Wielka górska przygoda!

trasa6W dniach 2 do 4 czerwca udałem się w Beskid Niski na wielką przygodę, by walcząc z siłami przyrody i niebezpiecznymi ludźmi przemierzać je za pomocą swego wiernego roweru.

Łącznie pokonałem 230 kilometrów lawirując, wspinając się na zbocza i zjeżdżając z nich, śpiąc w agroturystykach i nie spotykając niemal nikogo.

Słowem: było tam bardziej niż fajnie. Aczkolwiek jedno wiem po tej wyprawie: że powinienem wybić sobie z głowy Green Velo, bo na pewno nie dam rady.

Dzień pierwszy:

Swoją wyprawę rozpocząłem wychodząc z domu i kierując się na Bukowsko, a następnie do wsi Wola Piotrkowa, gdzie znajduje się szlak prowadzący do Przełęczy Pod Tokarnią. Jest to niewielkie przewyższenie znajdujące się na wysokości 716 metrów nad poziomem morza, tak więc wejście tam kosztowało mnie pewien wysiłek. Jest to nawiasem mówiąc inna Przełęcz Pod Tokarnią, niż pokazuje Google, bowiem gór o nazwie Tokarnia jest kilka. Z niej zjechałem bez większego problemu, docierając do wsi o nazwie Wisłok Wielki, zaludnionej niemal wyłącznie przez właścicieli gospodarstw agroturystycznych. Następnie wyasfaltowaną drogą do wsi o nazwie Wola Niżna. Tam odbiłem w prawo kierując się na Park Krajobrazowy Jasiel oraz Rezerwat Źródła Jasionki.

W parku tym jest bardzo ładnie. Jedzie się wydeptaną ścieżką, pod łagodne wzniesienie, z którego później się zjeżdża. Droga wiedzie przez świerkowy las i las bukowy, a także las sosnowy. Mija się rozległe łąki, różne bajorka, zrobione przez bobry tamy, ruiny PGR-u, a także resztki zakładu karnego oraz sam zakład karny. Napotyka się też bardzo malownicze pole namiotowe oraz pomnik zamordowanych przez UPA pograniczników.

jasiel7jasiel1jasiel2jasiel3jasiel4jasiel5jasiel620220602_154047(1)

Na tym polu namiotowym miałem bardzo niemiłą przygodę. Napotkałem tam bowiem parę niezwykle agresywnych rowerzystów (a dokładnie: jednego rowerzystę agresywnego i jednego neutralnego). Ten pierwszy najpierw na moje „Dzień Dobry!” obruszył się bardzo, a potem widząc, że siadam na ławeczce zaczął rzucać komentarzami typu „Co za bezczelność! Nawet w lesie od ludzi nie można się uwolnić!” a widząc, że wyjmuję wodę i suchy prowiant najpierw zaczął fuczeć, a potem drzeć się „I skurwysyn będzie tu teraz jeść? Idź stąd! Wypierdalaj ty chuju!”. Następnie chwycił jakiś patyk i ruszył w moją stronę.

No po prostu świr zupełny.

Deeskalowałem sytuację swoją stanowczą postawą, po czym rowerzyści uciekli.

Po tym wydarzeniu jechało mi się bardzo przyjemnie. Przestraszyłem jeszcze tego dnia śmiertelnie: małego zaskrońca, 3 myszołowy i jednego lisa. Mogłem też podziwiać jak bocian łapie i zjada padalca. Następnie wróciłem do Wisłoka Wielkiego, gdzie nocowałem w agroturystyce.

Dzień drugi:

Plany na ten dzień były proste: wespnę się ponownie na Przełęcz Pod Tokarnią, a następnie pojadę szlakiem na Darów, Polany Surowickie i przez Górę Polańską na Wernejówkę, a później do Puław, gdzie planowałem zjeść około godziny 13 vienerschnitzel w lokalnym ośrodku turystycznym serwującym kuchnię alpejską. Z niego miałem zamiar ruszyć przez Wisłoczek do Rymanowa Zdroju.

Niestety, o czym dowiedziałem się już po fakcie Nadleśnictwo zamknęło szlak z powodu prowadzonej nań zrywki leśnej. Oczywiście nie umieścili informacji o tym na wylocie, tylko na miejscu prac, 5 kilometrów w głębi lasu. Tak więc wycofałem się, zjechałem niżej, tam również natrafiłem na zamknięty szlak, również 5 kilometrów w głębi lasu. Wybrałem trzecią drogę i również natrafiłem na zamknięty szlak. Przy czwartym razie udało mi się trafić na czynną drogę.

W ten sposób nadłożyłem jakieś 30 kilometrów po ciężkim, górzystym terenie. Do Polany Surowicznej dotarłem bardzo zmęczony i bardzo spóźniony, bo około 14. Wspiąłem się na Górę Polańską, która wyjątkowo jest piękna. Niestety zrobiłem tam mało zdjęć. Około 16 godziny słońce bowiem dotknęło już horyzontu, w efekcie czego z jednej strony drogi świeciło strasznie mocno w obiektyw, a z drugiej kładły się cienie nieprzeniknione dla mojego aparatu.

rymanow1rymanow2rymanow3rymanow4rymanow5rymanow6rymanow7

Z Górą Polańską wiąże się też pewna, nierozwikłana tajemnica. Z jakiegoś powodu leżało tam bowiem mnóstwo bananów.

banan

Z tego samego powodu nie sfotografowałem też Wodospadu Na Wisłoczku.

W tym miejscu muszę podziękować panom SmOOkowie i Jurantowi, którzy namówili mnie do zakupy przenośnego filtra do wody. Na tym odcinku bowiem ratowałem się pijąc wodę z Wisłoczka.

Następnie ruszyłem Różowym Szlakiem Rowerowym. Minąłem ruiny kolejnego PGR-u i wjechałem na górskie łąki. W miejscu, gdzie się znalazłem panowało piękno wręcz bezprecedensowe.

Ponownie jednak zdjęć zrobiłem mało, bowiem słońce było już nie to.

Dzień trzeci:

W Rymanowie Zdroju kupiłem 3 litry lokalnej wody gazowanej „Celestynka” i wytrąbiłem ją duszkiem siedząc na schodach sklepu. Spałem w bardzo komfortowych warunkach w fajnej agroturystyce. Niestety wypoczynek przerwało mi kolejne nieszczęśliwe wydarzenie, mianowicie na ulicy miała miejsce stłuczka samochodowa. Zapowiadała ona tylko, jak chujowy będzie to dzień.

Ranek przywitał mnie deszczem, który siąpił do wieczora. Z miasta ruszyłem do Jaślisk. Jaśliska są dziwnym miejscem, bardzo dużo domów to pustostany, często w bardzo zaawansowanym stanie rozpadu. Droga ku granicy biegnie delikatnie pod górę, jest piaskowa, jechać się po tym nie dało. Co więcej ciągle padał deszcz. Krajobraz i bez deszczu był zresztą nieciekawy: jedzie się głównie przez krzaki. Nie przez las, tylko właśnie krzaki: głównie wierzby i głogi, do tego dużo modrzewi, ale sądząc po ich rozmiarze były one (modrzewie) młodsze ode mnie. Może po bokach było coś ciekawszego, ale krzaki zasłaniały.

Za to trafił się imponujących rozmiarów, zrujnowany PGR.

Spełniłem też dobry uczynek, pomogłem bowiem zabłąkanemu miłośnikowi trekingu powrócić na szlak.

Tak trafiłem na Słowację.

Na Słowacji, a przynajmniej w Miedzilaborcach niebywale jest strasznie.

Ogólnie to już po przekroczeniu granicy widać, że jest się w innym kraju. Zaczyna się bowiem asfalt.

Ale z dziurami.

Ogólnie to dziury w asfalcie są dla Słowacji chyba charakterystyczne. Podobnie charakterystyczny jest też bardzo mały ruch. Jedno auto przejeżdżało co 9 minut 36 sekund (liczyłem i wyciągałem średnią). Do Medzilaborzec jechało mi się szybko, bo z górki, 30 kilometrów na godzinę bez poruszania nogami.

Dookoła mnie natomiast roztaczał się dość nieprzyjemny widok: zarośnięte chodniki, z domów to może jeden na 5 odmalowany świeżą farbą, reszta wyblakła, niektóre to w ogóle tylko otynkowane lub wręcz i bez tynku, a zdarzały się też takie chyba jakimś wapnem pobielone. Zresztą połowa wygląda tak, jakby nikt w nich nie mieszkał.

Ciekawym fenomenem są domy ala komunistyczna kostka, tylko z taką szklaną, przeźroczystą szybą walniętą przez oba piętra. Świetny wynalazek, dzięki któremu cała ulica może widzieć, w jakich gaciach łazisz po mieszkaniu.

Bardzo dużo jest tam ptaków i świetnie słychać owady. U nas się raczej nie spotyka już takich stad po 200 wróbli. Może wynika to z małego ruchu, a może z tego, że nie koszą tak trawników, jak my, do gołej ziemi?

Dotarłem do Medzilaborzec. Tam naprawdę jest strasznie. W mieście stoją jakieś pustostany i walące się budynki. Na ulicach prawie nikogo nie ma: widziałem tam może z 300 osób łącznie. W chwili największego zagęszczenia ruchu na jezdni było na raz 6 samochodów. Sklepy (sporo opisanych po polsku) pozamykane, drzwi zabite, widać, że w środku nie ma już nawet mebli. Do tego większość spotkanych osób to Cyganie. Ci to w ogóle mało jak ludzie wyglądają, a bardziej jak gobliny. Wzrost czternastolatków, wyschnięci, pomarszczeni, twarze przepite, patrzą na człowieka złym wzrokiem…

Nagle trafił mi się nowy, duży, świeżo pomalowany budynek. Pisało na nim „Służba Socjalna” więc pewnie to była ichnia Pomoc Społeczna. Przed budynkiem na schodach siedziała baba, a dwie inne ją iskały…

A w środku tej apokalipsy zombie znajdował się ON! Jebutnie duży sklep z kryształowymi kandelabrami!

Pojęcia nie mam, co on tam robił.

slowacja8slowacja0slowacja1slowacja2slowacja3slowacja4slowacja5slowacja6slowacja720220604_183743

Miałem tam oglądać ruiny jakiegoś monastyru, ale uciekałem stamtąd w te pędy.

Tym bardziej, że czepiło się mnie tak z sześć takich małych skurwysynków, na około po 10 lat i szło za mną przez całe to miasto krzycząc „Dej dobry pan! Dej dobry pan!”, więc bałem się w takim towarzystwie rower zostawić. Niby mam solidny łańcuch do przykucia, ale wszystko, co miałem w sakwach (może poza środkami czystości) by im się pewnie przydało…

Polskę od Słowacji dzieli ogromnie duża i stroma góra, na którą wspinałem się ze 3 godziny. Za to później do Komańczy jechało się bardzo dobrze, bo 40 kilometrów na godzinę.

Dzień czwarty:

W Komańczy nocowało się dość dobrze, z tym minusem, że wody pod prysznicem w żaden sposób nie dało się uregulować, a lał z niego wrzątek przeokrutny. Tak okrutny, że w końcu nałapałem go do butelki i zaparzyłem nań herbatę.

W zasadzie trochę tam spieprzyłem sytuację, bo mogłem pofotografować dwie cerkwie, Kamień nad Rzepedzią, stado koni i kamieniołom, ale zwyczajnie mi się już nie chciało. Zresztą, to wszystko w moim normalnym zasięgu jest. Droga szła głównie w dół, więc szybko mi się jechało, tak więc po kilku godzinach byłem w domu.

Nogi bolały mnie tak, że prawie mi odpadły.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Przygody, Wredni ludzie i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

6 odpowiedzi na „Wielka górska przygoda!

  1. Grzdyl pisze:

    Powiem tyle, zwyczajnie inspirujące. Jak długi był Twój pierwszy dystans „wycieczkowy”?

    • To znaczy? Pierwszego etapu czy pierwsza długa wycieczka?

      W obydwu podobny: jakieś 50-60 kilometrów. Przy czym ukształtowanie terenu bardzo robi różnicę.

      • Grzdyl pisze:

        Taka wycieczka czyli nie „ide se pojeździć rowerem” tylko jakiś poważniejszy cel, jakiś plan i w ogóle. Rozumiem że kilometr pod nachylenie wyrażane w procentach to może być nawet duża wielokrotność płaskiego. I jak przeżyłeś te 50 kilosów?

      • Zależy jaką masz kondycję. Ja od razu powiem, że nigdy nie byłem dobry z wychowania fizycznego. Po pierwszej 50 kilometrowej przejażdżce spałem na siedząco, bo mi błędnik oszalał i mnie w nocy prostowało. Obecnie zdarza mi się takie dystanse zrobić jeżdżąc tak o…

        Teren jest kluczowy. Na płaskim, którego na Podkarpaciu nie mamy dużo można bez większego wysiłku jechać z prędkością 30 kilometrów na godzinę. Od granicy do Medzilaborce jest jakieś 20 kilometrów, ale dystans ten przejechałem w mniej niż 40 minut, zupełnie nie pedałując, bo teren był pochyły w odpowiednią stronę. W górę to zależy od nachylenia i jakości nawierzchni.

        Jeśli chodzi o obecną wyprawę, to te pierwsze 50 kilometrów było dość proste, ale zajęło mi cały dzień. Trochę wynikało to z terenu: przełęcz pod Tokarnią jest na wysokości trochę ponad 700 metrów. To mniej-więcej tyle, co Święty Krzyż w Górach Świętokrzyskich. Co więcej podchodziłem drogą gruntową, którą da się jechać, ale wyłącznie traktorem, takie są w niej koleiny. W Jasielu też jest droga gruntowa, a po tym ciężko się jeździ.

  2. Cadab pisze:

    … my na pewno o tych samych Medzilaborcach mówimy? Bo poważnie zastanawiam się, czy nie ma jakiegoś bardzo podobnie nazywającego się miasta w tamtej okolicy, patrząc na twój opis i moje doświadczenie z tego miejsca

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s