Pisarze, którzy najbardziej zaszkodzili zachodniej kulturze:

ccaa7aea4d3aabab535abea0de733dfc,0,0,0,0Powiedzmy sobie szczerze: sprawy w zachodniej kulturze popularnej idą w kierunku niekoniecznie dobrym. I niestety w dużej mierze jest to zasługą samych jej twórców. W ostatnich latach pisarze i twórcy scenariuszy nabrali wielu złych nawyków. I niestety, nie wszystkie z nich są wynikiem działania podłych korporacji albo poradników kreatywnego pisarstwa. Niektóre z nich to efekt pomysłów pisarzy i wydawców, które wydawały się dobre… Ale niestety okazały się toksyczne dla otoczenia.

Dziś przyjrzymy się ludziom najgorzej moim zdaniem zasłużonym.

George R. R. Martin:

Wynalazca Maszynki Do Mięsa.

Maszynka Do Mięsa polega na tym, że tworzy się postacie, rozwija się je, pozycjonuje na ważnych bohaterów, silnie związanych z głównymi bohaterami (albo wręcz na głównych bohaterów) lub wątkiem, a następnie te postacie niespodziewanie się zabija. Na ich miejsce natomiast wprowadza się kolejnych bohaterów z podobnym zamiarem…

piesn-lodu-i-ogniaU osoby pierwszy raz widzącej zastosowanie Maszynki Do Mięsa wywołuje ona piorunujące, druzgocące emocjonalnie wrażenie.

Problemy są jednak dwa. Po pierwsze: bardzo wiele osób wcale nie chce być zdruzgotanych, załamanych i emocjonalnie zmiażdżonych. Koniec końców nie ma nic odkrywczego w stwierdzeniu, że życie jest okrutne i niesprawiedliwe. Przeciwnie: wielu odbiorców sztukę traktuje jako czynnik porządkujący, zaprowadzający dobro, sprawiedliwość i ład.

Po drugie: Maszynka Do Mięsa jest skrajnie przewidywalna. Wszyscy zginą i to bez sensu. Jeśli ktoś zaczyna się pojawiać na ekranie dłużej, to jest przeznaczony do ubicia. Łączy się to z reakcją obronną i widz zaczyna podchodzić do wszystkiego cynicznie, strojąc sobie żarty, jakby oglądał Latający Cyrk Monty Pythona.

Stephanie Meier:

zmierzch-w-iext121193680Za udowodnienie, że sprzedaż jest odłączna od jakości.

Ach, słodkie lata 90-te i pierwsze dziesięciolecie, gdy człowiek mógł myśleć, że – jeśli jakieś dzieło dobrze się sprzedaje, ale mu się nie podoba – to ma jakieś zalety, które wyraźnie go mijają. Niestety to było dawno. Potem przyszła Stephanie Meier i udowodniła, że da się sprzedać dzieło, które nie ma żadnej wartości. Wystarczy odpowiedni budżet na reklamę.

Zmierzch” jest przerażającą książką, głównie dlatego, że nie ma dobrych stron. To nie jest udana książka o wampirach, nie jest to udany romans, nie jest to udana książka o nastolatkach. Akcja jest nudna jak flaki z olejem, styl rozwlekły, postacie odstręczające, język nie jest prosty, a prymitywny, za to napuszony…

Owszem, wcześniej było wielu poczytnych grafomanów, ale im można było przypisać jakieś dobre cechy. Weźmy takiego R. A. Salvatore: język prosty, łatwy do przyswojenia, fabuła wciągająca, choć kupy się nie trzymała, akcja żwawa…

Ze „Zmierzchem” nie da się tego zrobić.

Mimo to sprzedał się genialnie. I teraz budżety reklamowe pchane są w promocje gniotów.

Dan Brown:

972799-352x500Wynalazca maksymy „ Szybciej, szybciej, zanim dotrze do nas, że to bezsensu”.

Jeśli weźmiemy jakąś starszą książkę lub film przygodowy to zauważymy, że akcja porusza się tam falami. Następuje scena akcji, potem scena spokoju, scena akcji i scena spokoju. Bohaterowie więc walczą lub ryzykują życie, a następnie następuje opis przyrody, dialog lub rozwiązywanie zagadki. Podręcznikowym przykładem może być tu Władca Pierścieni, gdzie każda scena napięcia kończy się odpoczynkiem. Tak więc bohaterowie uciekają przed Czarnymi Jeźdźcami, by trafić na farmę Magota, mało nie giną w Starym Lesie i docierają do Toma Bombadila, padają ofiarą Upiorów Kurchanów, by dotrzeć do Bree…

Z podobnej zasady korzystają też gry komputerowe, nawet zręcznościówki. Tak więc po wymagającej walce oglądam jakiegoś rodzaju cutscenkę, rozwiązujemy prostą zagadkę lub szukają klucza. Wyzwania te często są trywialne, w niektórych grach FPS często po prostu polegają na marszu kilka minut pustym korytarzem.

Taki sposób prowadzenia narracji ma pewne wady. Każdy, kto czytał jakąkolwiek, internetową dyskusję o Władcy Pierścieni widział narzekanie na nudę, wolną akcję i nadmiar opisów przyrody. Każdy też widział, że ludzie pamiętają dosłownie pojedyncze zdania z tej powieści.

Jest to możliwie właśnie dzięki tego typu narracji. Pozwala ona czytelnikowi na wytchnienie i odpoczynek po chwilach napięcia i wyższej koncentracji na tekście. Dzięki temu w chwili, gdy ponownie dzieje się coś ważnego możemy podejść do tego na świeżo.

Dam Brown w książce „Kod Leonarda Da Vinci” zrezygnował z tego manewru. Akcja całej, blisko 600 stronicowej książki toczy się w ciągu jednej nocy, a postacie dosłownie biegną od wydarzenia do wydarzenia. Książkę czyta się z wypiekami na twarzy. Niestety po jej odłożeniu nie pamięta się dosłownie nic. Jeśli zrobić sobie wypis z akcji to niestety przekonujemy się, że ta nie ma sensu.

Książka ta odniosła sukces. Obecnie wielu pisarzy i reżyserów naśladuje jego styl. Efektem są dzieła, których fabuły również są bezsensowne, które czyta się lub ogląda z wypiekami na twarzy, ale wydarzenia z których zapomina się jeszcze przed zakończeniem seansu.

E. L. James:

9788382301106Za otwarcie puszki pandory, w której uwięzieni byli pisarze oportunistyczni oraz fanficyzację zarówno filmu, jak i literatury.

E. L. James odpowiada za niesławny fanfik do „Zmierzchu”, który po drobnych zmianach został wydany jako „50 Twarzy Greya”. Jej sukces niestety udowodnił, że pierwowzór nie jest pojedynczym wybrykiem natury, przeciwnie: efekt można powtórzyć. Oraz, że nie ma potrzeby, by pisarz potrafił pisać. Wystarczy efektowne hasło marketingowe.

Efektem jest zalew pisarzy, których książki powinny zostać odrzucone już na poziomie redakcji. „Zmierzch” jest obecnie symbolem obciachu, „50 Twarzy” nikt już nie pamięta, jednak kurka z pisarzami oportunistycznymi nikt zakręcić nie zamierza.

Joseph Campbell:

bohater-o-tysiacu-twarzy-2-8371502249Twórca Podróży Bohatera zwanego też Monomitem.

Składa się ona z 12 kroków. Są to: Zwyczajny świat, Zew przygody, Bohaterski wybór, Spotkanie mędrca, Nowy świat, Sojusznicy i wrogowie, Jaskinia mroku, Cierpienie, Przyjęcie miecza, Droga do domu, Odrodzenie bohatera oraz Powrót z eliksirem.

Podróż Bohatera wykorzystywana była przy tworzeniu takich dzieł jak Gwiezdne Wojny, Odyseja Kosmiczna, Król Lew disneyowskie adaptacje Aladyna i Pięknej I Bestii czy w wielu klasycznych powieściach fantasy. Jej elementów doszukiwać można się też w takich tytułach, jak Matrix, Władca Pierścieni, Odyseja czy nawet Biblia (w szczególności, jeśli zignorować psychologiczną głębię tych opowieści oraz te wszystkie zniuansowane smaczki, które czynią je wyjątkowymi). W efekcie schemat ten jest już bardzo opatrzony. Mimo to Podróż Bohatera zwykle wywiera ogromne wrażenie na ludziach stykających się z nią pierwszy raz, a oparte na niej utwory mają tendencję, by stawać się „tymi pierwszymi, jedynymi i najukochańszymi”.

Także drugi i trzeci raz zwykle podoba się.

Niestety, z racji na jej powtarzalność osoby, które nadziewają się na nią po raz piąty czy szósty zazwyczaj potrafią już przewidywać kolejne wydarzenia iuznają ją za potwornie nudną.

Po prostu każde dzieło oparte na tym schemacie jest identyczne.

Reklama
Ten wpis został opublikowany w kategorii Filmy, Książki i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

26 odpowiedzi na „Pisarze, którzy najbardziej zaszkodzili zachodniej kulturze:

  1. Nad pisze:

    Szczerze myśle że w zmierzchu jest znacznie więcej niż czysty marketing. Nie mówię tego dlatego że mi się szczególnie podobał tylko dlatego że poznałem wiele osób które szczerze uwielbiały te książki i w mojej ocenie to szczere uwielbienie nie było wynikiem tego ze ktoś im to wcisnął. Nie były to też osoby które książek nie czytają i to jedyna jaka na oczy widziały. Natomiast w przeważająca większość były to nie młode kobiety w nie specjalnie udanych małżeństwach. Pewien wniosek nasuwa się sam, i chyba w porównaniu z banalnością wielu harlekinow zmierzch wypada bardzo dobrze. W znaczeniu nie ocenie wartości stylistycznej ani niczego takiego bo akurat dla mnie tam nie było strasznie dużo grafomani (były utwory które zmęczyły mnie znaaacznie bardziej), ale mam odczucie ze sama konstrukcja pewnego pół tragicznego romansu po prostu jest bardziej rozwinięta niż w każdym innym harlekinie którego czytałem- chodź wiele tego nie było.
    Chodź w kwestii ze reklama popchnie każdy gniot to bardzo prawdziwe, w przypadku książki chyba nawet bardziej.

    • Siman pisze:

      Zdecydowanie coś jest w tej książce. Z rok temu miałem taką sytuację na imprezie, że wszedłem w połowie rozmowy trzech kobiet w przedziale mniej więcej 35-40 lat, które gadały o Zmierzchu z dużym zaangażowaniem i znajomością tematu (otóż, słuchajcie, książka lepsza od filmu). Co najmniej dwie z nich miały dobre wykształcenie (kilka sensownych fakultetów pedagogicznych albo doktorat z medycyny), poza tym momentem sprawiły na mnie wrażenie inteligentnych i mających gust.

      • barnaba pisze:

        „Zmierzch” to Harlequin z wampirami. Różnica taka, że do czytania Harlequinów poza plażą i pociągiem wstyd się przyznać, a do czytania „Zmierzchu” można- bo to przecież fantastyka, a nie romans.

      • marchewa79 pisze:

        To już chyba nie te czasy że istnieją książki do których czytania „wstyd się przyznać” raczej cieszy nawet u osób wykształconych lektura jakiejkolwiek prozy.

      • Cadab pisze:

        Czyli w czasie boomu na Zmierzch były w grupie wiekowej, której to oficjalnie było wciskane, a więc 15-25, bo miały wtedy 22-27.
        Tak tylko zwracam uwagę, bo mam wrażenie, że połączono ze sobą nie te kropki, co trzeba.

  2. Maks pisze:

    „Zmierzch” przeżywa obecnie taki trochę renesans, po części związany z nostalgia, po części z nowym spojrzeniem przez pryzmat „dlaczego ludzie nienawidzą rzeczy, które lubią młode dziewczyny”, a po części właśnie dlatego, że od czasu jego wydania wyszło dużo zdecydowanie gorszych książek.

  3. Cadab pisze:

    Sam nie wierzę, że to robię, ale będę „bronił” Martina. Choć cudzysłów niezbędny.
    Zdaje się, że ty sam kiedyś przywoływałeś dane odnośnie sprzedaży jego książek. Zdaje się, że wynikało z nich dość jasno, że jakby nie serial od HBO, to te książki w zasadzie sprzedawały się wcale.
    Więc to nie jest tak, że autor jest winny swojego sukcesu, bo dość jasno z tego wynikało, że ni cholery nie jest. Po prostu nakręcono boom adaptacją do książek, które niespecjalnie komukolwiek się podobały ani robiły dobre wrażenie w formacie papierowym. Trochę tak, jak 10 lat wcześniej nakręcono boom na Harry Pottera – na szybko trzeba było robić tłumaczenia, bo „ta znana powieść dla dzieci” (znana gdzie i komu?) będzie mieć adaptację, szybko, trzeba drukować i robić sałatę.
    No a jak jest adaptacja, i to taka z przytupem i nazwiskiem albo trzema, to to przecież nie może być złe… prawda?

    • Trochę inaczej, bo nie lubię polaryzacji „nie sprzedał się super = nie sprzedał się w ogóle”. Martin sprzedał 9 milionów książek przed serialem i 82 miliony po nim. 9 milionów to za mało, żeby wejść do Top 100 najlepiej sprzedających się. To jakieś 10% tyle, co Jordan, Brooks czy Pratchett, 1/3 tego, co sprzedał R. A. Salvatore, mniej-więcej tyle samo, co Howard, Le Guin, Sanderson czy Zelazny, 3 razy tyle co Ericksonn albo Sapkowski przed serialem…

      To jest dobrze sprzedający się pisarz.

      Jednak nie żaden nowy mesjasz, który trwale odmienił oblicze fantasy, jak chcieli niektórzy.

      Jeśli chodzi o Harrego Pottera, to filmy z całą pewnością mu nie zaszkodziły. Książka jednak sprzedawała się dobrze i bez nich: Więzień Azbakanu sprzedał w 1999 roku (pierwszy film wyszedł w 2001) 68 tysięcy egzemplarzy w pierwszy dzień od rozpoczęcia sprzedaży (nie licząc preorderów). To jest poziom taki, jaki Sapkowski albo Fabryka Słów sprzedają w rok.

      • Cadab pisze:

        Bardziej chodzi mi o to, że serial przebił sprzedać książek przedserialową kilkukrotnie. I ta dysproporcja jest jedynym do czego piję – facet w ciągu całej swojej kariery zanim zrobiono z niego gwiazdę sprzedał tyle książek, ile średnio co roku od momentu zostania ogłoszonym mesjaszem i zbawcą fantasy. Aktualnie ma coś na okładce „GRRRRR” i już się sprzedaje. Nie dlatego, że jest dobre, tylko stało się marką samą w sobie. I nie dzięki zasługom pisarza, tylko niejako „z rozpędu”.
        W obu przypadkach patrze też na to z perspektywy polskiego kurwidołka. W zasadzie to się wpisuje do wszystkich wymienionych tu pozycji, bo schemat jest ten sam:
        1) Jest se jakaś książka, popularna w krajach anglojęzycznych
        2) Nikt o niej poza nimi nie słyszał i nikogo ona nawet nie obchodzi, do tego stopnia, że wydawca nawet nie próbuje jej posłać dalej
        3) Ogłasza się ekranizację
        4) Wydawca na uszach staje, żeby w tym momencie kuć żelazo póki gorące i wciska to na każdy rynek, jaki się nawinie
        5) Z racji na czas potrzebny na tłumaczenie, w zasadzie dostaje się „ekranizację wielkiej powieści i światowego bestselleru” w momencie, kiedy ta książka dopiero trafiła do księgarni, a ów „światowy bestseller” w całości zbudowany jest na tym, że wchodzi ekranizacja
        Innymi słowy – dwóch pijaków wzajemnie się wspiera, żeby się nie przewrócić.
        Tak było z Potterem, tak było ze Zmierzchem, tak było z Eragornem, tak było z
        „Kronikami” Ryżowej, tak było z panem Greyem, całe YA post-apo sprzed dekady… Brało się coś, co w najlepszym przypadku przez przypadek docierało na rynek inny niż anglojęzyczny i natychmiast wciskało do gardła ludziom jako „największy hit ever”.
        A mnie taki typ modelu biznesowo-marketingowego zwyczajnie wkurwia i z miejsca nastawia na nie.

  4. DoktorNo pisze:

    Co do Campbella to raczej winić należy sukces „najwierniejszego ucznia”, Georga Lucasa…

  5. marchewa79 pisze:

    Tylko czy można obwiniać człowieka który po prostu zdekonstruował literaturę.

  6. DoktorNo pisze:

    A co z „Ready Player One”? To taki nostalgia trip dla czterdziestolatków co normalizuje dystopie jako utopie.

    • Cadab pisze:

      To jest raczej produkt od dzieciucha dla dzieci.

      • DoktorNo pisze:

        A nie od dzieciucha dla dzieciuchów? Cała fabuła obraca się wokół tego że w dystopijnej przyszłości bezrobotny mieszkaniec slumsów zdobywa fortunę dzięki graniu w VR i nostalgii za latami 80-tymi XX wieku. Z tego można by zrobić krótkie satyryczne opowiadanko pokazujące absurd eskapizmu i gier jako „opium dla mas”, a wyszło coś zupełnie przeciwnego.
        Ja bym umieścił to coś jako przykład absurdalnego dojenia nostalgii.

      • Cadab pisze:

        Nie wiem czy dla dzieciuchów, wiem, że oficjalnie targetem tego były dzieci 12-15 lat, żeby można im było wciskać sequele rzeczy, które dzieciuch konsumował w tym wieku. Taka książkowa wersja tego mema, jak to dzieciuch zmusza syna-noworodka, żeby też miał obsesję na punkcie Gwiezdnych Wojen. Więc to nawet nie było dojenie nostalgii – bo target jej fizycznie nie mógł mieć – co wmuszenie do gardła, że nostalgię mają mieć.

  7. C.Serafin pisze:

    Jestem zdziwiony, że pomysł z hurtowym zabijaniem bohaterów tak późno przebił się do głównego nurtu. Przez lata czytania książek Stephena Kinga przyzwyczaiłem się do sporej śmiertelności wśród obsady i wręcz irytowała mnie pewna „nietykalność” nawet trzecioplanowych postaci w innych tytułach. No, ale… Choć King jest popularnym pisarzem, to liczbę udanych filmowych adaptacji jego książek mogę policzyć na palcach jednej dłoni. Zapracował sobie też na łatkę pisarza horrorów, a opowieści grozy bez stosu trupów to prawdziwa rzadkość. Co nie zmienia tego, że trochę się dziwię, że trzeba było serialowej „Gry o tron”, by spopularyzować ten motyw.

    • Cadab pisze:

      Wraca wątek „Lostów”. Ludzie realnie zdążyli zapomnieć jak ten serial namieszał popkulturowo, nie tylko w kategorii „seriale TV”.
      Bo to „Losty” otworzyły puszkę Pandory z napisem „główni bohaterowie mogą ginąć”. I ginęli. Często. Gęsto. Oczywiście z dzisiejszej perspektywy byli nadal nieśmiertelni, ale coś wtedy „pękło”, gdy tak po prostu zaczęto strzelać do ludzi tudzież zakopywać ich żywcem.
      Więc na tym tle „Gra o Tron” to co najwyżej piąty bieg, ale jedynkę, dwójkę i trójkę wrzuciły „Losty”, a czwórkę inne seriale HBO wydane pomiędzy tymi dwoma tytułami. Oczywiście na poziomie popkultury i to takiej dostępnej dla szarego Kowalskiego, bo że coś takiego było dekadami gdzieś w tle nikogo nie obchodzi. Ważne, jak gruchnie tak, że jest wysyp memów, inaczej się nie liczy 😉

  8. caton pisze:

    Cadab, z Potterem to jednak mocno się mylisz. Wystarczy spojrzeć na dane sprzedaży z premiery „Więźnia Azkabanu”, które podaje Piotr Muszyński. Dane sprzed dwóch lat od pierwszej z ekranizacji.

    A fakt, że jak się coś zekranizuje w Hollywood, to sprzedaż tego gwałtownie rośnie to truizm.

    • Cadab pisze:

      Ja tam wyraźnie zaznaczyłem „perspektywę polskiego kurwidołka”. Z tej perspektywy Potter wypłynął na ekranizacji. I nie rozumiem zupełnie, dlaczego mam udawać, że popularności tej serii nie nakręciła poza krajami anglojęzycznymi (bo to nie jest kwestia Polski, tylko po prostu świata nieanglojęzycznego) adaptacja. Bez niej Potter byłby jakąś książka, którą czytają Angole i siłą rzeczy też Amerykanie (przez 5 minut popularności, znaczy się).
      I tak z mojej perspektywy wygląda fenomen każdej jednej „wielkiej serii”, którą się wpycha ludziom do gardła. Pusta wydmuszka, która jest wielka, bo kampania marketingowa mówi, że jest. To jest też jeden z powodów, dla których przewracam oczami ma na każdą jedną próbę „narzucenia trendu” i prób odcinania kuponów od cudzego sukcesu w trybie ekspresowym.
      Ale proszę, opowiedz mi o tym, jak to bajka o angielskiej szkole z internatem przemawia do mas, dla których gatunek literacki pt „angielska szkoła z internatem” jest dziełem z importu. Tylko bez podpierania się filmem ani kampanią marketingową za grube miliony. No wiesz, jak ta książka broni się sama, trafiając na taki polski rynek AD 1998. Jak przemawia do mas. Jak bardzo są w stanie odnieść się do klepanej od czasów wiktoriańskich u Angoli sztancy, gdy jest to wszystko obcym konstruktem. W końcu to by było strasznie dziwne, jakby ten bądź co bądź wiekowy zabytek był znany odbiorcom spoza Commonwealth wyłącznie przez Pottera, a więc fantastyczną mutacje oklepanego klasyka. Byłoby też strasznie dziwne, gdyby w momencie wydania „Więźnia”, na który powołał się Zegarmistrz, w Wolsce nikt jeszcze o Harrym Potterze nawet nie słyszał, a książka nie została wydana przez kolejne półtora roku.
      No rzeczywiście to się to wszystko świetnie ma do mojej tezy.

    • Cadab pisze:

      Natomiast mam też świadomość, że pisanie źle o Potterze jest traktowane z zasady jako straszna herezja, bo dla całej masy ludzi to było to, z czym dorastali u boku. I ja im tego broń Boże nie neguję ani nie chcę odbierać.
      Mnie wyłącznie rozbija się o to, że to wręcz książkowy przykład syntetycznie wykreowanego wizerunku „wielkiej, ważnej i rozpoznawalnej serii”, gdzie realnie rzecz się działa „w trakcie”, a im bardziej puchła, tym bardziej ludzie urealniali pusty u swojego źródła marketing.

      • Michał pisze:

        W przypadku Polski pierwszy nakład „Kamienia Filozoficznego” wyniósł 5 tys egzemplarzy, sprzedał się na pniu, potem był szybki dodruk 20 tys i kolejny szybki dodruk. Wydana wkrótce „Komnata Tajemnic” od razu poszła w pierwszym nakładzie 40 tys egzemplarzy.

        Przed pojawieniem się filmu I i II część miały łączny nakład ponad 300 tys egzemplarzy, a pierwszy nakład „Więźnia Azkabanu” wyniósł ponad 150 tys sztuk.

      • Cadab pisze:

        Ogłoszenie filmu o Harrym Potterze, już jako filmu-filmu, miało miejsce późną jesienią ’99.
        MediaRodzina, węsząc okazję, zaklepała prawa na finiszu tegoż roku i posadziło Polkowskiego, żeby im urodził na wczoraj tłumaczenie.
        Polskie wydanie było w kwietniu ’00, z buńczucznym „WIELKI ŚWIATOWY HIT (który właśnie tworzymy)!”, kiedy w tle właśnie rozkręcał się marketing filmu.
        Film ostatecznie wyszedł jako „wielkie wyczekiwane wydarzenie” półtora roku później, na przygotowany już grunt przez wciskanie wszystkim na każdym kroku trzech napisanych do tego czasu książek, też w otoczce „wielkiej światowej serii”.
        Dziękuję, kurtyna

        Więc nie wiem w jaki sposób wyniki sprzedażowe, o których mówisz, przeczą temu, o czym ja mówię od samego początku – że jest to spektakularny sukces marketingowy, osiągnięty w dodatku cudzymi środkami.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s