Nagonka na pisarzy z Novae Res:

wydawnictwo_novae_res_logo_male2xNovae Res nie jest wydawnictwem cieszącym się dobrą sławą. Wręcz przeciwnie: ciągnie się za nim opinia Vanity Press, czyli przedsiębiorstwa, któremu płaci się za publikowanie książek, a które to książki zaraz po wydrukowaniu trafiają na makulaturę. Może nie jest ona słuszna, ale należy zauważyć, że książki z jego portfolio otrzymują bardzo małe wsparcie marketingowe i zwykle przechodzą bez echa.

Nieprzyjemne jest jednak to, że piszący dla niego ludzie dostają często za to, jakie wydawnictwo wybrali. Ich książki są deptane z ziemią nie za to, że są obiektywnie złe lub nawet nie za to, że nie trafili w gusta tego jednego recenzenta. Deptane są z ziemią bez czytania, za to, że pisze nań Novae Res.

A na coś takiego nikt nie zasługuje.

Vanity Press:

Novae Res jako wydawnictwo pod wieloma względami słusznie jest krytykowany. Prowadzony przez wydawnictwo model jest pod wieloma względami bardzo wątpliwy moralnie (użyłbym mocniejszych słów, ale jeden proces o zniesławienie już miałem). Mianowicie wydawnictwo pobiera pieniądze za przygotowanie książek do druku oraz ich druk i rozesłanie do hurtowni. Proces sprzedaży oraz marketingu książki (czyli to, co jest najtrudniejsze i czym wydawnictwo faktycznie powinno się zajmować) zostawia autorowi.

Efekty widać choćby na Lubimy Czytać, gdzie książki z wydawnictwa posiadające więcej, niż 10 czytelników są rzadkością.

Firma broni broni się twierdząc, że jest to „model subsydiowany”, ale nie jest to prawda. W modelu subsydiowanym autor pokrywa całość lub większą część kosztów pracy nad książką, ale otrzymuje za to profesjonalną pomoc wydawnictwa. Czyli właśnie promocję i sprzedaż.

Tak więc: zjawisko budzi emocje.

Załóżmy, że to faktycznie jest oszustwo:

Podstawowym zarzutem, jaki kieruje się pod adresem autorów Novae Res jest to, że padli ofiarami oszustwa. To znaczy: zapłacili drukarni podszywającej się pod wydawnictwo. Tak więc są oni frajerami i należy im się potępienie za naiwność.

Jest to zarzut nietrafiony.

To trochę tak, jakby policja spuściła wpierdol ofierze oszustwa „na policjanta” bo dała zarobić bandycie.

Jeśli ci pisarze faktycznie są ofiarami jakiejś, nieetycznej działalności, to należy im się raczej współczucie, niż potępienie.

Ale co ci pisarze mają zrobić?

Tym bardziej, że potrafię zrozumieć tych ludzi. Ogólnie rzecz biorąc wydanie książki w normalnym wydawnictwie jest dużo trudniejsze, niż jej napisanie. Co więcej jest to możliwe w zasadzie tylko albo dzięki szczęściu albo znajomościom.

Większość polskich wydawnictw zwyczajnie nie jest zainteresowanych publikowaniem „dorosłej” fantastyki. Być może trochę inaczej wygląda sprawa w Young Adult, ale nie wypowiem się, bo się nie znam na temacie. Te, które są zainteresowane często mają plany wydawnicze zapełnione na 2-3 lata do przodu i nie chcą nic doń dodawać.

Nawet jeśli uda się coś wydać, to otrzymanie z tego tytułu jakichś pieniędzy jest osobnym problemem. O moich doświadczeniach już kilka razy pisałem. Z nowszych rzeczy: wydawnictwo Papierowy Księżyc w ostatnim czasie zyskało sobie bardzo złą sławę na tym polu. Z rzeczy starszych: pamiętacie może, że kiedyś Fabryka Słów miała taką pod-serię książek pisanych przez autorów z Europy Wschodniej?

Zgadnijcie czemu tej serii dłużej już nie ma?

Tak naprawdę początkujący pisarz ma obecnie dwie, realne szanse opublikowania książki: Vanity lub Self Publishing.

Dużo słabych książek:

Drugi zarzut jaki kieruje się pod adresem tych autorów jest fakt, że Novae Res publikuje bardzo dużo słabych książek. Nie potrafię go potwierdzić ani obalić empirycznie: książki tego wydawnictwa posiadają wiele zewnętrznych cech, które zniechęcają mnie do zakupu ich. Największym problemem są wyraźne ślady niedorobienia.

Weźmy powieść „Strażnik Treasonu”. Książka pod takim tytułem nie powinna nigdy zostać wydana. Owszem, „treason” jest fajnie brzmiącym słowem, ale niestety ono już istnieje (i oznacza „zdradę stanu” w języku angielskim), tak więc nie powinno być używane w niewłaściwym znaczeniu. Niemniej na tym właśnie polega praca redaktora, by zwrócić uwagę na ten fakt.

Fakt, że ktoś wydaje w wydawnictwie, które publikuje mnóstwo słabych książek nie czyni z autora złym pisarzem. Owszem, jest to znak ostrzegawczy, ale naprawdę z ferowaniem wyroków należy się wstrzymać do momentu zakupu i przeczytania tego, co stworzył.

Tak naprawdę:

Wydaje mi się, że niechęć miłośników fantastyki do vanity press należy wiązać z już dość starą aferą, a mianowicie wojenkę z roku 2016, kiedy to przez fandom przeszła fala oburzenia, spowodowana tym, że wśród nominacji do nagrody Zajda pojawiły się nań książki z Novae Res.

Tłumaczono to bym, że obecność na liście ofiar oszustwa i wyzysku psuje opinię nagrodzie.

Jako, że skład uczestników i argumenty bardzo przypominały shitstorm wokół opowiadań Bardzo Cenny Pierścień (któremu nagroda się nie należała, bo napisał je RPG-wiec), Tkacz Iluzji oraz Cyber Jolu Dream (napisane przez baby), Mniejsze Zło (bo za dużo Zajdli dla Sapkowskiego), A kochał ją, że aż strach (opublikowane w nieodpowiednim czasopiśmie), powieści Kuzynki (bo napisana przez Pilipiuka) oraz Bóg wie ilu jeszcze, które toczyły się już po marginalizacji Nowej Fantastyki, a przed pojawieniem się mediów społecznościowych, to wydaje mi się, że motywacja jest inna.

Może żywię nadmierną niechęć do tuz polskiej fantastyki, ale prawda jest taka, że motywy ludzi, którzy najpierw pisali przez lata, że fantasy jest Beeee, bo zawiera tylko głupie mordobicia, przemoc i goliznę (nie to, co ich wysokich lotów Science Fiction), a teraz wydają książki w Fabryce Słów nie wydają mi się specjalnie czyste.

W każdym razie: w wypadku wszystkich tych utworów oficjalna ideologia polegała na tym, że broniony był dobry i interes gust czytelników. Faktycznie chodziło jednak o to, że w środowisku pojawiały się nowe osoby: miłośnicy gier fabularnych, kobiety, gwiazda Sapkowskiego, pisarze Fabryki Słów i tak dalej i tak dalej. Za każdym razem fakt ten był odbierany nie jako powiększenie wspólnego tortu, jakim jest rynek książek fantastycznych, ale jako zamach na ów tory, w efekcie którego ktoś bezprawnie przywłaszczył sobie duży fragment ciasta. Zupełnie tak, jakby fakt, że Sapkowski lub Brzezińska odnieśli sukces automatycznie oznaczał, że sprzedaż książek innych pisarzy spadła…

W myśl tej logiki zarówno pisarze publikujący w vanity jak i self-publiszerzy są po prostu niebezpieczni.

W końcu nie wiadomo, czy któryś nie tworzy właśnie nowej Diuny lub Władcę Pierścieni.

Efekt echa:

O wyżej wymienionej aferze nikt już nie pamięta. Niemniej jednak opinia żyje jeszcze i odbija się w internetowych komorach echa. Stąd nawalanka w tych ludzi ze strony rozmaitych jasnowidzów, którzy „nie muszą czytać, żeby wiedzieć”.

Ten wpis został opublikowany w kategorii fantastyka, Książki, Pisanina i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

9 odpowiedzi na „Nagonka na pisarzy z Novae Res:

  1. marchewa79 pisze:

    Dzięki za namiar. Nawet się ubawiłem. Ale jednak smuteczek że żyć przyszło w czasach śmierci książki. I śmieci zawodu redaktora. Przecież większości tego wydawnictwa nie ma ani w księgarniach ani w empikach (skądinąd słusznie bo te książki nie są warte miejsca ekspozycyjnego). Ilu ciekawych początkujących autorów zginęło w odmętach. Żal.

    • Nie wiem, czy należy to wiązać ze śmiercią książki. Tak więc:
      – rynek wydawniczy, przynajmniej w Polsce zawsze był trudny dla debiutantów. Najpierw wysokie ceny druku, potem komunistyczna reglamentacja papieru, potem lata 90-te, gdy nie wydawano Polaków, teraz epoka Januszexów.
      – z drugiej strony obecnie druk jest (w porównaniu z tym, co było kiedyś) śmiesznie tani. Przykładowo pojedyncze tomy „Władcy Pierścieni” w latach 50-tych kosztowały równowartość współczesnych 100-150 złotych. Całą cenę robił koszt druku.
      Efektem połączenia obydwu tych czynników są takie twory jak Vanity Press.

  2. Cadab pisze:

    A to nie jest aby tak, że podstawą nagonki jest – moim zdaniem całkiem słuszny – zarzut, że ktoś po prostu poszedł do vanity press? Nie ważne, jakby się dane „wydawnictwo” nazywało, proceder jest ten sam: bierze się leszcza i drukuje na jego koszt jego książkę, bez/z minimalną redakcją i nieistniejącym marketingiem, klepiąc go równocześnie po pleckach i mówiąc, że teraz jest pisarzem. Źródłem dochodów nie jest sprzedaż książki, tylko zapłata za jej druk.
    To ma nawet w nazwie pejoratywne znaczenie. Realnie więc ktoś zapłacił, żeby go w ogóle wydano, bo każde jedne wydawnictwo po prostu daną pozycję odrzuciło. A odrzuca je z prozaicznego faktu, że do vanity press trafia w miażdżącej większości straszny chłam.
    Tu naprawdę nie ma co owijać w bawełnę – no chyba, ze ten pozew był od Novae Res właśnie xD

    • Proces o zniesławienie mi ciotka zafundowała. Zapisała się do jakiejś grupy dla emerytowanych nauczycielek z Podkarpacia, wybuchł tam shitstorm, ciotka nie wytrzymała i zaczęła je wyzywać od lodziar i lachociągów. Jedna z bab poczuła się dotknięta i poszła do sądu. Jako, że ciotka pisała z mojego WiFi, to mnie wezwano do sądu. Powiedziałem, że nie znam tej baby, nie wiem kim jest i nie wiem, kto ją obrażał z mojego WiFi. Wszystko skończyłoby się dobrze, ale ciotka znów nie wytrzymała napięcia i przyznała się do winy.

      A z tematów mniej śmiesznych: w teorii do Vanity trafiają rzeczy, których żadne wydawnictwo nie chce. W praktyce w Polsce zwyczajnie prawie NIKT nie czyta propozycji wydawniczych (przynajmniej na rynku fantastycznym, ponoć kryminały i romanse łatwiej jest wydać). Piszę „prawie” bo mam empiryczne dowody, że Rebis, SuperNova i SQN faktycznie odpisują na maile (przy czym pierwsze dwa po prostu piszą „w tej chwili nie jesteśmy zainteresowani wydawaniem nowych książek fantastycznych”.

      Uczciwie mówiąc to taki poziom braku profesjonalizmu, jak w polskiej branży wydawniczej widziałem tylko w jednym miejscu: na infoliniach NFZ.

      • Cadab pisze:

        Tylko że dalej wracamy do samego w sobie „vanity” – nikt normalny po byciu wyplutym przez wszystkie wydawnictwa po kolei, nie ważne z jakiego powodu, nie pójdzie do JanuszExa, żeby mu jednak wydrukowali książkę, proszę, tu są pieniądze, a teraz niech wasza drukarka robi brrrr. Bo jak by chcieć po prostu mieć wydrukowaną książkę, a nie „karierę pisarza”, to najbliższe warsztaty dla głuchoniemych albo drukarnia przemysłowa za psie pieniądze złożą i wydrukują tyle kopii, ile chcesz. Często za mniej niż połowę tego, co wzięło vanity press. Tylko oni nie obiecują, że zrobią z ciebie pisarza, albo że będzie dodruk jak się pierwsze X sprzeda, a wyłącznie uczciwie drukują co się im dało do wydrukowania.

      • Ci pisarze, z którymi gadałem po prostu byli młodzi i naiwni. Vanity były zwykle jedynymi wydawnictwami, które odpisały, zapewniono ich, że ich książki mają szansę sprzedać się dobrze i przekonano, że każde wydawnictwo działa w ten właśnie sposób.

      • Cadab pisze:

        Jak to się mówi: głupota szkodzi. Czy jakoś tak.
        I stąd też się bierze kolejna cegiełka do jechania po ludziach, którzy się wydrukowali z pomocą vanity press – bo albo nie wiedzieli co robią (znaczy głupi i potencjalnie próżny), albo doskonale wiedzieli co robią (czyli próżny).
        No szok i zdziwienie, że jedno i drugie jest ostro piętnowane.

  3. marchewa79 pisze:

    Jakiś czas temu złamany poziomem polskiego rynku postanowiłem spróbować po angielsku. I mówię wam nie ma odwrotu. Początkowo trzeba się przemęczyć ale słownictwo w literaturze popularnej nie jest trudne a dostęp do książek w dniu premiery! a nie po 5 latach jak ktoś łaskawie przetłumaczy (o tłumaczeniach nie wypowiadajmy się litościwie) to jest zupełnie inna jakość.
    Zresztą jak ktoś by chciał sobie choć przejrzeć laureatów Hugo czy Locusa to tylko oryginał.

  4. Novae Res - nie polecam i pozdrawiam pisze:

    Wypowiem się z perspektywy osoby, która wydała swoją książkę w Novae Res. Możecie mi wierzyć albo nie – nie będę podawać imienia i nazwiska, bo jeszcze póki co łączy mnie z tymi ludźmi umowa. Moja sytuacja była specyficzna, ponieważ już wcześniej znalazło się tradycyjne wydawnictwo zainteresowane wydaniem, jednak przez fakt, że komunikacja stała tam na naprawdę słabym poziomie, a ludzie – mówiąc delikatnie – byli „nieogarnięci”, po zapewnieniach o wydaniu ostatecznie mi odmówiono. Chodziło o jakieś ich „zmiany prawne” czy coś w ten deseń. Każda wymówka jest dobra.

    Poszedłem potem do Novae Res, ponieważ uznałem, iż nie jest to typowe vanity. Z typowymi vanity miałem już do czynienia i na ogół takie wydawnictwa potrafiły odpisywać mi na propozycję nawet dzień po przesłaniu: że są zainteresowane, że brzmi to ciekawie itp. No, czysty absurd. Wiedziałem doskonale, że będę musiał zapłacić za wydanie i okej – to mi nie przeszkadzało. Do tego momentu wiedziałem, na co się piszę, a po wstępnej rozmowie w cztery oczy opowiedziano mi, jak to ma wyglądać z ich strony. Przy czym należy zaznaczyć, że o promocji także była mowa. Pan koordynator powiedział, że nie zajmują się promowaniem, ale często jeżdżą na różne wydarzenia książkowe i jest szansa, że jako autor też tam pojadę. Zgadnijcie, ile razy pojechałem xD

    Korekta była raczej dobra, choć miejscami miałem wrażenie, jakby osoba za nią odpowiedzialna, chciała tam narzucić jakieś swoje poglądy. Kazała przykładowo dopisać dodatkowy tekst do pewnego wątku, ale kiedy go napisałem, nie został on w ogóle sprawdzony.

    Powieść została wydana, szata graficzna i układ samej książki ustalony. Spoko. A potem przyszły do mnie egzemplarze (bo sam autor otrzymuje ich 50 sztuk) i zonk – okazało się, że pewna dość istotna część, która miała tam zostać zawarta, nie występuje w finalnej wersji. Nie mogłem niestety tego wcześniej sprawdzić, gdyż cała korespondencja opierała się na poczcie elektronicznej. Co prawda dostałem wersję próbną książki, lecz była ona – jak wspomniałem – próbna i wiele rzeczy takich jak choćby patroni czy spis treści nie zostało tam jeszcze zawartych. W ogóle ciekawe było to, że w wersji próbnej pojawiły się błędy, których na pewno nie popełniłem. Napisałem do wydawnictwa, że nie taka była umowa i trzeba to jakoś zmienić, na co odpowiedziano mi tylko, że zrobią to w dodruku (który oczywiście nie nastąpił). W zamian zamieszczono jakąś płatną reklamę na FB oraz… TikToku. Wydawnictwo w ogóle nie poczuwa się do odpowiedzialności za braki, których się dopuściło. Przez moment nawet się zastanawiałem, czy nie iść z tym do sądu, ale działo się w moim życiu tyle rzeczy, że nie miałem na to czasu. A szkoda, bo ta korespondencja e-mail nadal leży u mnie na skrzynce i jawi się jako ciekawa lektura.

    Kilka miesięcy później Novae Res wysłało mi raport o tym, jak to oni promowali moje dzieło. I to działało na takiej zasadzie, że napisali do jakichś gazet i portali z prośbą i nie dostali od nich odpowiedzi. I ciach, można odznaczyć, że zrobione. Ostatnio wziąłem udział w jednej akcji charytatywnej i napisałem do wydawnictwa, czy może nie chcieliby o tym wspomnieć. Cisza. Nikt mi nic nie odpisał.

    Podsumowując, odradzam korzystanie z ich usług. Posiadają kilku autorów, których promują, jednak podejrzewam, że autorzy ci po prostu są dla nich dochodowi. Reszta ma zapłacić i sobie iść. Są ewidentnymi pożeraczami zapału nowicjuszy. Ja sobie poradzę, ponieważ książka stanowiła dla mnie jedną z kilku ścieżek rozwoju, jednak co ma powiedzieć osoba, która wydała na wątpliwą usługę Novae Res swoje ciułane oszczędności?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s