Przeczytane w maju i czerwcu 2022: Belgeriada i jeszcze trzy książki:

belDwa minione miesiące były obfite w lekturę, acz niestety nie w przeczytane książki. Tych ostatnich udało mi się bowiem ukończyć jedynie cztery. Za to były to książki bardzo dużego ciężaru gatunkowego. Jedna z nich bowiem liczyła sobie 1088 stron, a druga aż 1295 stron. I to właśnie zmaganiu z tymi kolubrynami należy przypisać mój brak czytelniczych sukcesów w ostatnich czasach.

Przeczytane pozycje to:

Mitologia Słowian:

Ocena: 4/10

240515-352x500Pozycja, którą zna chyba każdy miłośnik historii i chyba każdy się nią rozczarował. Pomijając ciężki i momentami bełkotliwy język książka ta jest obecnie przestarzała, zawiera bardzo dużo błędów, chciejstwa i zmyśleń przedstawianych jako prawdy objawione. Przykładem takich tez może być choćby Światowid ze Zbrucza, co do którego autor twierdzi, że „ponad wszelką wątpliwość dowiedziono jego autentyzmu”. Faktycznie sytuacja wygląda inaczej, obecnie uważa się, że wyżej wymieniony posąg prawie na pewno stanowi falsyfikat (powiedziałbym, że prawdopodobieństwo wynosi 99,99999 procent), a przebadano go na tyle dokładnie, że udało się nawet wytypować potencjalnego sprawcę fałszerstwa (miałby być to Tymon Zaborowski, żyjący na przełomie XVIII i XIX wieku poeta zafascynowany słowiańskością).

Oczywiście na obronę autora można powiedzieć, że jest to książka sprzed 40 lat i nie miał on dostępu do współczesnych badań. Faktycznie jednak kontrowersje dotyczące tegoż zabytku trwają co najmniej od czasu jego znalezienia. I nic w jego czasach nie przesuwało szali zwycięstwa w stronę osób wierzących w jego autentyzm.

I tak wygląda sprawa przez całą książkę.

Ogólnie rzecz biorąc nie jest to obecnie pozycja wysokiej wartości, prezentuje ona wizję historii co najmniej już mocno przedawnioną i zużytą. W związku z tym nie wiem, dlaczego zdecydowano się na wznowienie tej pozycji. Tym bardziej, że jej wartość, zarówno popularyzatorska jak i edukacyjna jest raczej znikoma i przyczyniać się może wyłącznie do utrwalania mitów.

Całkiem zwyczajny kraj: Historia Polski bez martyrologii:

Ocena: 9,99/10

JCALKIEM-ZWYCZAJNY-KRAJ-Brian-Porter-Szucs-KSIAZKa pierniczę! Opracowanie historii najnowszej Polski, z którego wreszcie można zrozumieć o co chodzi z tymi wszystkimi PPS-ami, BBWR-ami, PSL-ami, PPR-ami, PZPR-ami i całą resztą hołoty! Pozycja napisana głównie dla czytelnika amerykańskiego, językiem barwnym, acz prostym, w sposób jasny i przejrzysty. Czyta się ją z wypiekami na twarzy.

Autor bardzo przejrzyście tłumaczy wiele budzących kontrowersje i dziś zmitologizowanych kwestii, jak przedwojenna sytuacja gospodarcza, pozornie chaotyczne ruchy polityczne Piłsudskiego, życie i zarządzanie gospodarką w RPL-u czy powody, dla których Solidarność domagała się wprowadzenia kartek, a członkowie KC PZPR obstawali za reformami wolnorynkowymi i wiele innych, pozornych sprzeczności…

Ogólnie: bardzo polecam tą książkę. Historia najnowsza naszego kraju ma tendencję do bycia pisaną w sposób skrajnie niezrozumiały i mętny, przez co zwyczajnie nie da się zrozumieć o co chodzi. Ta pozycja jest natomiast systematyczna i bardzo klarowna. Podejrzewam, że to jedna z najlepszych książek, jakie w tym roku przeczytałem.

Monarchia papieska:

Ocena: 1k6+4/10

bel1Monumentalne dzieło poświęcone polityce papiestwa w okresie między XI, a XIII wiekiem. W okresie tym papiestwo znalazło się w bardzo szczególnej pozycji. Osłabienie władzy monarszej podzieliło Francję i Niemcy na szereg drobnych domen feudalnych, a jednocześnie klęski w walce a Arabami sprawiło, że Bizancjum musiało wycofać się z terenów współczesnych Włoch. Poważna reforma życia zakonnego oraz reformy samego papiestwa przeprowadzone przez Grzegorza Wielkiego doprowadziły do niesamowitego wzmocnienia głowy kościoła rzymskiego. Jednocześnie wprowadziły go na kurs kolizyjny z głowami państw świeckich.

Książka próbuje podejść do tego tematu w sposób całościowy. Tak więc w jednym tomie otrzymujemy takie zagadnienia, jak zmiany w działaniu papieskiej administracji i w doktrynie kościoła katolickiego, walka z cesarstwem niemieckim i heretykami, krucjaty, nowe ruchy intelektualne w rodzaju powstawania uniwersytetów, ekspansja chrześcijaństwa na Polskę, Skandynawię i Węgry… Ogólnie jest tego bardzo dużo, a nawet więcej.

Wadą książki jest fakt, że skupia się bardzo mocno na kwestiach pracy kancelarii papieskiej, co niestety oznacza roztkliwianie się nad każdym papierkiem oraz rozkładanie każdego zdania na czynniki pierwsze. W efekcie, mimo ogromu zagadnień jest to lektura w prawdzie pouczająca, lecz dotkliwie nudna.

Belgeriada:

Ocena: 6/10

belWydanie zbiorcze, w jednym tomie klasycznego cyklu fantasy. Pewien młodzieniec, imieniem Garion dowiaduje się, że jest wybrańcem z przepowiedni i musi udać się w długą podróż, by pokonać złego boga Toraka.

Jak widać mamy tu do czynienia z bardzo typową powieścią fantasy, napisaną na fali popularności Tolkiena. Sam autor ponoć wprost twierdził, że do pisania zainspirowała go właśnie wysoka sprzedaż Władcy Pierścieni. I faktycznie Belgeriada w swoim czasie była bestsellerem. Pytanie brzmi, czy warto ją czytać?

Trudno mi odpowiedzieć. Osobiście nigdy nie lubiłem twórczości Eddingsa, a powrót do niej po latach nie był dla mnie szczególnie udany, aczkolwiek muszę przyznać, że zdarzało mi się czytać wiele gorsze, mniej zręcznie napisane książki. Niestety jest to jedyny komplement, na który potrafię się zdobyć. Prócz tego Belgeriada charakteryzuje się też bardzo prostym, by nie powiedzieć prymitywnym językiem oraz wyjątkowo jednowymiarowymi postaciami. W zasadzie wszystkie postacie poza Garionem i wrednym babskiem imieniem Polgatra mają charaktery dające się podsumować jednym lub dwoma słowami (na przykład „sprytny kupiec”, „honorowy rycerz”, „władca koni”, „berserk”), które w zasadzie wyczerpują wszystkie interakcje, które mogą podjąć.

Jeśli natomiast chodzi o Gariona to jest on postacią bardzo bezpłciową, potrzebną w fabule głównie do tego, żeby Polgara miała na kogo krzyczeć.

Ogólnie rzecz biorąc książka bardzo mocno przypomina mi Zwiadowców. Jeśli ktoś jest miłośnikiem tej ostatniej pozycji, to jak najbardziej może

Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

8 odpowiedzi na „Przeczytane w maju i czerwcu 2022: Belgeriada i jeszcze trzy książki:

  1. pontifex maximus pisze:

    Słyszało się pogłoskę, że Belgariada była właśnie tą powieścią, która zapoczątkowała gatunek typowego tolkienoidalnego fantasy. Wcześniej był Tolkien. Eddings wykazał, że można trzepać pokaźny hajs na klepaniu kolejnych popłuczyn „Władcy pierścieni” z pozmienianymi nazwami i głównym bohaterem skrojonym pod nastoletniego czytelnika. Taki young adult swoich czasów.

    • Tak, on i Terry Brooks. Majkosz o tym pisał w „W cieniu białego drzewa”. Na wikipedii pisze zresztą, że Eddings do pisania fantasy zainspirował się wizytą w księgarni i odkryciem, że Władca Pierścieni ma 78 dodruk.

  2. Cadab pisze:

    Mam trzy „ale” do „Całkiem zwyczajnego kraju”:
    – to jest publicystyka bardzo, ale to bardzo dobrze udająca publikację historyczną, co samo w sobie nie jest złe, ale… no kurde, tak się nie robi. Albo piszemy faktycznie publicystykę (i wtedy na więcej sobie można pozwolić) albo piszemy historię (i wtedy trzeba trochę więcej beznamiętnego podejścia gapia) – nie da się obu na raz
    – mam wrażenie, że ochy i achy nad tą książką w Polsce nie wynikają z tego, że jest dobra, tylko jak niesamowicie siermiężne i/lub unurzane ideologicznie są istniejące publikacje rodzime. Zaczynając od takich rzeczy jak tom 4ty z Historii Polski Wyrozumskiego i spółki (zdaje się, że ten był autorstwa Buszki), a przechodząc w drugi kraniec podkowy, z „podręcznikiem” do HiTu.
    – to jest cegła, która równocześnie ślizga się po powierzchni każdego tematu; jako pierwszy kontakt z materiałem może i spoko wprowadzenie, ale fizycznie nie ma miejsca, żeby te wątki rozwijać. A materiału było spokojnie dość na dwa tomy, jak nie trzy
    Żeby nie było, książka jest dobra i faktycznie lekko się to czyta, a na poziomie wprowadzacza i zajawki naprawdę bomba, ale naprawdę ciężko zignorować jej problemy i ograniczenia

    • Ta książka ma inną zaletę: mogę ją dać komuś z rodziny ze słowami „czytaj i zamknij się”. Z ciężkim opracowaniem nie mogę tego zrobić.

      • Cadab pisze:

        No tak, ale to dalej potworna cegła na 700 stron, której format zwyczajnie odstrasza samą grubością, niezależnie od prostoty przekazu i języka, w jakim to jest napisane. W pdfie tak nie boli, ale jako fizyczna książka już jest ceglasta. Do tego potrafi robić koszmarne uogólnienia, w których to „świeże, zewnętrzne oko” autora tak często zawodzi, jak i pomaga.
        Można się chociażby dowiedzieć od typowo amerykańskiego badacza, że partie ludowe, ziemiańskie oraz ich wypadkowe to takie dziwo z państw post-kolonialnych, a nie stały element europejskiej sceny politycznej od połowy XIX wieku tak jakoś do II WŚ właśnie, a szczególnie w okresie przed I WŚ. Można się dowiedzieć, że Piłsudski w sumie może i dyktator, ale taki fajny, a mógł zabić (laurkom dla marszałka mówię: „wypierdalać”), a z Berezą tak miesza, że nawet mój koślawy podręcznik szkolny nie był tak podły w tej kwestii. Stalinizm też jest ugrzeczniony, co jest o tyle dziwne, że potem znów odwilż Gomułki jest przerysowanie nacjonalistyczna (no i pomija najważniejszy czynnik, czyli że towarzysz Wiesław był prostym robolem z Zadupia).
        Z drugiej strony ta książka faktycznie potrafi spojrzeć ponad polskie podziały i opisać wiele spraw takimi, jakie są (lub były), bez wdawania się w spory ideologiczno-polityczne. W efekcie czego oczywiście dostaje od wszystkich plemion na raz, bo stara się być możliwie obiektywna, a przez to nie „nasza” i wszyscy jednakowo traktują jej treści jako zdradę. Osobiście najbardziej lubię spojrzenie na plan Gierka bez typowo polskiego zadęcia, że „to nie mogło się udać” – i choć ślizga się po powierzchni tematu oraz pomija masę czynników, to i tak robi to bez wszelkich skrętów polityczno-ideologicznych (co zwykle wykoleja jakąkolwiek analizę), patrząc na ciąg przyczynowo-skutkowy i nic więcej.

        Więc tak trochę z braku laku ta książka jest dobra, a nie, że realnie sobie ze wszystkim radzi ^^ Uwiera mnie, że to jednak koniec końców publicystyka, szczególnie, że nie licząc kilku kąśliwych uwag na prawo, lewo, w górę i w bok, to można było z tego wyklepać naprawdę dobre opracowanie naukowe.

      • Cadab pisze:

        Przyszło mi do głowy, jak się mało nie zabiłem o leżącą samopas hulajnogę, że w sumie jest jeszcze coś, co ta książka opisuje w miarę dobrze:
        Ten trybalizm z podziałem na „swojaków” i „resztę plebsu”.
        W 2018 były wybory samorządowe. W Krakowie było tylko trzech realnych kandydatów: Majchrowski, „zawodowy” prezydent i dziamdziała bez ikry, Gibała, „młody” i prężny aktywista miejski oraz Wassermannówna, córka Zbyszka Wassermanna. Z góry było wiadomo, że Gibała i Wassermannówna wzajemnie skanibalizują sobie głosy, a Majchrowski wygra to w cuglach, nie robiąc absolutnie nic i nie obiecując ani dając nic – po prostu wygra w myśl „gdzie dwóch się bije…”
        Gdyby kierować się zdrowym rozsądkiem (bo nie powiem, że zasługami ani zdolnościami, to jednak nie jest ten czarno-biały obraz, w którym można być albo merytokratą, albo wspólnotowcem i innych opcji brak), należało wycofać Wassermannównę z kandydatury (albo w ogóle jej nie zgłaszać) i przekazać poparcie wyborców PiSlamu na Gibałę, dogadując się z nim co i jak. I wtedy to on w cuglach by wygrał z Majchrowskim, mając poparcie dwóch dużych „bloków”.
        Jednak nie kierowano się rozsądkiem, a „swojością”. Gibała „swój” nie był. Był obcy. Za to była „swoja” i do tego „zasłużona” Wassermannówna, której trzeba było dać jakieś wielkie nadania oraz koniecznie stołek za to, że jej tatuś był jednym ze współzałożycieli PiSu – może nie „stary zakon” PC, no ale prawie ten sam kaliber. A do tego leciał Tupolewem, więc już w ogóle pula zasług taty sprawiała, że córka była z góry predysponowana to wielkich rzeczy, chociaż w polityce zaistniała wyłącznie z racji na bycie pół-sierotą.
        W efekcie czego nastąpił przewidywalny scenariusz: PiSlamiści pozabijali się z aktywistami, raptem osiągając tyle, że trzeba było zrobić dogrywkę, bo Majchrowskiemu zabrakło 4.5%, żeby w pierwszej turze wygrać. W drugiej turze nastąpiła masakracja Wassermannówny, bo kto nie zagłosował na nią w pierwszej turze, ten z całą pewnością nie zamierzał tego robić w drugiej, a zwolniły się głosy wszystkich innych kandydatów.
        Ostatecznie więc Kraków kolejne 5 lat jest pod zarządem matoła i jego kliki. Dzięki czemu chociażby zlikwidowano rowery miejskie (posiłkując się covidowym reżimem sanitarnym jako wymówką) i zastąpiono je hulajnogami elektrycznymi (do których miasto nie musi dopłacać nic, a dostaje jeszcze ryczałt od prywatnej firmy, która je obsługuje). Które to hulajnogi walają się porzucone absolutnie wszędzie i nie znasz dnia ani godziny, gdy jakaś przewróci ci się tuż pod koła roweru.
        A Wassermannówna… no cóż, w imię jej niezliczonych zasług oraz przynależności plemiennej, uczyniono z niej ponownie posłankę i dano na podorędzie komisję smoleńską. Niech dziewczyna ma coś od życia, w końcu tata ciężko na to zapracował, stając tam, gdzie staliśmy my, a nie ZOMO.

  3. slanngada pisze:

    Zamiast Polgatra przeczytałem Podagra.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s