Wiedźmin: Arystokraci i Piekarze:

Kubek-PIEKARZ-to-styl-zycia-prezent-330-ml-WZORYJeden ze scenarzystów serialowego Wiedźmina wygadał się kilka dni temu, że wielu jego kolegów „nie lubiło oryginalnych książek i gier, a nawet aktywnie się z nich wyśmiewało”.

Ktoś jest zaskoczony?

W tym samym czasie szef Disneya oświadczył, że „Nie wierzy, że dorośli lubią filmy animowane”.

Znów ktoś zaskoczony?

Czyli dwa kolejne przykłady na to, że współczesny świat i rozrywka zdominowana jest przez piekarzy uważających się za arcyksiążątka…

Piekarze?

Termin „piekarz”, który dość często używam, zainspirowany został osobą Johna Riccitiello, CEO Electronic Arts w latach 1997-2004 oraz 2007-2013. Jest to człowiek, za którego kadencji EA został dwukrotnie uznany za najgorszą firmę roku w rankingu The Consumerist, a sam Riccitiello trafił na piątą pozycję rankingu „CEO do zwolnienia” serwisu Wallstreet 24/7. Określenie pochodzi zaś od faktu, że Riccitiello swego czasu obronił doktorat na kierunku Marketing i Zarządzanie, w specjalizacji „zarządzanie siecią piekarń”.

Arystokraci?

Riccitiello swój doktorat zrobił na naprawdę doskonałej uczelni, na Universytecie Californii Berkeley, uczelni znajdującej się na dumnym, trzecim miejscu w rankingu Forbsa. Berkeley należy do grona elitarnych uczelni o których pisałem już w tekście „Dlaczego amerykańska kultura umiera”. Rzeczą, którą warto o niej wiedzieć jest fakt, że blisko 60 procent absolwentów tego uniwersytetu pochodzi z 1 procenta najzamożniejszych obywateli.

Amerykański system wyższej edukacyjny jest patologiczny: dużo bardziej patologiczny, niż w Polsce. Na studiach decydującą kwestią są pieniądze. Nie dziwi więc, że dzieciaki, które od maleńkości bawią się i ćpają, dostają się na elitarne uczelnie, mimo braków w podstawowym wykształceniu, a potem kończą je z wyróżnieniem. Zresztą: górne warstwy społeczne nie traktują studiów jako sposobu zdobycia zawodu, tylko poznania odpowiednich ludzi…

Potem idą do pracy w prestiżowych firmach:

Praca ta często wygląda tak:

Dobra, ja wiem, że to trochę januszowanie jak z Wykopu, tym bardziej, że moja praca również widziana z zewnątrz nie wygląda na pożyteczną. Niemniej powiedzmy sobie szczerze: zarząd, zwłaszcza niższego szczebla w sprawnych zespołach złożonych z fachowców potrzebny jest chyba tylko do celów reprezentacyjnych. Bo jeśli ludzie znają swoją pracę, to działają bez potrzeby nadzoru. Więcej: specjalistom przełożeni znający się wyłącznie na zarządzaniu bardziej przeszkadzają, niż pomagają… Przykładowo do dziś nie zapomnę, jak mój były dyrektor uczył elektryka jak druta ciągnąć.

Mało tak się nie skończyło:

Nie ma powodu zakładać więc, by w zawodzie programisty, chirurga-kadriologa czy kardiologa było inaczej.

Co więcej: Twitter to dość specyficzna firma. Twitter nie wytwarza dochodów. Twitter wytwarza wzrost.

Generalnie ten model ekonomiczny wygląda tak: ktoś zakłada firmę i idzie do banku po kredyt. Bank mu go udziela. Z tego kredytu zarząd wypłaca sobie pensje i zakłada przedsiębiorstwo. Przedsiębiorstwo przynosi jakiś tam zysk, który pozwala spłacać kredyt. Jako, że raty są spłacane, to można zaciągnąć wyższy kredyt, który pozwoli wypłacić zarządowi wyższe pensje i pchnąć firmę na wyższy poziom…

Pozwala to szybko rozwijać przedsiębiorstwo, które normalnie nie miałoby odpowiednich zasobów.

Co więcej dobrze zarządzana firma stale wykazuje stratę księgową, dzięki czemu nie musi płacić podatków (bo podatki płaci się od zysku). Sprytne, prawda?

Tak więc tam jest prawdopodobnie cały dwór prezesów i wiceprezesów oraz rozmaitych specjalistów od picia wina na dachu budynku, utrzymywany właśnie tylko po to, żeby pieniądze z kredytów dało się łatwiej przepalić.

O warstwie tej należy wiedzieć kilka rzeczy.

To po prostu nie są tacy sami ludzie jak my…

Polish_magnates_1576-1586Po pierwsze: żyją w Ameryce. Jak wiadomo: wszystko, co amerykańskie jest lepsze, więc są to lepsi ludzie. Doskonalsi, bardziej utalentowani, moralniejsi, piękniejsi…

Podobnie zresztą, jak nie są to tacy sami ludzie, jak zwykli Amerykanie, wśród których bezrobocie w grupie wchodzących na rynek sięga około 50 procent, a większość posad jest niskopłatna. Zresztą największy pracodawca w USA to Wallmarkt.

Tak więc nawet na tle tego wspaniałego narodu ci ludzie świecą własnym światłem. Może weźmiecie to za klasowe uprzedzenia, ale są to nadistoty, ulepione z innej, lepszej gliny, niż my. Mówiąc prosto: stanowią sól tej ziemi, prawdziwy cream de la cream tego narodu i jego szlachtę.

Są wyjątkowi.

A wyjątkowy chce, właściwie chyba musi swój etos i kulturę zanieść temu co gorszy…

To nie jest tak, że ludzie ci są odrealnieni:

Weźcie tego słynnego, brytyjskiego pisarza…

Czy dziwi brak szacunku dla jego twórczości?

Przecież, gdyby naprawdę miał talent, to urodziłby się w USA lub przynajmniej wyemigrował do Ameryki, też skończyłby Berkeley i pracował w Disneyu, Netflixie i Amazonie. Tak więc nie jest możliwe, by stworzył dzieło naprawdę wybitne. Przeciwnie: stworzył coś pełnego błędów, które to błędów poprawienie należy powierzyć komuś odpowiedniemu. Na przykład blogerce modowej, bo po jej kreacjach widać od razu, że jest dużo bardziej uzdolniona.

Ten pisarz z Polski, to już zupełnie jest śmiechu warty: jakiś ekonomista z wykształcenia, ale nie ma szans, żeby był dobry… Bo gdyby był dobry, to piłby wino na dachu biura Twittera, zamiast sprzedawać konfekcję żeńską… Zresztą, ile on pieniędzy na tym zarobił? Na pewno mniej, niż CEO Twittera dostał odprawy…

Tak więc to, co spieprzył też należy naprawić.

Niemożliwe też, żeby dorośli ludzie lubili oglądać kreskówki. Przecież CEO Disneya mówi inaczej, a kto, jak kto, ale on zna się na kreskówkach… Świadczy o tym jego stanowisko.

Ci ludzie po prostu dużo mocniej kontaktują się z rzeczywistością, jak my. Po prostu nadają na poziomach dla nas, nie-szlachty niedostępnych.

A tymczasem w tych poradnikach o tworzeniu gier, które sobie czytuję:

Praktycznie w każdym istnieje bardzo ciekawa obserwacja. Ich twórcy zauważają, że biznes growy pozwala zarabiać duże pieniądze i próbują przenikać do niego osoby, które graczami nie są, żeby zrobić karierę. Co więcej: niektóre z nich nie tylko graczy nie rozumieją, ale wręcz nimi gardzą.

Wszyscy ci projektanci uważają, że osoby takie są poważnym problemem dla zespołu i przepisem na katastrofę.

Radzą też, żeby je identyfikować i wyrzucać z pracy…

Szczerze mówiąc myślę, że możliwe jest to tylko dzięki kilku czynnikom. Po pierwsze: gry komputerowe to stosunkowo nowa branża, a do tego bardzo mocno stawiająca na umiejętności i zdolności twórców. Co więcej: jest to branża, gdzie amerykanie bynajmniej nie dominują. Przeciwnie: są zmuszeni do ostrej konkurencji z Azjatami i Europejczykami.

I to właśnie z Azji i Europy, rasistowskich zaścianków ciemnogrodu i barbarzyństwa płynął takie rasistowskie idee!

Reklama
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantasy, Filmy, Kreskówki Zachodnie, Książki, Seriale i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „Wiedźmin: Arystokraci i Piekarze:

  1. marchewa79 pisze:

    W punkt! Ale przy tej okazji przecież nie wypada pominąć legendarnego Jacka Welcha i jego Rank and Yank jakże twórczo transferujące praktyki z nazistowskich obozów koncentracyjnych do współczesnego korpo. Ja tam upatruję korzeni zła. Bo też Welch pierwszy (tak mi się zdaje) upowszechnił właśnie zasadę uniwersalności managerów. Bułki czy gry komputerowe jeden pies produkt jest produkt.

  2. Cadab pisze:

    Będzie nieco dygresyjnie, ale myśl sama się nasunęła w trakcie czytania

    >Generalnie ten model ekonomiczny wygląda tak: ktoś zakłada firmę i idzie do banku po kredyt. Bank mu go udziela. Z tego kredytu zarząd wypłaca sobie pensje i zakłada przedsiębiorstwo. Przedsiębiorstwo przynosi jakiś tam zysk, który pozwala spłacać kredyt. Jako, że raty są spłacane, to można zaciągnąć wyższy kredyt, który pozwoli wypłacić zarządowi wyższe pensje i pchnąć firmę na wyższy poziom…

    Czy ty właśnie opisałeś oscylator Baksika i Gąsiorowskiego? 😉
    W sensie – tą jego praktyczną, realnie generującą „zysk” stronę, a nie to, że wykorzystywał także opóźnienie w przepływie informacji bankowej dla oprocentowania, co stanowiło wyłącznie „kapitał” „rozruchowy” firmy (cudzysłów niezbędny dla obu terminów). ArtB w końcu opierało cały swój model biznesu importowo-handlowy na tym, że kupowali na kredyt, a następnie na podstawie tak pozyskanego towaru (a więc „namacalnej” wartości) zaciągali kolejny kredyt, który służył do pozyskania kolejnej transzy towaru. Potem nie ważne, po ile i czy w ogóle z zyskiem towar się sprzedał, bo chodziło o to, żeby cały czas mieć w obiegu możliwie dużą pulę kredytową, z której można było odcinać tantiemy, nawet, jeśli realnie biznes przynosił straty.
    W jakimś więc sensie Baksik i Gąsiorowski byli biznesmenami na światowym, amerykańskim poziomie, bo tak naprawdę między ArtB a typowym amerykańskim korpo różnica jest taka, że w Polsce na to były i są paragrafy, a w Stanach kręci się na tym cała gospodarka jakoś od połowy lat 70tych.

  3. Cadab pisze:

    A osobno zagajając

    >Praktycznie w każdym istnieje bardzo ciekawa obserwacja. Ich twórcy zauważają, że biznes growy pozwala zarabiać duże pieniądze i próbują przenikać do niego osoby, które graczami nie są, żeby zrobić karierę. Co więcej: niektóre z nich nie tylko graczy nie rozumieją, ale wręcz nimi gardzą.

    Aktualny zarząd Paradoxu stanowi sztandarowy przykład wszystkich karykaturalnych błędów „typowego korpo” z opowieści o niewydajnych, skrajnie źle zarządzanych firmach, które jednak jakimś cudem generując zysk. Przy czym firma jest w dużej mierze szwedzka, a więc europejska, ale działa po amerykańsku.
    I tym sposobem z producenta gier złożonego z graczy zrobiła się najpierw firma z zarządcami kierującymi się zyskiem, a po przekroczeniu pewnego progu udziałowców, przeszło do zarządzania „po amerykańsku”: od sztancy, z coraz większym i większym brakiem zrozumienia kto jest w ogóle ich odbiorcą oraz dlaczego chce grać w ich gry, by ostatecznie wejść w etap, na którym po zmianie CEO, nastąpił ten jakże karykaturalny krok pt „Wszystko, czego dotknął się poprzedni CEO trzeba spalić i zniszczyć, bo to jest złe i paskudne, a poza tym jak inaczej wykażę, że ja, nowy szef, znam się lepiej”. Więc rozgrzebane w połowie projekty, łącznie z tymi, które generowały krocie, zostały odesłane na boczny tor, bo trzeba było robić rzeczy nowe, wymyślone przez nowego CEO. Podtrzymanie dochodów? Nie no, po co, tym się nie wykażę i nie dostanę na koniec roku 20% premii z obrotu firmy.

  4. Cadab pisze:

    Tak mi przyszło do głowy odnośnie piekarstwa i Netflixa, choć niekoniecznie Wiedźmina:
    Co z kwestią pisania „pod cyferki”? Takiego dosłownego pisania pod dane liczbowe, wyciągnięte z tego, co ludzie oglądają, jak często wracają i które sceny z jakich filmów chcą oglądać, gdy nie oglądają całości?
    Takich produkcji jest przecież cała masa, najczęściej jako „original content” i zawsze wyglądają tak, jakby ktoś wrzucił do miksera kilka innych filmów, dodał gipsu, puścił na maksymalne obroty, a potem wylał uzyskaną masę wylał w formę o kształcie filmu i zostawił do stężenia.
    I ja nie mówię tu o tym, że produkują chłam, tylko że pewien zakres tego chłamu jest dosłownie wyciągnięty z ich własnych danych o preferencjach użytkowników, więc potem sadza się tylko stażystę, żeby skleił z kilku tabelek fabułę filmu, a drugi stażysta wymyśla jakieś proste dialogi i cyk – 1-10 mln zaoszczędzone na scenariuszu, w dodatku w myśl logiki piekarskiej, powinien to być przepis na sukces, bo przecież wszystko zgodnie z tym, co ludzie lubią i czego pragną.
    Czekam na moment, w którym nawet stażystów nie trzeba będzie do tego, tylko systemem tagów AI im zacznie składać do kupy scenariusze.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s