Czy Low / Dark Fantasy jest pułapką?

low_fantasyLow i Dark Fantasy są, obok YA jednym z najchętniej pisanych ostatnimi czasy podgatunków fantastyki. W zasadzie gdzie nie spojrzeć, tam ktoś pisze albo wydaje jakąś książkę o ponurych najemnikach.

Niestety, sądząc po danych sprzedażowych podgatunki te mają poważną wadę: wszystkie tworzące je serie wydawnicze sumarycznie sprzedały się na tym samym poziomie, co cholerny Drizzt sam jeden, albo inny Eragon lub Dragonlance…

Od tej zasady są trzy wyjątki:

Są to twórczość George R. R. Martina (łączna sprzedaż to 91 milionów egzemplarzy), Andrzeja Sapkowskiego (ponoć 30 milionów egzemplarzy) oraz Brandona Sandersona (23 miliony). Autorów tych postanowiłem wyłączyć z tego równania, ponieważ fałszują oni dane i tworzą złudny obraz rzeczywistości.

Dlaczego?

George R. R. Martin jest pisarzem obecnym na światowym rynku od bardzo dawna, debiutował w roku 1971. Mimo to do roku 2011 udało mu się sprzedać „zaledwie” 9 milionów książek, wliczając w to Pieśń Lodu I Ognia, Światło Się Mroczy, Tuf Wędrowiec, Piaseczniki, antologie z uniwersum Dzikich Kart i wiele innych. Sprzedaż skoczyła dziewięć razy w górę dopiero po pojawieniu się w 2011 roku serialu Gra o Tron na HBO.

Andrzej Sapkowski ponownie trafił na szerokie rynki bardzo dawno temu. Wydanie w języku angielskim Sagi o Wiedźminie było jednym z ostatnich i miało miejsce w roku 2008. Mimo to do roku 2018 udało mu się sprzedać „zaledwie” 3 miliony książek. Sprzedaż wzrosła wyraźnie dopiero wraz z sukcesem gry Wiedźmin 3 oraz emisją serialu na Netfliksie. Ponownie zwiększyło to sprzedaż blisko 9 razy.

Brandon Sanderson sprzedał 23 miliony książek, ale wiadomo, że ponad połowa z nich to tomy 12-14 Koła Czasu Roberta Jordana…

Czyli wszyscy ci trzej pisarze odnieśli sukces w dużej mierze dzięki pomocy medium zewnętrznego. Bez tej nie byliby w stanie znaleźć się nawet w Top 100 najlepiej sprzedających się pisarzy świata. Co więcej w Top 50 znajduje się wiele nazwisk, które odniosły podobny lub większy sukces, bez wsparcia ze strony seriali, gier i doświadczonych pisarzy…

Trochę szkoda, bo wszyscy trzej zasługują na sukces…

A to i tak dobrze:

Joe Abercombie: 5 milionów, Steven Ericson: 3,5 miliona, Guy Gavriel Kay: 3 miliony, Brent Weeks: 3 miliony, Peter V. Brett: 2,7 miliona, Gleen Cook: 1 milion…

Czy łatka „Low / Dark Fantasy” zaszkodziła tym książkom?

13.3Należy teraz zadać sobie pytanie, czy przypadkiem łatka „prawdziwego Low / Dark fantasy, gdzie cały świat jest zły i każdy może zginąć” nie zaszkodziła tym książkom? Tym bardziej, że można stworzyć całkiem przekonujący wywód udowadniający, że żadna z nich low / dark wcale nie jest?

Na te pytania można odpowiedzieć na trzy sposoby. Tak więc:

1) Możemy stwierdzić, że fantasy obecnie straciło na popularności. Faktycznie: obecnie trudno szukać jakiejkolwiek fantastyki, a przynajmniej jej dorosłej wersji na listach bestsellerów. Jednak patrząc z boku należy zauważyć, że klasycy, jak Tolkien czy Sapkowski sprzedają się na takich samych poziomach, jak zawsze…

2) Możemy uznać, że obecnie rynek jest nadmiernie pofragmentowany i już nie są możliwe takie nakłady, jak kiedyś. Należy jednak zauważyć, że autorzy YA potrafią notować większe nakłady, niż autorzy Low / Dark Fantasy. Przykładowo mój „ulubiony” Flannagan sprzedał 15 milionów sztuk swoich książek bez żadnych gier czy seriali…

3) Możemy też uznać, że etykietka „Low / Dark Fantasy” zniechęciły nabywców do tej lektury.

Ale dlaczego?

Jesse Shell w książce Art of Game Design każe każdemu twórcy gry, który chciałby wiedzieć, czy jego gra zainteresuje klientów zadać sobie siedem pytań. Są to:

  • Czy w mojej grze jest coś, do czego mój gracz może się odnieść? Jeśli nie, to co takiego mogę dodać?

  • Co w mojej grze może pochwycić wyobraźnię graczy?

  • Czy są w tej grze miejsca, które gracze zawsze chcieli odwiedzić?

  • Czy gracz dostaje postacie, co do których mógłby sobie wyobrazić, że nimi zostaje?

  • Czy są w tej grze postacie, których spotkaniem gracz mógłby być zainteresowany?

  • Czy gracz ma możliwość robienia rzeczy, które chciałby robić w prawdziwym życiu, lecz nie może?

  • Czy jest w tej grze aktywność, którą (jeśli gracz zacznie ją wykonywać), to trudno ją przerwać?

Przykłady te dotyczą gier, nie książek. Istnieją silne, empiryczne dowody na to, że ludzie czytający książki niekoniecznie są tą samą grupą, która gra w gry (dowodzi tego fakt, że ogromna rzesza czytaczy nie gra w gry, a ogromna rzesza graczy nie czyta książek), jednak o ile mi wiadomo w przemyśle wydawniczym nikogo nie interesują takie kwestie i nikt nie prowadzi badań w tym temacie. Musimy więc posłużyć się niedoskonałymi narzędziami i kopać dziurę łyżką, a nie łopatą…

Otóż: wydaje mi się, że główny problem z Low / Dark Fantasy polega na tym, że ogromna większość ludzi nie chce odwiedzać jakichś wstrętnych, pogrążonych w biedzie, brudzie i rasizmie krain. Podobnie ogromna większość ludzi nie chce spotykać na swej drodze życia cynicznych najemników, zbrodniarzy wojenny czy kryminalistów. Ta sama, stanowiąca większość, grupa ludzi nie chce też kraść, nałogowo pić alkoholu, zażywać narkotyków, prostytuować się, torturować lub być torturowanym, gwałcić lub być gwałconym, taplać się błocie i ludzkim zezwierzęceniu, ani ruchać własnej siostry jak Jamie Lannister. Tym samym ludziom na myśl, że mogłaby kimś takim zostać włosy stają dęba ze zgrozy. Podobnie zgroza ogarnia ich gdy pomyślą, że po pogrążeniu się w którejś z tych aktywności trudno byłoby im przerwać.

Ogólnie rzecz biorąc wydaje mi się, że ludzie wolą bohaterskich wojowników, przystojnych elfów, zrzędliwe krasnoludy o złotych sercach, waleczne smoki i mądrych czarodziejów od hobbitów oraz hobbitów od ponurych, wątpliwych moralnie żołnierzy.

Te serie Low / Dark Fantasy, które odnoszą prawdziwy sukces, robią to dlatego, że zostały one błędnie zaklasyfikowane. Wiedźmin tak naprawdę nie jest ani Low ani Dark Fantasy. Świat Wiedźmina jest więcej niż normalny. Sam bohater jest postacią krystalicznie wręcz czystą, odważną, współczującą, uczciwą i w ogóle. Nie robi nic złego, mimo że często jest do robienia złego kuszony pieniędzmi. W świecie tym istnieje rasizm, ale poglądy rasistowskie są dalekie od mainstreamu. Przeciwnie: praktycznie wszystkie prezentujące je osoby to kryminaliści (jedynymi znaczącymi wyjątkami są rycerz Eyck z Danestle oraz burmistrz miasta z opowiadania Okruch Lodu). Owszem, jest tam wiele okrucieństwa, ale czynią je tylko szwarzcharaktery takie, jak Bonhart lub Emhyr var Ermeist, które jawnie są przedstawiane jako sukinsyny, a których Sapkowski nawet nie próbuje wybielać.

Podobnie w Grze o Tron większość ludzi oglądających serial kibicowała takim postaciom, jak John Snow, Dannerys, Tyrion Lannister czy Brienne z Tarthu (czyli tym, które hardkorowi fani serii uważali za mało interesujące i płaskie), a nie Ramseyowi Boltonowi czy Górze Która Jeździ. Interpretowali serię, jak tradycyjną opowieść o dobrze walczącym ze złem i skrzywdzonych młodych ludziach walczących o swoje, a nie jako Low / Dark Fantasy.

Co więcej Marc LeBlanc w artykule A Formal Aproach to Game Design and Game Science wskazuje, że gracze (znowu oni, bo znów nikt takich rzeczy w świecie literackim nie bada) czerpią z gier osiem typów przyjemności. Są to:

  • Sensation: Gra jest przyjemnością zmysłową. Wywołuje w graczu emocje poprzez efekty dźwiękowe, wizualne lub przeżycia psychologiczne.

  • Fantasy: Czasami zwana „eskapizmem”. Zabiera gracza do innego świata, gdzie może się oderwać od problemów dnia codziennego.

  • Narrative: Gra jako drama.

  • Challenge: Gra jako tor przeszkód.

  • Fellowship: Gra jako spotkanie towarzyskie: zarówno z innymi graczami, jak i postaciami istniejącymi tylko w świecie gry, wyobrażonymi sobie przez gracza.

  • Discovery: Gra jako nieznane terytorium konieczne do odkrycia.

  • Expresion: Gra polega na sanookreślaniu się poprzez proces grania.

  • Submission: Gra stanbowi obszar komfortu, który, dzięki prostym, powtarzalnym czynnościom (farmieniu i grindowi) pozwala na zatopienie się w „magicznym kręgu” i ucieczkę od prawdziwego świata.

Nie ma gwarancji, że książki wykorzystują dokładnie te same źródła przyjemności. Niemniej jednak nie ma też powodu, by nie wykorzystywały znacznej części z tej listy.

Wydaje się więc po prostu, że Low / Dark Fantasy nie daje owej przyjemności większości potencjalnych czytelników.

Bo Low / Dark nie mają sensu:

ddhq8us-480a5dcf-ef33-4deb-9bd8-a46563159776Należy zauważyć, że obydwa gatunki po prostu nie mają sensu. Cechą wyróżniającą fantasy jest właśnie to, że w konwencji tej istnieją magiczne stwory, magia, bogowie, czarodziejskie miecze i niezwykłe zjawiska. To taki sam element, jak fakt, że western toczy się na dzikim zachodzie, powieść marynistyczna na morzu, robinsonada opowiada o rozbitku, kryminał o śledztwie, a romans o miłości.

Low Fantasy, czyli powieść fantasy bez lub z bardzo małą ilością magii, magicznych stworów i tym podobnych jest równie bezsensowna, co kryminał bez zbrodni, romans bez miłości lub western bez dzikiego zachodu.

Trochę inaczej wygląda sprawa z Dark Fantasy. Osobiście zawsze uważałem, że łączenie fantasy z grozą jest bardzo owocne. Koniec końców horror zaczyna się tam, gdzie kończą się ogniste kule i magiczne miecze.

I być może to jest źródłem problemu?

Koniec końców poczucie strachu nie jest emocją unikalną dla fantasy. Miłośnicy grozy mają dla siebie cały, wielki gatunek literacki i nie muszą szukać tej emocji w innych. W odróżnieniu od poczucia obcowania z realną baśnią i homeryckiej wzniosło

Czemu więc pisarze kontynuują ten trend?

Pytanie brzmi, dlaczego w takich okolicznościach tylu pisarzy tworzy powieści Low Fantasy. Wydaje mi się, że istnieją cztery wyjaśnienia tego zjawiska.

– Leniwe pisarstwo: Pierwszym jest bez wątpienia leniwe pisarstwo. Low Fantasy pozwala bowiem tworzyć historie podobne do powieści historycznych, ale bez znajomości epoki oraz podobne do powieści fantasy, ale bez konieczności tworzenia spójnego świata, który funkcjonuje mimo obecności magii, potworów i licznych ras.

Argument ten uważam za nieuczciwy i mając w pamięci fakt, że zarówno Nowa Fantastyka, jak i Fenix w swoim czasie używały go, żeby atakować Fantasy jako „głupszą siostrę Science Fiction” nigdy bym go nie użył, gdyby nie fakt, że zwolennicy Low Fantasy podają go jako zaletę podgatunku (na przykład w komentarzach do poniższego filmiku).

– Nieporozumienia terminowe: do szufladki Low Fantasy nierzadko wkładane są też takie serie jak Saga o Wiedźminie (która jest co najmniej dyskusyjna), Harry Potter (który zdecydowanie Low Fantasy nie jest) czy nawet Jak Wytresować Smoka (co w ogóle jest jakąś bzdurą).

Wydaje się, że ludzie umieszczający je w tej szufladce nie tyle mają na myśli, że faktycznie są to serie mroczne / pozbawione magii, co raczej umieszczenie dodatkowego przedrostka przed nazwą „Fantasy” jest dla nich sposobem podniesienia ich rangi i próbą zaznaczenia, że nie są to kolejne, kliszowe popłuczyny po Belgeriadzie.

kaladesh– Problemy fantasy poprzedniej dekady: Po trzecie wielu zwolenników Low Fantasy posługuje się argumentem, że Hig Fantasy opowiada o konflikcie dobra i zła, a dokładniej: wybrańca i dark lorda. Low Fantasy pozwala im natomiast tworzyć wiele bardziej prawdopodobne psychologicznie postacie. Drugim argumentem za podgatunkiem z tej grupy jest argument, że w Hig Fantasy magia jest wszechobecna i wszystko jest magiczne. W Low / Dark stanowi ona istotny fakt w życiu, jednak nie codzienność i nie przyćmiewa ona postaci niemagicznych…

Obydwa argumenty są pozornie oderwane od realiów. Faktycznie nie ma powodu, dla którego konflikt w Hig Fantasy miałby opowiadać o starciu wybrańca z dark lordem. W wielu tytułach z tego nurtu takiego czegoś nie ma. Nie ma też powodu, by postacie były psychologicznie płytkie, faktycznie też nie we wszystkich utworach tego typu magia jest absolutną codziennością i nie zawsze przyćmiewa postacie nią niewładające.

Argumenty te nabierają jednak znaczenia, gdy porówna się je z fantasy późnych lat 90-tych oraz pierwszego dziesięciolecia. Literatura tego typu, a dokładniej podgatunek, który nazywamTolkienoidalnym Fantasy Qusetowym nadużywał pewnych, utartych schematów fabularnych, stanowiących zewnętrzną otoczkę Władcy Pierścieni. Tak więc: zawsze był czarodziej-mentor, zawsze był nastoletni młodzieniec wyruszający na wyprawę życia, tworząca się wokół niego drużyna, jakiś Boromir-Zdrajca, jakiś Gollum, któremu trzeba było zaufać… Tego serii było dosłownie dziesiątki, ich pisarze nie próbowali nawet przełamać tego schematu ani go różnicować, mimo że sam Tolkien pokazał, iż można to zrobić (porównajcie Rudego Dżila, Hobbita i Władcę Pierścieni, które wszystkie oparte są na schemacie questu), podobnie jak udało się to wielu innym twórcom (Kroniki Dragonlance, manga Inuyasha czy One Piece także oparte są na schemacie questu, ale zarówno dynamika między postaciami, jak i sposób prowadzenia postaci są zdecydowanie różne od typowej powieści tolkienoidalnej).

Po drugie: w tym samym okresie fantasy zaczęła odchodzić od konwencji Nowoczesnego Romansu Rycerskiego i krain rządzonych Magią i Mieczem. Szła natomiast w stronę dziwnych schizów spod znaku Jacka Vance, dungeon punka albo settingów w rodzaju Spelljamera czy Kaladesh.

Tego typu rozwiązań nie lubi prawie nikt. Ludzie nie po to czytają fantasy, by przenosić się w światy udające współczesność, w których jednak samochody napędzane są zamiast benzyną magią. Po pierwsze: fetyszyści techniki raczej nie czytają książek fantasy, tylko science fiction lub techno-trillery. Po drugie: wiele osób czytających fantasy robi to, gdyż posiada power fantasy bycia sprawnym fizycznie wojownikiem, żyjącym w świecie, gdzie istnieje przyzwolenie korzystania ze sprawności fizycznej. Po trzecie: osoby mające power fantasy bycia magiem wolą wyobrażać sobie siebie w świecie, gdzie są wyjątkowymi postaciami, a władcy i królowie proszą ich, by (na przykład) rozgonili deszcz. A nie jako ludzie, którzy idą do pracy o 8 i wracają o 16, przez ten czas robiąc za obsługę stacji benzynowej dla latających dywanów…

Tak więc mamy tu do czynienia z (niezbyt trafionym) odrzuceniem nadmiernie eksploatowanych i nieatrakcyjnych motywów.

– Chęć powtórzenia sukcesu Gry O Tron: I paru innych serii… Co jest problemem. Seria Low / Dark Fantasy jednocześnie odniosły obiektywnie duży sukces, jak i nie odniosły go w ogóle. Sprzedanie 1 miliona książek na globalnym rynku to naprawdę duże osiągnięcie. Coś, co prawdopodobnie w Polsce nie jest nawet możliwe.

Jednocześnie nadal wyniki książek należących do podgatunku są relatywnie niskie, zwłaszcza, jeśli porównać je z gwiazdami innych typów fantasy. Wydaje się, że czytelnicy po prostu wolą czytać „jaśniejsze” warianty tej literatury.

Szum jaki panuje wokół książek Low / Dark powoduje chyba, że potencjalni autorzy nie potrafią ocenić faktycznego zainteresowania tego typu literaturą. Wydaje im się, że jest zdecydowanie większe, niż w rzeczywistości: że świat oszalał na punkcie Low / Dark. Faktycznie natomiast odnoszący sukcesy twórca Low / Dark stanowi zjawisko pokroju nowego Gordona R. Dicsona lub Barbary Hambly. Czyli autorów raczej niszowych.

Zauważcie, że cała Fabryka Słów prawdopodobnie sprzedaje mniej książek niż jeden Andrzej Sapkowski.

– Edgelordzi, Eksploratorzy i Griefterzy: Skąd się to bierze? Po pierwsze, mimo że sukces Low / Dark jest niewielki, jest też niewątpliwy. 1 milion książek to więcej, niż większość pisarzy sprzeda przez całe życie. Nawet w USA książka sprzedająca się w nakładzie 10.000 egzemplarzy jest dużym sukcesem, a średni nakład to 5.000 sztuk (w Polsce: 3.000). Tak więc pisarze ci faktycznie sprzedali wiele.

griefProblem w tym, że całkiem możliwe, iż autorzy tacy jak Martin, Ericsonn, Cook czy Sapkowski być może sprzedać mogliby znacznie więcej książek, gdyby te nie zostały zaszufladkowane jako Low / Dark.

Po drugie: są osoby, do których taka stylistyka trafia. Czyli wyżej wymienione grupy. Po pierwsze: są to osoby, które posiadają wyższy próg pobudzenia emocjonalnego. W skrócie: potrzebują silniejszego bodźca, żeby poczuć emocje, zwłaszcza płynące z fikcji. Ludzie, którym nie wystarczy napisać, że bitwa była krwawa i okrutna, a którym trzeba dokładnie opisywać, jak każda kończyna została odcięta i każdy flaczek wypruty…

Druga kategoria odbiorców tego typu twórczości to osoby, których codzienne, życiowe doświadczenie jest znacząco odmienne od tego, co czytają, podobnie jak wyznawane normy. Dla mnie, człowieka wychowanego na półwiejskim przedmieściu małego miasta życie w Shire wydaje się typową, sąsiedzką codziennością. Nie jestem jednak pewien, czy traktowałbym je tak samo, gdyby wychowywał się na przykład w murzyńskim gettcie, od najmłodszych lat codziennie stykając się z narkotykami, alkoholem, przestępczością i przemocą. Wówczas wydawałoby mi się ono całkowicie odrealnioną sielanką.

Jednocześnie świat jest tak ułożony, że zawaliłby się, gdyby składał się z większej części z murzyńskich gett, niż Shirów (choćby dlatego, że getta nic nie produkują, a jedynie pełnią funkcję pasożytniczą, a Shire jest producentem żywności), tak więc ludzie tacy zawsze pozostaną mniejszością.

Trzecia kategoria to ludzie lubiący przymierzać obce skóry w kontrolowanych warunkach, by sprawdzić, czy w tych skórach będzie im się podobało. Wchodzą też w skóry osób niezbyt sympatycznych, w rodzaju na przykład Walthera White (i wychodzą, gdy okazuje się, że nie jest to przyjemne).

Czwarta kategoria to griefterzy, czyli ludzie czepiący radość z działań antyspołecznych, jednak najczęściej są na tyle inteligentni, by wiedzieć, że wiązać to się będzie z karą. Tak więc ponownie czynią to w kontrolowanych warunkach.

Co najmniej trzy z tych czterech kategorii nie są typowymi adresatami literatury. Po prostu niewiele osób chce schlebiać ich gustom Podnoszą jednak głos wielkiego zadowolenia, jeśli w końcu trafi się książka od owych gustów pasująca. Głos ten jest słyszalny z daleka, jednak podnoszone w nim argumenty najczęściej wystarczą, żeby odstraszyć resztę populacji od danego dzieła. Grupa ta jest wystarczająco liczna, by podtrzymać sprzedaż, a nawet zapewnić sukces rynkowy wzmiankowanym produkcjom, jednak nadal stanowi tylko wokalną mniejszość.

Problemem jest to, że obawiam się, iż wyzwala to sprzężenie zwrotne: do fantasy idą tylko niektóre grupy ludzi, podczas gdy alienuje ono większość tych, którzy mogliby być nim zainteresowani.

Ten wpis został opublikowany w kategorii fantastyka, Fantasy, Książki i oznaczony tagami , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

12 odpowiedzi na „Czy Low / Dark Fantasy jest pułapką?

  1. Przechodzień pisze:

    W obecnej fantasy nieco męczy przesadne stawianie na postaci z marginesu społecznego (bo przecież nikt nie nadaje się na bohatera lepiej jak złodziej czy inny bandyta), a jeszcze lepiej jak mają „tragiczną” i „mroczną” przeszłość która jeszcze bardziej podkreślić jego wykluczenie społeczne. Przykładowy opis pewnego bohatera „…. słabeusz w świecie wojowników, umierający na tajemniczą chorobę syn szaleńca i zdrajcy…”. Tu pojawia się kwestia że temat wstrętnych, pogrążonych w biedzie, brudzie i rasizmie krain jest wałkowany w innych mediach, co może się przejawiać zmęczeniem tą „brudną” tematyką.

  2. marchewa79 pisze:

    Ponieważ w ogóle dziwi mnie że jakiekolwiek książki jeszcze się w PL sprzedają to kwestie relatywnie niskiej sprzedaży DF traktuję głęboko pobłażliwie. To wszak nisza-niszy-niszy. Co nie zmienia faktu że dla mnie osobiście Wagnera czy Sullivana po prostu dobrze się czyta. Tylko czy to jest DF?
    Z drugiej strony wszystkie ekranizacje fantasy w ostatnich latach garściami jechały w stronę „GoT” nawet jeśli były z zupełnie innego podgatunku (patrz „Koło czasu”) więc czy można się dziwić że literatura też ma swoje „mody”.
    No i trzecia strona będąca daleko posunięta dygresją. Może to wszystko tylko po to aby na końcu był film/serial/gra komputerowa. Bo widzę jednak ogromną różnicę tam gdzie na początku była książka. Oryginalne scenariusze po prostu ostatnio wybitnie nie wychodzą a tam gdzie jest fabuła literacka u podstaw jest znacznie lepiej. Więc może to przyszłość zawodowych literatów.

    • Mówię o ogólnym, międzynarodowym rynku.

      I ogólnie też mam wrażenie, że DF to taka sama moda, jak ci conanoidalni kulturyści z lat 70-tych i 80-tych. Kiedyś też wychodziły masy różnych Conanów, Gemellnów, Kanów i Elaków Z Atlantydy. Sprzedaż też była średnia, na poziomie obecnego DF.

  3. wiron pisze:

    Sanderson nie jest autorem Low / Dark Fantasy. Nawet wspominał że jak debiutował to miał problem bo jego takie okrucieństwa nie bawią a tymczasem wydawcy szukali ludzi którzy piszą „jak GRR. Martin ale krócej”. Co by wyjaśniało dlaczego teraz mamy zasypany tym rynek.

  4. slanngada pisze:

    W sumie to nie sztuczny mroblem? Bo generalnie darkfantasy imho raczej idzie w stronę diablo, czy dark soulsa niż jesiennej gawędy. Abercombie chyba jest tu wyjątkiem.

  5. barnaba pisze:

    Wiecie, czasami marzy mi się, że zamiast grupy popieprzonych zwyroli, dostanę w książce przyzwoity czarny charakter. Człowieka bezwzględnego, prącego do władzy po trupach wrogów, ale lojalnego wobec przyjaciół, zwolennika okrucieństwa koniecznego, ale gardzącego bezmyślnym. Takiego Patrycjusza z Ankh-Morporkh, lub Emhyra z Nilfgaardu.

  6. iselor pisze:

    Jak patrzę co wychodzi na rynku to leję na fantasy. To klasyczne tolkienowskie już mi się przejadło (co prawda za top topów uważam trylogię „Lyonesse” Vance’a i „Ziemiomorze” Le Guin więc tak średnio to pasuje pod tolkienowskie) a uwielbiam m.in. Cooka (i to bardziej „Imperium grozy” niż „Czarną kompanię”). Tak, wiem, jest Erikson i Martin i Wegner ale to wciąż mało. Są co prawda jeszcze substytuty w postaci gier: Tyranny czy Pillars of Eternity ale to wciąż mało.

  7. Cadab pisze:

    Tak

    Kropka

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s