Kto przejmie hegemonię kulturową po USA?

hegemonJak wiadomo cywilizacja Zachodu upada (jeśli nie wiecie, to spytajcie się swojego pisowskiego wujka w następne święta, on wam wytłumaczy). W szczególności upada zwłaszcza USA oraz jego hegemonia kulturowa. Co ciekawe to ostatnie może nawet być (przynajmniej w jakimś ułamku) prawdą. Pojedyncze mangi już sprzedają się lepiej, niż cały komiks amerykański, akcje Netflixa straciły w tym roku już 60 procent wartości, Facebook i Twitter też ledwo przędą na giełdzie, gal oskarowych nikt już nie ogląda, a na rynku gier komputerowych Amerykanom nigdy nie udało się wywalczyć dominacji…

Tak więc załóżmy, że faktycznie hegemonia USA upada. Pytanie brzmi, kto może zastąpić je w tej roli?

Zacznijmy od prostych przypadków:

Rosja:

Wszelkie szanse na kulturową dominację, jakie miała Rosja zginęły na lotnisku Hostomel.

rosjaNie, żeby te były jakieś szczególnie duże. Rosja: kraj wstrętnych ludzi, niesmacznego jedzenia i kiepskich filmów wojennych miał światu niewiele pozytywnego do przekazania. Mógł jawić się jako prawicowy raj, łączący w sobie autorytarno-nacjonalistyczne ciągotki Korwinistów z ich anarcho-kapitalistycznymi mrzonkami oraz konserwatywnym systemem wartości. Jednak po trzech miesiącach wojny z państwem, które powinno upaść po 3 dniach, trudno ten wizerunek podtrzymać. Niedługo NATO-wskie czołgi staną 100 kilometrów od Petersburga i wizerunek ten będzie jeszcze trudniejszy do podtrzymania.

Rosjanie mają do swojej dyspozycji jeszcze trzy bronie: przekupstwa (ale po Buczy nikt już nie chce brać ich pieniędzy, zresztą, te też szybko się kończą), strach (ale kto jeszcze ich się boi?) oraz możliwość psucia…

Pytanie brzmi, jak duża jest ta ostatnia? Rosjanie ponoć finansowali każdy lub prawie każdy ekstremistyczny ruch w Europie Zachodniej i USA. Ponoć, po odcięciu ich finansów i serwerów liczba szurskich postów w sieci spadła o 30 procent.

Pytanie brzmi, czy wynika to z tego, iż urżnięto łeb tej hydrze, czy też raczej z tego, że cała internetowa hołota siedzi właśnie na Pikabu i proponuje ruskim kobietom big maki za seks…

Tak czy siak: Rosjanie nic już nie osiągną.

Indie:

indieKolejny kraj liczący na upadek Zachodu i kolejny, relatywnie prosty przypadek. Otóż: obecnie ani zachodnia kultura nie ma już szans zdobyć dominacji w Indiach, ani też indyjska zakorzenić się na zachodzie. Wyjątek stanowić będą oczywiście restauracje oraz okazyjnie odnoszące sukcesy filmy z jednej i z drugiej strony.

Ogólnie rzecz biorąc problem polega moim zdaniem na tym, że Indie należą do krajów oligarchicznych, a kraje zachodu do państw liberalnych. Na zachodzie większość społeczeństwa stanowi klasa średnia (to współcześnie nie do końca prawda, ale pozostańmy przy uproszczonym modelu), a klasy wyższe i niższe stanowią mniejszość. Awans społeczny zachodzi w drodze merytorycznej, dzięki edukacji, pracy, inwestowaniu nadwyżek i zasługom. Deklasacja: wskutek braku pracy i przejadaniu dorobku przodków. W krajach oligarchicznych istnieje niewielka klasa wyższa, bardzo liczna klasa niższa i bardzo nieliczna klasa średnia. Awans do klasy wyższej następuje dzięki urodzeniu i znajomościom, deklasacja: wskutek popadnięcia w niełaskę. Klasa średnia to natomiast nieduża grupa służebna dla klasy wyższej, mająca na celu zarządzanie jej majątkami, realizację jej projektów i dbanie o zapewnienie odpowiednio wysokiego poziomu życia, jak lekarze czy kucharze. Awans do niej po części zależy od zasług merytorycznych (we współczesnych czasach nie można zostać inżynierem albo lekarzem niczego nie potrafiąc), ale pozostanie w niej zależy od łask patronów. Utrata tych ostatnich oznacza natomiast deklasację.

Współczesna kultura zachodu dostarcza wzorców, które są atrakcyjne jedynie dla ludzi chcących naśladować jej strategie społeczne. Jej siła oddziaływania była znacznie wyższa w czasach, gdy poziom życia na zachodzie, zwłaszcza w USA był niedościgalnie wyższy, niż w reszcie świata (to znaczy w chwili, gdy USA posiadała około połowy światowego bogactwa). Wówczas bycie lekarzem lub inżynierem w stanach było lepszym losem, niż życie indyjskiego radży. Dziś, w czasach, gdy USA posiada 20 procent światowego bogactwa, a Indie 7 procent radża jest prawdopodobnie bogatszy lub równie bogaty, jak amerykański milioner…

Powoduje to, że naśladowanie amerykańskiego stylu życia dla bogatych hindusów straciło swój powab.

Jeśli chodzi o hindusów biednych, to prawdopodobnie nie. Jednak oni widzą w tym coś innego niż my. Dla nich atrakcyjny nie jest amerykański styl życia (bowiem zawarte w nim kody i strategie nigdy nie będą działać w ich społeczeństwie), a po prostu obserwacja bogatych (bo dla nich jesteśmy bogaci nawet my) robiących bogate rzeczy. Równie dobrze mogą patrzyć na własnych bogatych czy nawet marsjańskich…

Pozostaje klasa średnia. Dla indyjskiej klasy średniej, a zwłaszcza ludzi zdolnych, lecz nieustosunkowanych awans merytoryczny i inne zdobycze zachodu pewnie są atrakcyjne, ale stanowią tylko jedną ze strategii rozwoju. Decydujący się nań ludzie pewnie woleliby emigrować, zamiast uciekać w świat marzeń. Całkiem sporo z nich zapewne wybierze jednak awans w stylu indyjskim.

Jednocześnie, poza egzotyką, baśniami, restauracjami i okazjonalnie filmami traktującymi o pogardzanych sługach mordujących swych przełożonym lub nagłym szczęściu wdowich synów zapewne indyjska kultura popularna nie znajdzie drogi na Zachód. Powód jest prosty: oparta jest na wartościach, które (jak ślepe posłuszeństwo wobec przełożonych, pokora, uległość, pochlebczość, lizusostwo) na zachodzie nie uchodzą za atrakcyjne.

Świat Islamu:

Największy dar od cywilizacji arabskiej dla cywilizacji zachodu. Koniecznie spróbujcie. Te daktyle są nawet lepsze, niż kebab.

Kolejny (po Rosji) ulubiony straszak i kolejny gracz, który nie ma szans na zwycięstwo.

Islam ma kilka problemów. Po pierwsze: jest podzielony. Te strefy podziału to: świat Turecki, Irański, Indonezyjski i Arabski. Żaden element tej układanki nie przyjmie prymatu któregokolwiek z trzech pierwszych. Arabowie natomiast nie mają ku temu środków.

Problemem świata islamskiego jest niski poziom rolnictwa, industrializacji i wykształcenia, co przekłada się też na słabą armię, słabą produkcję i słabe wszystko. W skrócie: świat islamski nie produkuje niczego: żadnych narzędzi, pojazdów czy filmów. Wydaje niewiele książek i gier. Dostarcza światu tylko surowców mineralnych, kebabów, zamachowców-samobójców i nożowników. Są tu trzy znaczące wyjątki (Turcja, Indonezja i Iran), jednak nawet produkcja tych krajów na tle wytwórczości Ameryki, Azji czy Europy jest mała i słaba.

Co więcej rola Islamu w świecie będzie się kurczyć. Problemem tych państw jest fakt, że wcisnęły one już głowę w pętlę.

Pierwszym problemem tych państw jest ich nieatrakcyjna kultura.

Prawdopodobnie wszyscy – w szczególności przywódcy terrorystów, ajatollahowie, mułłowie, szejkowie i działacze Partii Socjalistycznego Odrodzenia Arabskiego – zdają sobie sprawę z tego, że Islam nie potrafi zaoferować nic choć w połowie równie atrakcyjnego, co areligijny świat zachodu. Po prostu ludzie zachodu potrafią żyć zdrowiej, swobodniej, zamożniej i spożywać więcej kalorii, niż mieszkańcy Bliskiego Wschodu. Są też dużo skuteczniejsi w prowadzeniu wojen, a ich edukacja otwiera więcej, ciekawszych dróg życia. Niestety przyjęcie naszych zdobyczy oznaczałoby unicestwienie wszystkich tradycyjnych struktur świata islamskiego (które są bardzo mocne, bo zabetonowane dzięki petrodolarom)…

a2d91f-lidl-page-025

Tydzień Turecki w Lidlu. Myślę, że to największa zdobycz, na jaką świat islamu może liczyć w obecnej wojnie kulturowej.

Świat Islamu skupił się więc na budowie czegoś w rodzaju gigantycznego getta, obszaru odgrodzonego, do którego nikt nie może ani wejść, ani wyjść. Nikt też nie chce tego robić. Cała przemoc, jakiej jesteśmy świadkami służy właśnie temu: by świata islamskiego bano się, nienawidzono go i nim gardzono, więc nie odwiedzano. Oraz by jego przedstawiciele, wiedząc, że są pogardzani i nienawidzeni na zewnątrz bali się go opuszczać.

Niestety świat islamu prócz tego ma jeszcze trzy inne problemy. Tak więc:

  • jest gospodarczo zależny od złóż mineralnych (zwłaszcza ropy)

  • nie posiada rolnictwa zdolnego wykarmić jego ludność (musi więc kupować żywność za pieniądze z ropy)

  • a jego największe skupiska demograficzne leżą w obszarach, gdzie najmocniej uderzą zmiany klimatyczne

Jak mówiłem: uważam, że świat arabski włożył w głowę w pętlę (jeśli się mylę, to proszę mnie poprawić). Pieniądze ze złóż mineralnych w końcu się skończą: albo świat przestawi się na atom lub OZE, albo znajdzie nowe złoża (choćby na innych planetach), albo te po prostu się wyczerpią… A potem będzie korkociąg śmierci: coraz mniej pieniędzy, coraz droższe żarcie i coraz mniej szans do zmarnowania…

Chiny:

Przejdźmy do przypadku trudnego.

Myślę, że marzenia Chin o światowej dominacji zatonęły wraz z krążownikiem Moskwa. Nie jestem pewien, czy sami Chińczycy zdają sobie z tego sprawę, jednak nie ma nad czym płakać, nigdy bowiem nie były duże.

gf-91XJ-cexd-EYwF_kubus-puchatek-664x442Chiny mają ogromne możliwości, by rzucić wyzwanie USA na dowolnym froncie (ale niewielkie, by wygrać). Mają jeszcze większą, niż Rosja możliwość generowania strachu i psucia. Przez sam fakt swego istnienia i sukcesu dowodzą, że nie trzeba być krajem liberalnym, by cieszyć się dobrobytem (a przynajmniej, by wybrani cieszyli się dobrobytem). Posiadają też ogromną populację oraz cieszącą się wielowiekowymi tradycjami kulturę, która z jednej strony jest niemożliwa do spenetrowania dla Zachodu, a z drugiej jest niezwykle dla niego atrakcyjna.

Niemniej jednak to nie wystarczy.

Zacznijmy od możliwości generowania strachu: osobiście myślę, że wykorzystanie sił zbrojnych przez Chiny przeciwko Ameryce lub jej sojusznikom oznaczać będzie utratę przez to państwo statusu mocarstwa. Podejrzewam, że sytuacja militarna Chin bardzo przypomina rosyjską. To znaczy: część posiadanych przez Chińczyków środków walki jest być może lepsza technologicznie i lepiej utrzymana od Rosyjskich, ale obok nich istnieją środki walki rodem z trzeciego świata, od rosyjskich gorsze… Razem one się uśredniają.

Biorąc pod uwagę, że jakakolwiek wojna musiałaby toczyć się na morzu, gdzie czynniki techniczne liczą się jeszcze bardziej, niż na lądzie (np. dlatego, że na morzu nie da się używać piechoty, a wyłącznie bardzo duże, widoczne z daleka pojazdy), a na Ukrainie już udowodniono, co chujowe rakiety wystrzeliwane na NATO-wskie koordynaty robią z post-sowiecką marynarką wojenną, to podejrzewam, że wojna ta byłaby dla Chin straszliwą porażką wizerunkową.

Przejdźmy do kultury.

Siłą oraz jednocześnie słabością kultury Chin jest fakt, że nie ma jednej, chińskiej kultury. Jest wiele kultur chińskich.

Należy zauważyć, że Chiny są obszarem niewiele mniejszym od Europy, gdzie istnieje kilkanaście różnych obszarów kulturowych, między którymi różnice zwyczajów, kuchni, religii, stylów życia, systemów wartości etc. są na poziomie jak między współczesną Islandią, a Hiszpanią z czasów Abassydów.

Obok nich istnieje kultura mieszczańsko-kupiecka lub być może kilka kultur mieszczańsko-kupieckich, zrzeszających ludzi zajmujących się handlem dalekosiężnym na obszarze Chin i poza nimi, kosmopolitycznych i żyjących na zupełnie innych zasadach, niż ludzie z prowincji.

Nad nimi wszystkimi znajduje się kultura oficjalna, stworzona dla i na zamówienie sprawującej władzę oligarchii, skoncentrowana wokół stolicy i w ośrodkach administracyjnych reszty kraju. Promuje ona kody, które pozwalają na odnoszenie sukcesów w ramach tej oligarchii lub też takie, które przez oligarchię są pożądane. Wartości poszczególnych kultur są ze sobą często sprzeczne (np. oficjalna kultura promuje uległość wobec autorytetów oraz posłuszeństwo, kultury miejskie i prowincjonalne natomiast spryt, objawiający się w postaci migania się od podatków).

W skład kultury chińskiej wchodzi wiele, atrakcyjnych dla ludzi zachodu elementów, takich jak nieortodoksyjni myśliciele pokroju Sun Zi, buddyzm, islam i chrześcijaństwo nawet, sporty ruchowe takie, jak tai-chi, atrakcyjna kuchnia uliczna, ciekawe zdobnictwo, sztuki walki…

chiny

Dom Latających Sztyletów. Swego czasu bardzo promowany na zachodzie, chiński film. Niestety totalnie niestrawny.

Problem w tym, że są to elementy kultury przynależnej do jakiejś mniejszości: mieszkańców prowincji (na przykład Kantonu), wyznawców konkretnej religii (na przykład buddyzmu) lub grupy zawodowej (na przykład kupców dalekosiężnych). W zależności od sytuacji władze mogą te mniejszości zwalczać, traktować z podejrzliwością, tolerować lub patrzyć nań z pobłażaniem. Nie mogą natomiast ich wspierać, ani uczynić z nich swojej karty przetargowej. Bowiem wzmacniałoby to jakiś ruch prowincjonalny i umożliwiałoby mu wyrwanie się spod władzy rządzącej kurateli.

Tak więc rządząca oligarchia będzie wspierać swoją ulubioną kulturę.

Niestety ta, zupełnie jak w przypadku Indii, jest totalnie niestrawna dla ludzi Zachodu. Kultywuje bowiem strategie, wzorce zachowań i kody, które u nas nie działają lub uważane są za mało atrakcyjne: lizusostwo, awans oparty o znajomości i urodzenie, ignoranckie samozadowolenie, ślepe posłuszeństwo wobec władz i przełożonych…

Zresztą, spójrzcie choćby na youtubowe filmy kulinarne… Zawsze piękne skanseny i piękne pracownice kultury, w otoczeniu pięknych ludzi, obrabiające najpiękniejsze sztuki mięsa i warzyw… Oraz pieprzenie „gotując tego kurczaka jesteśmy jak małe pajączki budujące wielką pajęczynę”. Razi to sztucznością.

Nawiasem mówiąc także te kultury lokalne opierają się na wartościach dla ludzi zachodu nieakceptowalnych, takich jak przyzwolenie na oszustwa, dwulicowość (przynajmniej wobec władz) oraz pochwałę kumoterstwa: trzymania się z rodziną, lokalną społecznością etc. przeciw całemu światu…

Tak więc: Chiny mogą bardzo skutecznie odizolować się od reszty świata i kultury zachodu, bowiem zachodnie kody kulturowe (podobnie jak w Indiach) są atrakcyjne i skuteczne tylko dla części ich populacji, wykształconej i pracujących wobec prawideł zachodu. Zasięg oddziaływania ich kultury jednak siłą rzeczy też będzie musiał być niższy, bowiem obecne w niej kody również nie są atrakcyjne i skuteczne dla innych obszarów.

Same jednak poza wschodnią Azję nie dadzą rady wyjść.

Korea i Japonia:

aQ4vp6w_700bSą to dwa, bardzo bogate kraje, posiadające bardzo bogatą i atrakcyjną kulturę oraz, co ważne: silnie zwesternizowane. Obydwa działają w oparciu o społeczeństwa miejskie, w których głównym czynnikiem awansu są zasługi merytoryczne: wykształcenie, praca, sukcesy, bogactwo wynikłe z inwestycji, bohaterstwo na polu walki, spryt… Co więc ich kultura: interesująca historia, egzotyczne zabytki, intrygująca sztuka, smaczna kuchnia, sztuki walki, folklor, estetyka, fajne seriale, jeszcze fajniejsze komiksy są bardzo dla reszty świata pociągające.

Co więcej wiele produkcji (np. takie tytuły, jak Vinland Saga, Baccano czy mania Joanny D’Arc) pokazują, że mieszkańcy tych krajów potrafią czerpać też kultur innych państw z dość dużym wyczuciem.

Warto zauważyć, że część kodów i strategii kulturowych obecnych w twórczości tych krajów wydaje się bardziej pasować do zmieniającego się obrazu świata. Amerykanie cały czas żyją swą wielką przeszłością: dzikimi preriami, konsumpcjonizmem, wydają się wierzyć, że z pieniędzmi nie trzeba się liczyć, z ich twórczości wybija też silny antyintelektualizm. Azjatyckie produkcje natomiast znacznie częściej poruszają takie problemy jak ciężka, nie przynosząca owoców praca, stres z biurze, samotność, konieczność zarządzania pieniędzmi czy zdobycia wykształcenia…

Należy zauważyć, że nie wszystkie elementy tych kultur są strawne dla reszty świata. Część z nich, jak na przykład wszelkie odwołania do buddyzmu i jego etyki są dla reszty świata zwyczajnie obce. Część z nich jak niektóre wzorce życia rodzinnego, stosunek do emocji etc. wydają się natomiast zupełnie odstawać od norm przyjętych w innych krajach.

Z drugiej strony różnice, przynajmniej w tej najbardziej powierzchownej warstwie, jaką stanowią produkcje rozrywkowe, nie są głębsze, niż w wypadku kultury (dajmy na to) Polski i Hiszpanii. Oraz płytsze, niż między naszym krajem, a Chinami, Indiami czy (paradoksalnie) Rosją. A przynajmniej dotyczą mniej zapalnych tematów, niż w wypadku tego ostatniego kraju…

Dużą zaletą, ale też wadą kultur obydwu państw jest ich biznesowy konserwatyzm. Ogólnie wiele razy już narzekałem, że Japończycy nie korzystają z okazji biznesowych lub wręcz zaprzepaszczają je swoją postawą, a anime jest prawie takie samo, jak 20 lat temu. Z drugiej strony: w tym czasie na Zachodzie doświadczyliśmy szeregu mód (cassualizacji i konsolizacji gier, ekspansji YA w literaturze i tak dalej i tak dalej), które prawie zawsze wiązały się z alienacją i obrażaniem stałych klientów, panicznym wycofywaniem się z błędnych decyzji i ponoszeniem szkód, zarówno przez firmy, jak i odbiorców ich produktów. Po Azjatach natomiast przynajmniej wiadomo, czego się spodziewać…

Europa:

9215a151-2e9e-4eb5-bcf5-48859c90808c_280xPod względem kulturowym Europa to takie softcorowe Chiny…. Nasz kontynent również podzielony jest na kilka, bardzo od siebie odległych regionów, nad którymi stoi jedna, dominująca kultura. Obszary te można nazwać: kulturą wysoką (czyli kulturą dominującą), ruso-słowiańskim, tureckim, północnoeuropejskim, śródziemnomorskim i iberyjskim. Dwie omówiłem już przy okazji Rosji i Islamu.

Kultura wysoka raczej nie zdobędzie światowej dominacji z prozaicznej przyczyny: jest kulturą elitarną, do której należy aspirować, ale to jej wyznawcy przypisują sobie prawo do wybierania tych, którzy w jej poczet zostaną przyjęci i bynajmniej nie zależy im na jej popularyzacji. Tak więc bardziej egalitarne formy nie muszą nawet specjalnie starać się, żeby z nią konkurować…

Nawet, gdyby to się zmieniło, to obawiam się, że pełna jest wartości, których obecnie mało kto w samej podziela: pochwałę dyletanctwa, elitaryzmu, ignorancji zamaskowanej jako wyrafinowanie, antyutylitaryzm, samozadowolenie… Pod kilkoma względami przypomina ona oficjalne kultury Chińskich i Indyjskich oligarchii.

Jeśli chodzi o kulturę rozrywkową śródziemnomorza, to, gdybym miał narysować dzieło, które w moim wyobrażeniu oddaje, co o niej myślę, to wyglądałoby ono mniej więcej tak:

(Paryż, rok 1942, w ogródku kawiarni siedzi dwóch mężczyzn w średnim wieku i rozmawiają)

– Chyba przyjdzie nam spędzić kolejny rok pod okupacją Pierre!

– Zgadzam się z tobą Andre, smutny czas nastał dla naszej drogiej ojczyzny!
– A skoro mowa o smutkach: czy opowiadałem ci, co spotkało naszego drogiego przyjaciela Camille? Został wzięty przez Niemców na roboty przymusowe! Zawieźli ich za miasto, a oficer cały czas stał nad nimi i krzyczał „Arbait! Arbait!” i „Schnella! Schnella!”.

– Chyba nasz przyjaciel nie dał się tak traktować?
– Oczywiście, że nie! Udawał, że nie słyszy i zaczął pracę, jak każdy, prawdziwy Francuz, od dwugodzinnej przerwy na kawę i tradycyjną bagietkę!

– Wspaniale! Drogi Camille zawsze potrafił się postawić!
– Niestety Niemiec nie okazał szacunku do naszej kultury! W końcu wściekł się do tego stopnia, że wyjął pistolet i go zastrzelił!
– Straszny akt barbarzyństwa, mój kochany Andre! Ale nie pozwólmy, by przeszkodził nam cieszyć się smakiem kieliszka chateu de forto-porto-marton-du-pompadur-uno-sekundo-łososio.

– Ano nie pozwólmy! Zwracam ci też uwagę drogi Pierre, że idzie tu ku nam nasza droga przyjaciółka, kelnerka Pomponella?
– Ach drogi Andre, czy widzisz, jak jej strój i kusa spódniczka podkreślają jej krągłe i nader wybujałe kształty?

– Ach kochany Pierre! A czy ty widziałeś, jak jej bujna pierś wystrzeliła z nadmiernie obcisłego dekoltu, obnażając się zupełnie?
– Zauważyłem! Zwróciłem nawet uwagę, że jej sutki są karminowo czerwone!

– Ach! Jaki to był wspaniały popis lekkości i wyszukania francuskiego humoru! Równie wyrafinowany, co smak chateu de forto-porto-marton-du-pompadur-uno-sekundo-łososio lub ta rozmowa!

Podsumowując:

Sorry

To się nie sprzeda.

Jeśli chodzi o kulturę iberyjską, to jest ona moim zdaniem bardzo podobna, zawiera jednak więcej wrzasku, machania rękami i wąsatych facetów o imieniu Hesus.

Kultura północno-europejska, czy Anglii, Niemiec, Skandynawii i częściowo Polski, Czech etc. nie jest tak skupiona na sobie oraz promowaniu dziwnych, dolce-vitowskich wartości, których nie podziela nikt, poza jej autorami i mam wrażenie bardziej uniwersalna.

Problem w tym, że – podobnie jak cała kultura europejska – jest kulturą krajów stosunkowo małych, niezbyt ludnych i niezamożnych, mówiących niezrozumiałymi językami. Prawdopodobnie żadna z nich nie zdoła przebić się w szerszy świat…

Co więcej „bardziej uniwersalna” nie oznacza „uniwersalna”. Mamy w niej więc liczne, nacjonalizmy, brytyjski szowinizm, polską, katolicką fiksację czy stary, dobry ruch myślowy zwany jako furiosa teutonica insania.

Ameryka:

muricaPrzechodzimy do kultury amerykańskiej. Niestety wiele empirycznych dowodów wskazuje na to, że obecnie traci ona swój zasięg i atrakcyjność. Myślę, że wynika to z zachodzących zarówno w USA, jak i na świecie zmian cywilizacyjnych.

Jak kilka razy się chwaliłem: mam jakieś 300 metrów powierzchni mieszkalnej, 200 metrów powierzchni użytkowej, kurnik tysiąclecia i jakieś pół hektara ogrodu. Źródło bogactwa mego rodu pochodzi z tego, że mój pradziadek oraz jego ojciec byli murarzami i jeszcze przed wojną jeździli na roboty do USA. Jego prawdziwy (to jest bogactwa) sekret tkwi w tym, że mój dziadek miał siostrę, która została tam na stałe i była krawcową. Pół wsi (w tym kilkoro członków mojej rodziny) u tej krawcowej pracowało, przywożąc do Polski majątek o znacznej wartości. Przykładowo moja babcia po jednym wyjeździe przywiozła 10.000 dolarów. Pieniądze te zostały wydane mądrze, na zakup ziemi rolnej i budowę domów.

W czasach, gdy to się działo USA było krajem wyjątkowo zamożny, posiadającym trochę ponad 50 procent światowego bogactwa. Obecnie (mimo, że USA są około 8 razy bogatsze, niż wtedy) posiadają go już tylko 20 procent. Wynika to z faktu, że wiele państw naśladuje ich kulturę i rozwiązania, również stając się niepomiernie bogatymi.

W efekcie czego, jeśli ktoś w latach 50-tych chciał być bogaty, to miał tylko jedną drogę: naśladownictwo rozwiązań amerykańskich. Dziś ma też inną: naśladownictwo dróg innych krajów. Kiedyś indyjski radża był nikim przy średnio zamożnym Amerykaninie, dziś może być od tego drugiego bogatszym. Co więcej kultura innych krajów dostarcza atrakcyjnych scenariuszy rozwoju. Przykładowo: indyjski biedak może próbować wyjazdu do USA, by tam, dzięki ciężkiej pracy zostać milionerem… Może też modlić się swoich bogów, by po śmierci pozwolili mu się odrodzić się w rodzie radżów. Druga metoda jest łatwa, nie trzeba bowiem nic robić. Wręcz przeciwnie: jeśli nic się nie zrobi, to szybciej się umrze i szybciej się człowiek odrodzi…

Drugi problem z kulturą amerykańską polega na tym, że Amerykanie, zamiast rozwijać swoje biznesy fundamentalnie, skupiają się na zysku technicznym lub wręcz spekulatywnym. To znaczy: jeśli (dajmy na to) Japończycy lub Koreańczycy trafią na przynoszący im dochody pomysł, to koncentrują się na jego doskonaleniu i podkreślaniu jego zalet. Wiadomo też czego po nich się spodziewać: nowego Final Fantasy i Dragon Questa co każde trzy lata. W wypadku Amerykanów, jeśli ktoś odniesie sukces, to wszyscy inni rzucają swoje, często dobrze zarabiające biznesy i zaczynają go powielać. W efekcie czego w grach komputerowych mieliśmy zalew FPS-ów, RTS-ów, gier MMO, cashualizację, konsolizację… W grach tabletop manię TCG, manię D20 czy 4 edycję DeDeków, a w literaturze przerabiamy teraz inwazję Young Adult. Koniec końców nakręcają bańkę tak bardzo, że produktów jest więcej, niż klientów, te się wzajemnie kanibalizują i wszystko to pęka… Po wszystkim zostają wkurwieni klienci oraz jacyś kretyni podnoszący nową wersję okrzyku „Trzeba być nowoczesnym! Single Player umarł!”. I tak bez końca.

Trzeci problem polega na tym, że obecnie kultura amerykańska jest tworzona dla nikogo. Problem polega na tym, że kultura amerykańska posiada szereg problemów nieznanych innym krajom. Przykładem może być źle przeprowadzona dezindustrializacja, toksyczny system kredytu studenckiego czy ogromne zróżnicowanie rasowe. Skupmy się na tym ostatnim. W latach 80-tych ludność USA składała się w 81 procentach z białych, w 12 procentach z czarnych i 7 procentach z innych. Obecnie składa się w 60 procentach z białych, w 13 procentach z czarnych i 27 procentach z innych.

Jest to stosunek w świecie (za wyjątkiem Ameryki Południowej) spotykany bardzo rzadko. Przykładowo Korea jest praktycznie całkowicie jednorodna narodowościowo i rasowo. W Japonii grubo ponad 95% ludności to Japończycy, w Unii Europejskiej na 446 milionów mieszkańców tylko 50 milionów to „ludność nieeuropejska” (przy czym jej prawie połowa to Romowie lub Żydzi), w Chinach, oprócz Chanów żyje 55 znaczących narodów, ale stanowią one tylko 8 procent ludności… W Indiach natomiast po prostu nie ma większości (Hindusi stanowią 39 procent populacji, przedstawiciele siedmiu innych mniejszości łącznie 43 procent, a pozostałe 18 procent ludności stanowią Inni), czyli panuje bałagan, jak to zwykle u nich.

Do czego zmierzam: otóż amerykańskie problemy rasowe, dywersyfikacja, reprezentacja etc. prawdopodobnie jedynie alienują widzów spoza Stanów Zjednoczonych. Większość z nich bowiem nie obchodzą problemy wielorasowego społeczeństwa, jego kody i strategie kulturowe, gdyż najczęściej się z takimi nie styka. Wyjątek stanowią tutaj mieszkańcy paru dużych miast. Większość świata żyje jednak w monoetnicznych lub nieznacznie zróżnicowanych społecznościach.

Co więcej amerykańskie kody kulturowe dotyczące społeczeństwa wielorasowego prawdopodobnie nie interesują też znacznej części społeczeństwa USA. Wynika to z tego, że wieloetniczność w wydaniu amerykańskiej kultury oznacza poukładanie sobie życia między Białymi i Czarnymi. Ci ostatni są silnie nadreprezentowani z prostej przyczyny: są bardzo w tym kraju zasiedziali, żyją w nim bowiem od momentu jego powstania Pozostałe 27 procent, będące Azjatami lub Latynosami ma ten problem w poważaniu. Ich interesuje wypracowanie strategii kulturowych dotyczących zupełnie innych konfiguracji współżycia. Co więcej, prawdopodobnie znaczący odsetek Białych też jest pewnie bardziej zainteresowany ułożeniem sobie życia z Azjatami i Latynosami, bo częściej ich spotyka…

Podsumowując:

Na razie nie sądzę, żeby ktoś, włączając w to USA miał wystarczającą charyzmę, by objąć kulturową hegemonię na świecie.

To znaczy: USA ją posiada i raczej szybko nie straci. By do czegoś takiego doszło musiałoby albo upłynąć bardzo dużo czasu, albo musiałoby przegrać jakąś, naprawdę ważną wojnę, dojść do kryzysu ekonomicznego, rewolucji kulturowej albo naprawdę ważnego przełomu technologicznego… Gdyby jednak do takiej sytuacji doszło, to uważam, że USA mimo wszystko znalazłoby się jednak w gronie zwycięzców, a nie przegranych.

Jeśli faktycznie straci swoją pozycję, to raczej w wyniku długotrwałej, ciągnącej się latami erozji.

Myślę też, że w takiej sytuacji ewolucja będzie szła w stronę wyłowienia się kilku, dużych ośrodków, z których żaden nie będzie już miał takiej pozycji, jak obecnie Ameryka. Ośrodkami tymi będą zamknięte królestwa Chin i Indii, USA oraz sojusz Koreańsko-Japoński. Europa zapewne nie będzie miała dużo do powiedzenia, a poszczególne jej kraje będą wygłupiać się, jak do tej pory. Wyjątek stanowić może Rosja, która będzie po prostu psuć, co tylko dostanie się w jej brudne łapy…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Anime, fantastyka, Filmy, Internet, Książki, Pisanina, Seriale, Telewizja. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

13 odpowiedzi na „Kto przejmie hegemonię kulturową po USA?

  1. Grisznak pisze:

    Odnośnie Chin, to ciekawe jest, że Japończycy w swojej popkulturze kochają korzystać z chińskich motywów i bardzo udanie sprzedają je dalej, podczas gdy chińczycy już mają większy problem ze sprzedaniem swojej opowieści światu. Japończycy stworzyli multum mang, anime czy gier o epoce trzech królestw czy walczących królestwach (największy mangowy hit historyczny ostatnich lat – Kingdom, to w końcu dzieje schyłku tego ostatniego okresu). A sami Chińczycy? Też zrobili, ale nic z tego nie wyszło poza Chiny.

    • Było parę chińskich gier na Steamie o tej tematyce, w tym jakaś głośna strategia o Czerwonych Klifach. Problem w tym, że większość nie ma nawet tłumaczeń… Paradoksalnie ludzie z Europy i Azji radzą sobie lepiej. Nowa Twierdza, Oriental Empire, Three Kingdoms: Total War, to wszystko produkcje robione na chiński rynek i sprzedające się tam dobrze.

      • Grisznak pisze:

        Spojrzałem teraz na mój „chiński” regał. Praktycznie wszystkie leżące tam książki są autorstwa Niemców, Francuzów lub Amerykanów. Oni nawet nie inwestują, by np. wydawać na świecie książki historyczne swoich autorów.

      • Grisznak pisze:

        W sumie, może pamiętasz, jak na targach książki w Warszawie byłem na chińskim stoisku – nic o historii, tradycji i kulturze, tylko jakieś propagandowe broszurki, objaśniające cuda ich ekonomii.

      • Wiesz, na Netfiksie masz taką serię, która się nazywa „Pyszne Tradycje”. Jest to program kulinarny, który traktuje głównie o tym, jaki panuje w Chinach dobrobyt i jakie mają piękne krajobrazy.

        Btw. Jedziesz w tym roku na Targi Książki?

    • Cadab pisze:

      Japończycy nie mieli ani towarzysza Mao, ani tym bardziej Wielkiej Rewolucji Kulturalnej. Ot, taka drobna, acz zasadnicza różnica.
      Poza tym jeszcze bezpośrednio tego „nie wychodzenia”: to są Chiny. Może cesarstwa już nie ma, może ze starymi wierzeniami (przynajmniej oficjalnie) rozprawiła się młodzież wyposażona w pały, młoty i kilofy, ale nie zmienia to faktu, że po co coś wysyłać w świat barbarzyńców? Ja przypominam, że podstawą kultury chińskiej odkąd w ogóle jest coś takiego jak kultura chińska, jest ksenofobia. Nie rasizm nawet, bo tu nie o rasę chodzi, ale ksenofobia. Wszystko, co obce, jest złe i wrogie. Wszystko, co nie-chińskie, jest gorsze. Wszystko, co poza Niebem, jest dzikie i należy to zignorować. A to Państwo Środka to jak najbardziej dosłownie o byciu pępkiem, a nie, że jakaś tam pozycja geograficzna.
      I to paradoksalnie jest samograj dla komunistycznej oraz współczesnej „komunistycznej” linii partyjnej oraz propagandy, bo ułatwia trzymania półtora miliarda ludzi w bardzo ciekawym stanie: nie trzeba im zabraniać podróży do tego dzikiego świata ani poznawania obcych wzorców, które by mogły im zawrócić w głowach. Bo oni sami z siebie nie będą tym zainteresowani, a nawet jak gdzieś pojadą, to z poczuciem, że są w buszy pośród małp, a nie ludzi, którzy w dodatku mogli by im cokolwiek zaoferować.
      No i oczywiście po co wysyłać swoją kulturę i jej wytwory do małp? To się nawet przejawia w czymś tak prozaicznym jak umowy licencyjne na dystrybucję chińskich filmów oraz seriali. To nie jest tak, że jest jakiś zakaz albo limit albo że brakuje komunikacji albo dominuje strach przed niezrozumieniem, że małpy nie zrozumieją na co w ogóle patrzą. Chińczycy zwyczajnie nie są w ogóle zainteresowani eksportem swojej kultury, bo z założenia traktują ją jako materiał na rynek wewnętrzny. I dobrze to kontrastuje z Republiką Chińską, która mając pod górkę na każdym kroku oraz będąc niewspółmiernie mniejszą, eksportuje nadal dwa razy tyle kultury i pop-kultury niż Chiny Ludowe, głównie dlatego, jak silnie okcydentalny to kraj.
      Jest też coś, co zostało wspomniane na blogu: jak już się coś wysyła, żeby małpy też mogły patrzeć, to wysyła się oficjalną, często siermiężną, linię partyjną oraz pupilów systemu. Efekt jest taki, że dostaje się w ryj bajką o tym, że urra urra urra za wodza oraz za zbiorowość roju, że łeb należy spuścić nisko, że branie w dupę od życia jest naturalną koleją rzeczy i należy się wręcz mocniej wypiąć oraz że nic tak nie cieszy jak to, że wszystko jest jednakowe i centralnie zarządzane. A przede wszystkim, że Chińczycy są po prostu lepsi od reszty świata, tak jako kraj, jak i naród – z samego faktu bycia Chińczykami, tak po prostu. No weź coś takiego sprzedaj dosłownie gdziekolwiek, nawet nie to, że na Zachodzie.

  2. Cadab pisze:

    -250 punktów zaufania społecznego za tego Kubusia Puchatka się należy. Tongzhi Muszyński już nie dostanie wizy, nawet turystycznej, o nie nie!

    I Hanów, nie Chanów.

  3. Cadab pisze:

    Mam pytanie kontrolne, bo to jest coś, co mi się mniej więcej od dekady tłucze po głowie, a to jest świetna okazja by spytać:
    Czy to ja jestem dziwny i widzę rzeczy, których nie ma, czy jednak jest jakaś percepcja, że „my i Koreańczycy mamy wiele punktów zbieżnych” i że dlatego tak łatwo w Polsce idą koreańskie produkcje, zarówno filmowe, jak i literackie. No bo oba kraje wyparowały z mapy pod obcą okupacją próbującą ich na siłę przerobić na inny naród, oba lubią wspominać swoją „wielką” przeszłość, oba dostały w ryj w tej przeszłości niemal w tym samym czasie, oba zaliczyły bardzo podobną historię powojenną (różnica jest głównie taka, że Gierek był lewoskrętny i mu nie wyszło, a Park był prawoskrętny i mu wyszło jak ta lala, ale nawet założenia mieli jednakowe), a współcześnie mamy w zasadzie ten sam zestaw problemów, w rodzaju horrendalnych cen mieszkań, galopującego starzenia się społeczeństwa czy dewaluację edukacji, bez której równocześnie nie da się nic osiągnąć

    • Suchy pisze:

      Pracuję w Koreańskiej firmie i mam do czynienia z Koreańczykami praktycznie codziennie.
      Z mojego własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że ci z nich, którzy mają jakiekolwiek pojęcie o naszej kulturze i historii (tzn. mieszkają jakiś czas w Polsce, część z nich nauczyła się polskiego, paru nawet się pożeniło z polkami) to tak, jak z nimi o tym gadałem to oni sami też dostrzegają te analogie.

    • Siman pisze:

      Chodziłem do jednej szkoły z kilkoma Koreańczykami w Lublinie, gdy była u nas jeszcze przejęta po FSO fabryka Daewoo, niedługo przed kryzysem azjatyckim. Od tamtej pory obserwuję ten kraj i cały czas oni wyglądają jakby byli nami z 10-letnim wyprzedzeniem.

      To się nawet bardzo materialnie przekłada, bo nie wiem czy zauważyliście, ale Koreańczycy robią co mogą, żeby w Polsce inwestować strategicznie. Mamy już jedną gigafabrykę akumulatorów LG Chemu, druga o ile wiem zaraz będzie przyklepana, chodzą też ploty, że Samsung się na fabrykę procesorów do nas przymierza. Mamy partnerstwo strategiczne przy CPK, duże szanse na współpracę przy wodorze oraz atomie, być może także Izerze, bardzo atrakcyjne oferty współpracy militarnej (transfer technologii czołgów K2 ze stworzeniem lokalnego wariantu, ale oprócz tego z 10 mniejszych rzeczy).

      Generalnie Korea traktuje Polskę jako swój pierwszy i główny przystanek w inwestycjach w Europie, bo uważa nas za kraj o gospodarce bardzo podobnej jak ich własna, tylko mniej więcej dekadę zapóźnionej. Paralele kulturowe też tu na pewno grają rolę.

  4. Parambolumb pisze:

    Wyjaśni ktoś o co chodzi z furiosa teutonica insania?

  5. DoktorNo pisze:

    Czyli krótko: hegemon zatacza się po pijanemu, ale reszta nie ma nic do zaoferowania i nie ma siły aby wskoczyć na jego stołek…?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s