłem tych „nędzników”. Głupi ja.
    Co do majchrów i macherów. Macjhrami zostali Rail Jacks, coś w rodzaju antywidmowych pogromców duchów, którzy się nie cackają – to nie są „robotnicy zatrudnieni na kolei” (nie pamiętam, czy była propozycja „lewarów”, ale jeśli tak, to nie przeszła). Natomiast macher to jedna z opcji terenu, pozwalająca uzyskać większe zyski ze skoków (inne znaczenie machera to oszust, kombinator) – nie pamiętam oryginału, ale nie jest to morderca.
    Nie ja tłumaczyłem, bronić nie będę, ale akurat te terminy były fajne.

  3. Michał pisze:

    Klanarchia – szczerze współczuję, ja to kupiłem w PDF za 20-30 zł i uważam, że przepłaciłem za to co dostałem w zamian :/

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s