„Bo takie książki się sprzedają”… A jednak nie! LOL! XD!

Thedarktower7Kontynuując wątek utraty hegemonii kulturowej przez USA dochodzimy powoli do tematu, który jest szczególnie drogi mojemu sercu: do literatury fantasy i science fiction. Jak pisałem już wiele razy: ma złe przeczucia, jeśli chodzi o nią, jej teraźniejszość i co za tym idzie przyszłość. Jakiś czas temu udało mi się dobrać do listy najlepiej sprzedających się tytułów fantasy i science fiction wszech czasów.

I wiecie co?

Jeśli popatrzyć na statystyki sprzedażowe poszczególnych książek, to robi się naprawdę dziwnie.

Lista 50 najlepiej sprzedających się autorów:

Autorem oryginalnej listy jest Adam Whitehead, a znaleźć ją można na jego blogu. Jest ona odrobinę już nieaktualna, bowiem powstała w roku 2018. Od tego czasu trochę już wody upłynęło w Wiśle, jednak nie sądzę, żeby coś poważnie się na niej zmieniło. Oryginalnie zawiera 368 pozycji, z których przepisałem tylko pierwszych 50. Zredagowałem ją nieco: usunąłem z niej więc nazwiska pisarzy wątpliwych, a także tych, którzy są nieznani na zachodzie. Tak więc wygląda ona następująco:

  1. J. K. Rowling (600 milionów)

  2. Stephen King (około 400 milionów)

  3. J. R. R. Tolkien (około 350 milionów)

  4. Stephenie Meyer (250 milionów)

  5. Anne Rice (136 milionów)

  6. C. S. Lewis (ponad 120 milionów)

  7. Edgar Rice Burroughs (ponad 100 milionów)

  8. Artur C. Clarke (ponad 100 milionów)

  9. Suzane Collins (100 milionów)

  10. George R. R. Martin (ponad 91 milionów)

  11. Andre Norton (ponad 90 milionów)

  12. Robert Jordan (ponad 90 milionów)

  13. Rick Riordan (ponad 86 milionów)

  14. Terry Pratchett (ponad 85 milionów)

  15. (kolektywnie Star Wars) (70 milionów)

  16. Terry Brooks (ponad 52 miliony)

  17. Robery Heinlein (ponad 50 milionów)

  18. bracia Strugaccy (ponad 50 milionów)

  19. Cassandra Clare (ponad 50 milionów)

  20. małżeństwo Hohlbein (ponad 43 miliony)

  21. Veronika Roth (42 miliony)

  22. Neil Gaiman (40 milionów)

  23. Chrisyopher Paolini (39 milionów)

  24. Margit Sandemo (39 milionów)

  25. Charlaine Harris (37 milionów)

  26. Michael Ende (36 milionów)

  27. Stanisław Lem (ponad 30 milionów)

  28. R. A. Salvatore (30 milionów)

  29. Sharrilyn Kenyon (ponad 30 milionów)

  30. Tad Williams (ponad 30 milionów)

  31. Mary Stewart (ponad 30 milionów)

  32. Andrzej Sapkowski (około 30 milionów)

  33. Terry Goodkind (26 milionów)

  34. George Owell (ponad 25 milionów)

  35. Marion Zimmer Bradley (ponad 25 milionów)

  36. Darren Shan (ponad 25 milionów)

  37. Eoin Colfer (25 milionów)

  38. Kevin J. Anderson (23 miliony)

  39. Brandon Sanderson (23 miliony)

  40. Philip Pullman (22 miliony)

  41. Margaret Weis i Tracy Hickman (około 22 milionów)

  42. Isaac Asimov (ponad 20 milionów)

  43. Raymond E. Feist (około 20 milionów)

  44. Michael Moorcock (20 milionów)

  45. Mercedes Lackey (20 milionów)

  46. Fran Herbert (20 milionów)

  47. Orson Scott Card (około 20 milionów)

  48. Cornelia Funke (20 milionów)

  49. P. C. Cast (20 milionów)

  50. David Eddings (ponad 18 milionów)

Przypadki wątpliwe:

41t9lnhXuFL._AC_SY1000_Z listy wyłączyłem książki dwóch Japończyków i jednego Chińczyka, albowiem są praktycznie nieznane poza ich ojczystymi krajami. Wyłączyłem z niej też kilku pisarzy horrorów i jednego twórcę bajki zwierzęcej, gdyż uznałem, że książki te zawierają zbyt mało wątków niezwykłych, by zaliczyć je do fantastyki. Najchętniej wywaliłbym z niej też Stephena Kinga, który w prawdzie napisał kilka książek kwalifikujących się do fantasy lub science fiction, jednak większość z nich trudno doń zakwalifikować. Usunąłem z niej też autorkę Outlandera, gdyż nie wydaje mi się, żeby to była fantastyka. Podróże w czasie chyba bardziej stanowią tam pretekst dla fabuły, niż ważny motyw albo temat…

Problemy sprawia mi Brandon Sanderson, który w prawdzie sprzedał 23 miliony książek, ale co najmniej 12 milionów z nich to dalsze tomy Koła Czasu pisane po śmierci Jordana. Nie jestem pewien, czy ta twórczość nie powinna zostać przypisana Jordanowi właśnie. Co więcej wbrew temu, co sugeruje autor listy nie jest pewne, czy pozostałe 11 milionów to autorskie pozycje Sandersona. Tym bardziej, że informacja o tym, iż Sanderson sprzedał 12 milionów Kół Czasu pochodzi z roku 2013, a o tym, że łącznie sprzedał 23 miliony książek z roku 2018. Mało prawdopodobne wydaje mi się, żeby sprzedaż tego pierwszego cyklu nagle urwała się…

Na blogu podana jest też informacja, że Andrzej Sapkowski sprzedał 3 miliony Wiedźminów. Inne źródła (którym postanowiłem zaufać) sugerują, że sprzedaż wyniosła 30 milionów na całym świecie.

Jeśli chodzi o Lema i Strugackich to należy zauważyć, że byli to pisarze tworzący w dawnym bloku wschodnim i tam przypadł gros ich twórczości. Prawa rządzące tym rynkiem były odmienne od normalnych. W pierwszej kolejności niewielka podaż jakiejkolwiek rozrywki powodowała, że ludzie dosłownie rzucali się na wszystko, co mogło jej dostarczyć. Po drugie: z uwagi na niedobory rynkowe istniało zjawisko „zakupów zastępczych” kiedy ludzie, nie mogąc nabyć tego, co chcieli, nabywali co mogli, w nadziei, że w przyszłości zdołają to wymienić na coś bardziej pożądanego. Tak więc Lem i Strugaccy grają tu nieco na cheatach.

Estymacja Tolkiena oparta jest o bardzo stare dane, pochodzące jeszcze z lat 70-tych, kiedy informowano, że sprzedał 150 milionów książek. Później jego wydawca  nie chwalił się sprzedażą. Do tego dodano informacje o tym, że wydanie filmowego Władcy Pierścieni podniosło sprzedaż o kolejne 100 milionów egzemplarzy, a Hobbita o 50 milionów. Niektóre nowsze oceny wskazują, że faktycznie mogła wynieść 600 milionów egzemplarzy. Wiadomo, że sprzedaż jego dzieł od bardzo wielu lat utrzymuje się na stałym poziomie około 1 miliona egzemplarzy rocznie (no, chyba, że akurat wychodzi jakiś film) i ostatnie dziesięciolecie nie jest tu wyjątkiem.

Niemniej jednak można z tych danych wyciągnąć kilka wniosków:

Sprzedają się głównie książki dobre:

W pierwszej kolejności należy zauważyć, że lista ta przedstawia bardzo krzepiący widok. Dominują nań bowiem pozycje co najmniej bardzo dobre, dobre i dość dobre. Widzę jedynie trzy nazwiska (Meyerową, Paoliniego i Salvatore), których nie chciałbym w takim zbiorze oglądać (najbardziej chciałbym pozbyć się Meyerowej).

Niemniej jednak wniosek jest prosty: dobre książki nie zawsze odnoszą sukcesy, czy nawet zostają zauważone. Niemniej jednak bycie dobrą książką zdecydowanie szanse na sukces zwiększa.

Wiadomo już, czemu w Nowej Fantastyce tak bardzo nienawidzili Fantasy…

Robili to z zazdrości, ponieważ fantasy jest zdecydowanie bardziej popularne od science fiction.

Z opinią taką spotkałem się już kilka razy, ale myślałem, że są to wartości na poziomie sprzedaży większej o połowę, może dwa razy wyższej. Wartość trzykrotnie wyższą uznałbym za bardzo dobry wynik…

A tu szok! Wygląda na to, że fantasy sprzedaje (albo sprzedawało się) jakieś 10-20 razy lepiej, niż science fiction.

…czemu nie lubili pisarek…

Ponieważ dwa z czterech najpopularniejszych podgatunków fantastyki (tzn. romans gotycki i kobiece sword and sorcerry) sprzedawało się lepiej, niż całe ich ukochane, twarde science fiction pisane przez inżynierów razem wzięte.

…czemu sword and sorcerry wymarło…

Ponieważ wcale nie było jakoś super-popularne. Wyjątek stanowiła jego ewolucyjna, kobieca wersja. W zasadzie jedynymi, naprawdę prominentnymi pisarzami w nurcie byli Michael Moorcock i Robert E. Howard. Pozostali autorzy byli dość niszowi. Jakieś tam większe zasięgi mieli chyba tylko Fritz Leiber i David Gemell.

Podobna sytuacja nawiasem mówiąc była / jest z cyberpunkiem, postapokalipsą, dystopiami, urban fantasy, military fiction, low fantasy, new weird i wieloma innymi, zdawałoby się modnymi tematami.

Young Adult nie jest specjalnie popularne:

41L5QuedEaL._AC_SY1000_Rzeczą, która najbardziej mnie zadziwiła jest stosunkowo mała reprezentacja YA na liście. Za wyjątkiem kilku szlagierów jak Rowling, Meyerowa, Collins, Riordan, Cassandra Clare, Veronica Roth, Sherrilyn Kenyon i Eoin Colfer. Osiem nazwisk, figurujących w pierwszej pięćdziesiątce sprzedaży.

Potem mamy długo, długo nic.

A następnie kolejni autorzy bestsellerów zaczynają wyłaniać w okolicach dna, z wolumenami sprzedaży, które prawdopodobnie nie pozwolą im nigdy doścignąć takich, dość przecież niszowych pisarzy, jak Anne MacCaffrey, Stephen Donaldson czy Gordon R. Dicson.

I to jest dziwne.

To znaczy: naturalne jest, że w tak dużym ruchu literackim, jakim jest YA nie wszyscy mogą odnieść sukces i jedni wygrywają, a drudzy przegrywają. Jednak powinna gdzieś być jakaś klasa średnia. Ta jednak nie istnieje.

Myślę, że cały szum z YA polega na pewnym paradoksie. Otóż: mamy tu kilka nieporozumień (Rowling, Collins, Riorda, Colfer), co najmniej jeden wybryk natury (Meyerową) oraz wielu naśladowców, mających nadzieję powtórzyć sukces Zmierzchu. Wszystko to prowadzi do porażki (tzn. takiej porażki, za poniesienie której Ja pewnie zgodził bym się zanurzyć rękę we wrzącym oleju). Otóż: YA wyrosło w dużej mierze dzięki pierwszej trójce, w szczególności zaś Rowling. Swój sukces zawdzięczało zaadresowaniu książek dla dzieci i młodzieży, potraktowaniu ich jako rozsądnych partnerów w dyskusji, niezwykle bogatej wyobraźni i ostatecznie prostemu językowi oraz pisarskiemu talentowi pisarzy (żeby posługiwać się zręcznie prostym językiem potrzeba talentu). Oraz trochę wstrzeleniu się w rynek i dobremu dobraniu grupy docelowej, która nie była mocno obstawiona.

Problem w tym, że potem przyszedł Zmierzch, który był (i jest) silnie reklamowany i jego naśladowcy. Zmierzch jest książką fenomenalną. Przed jej wyjściem wierzyłem bowiem, że coś, aby odnieść sukces musi mieć jakieś zalety. Być może takie, z którymi się mijam, lub które są dla mnie nieistotne, ale muszą jakieś być. Zmierzch natomiast jest tych zalet pozbawiony.

Młodzi ludzie, po przeczytaniu tych lepszych powieści YA trafiają na Zmierzch lub któregoś z jego klonów i po prostu są przekonywani, że mimo wszystko czytanie książek to strata czasu… Trudno się temu dziwić. Nie jeden raz już pisałem, że gry komputerowe (i to niekoniecznie jakieś specjalnie mądre) posługują się dużo bardziej wyrafinowanymi metodami snucia opowieści, niż YA. Tak więc nikt, kto trochę pograł albo poczytał nieco mangi nie będzie interesował się perypetiami bohaterów jakiegoś zmierzchoida. Przez to sito przechodzi jednak pewna ilość podatnych, dla których tego typu literatura trafia. Oni podtrzymują rynek.

Ogólnie to wróciliśmy do lat 70-tych:

imdddassssgesW tym sensie, że na rynek pchane są głównie gatunki fantastyki, które są jednak dość niszowe… Kiedyś pchano wszędzie Conana i Space Operę, dziś YA.

Niestety, patrząc na wolumeny sprzedażowe współczesnych pisarzy, w tym tych najbardziej reklamowanych i najchętniej przywoływanych w dyskusjach, to zauważyć należy, że żaden z nich (poza trzema wyjątkami: Sandersonem, Sapkowskim, jeśli faktycznie sprzedał 30 milionów egzemplarzy i może Jimem Butcherem), przy obecnych wolumenach sprzedażowych nigdy nie wbije się do tej grupy „relatywnie niszowych” takich, jak Anne MacCaffrey, Stephen Donaldson czy Gordon R. Dicson.

Żaden Scott Lynch, Steven Erikson, Joe Abercombie, Peter V. Brett czy Patric Rothfuss nie ma po prostu szans na takie zwłaszcza zwłaszcza biorąc pod uwagę co dotychczas osiągnęli / czas jaki zajęło im ich zdobycie.

Wydaje mi się, że wyjaśnienie takiej sytuacji jest dość proste. Otóż jak widać z wyżej wymienionych statystyk i zalinkowanego bloga cztery gatunki fantastyki były popularniejsze od pozostałych. Były to:

  • nazwijmy to „romans gotycki” czyli te wszystkie rzeczy o wampirach i romansach z nimi

  • fantasy questowe w typie Tolkiena, Jordana, Goodkinda, Brooksa czy Edingsa

  • kobiece sword and sorcerry w typie Andre Norton, Marion Zimmer-Bradley, C. J. Cerry, MacCaffrey czy Mercedes Lackey

  • fantasy komediowe w typie Pratchetta, Dicksona i kilku innych (na upartego do tej grupy można wsadzić też twórczość Rowling).

Z czego trzy ostatnie gatunki po prostu zarżnięto.

Tego ostatniego nie potrafię zrozumieć, tym bardziej, że nic nie wskazuje na to, żeby książki takie sprzedawały się źle. Tolkien po dziś dzień sprzedaje się w nakładach 1 miliona egzemplarzy rocznie (no, chyba, że wychodzi film, wtedy skacze do 50 milionów), co jest wynikiem nieosiągalnym dla większości współczesnych „pisarek bestsellerów” w całej karierze. Pratchett ponoć sprzedaje się w nakładzie 2,5 miliona egzemplarzy rocznie. Pozostali również trzymają się dobrze…

Dlaczego więc nikt nie pisze, albo przynajmniej nie wydaje już takich książek?

Tego nie potrafię zrozumieć.

To znaczy: fantasy questowego w pewnym momencie było po prostu zbyt liczne i zbyt takie same. Po prostu było za dużo różnych Bazyli Złamanych Ogonów, Sprzysiężeń Czerwonego Wilka, Władców Run i Książąt Psów oraz setkami innych powieści, które różniły się od siebie tylko elementami tła: nazwami krain, imionami bohaterów, systemami magii… Prócz tego wszystko inne: fabuła, relacje między postaciami etc. były w nich dokładnie identyczne.

Tak więc nie dziwi mnie, że dostało po głowie, przy czym była to raczej wina pisarzy, którzy nie potrafili wyłamać się z pewnego schematu. Tak więc zawsze był jakiś młodzieniec żyjący na zadupiu, naznaczony brzemieniem wielkiego przeznaczenia. Zawsze znajdował sobie czarodzieja-mentora, który ginął w połowie książki, by pod koniec zmartwychstać. Zawsze wyruszał w wielką podróż, po drodze gromadząc drużynę, z której jeden członek okazywał się przyszłym królem, a drugi zdrajcą… Zawsze szwędał się tam jakiś władca ciemności i jakiś typ podejrzanie podobny do Golluma. O ile na motywie podróży i budowania drużyny można stworzyć wiele ciekawych fabuł to fakt, że pozostałe motywy też były powtarzalne powodował, że książki te w pewnym momencie zrobiły się nudne.

Jednak dlaczego pozostałe dwa gatunki wymarły?

Tego nie potrafię zrozumieć.

Przyszła wojna i zabiła czytelników?

Korporacjom nagle znudziło się zarabiać pieniądze?

A co z winnymi tego stanu rzeczy?

No niestety: świat poszedł na przód i tego nie zmienisz. Winne za to są częściowo różne, dziwne baby, które płakały na Youtubowych filmikach, że półki w księgarniach uganiają się od Tolkiena, a dla nich, debiutantek nie ma miejsca (i te płacze ich sprzedaży nie poprawiły), a częściowo ruch New Weird, który zrobił wiele, żeby literaturze fantasy dokopać. I jak im poszło?

Jeff VanderMeer: potwierdzono 150 tysięcy sprzedanych książek, faktycznie jednak może dobił nawet do miliona. Chima Meville: brak danych, ale podejrzewam, że gdyby miał się czym chwalić, to by się chwalił. Pozostali: tak samo, jak Meville.

Najwyraźniej nie tylko dla mnie cały ten nurt od początku śmierdział intelektualnym oszustwem.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantasy, Książki. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

22 odpowiedzi na „„Bo takie książki się sprzedają”… A jednak nie! LOL! XD!

  1. Grzdyl pisze:

    Czym dla Ciebie jest to New Weird?

    • Rakiem najgorszym! A tak na serio:

      https://en.wikipedia.org/wiki/New_weird

      Aczkolwiek należy to czytać przez ten pryzmat (to wypowiedź Steph Swainston o swoim dziele z jednego z wywiadów):

      „I didn’t like the fact Castle was being called ‚New Weird’ because it placed my life’s work under Mieville’s heading. I went along with it because I thought I’d enjoy the chance for discussion with those authors. However, when I tried to talk about it with them, they simply laughed and said ‚New Weird’ was just a marketing ploy to get people talking. I think it was crap of them to manipulate fans in that way.”

  2. wiron pisze:

    O humorystycznym fantasy słyszałem teorie że Pratchett tak bardzo zdominował rynek że zdusił kariery innych autorów. A jak zmarł to nie było nikogo kto mógłby go zastąpić.

    Co do Young Adult, wydaj mi się że zwyczajnie nie sprzyja budowaniu długoletniej kariery. Pojedyncza seria zarabia swoje a potem przychodzi wymiana pokoleniowa czytelników i autorów. Igrzysk Śmierci, wielki fenomen, a jak po 10 latach wyszła nowa część to mało kogo to obeszło.

  3. Cadab pisze:

    Primo
    Żeby pisać coś śmiesznego, trzeba z jednej strony znać konwencje gatunkowej, z drugiej mieć poczucie humory, z jeszcze innej potrafić pisać, a na końcu – nie mieć autyzmu. W skrócie: to nie jest takie proste. I nie chodzi o to, że się nie da, ale to naprawdę trzeba umieć, a równocześnie trzeba mieć taki humor, który jest zarówno łatwy w odczytaniu (ale nie kloaczny), jak i łatwy w tłumaczeniu (patrz: mordęga z tłumaczeniem „Bajek robotów” Lema)

    Secundo
    YA jak już wspomniano, słabo rokuje na długoterminową karierę. Jak nie wyjdzie od razu, to nie wyjdzie już nigdy. Do tego dochodzi model biznesowy w którym się to kręci, który idzie mniej więcej tak:
    1) Napisz post-apo YA o zakazanej miłości między dwiema grupami i jak się wszyscy z wszystkimi mordują oraz wybrance (nie o wybrańcu, wybrańcy są passe i odstraszasz z miejsca dziewczynki lat 13-16 oraz relegujesz romans na trzeci plan, a im mniejszy target, tym mniej tego sprzedasz)
    2) Znajdź wydawcę na ten chłam. Nie znalazłeś? Umarło!
    3) Zaczyna się sprzedawać. Nie poszedł milion egzemplarzy w Stanach przez miesiąc? Umarło!
    4) Znajdź kogoś, kto zrobi ekranizację. Nie ma? Umarło!
    5) Jak już masz ekranizację, wyprodukuj z siebie jeszcze co najmniej dwa tomy, mimo, że to zamknięta historia. Nie dasz rady? Umarło!
    6) Trzymaj kciuki, żeby film nie okazał się totalną klapą. Jest klapa? Umarło!
    Dodajmy do tego monstrualną konkurencję i dosłowne zalanie rynku i mamy sytuacje, w której szeroko rozumiana fala powodziowa utopiła samą siebie. Wspierane jest to przez model „ekranizujmy udane historie”, bo to momentalnie powoduje przesyt u potencjalnego odbiorcy.
    A „Zmierzch” jest wielki, bo jest w jakimś sensie pierwszy, w dodatku udało mu się przebrnąć przez w/w ścieżkę bez problemu. Nikt nie powiedział, że fenomeny popkultury muszą być wyszukane, to jest na to zresztą świetny przykład – kto w tamtym czasie w ogóle myślał o tym, żeby przepakować japońskie „magical husbando” na zachodni rynek i sprzedać to nastoletnim Amerykankom

    Tertio
    Trochę nie rozumiem meandrów myślowych odnośnie quest fantasy. Z jednej strony opisujesz schemat takiej powieści, który jest jej nieodłącznym elementem, z drugiej utyskujesz, że wszystkie na jedno kopyto. Quest fantasy ma dosłownie 5 fabuł, które mogą się wydarzyć i niejako normą gatunkową jest obecność jak nie wybrańca, to chociaż pseudo-wybrańca, który jest bodyguardem dla prawdziwego wybrańca, który ma np 3 miesiące i potrzebuje zmiany pieluchy albo jeszcze się nie wykluł(a) – i wtedy zresztą się okazuje zwykle, że tak naprawdę chodziło o siłę przyjaźni i miłości, która połączyła tych, co ochraniają niewyklutego wybrańca, a nie jakąś Specjalną Moc Wybrańca Do Pokonania Głownego Złola.
    W skrócie – quest fantasy bez sztampy leży i kwiczy

    Quatro
    Jebać inżyniero-pisarzy i ich „ale czemu mnie nikt nie kocha i nie chce kupować”. Jakbym chciał czytać czyjeś próby bycia erudytą, to bym sięgnął po Nową Fantastykę.

    Quinto
    To nie jest tak, że karierę Mieville’a szlag trafiło właśnie to aż do przesady cyniczne traktowanie własnych czytelników jak debili do obrobienia z kasy?

    Sexto
    Ale Andre Norton to ty szanuj!

    • Z quest fantasy: niby tak, ale jednak nie… Żeby daleko nie szukać: Tolkien. W zasadzie wszystkie jego dzieła to quest fantasy, ale każde jest skrajnie inne. Hobbit opiera się na zupełnie innych rozgrywkach między postaciami, niż Władca Pierścieni, podobnie Beren i Luthien, Dzieci Turina czy opowieść o Gondolinie. Jeszcze inna dynamika jest w Rudy Dżil I Jego Pies. Tak więc: da się to jakoś różnicować, tworzyć odmienne układy i być oryginalnym. Problem w tym, że w pewnym momencie ludzie przestali próbować, tylko trzymali się jednego schematu, bez odstępstw. I padło.

      Prawdę mówiąc nie śledziłem kariery Mieville. Bardzo szybko uznałem, że to co mówi nie ma sensu i że nie warto na niego tracić czasu.

      Co do Andre Norton, to ją szanuję, a na pewno bardziej, niż Mieville. Bardzo mnie dziwi, dlaczego podgatunek stworzony przez nią, jej koleżanki i uczennice znikł. Był popularny, mniej wtórny, niż to, co pisali ich koledzy, a przy tym wydawałoby się, że bliski duchowi naszych czasów…

      • Cadab pisze:

        Znów – Tolkien ma przewagę, że jest bardzo wczesny i pod wieloma względami prekursorski. To nie znaczy, że jest zły, ale ma dodatkowy mnożnik swojej „siły”: masz dobre lub co najmniej znośne książki, które równocześnie wyznaczają, jak w ogóle coś takiego pisać (w przeciwieństwie do bardziej typowej sytuacji, gdy prekursor jest słaby, ale jest ważny, bo prekursorski – patrz absolutnie niestrawny współcześnie Burroughs, który poza Stanami w zasadzie się nie sprzedaje, a jego sprzedaż w tym rankingu chyba jest zbiorcza za całe stulecie).
        A reszta odcina kupony od schematu, bo tak jest po prostu łatwiej.

        Mieville „szczytował” gdzieś tak w połowie lat 00 i w ogóle było o nim prawie-że-głośno, tylko na każdym kroku robił Vala Kilmera, lansując się na boga pośród plebsu i w ogóle poświęcającego się demiurga, który musi rozmawiać z debilami i im wszystko tłumaczyć. I to tak w kontekście dziennikarzy, z którymi rozmawiał, jak i przekazu dla czytelników. A potem jakoś tak nagle przestał się i sprzedawać, a wkrótce potem pisywać, a nie licząc wcześniej zakontraktowanych umów, nie ruszyła planowana hurtowa ekranizacja jego (bądź co bądź taniego w realizacji) urban fantasy.
        Słowem – buc, który zdrowo przesadził.

        Patrz quest fantasy: ILE permutacji tego samego schematu jesteś w stanie realnie wymyślić? Szczególnie, gdy wszyscy się z wszystkimi znają, więc niejako dużo szybciej wyczerpać pulę pomysłów, bo jak ktoś już coś nowego zaproponuje, to przecież nie zerżnie się od siebie wzajemnie.
        Czemu nie chwyciło poza zaklętym kręgiem? Nie wiem. W ogóle mam dziwne wrażenie – ale jest to tylko wrażenie – że jakoś tak do Zmierzchu (xD) wydawcy dość niechętnie patrzyli na samą w sobie idee, że (1) baba pisze (2) fantasy i do tego (3) dla bab, a przy tym (4) nie jest to romansidło sensu stricte (stąd chociażby wyłamywała się z tego Anna Rice czy inna Laurell Hamilton, pisząca w gruncie rzeczy romasne, a później już otwarcie porno o ładnych chłopcach). Czyli zadziałało klasyczne „to się nie sprzeda, bo się nie sprzeda”

      • Szczerze mówiąc to ja osobiście podejrzewam, że w wydawnictwach, także tych w USA niekoniecznie pracują szczególnie dobrzy biznesmeni. Rynek książek jest (relatywnie) mały i (relatywnie) biedny. Wartość całego rynku książki w USA to 33 miliardy dolarów. To połowa tego, co warty jest Activision Blizzard. Co więcej rozbite jest to między Bóg wie ile wydawnictw. Znaczy to, że nawet te duże, jak TOR Publishing czy inny Harper Collins to obecnie krasnoludki. Firmy wielkości jakiegoś Sanok Rubber Company albo innych Krośnieńskich Hut Szkła. Najlepsi managerowie i najzdolniejsi marketingowcy nie szukają tam pracy. Przeciwnie: zatrudnienie znajduje tam trzeci czy czwarty sort. Do tego, jak to w małych firmach pewnie decydującą rolę mają znajomości, pokrewieństwo, ręce myjące inne ręce oraz niespełnione ambicje i emocje. Więc to może być tak, że siedzi tam jakiś Parowski, który chciał wydawać Hard SF, ale musiał puszczać Jordany i Eddingsy, których nienawidził, żeby związać koniec z końcem… I marzył, żeby puszczać cokolwiek innego…

      • Cadab pisze:

        Jest to jakaś teoria w sumie xD Ja głównie patrzę na to od strony korporacyjnego myślenia i algorytmów: drukujmy to, co już się sprzedało tudzież coś, co jest bezpiecznym klonem czegoś, co się sprzedało. Tak zresztą zrobiłby marny manager, który w sumie to jest specjalistą od towarów suchych/w opakowaniach kartonowych, ale zamiast płatkami śniadaniowymi, robi w wydawnictwie literackim, i jego ogarnięcie tematu jest żadne, a asekuranctwo przeogromne.
        Hollywood dosłownie spędziło dekadę szukając „nowego Harry Pottera” (oczywiście z amerykańskiego rynku, żeby wykorzystać przeciw autorom amerykańskie prawo „ochrony” własności intelektualnej), aż w końcu znalazło, w postaci YA „od kobiet dla dziewczynek, ale też i chłopców”. I nagle się okazało, że można drukować kobiety, a potem jeszcze Amerykańska Wojna Kulturowa parę lat później niejako narzuciła, że musi być pseudo-parytet.
        Wychodzi na to, że rynkiem kierują debile i trendy też wyznaczają debile xD Choć ogólnie to należy to skomentować tak:

  4. pontifex maximus pisze:

    Szczerze, nie do końca ogarniam Twoją kategoryzację. Kobiece fantasy też może być questowe, questowe jest pojęciem samym w sobie szerokim, i tak dalej. Może to dlatego, że jestem mniej oczytany w gatunku.

    • Ono było dość specyficzne. Zaczęło się od pisarki, która nazywała się Andrea Norton i którą wydawcy przekonali do przybrania męskiego pseudonimu, bo twierdzili, że czytelnicy nie będą chcieli czytać baby. Pisała ona początkowo dość typowy sword and planet o dzielnych wojownikach ratujących księżniczki, jednak z czasem coraz większą rolę w jej twórczości zajmowały kobiety. Koniec końców skończyło się tym, że pisała sword and sorcerry, w której dominującą rolę zajmowały kobiece postacie. Jako, że była poczytna, to pomogła kilku innym pisarkom w karierze. Pisarki te to były między innymi: Anne MacCaffrey i Mercedess Lackey. Współpracowała też z Marion Zimmer Bradley, miała też naśladowczynie jak C. J. Cherry czy Elisabeth Haydon.

      To fantasy było dość charakterystyczne. Tak więc:
      – to często było dość typowe sword and sorcerry
      – bohaterkami były jednak kobiety, często silne: wojowniczki, księżniczki, czarodziejki etc.
      – pojawiały się silne elementy feminizmu trzeciej fali, często nawiązania do Wicca i pochwała wolnej miłości
      – ważnym elementem fabuły były takie rzeczy, jak przemoc domowa, wykorzystywanie dzieci, zmuszanie do małżeństwa, nietolerancja religijna i rasowa, eksploatacja seksualna. Często występowało to ramię w ramię z typowymi elementami fantasy.
      Ogólnie to często wyglądało tak: w jednym opowiadaniu jedzie baba z mieczem, zajeżdża do wioski, odkrywa, że jej mieszkańcy są wyznawcami demona, zabija ich, a potem zabija też demona. W drugim opowiadaniu jedzie baba z mieczem, zajeżdża do wioski, odkrywa, że lokalny dziedzic tłucze żonę. Zabija go i nadziewa jego sługi na pale.

      • Grisznak pisze:

        Sorry, ale C.J. Cherryh, choćby ze swoimi Wojnami Kompanii, klasyczynym wojennym SF bliższym Honoratce niż Czarownicom, nijak do tego schematu nie pasuje.

      • Ale jej Morgaine pasuje.

      • Grisznak pisze:

        Bo od tego zaczynała, to jej prapoczątki literackie, od których dość szybko uciekła. Stanowczo, za dużo dobrych rzeczy napisała, by ją pakować do jednej beczki z np. Mercedes Lackley, która nigdy z tej beczki nie umiała wyskoczyć. Norton była dla niej co najwyżej punktem odniesienia. Literacko Cherryh bliżej do LeGuin niż Nortonki. Przeczytaj choćby jej „Stację Podspodzie”, a zobaczysz różnicę. Trzech Hugo nie dostaje się za schematyczne sword and sorcery.

  5. slanngada pisze:

    O kobiecym sword and sorcery warto by napisać coś więcej. Ja pamiętam najlepiej Świat czarownic (którego dwa pierwsze tomy były dla mnie ważne), oraz trochę jeźdżców smoków. No i Czarnoksiężnika z Archpelagu.

    Sanderso (oraz erikon) pisze animuu, więc jest specyficzny.

  6. marchewa79 pisze:

    Ciekawy wątek się tu przewija: na czym właściwie zarabia autor. Trochę jak z rynkiem muzycznym gdzie model „płyta jako źródło dochodów” streaming postawił na głowie i liczą się koncerty. Myślę że rynek książki fabularnej ostatnio ma za zadanie dowieźć autora do zieleńszych pastwisk na rynkach tv/kina albo gry a najlepiej jedno i drugie. Obecnie fantasy rzeczywiście jakąś część dowozi. SF czasami (Expanse) najczęściej kryminał i thriller/sensacja.

  7. Telimena pisze:

    Co do rozbieżności miedzy popularnoścą YA i popularnością autorów, już chciałam poprzeć drugi komentarz, o tym, że ten gatunek nie sprzyja marką autorski, ale potem spojrzałam na listę i nie wiem jak na jej podstawie, można dojść do innego wniosku, że sprzedaje się przede wszystkim YA 🙂

    Chciałabym najpierw zaznaczyć, że dane na tej liście wydają mi się bardzo niewyraźnie, przemieszanie pewnie danych PR, trudno czasami ocenić czy to są liczby światowe, czy tylko z amerykańskiego rynku itd. itd. A nawet gdyby były nie zgadzam się, że mówią nam coś o popularności gatunków – markowi autorzy przemawiają bardziej do społecznych czytelników.

    🙂 Ale przyjmijmy, że traktujemy tę listę jako podstawę do wyciągnięcia wniosku co czytelnicy kupują. Nie co kupowali – Edgar Rice Burroughs czy Isaac Asimov pewnie jeszcze długo będą wznawiani, ale nie ma szans, że ktoś piszący tak jak oni, osiągnąłby obecnie sukces. Wydawców nie interesują książki, które czytelnicy kupowali 50, 40, 30 lat temu, tylko co chcą kupować teraz.

    Jeżeli odetniemy pisarzy, którzy debiutowali w latach 90-tych ( i to maksymalnie szczodrze od 1990, i dodając np. Martina, który pisał od lat 70, ale autorem bestsellerów został dopiero wtedy, itd. )
    Zostaje nam 22 pisarzy – z czego 8 to YA jak podałeś w poście – 1/3, a 1/3 klasyczne fantasy (Martin, Jordan, Paolini, Sapkowski, Salvatore, Goodking, Sanderson, Pullman)

    J.K. Rowling 600 1997
    Stephenie Meyer 250 2005
    Suzanne Collins 100 2003
    George R.R. Martin 91 1996
    Robert Jordan 90 1990
    Rick Riordan 86 2005
    Cassandra Clare 50 2007
    Veronica Roth 42 2013
    Neil Gaiman 40 1996
    Christopher Paolini 39 2001
    Charlaine Harris 37 2001
    Andrzej Sapkowski 30 1992
    R.A. Salvatore 30 1990
    Sherrilyn Kenyon 30 1996
    Diana Gabaldon 30 1991
    Terry Goodkind 26 2001
    Darren Shan 25 2000
    Eoin Colfer 25 2001
    Brandon Sanderson 23 2005
    Philip Pullman 22 1995
    Cornelia Funke 20 2003
    P.C. Cast 20 2003

    • Po pierwsze: nie twierdzę, że YA jest niszowe. Twierdzę, że jest to napompowana bańka.

      Obawiam się, że ze sprzedażą jest trochę tak, że podaż czyni popyt. Przynajmniej w tym sensie, że jeśli nie wyśle się do sklepów gwoździ, albo groszku, to nie uda się sprzedać ani groszku, ani gwoździ. W wypadku fantasy problemem jest fakt, że w pewnym momencie przestano wydawać trzy najpopularniejsze podgatunki… Nie wiem dlaczego: może faktycznie zmieniły się mody, może nie zadbano, żeby pozyskać następców dla starych pisarzy, nim umarli, może postawiono na złe konie… Jak ma więc się sprzedawać? Jednocześnie nie ma dowodów, żeby ten gatunek stracił popularność: Sapkowski nadal sprzedaje się lepiej, niż cała Fabryka Słów razem wzięta, Tolkien rocznie notuje takie nakłady, na jakie potrzebował 10 lat, by je wypracować, gry takie jak Elder Scroll: Skyrim, Wiedźmin 3, Eledn Ring sprzedają się bardzo dobrze…

      Jeśli chodzi o pisanie w stylu Edgara Rice Burroughs’a to też się nie zgodzę. Przeciwnie: to właśnie się nazywa YA. Owszem, zmieniły się tematy, zmieniły się motywy, zmieniło się słownictwo, zmienił się też docelowy czytelnik (z młodych chłopców na dziewczęta), ale to jest dokładnie ten sam typ literatury, oparty na bardzo prostych konstrukcjach fabularnych i bardzo ubogim, tak uproszczonym, że aż sztucznym języku.

      Sanderson nie pisze typowego fantasy, tylko albo New Weird, albo czymś pośrednim między Fantasy, a New Weird. Typowe fantasy to Terry Brooks lub Goodkind właśnie. Ten ostatni nawiasem mówiąc debiutował w roku 1994, a nie po 2000.

      • Grisznak pisze:

        No nie, opus magnum Sandersona, czyli Archiwum Burzowego Światła, to jednak klasyczne fantasy. Elantris czy Z Mgły Zrodzony to także typowe fantasy. To, że nie ma lolfów, kransali czy orków, to nie znaczy, że coś nie jest fantasy.

  8. Telimena pisze:

    A jeżeli porównać się to z listą autorów debiutujących po 2000, to widać to jeszcze wyraźniej.

    Stephenie Meyer 250 2005
    Suzanne Collins 100 2003
    Rick Riordan 86 2005
    Cassandra Clare 50 2007
    Veronica Roth 42 2013
    Christopher Paolini 39 2001
    Charlaine Harris 37 2001
    Terry Goodkind 26 2001
    Darren Shan 25 2000
    Eoin Colfer 25 2001
    Brandon Sanderson 23 2005
    Cornelia Funke 20 2003
    P.C. Cast 20 2003

    13 autorów – 6 YA (Meyer, Collins, Clare, Roth, Cast, Colfer) – Riordan YA lub fantastyka dla dzieci, Funke, Shan – fantastyka dla dzieci, Harris – romans paranormalny, typowe fantasy – Goodkind, Sanderson i Paolini (który zachacza o YA przez marketing autor-nastolatek)

    Naprawdę nie wiem jak można nazwać YA gatunkiem niszowym w oparciu o dane, które podałeś 🙂

  9. Grisznak pisze:

    Sword and Sorcery wymarło chyba razem z klasycznymi RPGami, które wraz z latami 90 zaliczyły spory spadek popularności.

    • Nie, upadek Sword and Sorcerry z całą pewnością nie ma nic wspólnego z kryzysem papierowego RPG w drugiej połowie lat 90-tych.

      Popatrz na ten link, co go dawałem: pisarze S&S sprzedawali się nie najgorzej, ale w porównaniu z innymi podgatunkami fantasy nie było to dużo. Czytelnicy odpłynęli do innych podgatunków, a te okazały też atrakcyjniejsze dla pisarzy.

      Upadek papierowego RPG wynikał z dwóch przyczyn:
      – bankructwa TSR (wydawców AD&D) z którego, mówiąc w największym skrócie, po prostu wyprowadzano pieniądze
      – owczego pędu na karcianki kolekcjonerskie. Wszystkie studia poleciały je robić, wstrzymały inne projekty (to najczęściej były bardzo małe firmy, np. White Wolf, czyli ci od Wampira to w tym okresie było 2 braci), a same karcianki okazały się kosztowną klapą…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s