Czy Azjaci zeżrą zachodnią kulturę popularną?

glownaNie wiem, czy wiecie, ale manga Kimetsu no Yaiba sprzedaje się obecnie lepiej, niż cały, amerykański komiks. Sprzedaje się też być może lepiej, niż cała, amerykańska fantastyka oraz prawie na pewno lepiej, niż wszystkie gry fabularne. Co więcej nie jest to pierwszy raz, gdy w ostatnich miesiącach zachodnia kultura popularna została pokonana przez produkcje azjatyckie. Przykładem takiej sytuacji jest popularność koreańskich seriali: Squid Games i All of us are Dead, które podbiły Netfliksa…

Część ludzi już ostrzy sobie zęby, wieszcząc triumf azjatyckiej kultury popularnej i bliskie przełamanie dominacji USA w tej dziedzinie. Czy faktycznie doczekaliśmy się nowej ery?

Z komiksem amerykańskim chyba faktycznie jest źle:

Jeszcze pięć lat temu nie przyszłoby mi do głowy, że będę coś takiego pisał. Przeciwnie: dość intensywnie narzekałem na anime oraz jego stan. Od tamtego czasu japońska kultura popularna nie zrobiła się wcale lepsza. Nadal znaczna większość serii nadaje się do oglądania jedynie za sprawą heroicznego wysiłku, nadal pełno jest rzeczy skrajnie wtórnych i pomysłów męczonych aż do zarżnięcia. Nadal też seksualizowane jest wszystko, na co tylko twórcy spojrzą: kobiety, starcy, dzieci, czołgi, samoloty, karabiny, samochody, konie i dzikie zwierzęta… Więc to nie jest tak, że w Japonii coś się poprawiło. To raczej amerykańska rozrywka ma poważny problem.

Rok 2020 (danych na rok 2021 jeszcze nie ma) był najgorszym rokiem dla komiksu amerykańskiego w dziejach. Sprzedaż utrzymuje długofalowy trend spadkowy, w efekcie czego w zeszłym roku w USA sprzedało się łącznie 82 miliony sztuk komiksów (w 2019 było to 83,2 miliona). W tym samym czasie w USA sprzedało się 82.3 miliona tomików Kimetsu no Yaiba.

Co więcej komiks amerykański zachowuje się wbrew rynkowi. O ile rok 2020 był najgorszy (a raczej: kolejnym najgorszym) rokiem dla tego gatunku w historii, tak zarówno dla mangi, jak i komiksu francuskiego był on rokiem rekordowo dobrym… I to zarówno w USA jak i na rynkach rodzimych…

Osobiście podejrzewam, że sytuacja komiksu amerykańskiego bardzo mocno oddaje to, co dzieje się ogólnie z amerykańską kulturą, zarówno jeśli chodzi o kino, telewizję jak i literaturę. W najmniejszym stopniu dotyczy to gier komputerowych (głównie chyba z uwagi na penetrację rynku przez Europejczyków i Azjatów, co wymusza konkurencję). Komiksy dostają najmocniej natomiast dlatego, że są najsłabsze. To biznes kilkakrotnie mniejszy (cały rynek jest wart około 5 miliardów dolarów), niż książki (wartość około 30 miliardów), kilkadziesiąt razy niż gier (220 miliardów) i kilkaset razy niż kino (920 miliardów). Niemniej sytuacja jest zła wszędzie.

Ale to w zasadzie nieistotne…

Kimetsu no Yaiba i Squid Games: trudne fenomeny:

Zacznijmy od tego, że dla osób siedzących długo w środowiskach związanych z kulturą azjatycką sukcesy zarówno Kimetsu no Yaiba jak i Squid Games są średnio zrozumiałe. Ba! Pierwsza z tych serii wśród starszych fanów ma nawet opinię najbardziej przehajpowanego tytułu wszechczasów. Osobiście byłbym w stanie wskazać wiele lepszych tytułów, należących do tego samego gatunku (np. Dragon Ball, żeby daleko nie szukać). To owszem, dobrze rysowany i sprawnie napisany, ale zwykły i momentami dość wtórny shounen

Aczkolwiek wydaje mi się, że wynika to po prostu ze zblazowania takich ludzi jak Ja. Prawdopodobnie typowy czytelnik Kimetsu no Yaiba po prostu ma mniej lat, niż ja stażu z mangą i anime. I on po prostu nie widział już tych wszystkich rzeczy milion razy…

To samo tyczy się też Squid Games, które jest po prostu kolejnym Battle Royale… Z tym, że akurat ten gatunek w ostatnich latach nie był (może poza Igrzyskami Śmierci) specjalnie mocno reprezentowany w mainstremie.

Co jednak sprawiło, że odniosły taki sukces?

Bo nie ma tam tego całego, postmodernistycznego crapu:

platek

Te dwie, widoczne wyżej postacie noszą imię Snowflake oraz Safespace i to nie jest żart. To nie jest też satyra, złośliwość, trolling, prowokacja czy durny mem z 4chana. Te postacie naprawdę nazywają się Płatek Śniegu i Bezpieczna Przestrzeń. Były bohaterkami anulowanej serii Marvela pod tytułem New Warriors. I prawdę mówiąc zanim zacząłem pisać ten post nie wyobrażałem sobie, że ktoś może być, aż takim debilem, iż całkiem na poważnie uznał, że młodzieży spodoba się koncepcja takich postaci…

Przecież to jest obraźliwe w zasadzie dla każdego!

Konserwatystom nie spodoba się, bo wartości… Lewicy nie spodoba się, bo nazwano je słowami, które wymyślili konserwatyści, żeby nabijać się z lewicy. Jest to pomysł równie dobry, jak nazwanie czarnych bohaterów „Czarnuch” i „Niewolnik”.

A tego typu kwiatków mamy jeszcze więcej…

postmodernizm

marvel2

postmodernizm2

Bliższe postacie:

Ale to nie jedyny powód.

Niedawno miałem przyjemność oglądać film pod tytułem Biały Tygrys. Jest to w prawdzie produkcja Netflixa, jednak nakręcona przez Hidusów o Hindusach i co najważniejsze w Indiach. Tym co mnie zaskoczyło jest fakt, że – mimo iż akcja dzieje się w kraju o którego kulturze wiem tylko tyle, że gotują smaczną pastę z grochu i wyśmienitego kurczaka w zielonej brei – to bohaterowie i ich przeżycia są mi bliższe, niż w wypadku większości amerykańskich produkcji. Co jest o tyle dziwne, że to koniec końców to ci drudzy pochodzą ze zbliżonego kręgu kulturowego.

Ogólnie rzecz biorąc głównym problemem amerykańskich produkcji jest ich oderwanie od codziennej rzeczywistości odbiorcy: nie tylko Polskiego, ale podejrzewam też, że amerykańskiego.

Może to brzmieć dziwnie, gdy mówimy o opowieściach pewnych superbohaterów, sensacji, niezwykłych mocy, kosmitów etc. i generalnie traktujących o wymyślonych ludziach. Jednak, jak można zauważyć śledząc amerykańskie produkcje: czy to książki, czy to filmy, czy to komiksy czy gry, ich bohaterowie bardzo często zachowują się w sposób taki, jak nikt się nie zachowuje, mają problemy, których nikt inny nie miewa, a nie mają takich, jakie mają wszyscy…

Wiecie: życie szkolne polega wyłącznie na chodzeniu na imprezy i zmienianiu partnerów seksualnych jak rękawiczki. Do samej szkoły chodzi się tylko po to, żeby się pokazać. Nawet, jeśli imprezowało się całą noc, to nazajutrz wygląda się nienagannie. Każdą zachciankę można spełnić. Jeśli tego chcemy, to możemy jechać w dowolne miejsce, kupić dowolną rzecz, pieniądze bowiem mamy nieskończone…

Przepraszam, że skupię się na literaturze, ale jest mi ona bliższa niż komiksy czy filmy. Jeśli weźmiemy książki takich postaci, jak Scott Lynch, John Flanagan, Melisa De La Cruze, Alison Godman, Brandon Sanderson, Nara Jemisin, Ken Liu to zauważymy dokładnie to samo: opisy skupione na wyglądzie postaci i szczegółach ich stroju. Bohaterowie, którzy dochodzą do czegoś tylko dlatego, że są specjalni, mimo że nic ich specjalności nie potwierdza, najczęściej po prostu odkrywający w sobie supermoce i wielkie talenty, bo oprócz tego trwoniący życie na puste przyjemności. Dwuletnie dzieci mówiące pełnymi zdaniami. Pięcioletnie dzieci piszące wielostronicowe eseje o filozofii. „Bardzo sprytne” bohaterki, które uciekając z domu nie myślą o tym, żeby wziąć ze sobą prowiant, a następnie wabiące na pustkowiu króliki za pomocą jakiejś królikomiętki… Chińskich cesarzy delektujących się kartoflami i innych, na ucztach serwujących dania z Pol-Vietów. Albo biedne, postapokaliptyczne dzieci, zmuszane do pracy przy rozbieraniu okrętów, które w pracy mają przerwę obiadową i trzy posiłki dziennie (w tym gulasz z mięsem).

Ogólnie: oderwanie od rzeczywistości i przekonanie o własnej specjalności, nie podparte niczym.

Kontrastuje to z bohaterami anime, których doświadczenia są dość normalne…

Obecnie nie oglądam już zbyt dużo japońskich kreskówek, tak więc skupię się na niekoniecznie najbardziej reprezentatywnych tytułach. Spójrzcie choćby na Dr. Stone. Fabuła pozornie odjechana całkowicie. Oto bowiem cała ludzkość zmienia się kamień, a cywilizacja upada. Po tysiącleciach uwalnia się tylko jedna osoba: nastoletni geniusz Senku, który uznaje, że jego dziejową misją jest odbudować cywilizację.

Problemy przed którymi staje bohater to: jak nie umrzeć z głodu, jak ochronić się przed zimnem, skąd znaleźć leki dla koleżanki, jak rozwiązać konflikt z sąsiednią wioską, żeby nikt przy tym nie zginął… Okazuje się, że wrogów można pozyskać obiecując im coca-colę i muzykę rozrywkową, a najprzydatniejszym członkiem drużyny jest panienka, która potrafi szyć…

Albo Yuru Camp… Seria, której cała fabuła polega na planowaniu biwaków: wybieraniu miejsca, gdzie chce się jechać, planowaniu, zbieraniu pieniędzy na wycieczkę i w końcu jechaniu…

To są faktyczne doświadczenia, które pokrywają się z przeżyciami prawdziwych ludzi.

Różnica w wymowie jest taka, że w dziełach azjatyckich każdy może mieć przygody. W amerykańskich: tylko bogaci ludzie.

Dobrze widać to w Z Mgły Zrodzonym Sandersona, gdzie główną bohaterką jest wszechstronnie utalentowana dziewczyna bękarcią córką przedstawiciela wyższej szlachty, dziedzicząca talenty po tatusiu. Przyłącza się ona do grupy zdeklasowanej szlachty, by z jej pomocą wywołać chłopską rebelie…

Albo Ken Liu i jego Królowie Dary, gdzie główny bohater jest drobnym arystokratą, który najpierw, zamiast się kształcić na urzędnika, traci czas w karczmach, potem odzyskuje poparcie rodziny biorąc się za jakąś (choć podrzędną) robotę, a potem, gdy wybucha chłopska rebelia okazuje się naturalnym przywódcą… I wygrywa nie dlatego, że jest odważny, silny, kompetentny, bezwzględny czy nawet dzięki szczęściu, a dlatego, że jego pochodzenie klasowe daje mu przewagę nad zwykłymi ludźmi.

Albo Lev Grossman i jego Fillory, gdzie dla bohatera „normalne życie” okazuje się etatem załatwionym przez znajomych, w biurze, gdzie 8 godzin dziennie ćpa, ogląda filmy pornograficzne i gra w gry komputerowe…

Albo pani Melisa de la Cruz, autorka problemu społecznego pod nazwą Błękitnokrwiści oraz komiksu Gotham High, rewelacyjnej serii wydawniczej DC Comics sprzed dwóch lat. Sukcesu tak wspaniałego, że według Google Books podobała się aż 14 procent użytkowników, a który zawieszono po 2 tomie (a zapowiadaną kreskówkę w ogóle wyrzucono do kosza). No niestety ale komiks nie jest tutaj wyjątkiem. Ci sami ludzie pracują w różnych dziedzinach, rak dotknął całego organizmu i ma już przerzuty. Po prostu pierwszy guz nowotworowy wyrósł tutaj, a nie w innym miejscu…

Ale spójrzmy n a Gotham High:

Kto ma takie doświadczenia?

No kto?

Bo nie ma tam Amerykanów:

I tu dochodzimy do sedna problemu.

Niedawno słyszałem taką hipotezę, że problemem amerykańskiej rozrywki jest nadmiar pracowników wywodzących się z wyższej klasy średniej (wyższa klasa średnia to osoby zarabiające od 2 do 10 średnich krajowych).

Skutkować ma to tym, że powstaje błędne koło: wywodzący się z wyższej klasy średniej redaktorzy przyjmują do publikacji dzieła takich samych twórców, które opowiadają o losach podobnych im ludzi. Następnie dziennikarze o tym samym pochodzeniu w recenzji stwierdza, że doskonale opisują one problemy współczesnej młodzieży.

Ponoć dzieje się tak dlatego, że USA przez przypadek stworzyło sobie plutokrację, koszta studiów bardzo wzrosły, a wykształcenie wyższe stało się de facto dziedziczne.

Szczerze?

Brzmi jak teoria spiskowa…

Niemniej w tym kontekście opowiedziana przez Kena Liu historia może być oparta na faktach. Tylko, że zamiast o wodzu buntowników mowa tu o przedstawicieli złotej młodzieży, który stracił zaufanie rodziny bawiąc się, zamiast się uczyć. Jednak opamiętał się, zdał na byle jakie studia, został redaktorem w dużym wydawnictwie i tym sposobem odzyskał twarz wśród członków własnego rodu.

Problem w tym, że głównymi odbiorcami kultury popularnej są klasy niższa, pracująca, niższa średnia i średnia… Sama kultura popularna jest (jak twierdzi A. Kobus w Fandom: Fanowskie modele odbioru) jest literaturą buntu.

Buntu właśnie przeciwko klasie wyższej i wyższej średniej.

Ja raczej nie podejrzewam, żeby w USA, kraju bardzo wysokiej bezdomności, przestępczości, upadłych miast, wysokich kosztów studiów oraz opieki medycznej akceptacja i status społeczny były codziennym doświadczeniem i wartością samą w sobie dla wszystkich czytelników.

Czy Azjaci wygrają?

imagdesNie. A przynajmniej nie w przewidywalnej przyszłości.

Może, gdyby nadal były lata 90-te i wydawaliby rzeczy takie jak Berserk, Ghost in the Shell, Akira, Evangelion czy Cowboy Beebop… Ale niestety Azjaci mają swoje problemy, Amerykanie natomiast wciąż posiadają za dużo pieniędzy do spalenia.

Korea to przede wszystkim za mały, cały czas zbyt biedny oraz (co najważniejsze) peryferyjny kraj. Owszem, kultura popularna to bardzo ważny element jego gospodarki, a co więcej powstające w nim produkcje mają bardzo dużą siłę przyciągania, co widać choćby po światowym sukcesie muzyki K-Pop. Jednak amerykanie cały czas mają po prostu więcej ludności, więcej pieniędzy, leżą zdecydowanie bliżej największych rynków zbytu (to jest Ameryki) lub przynajmniej tak samo daleko, jak Korea. Łączy ich też z nimi więcej więzi poza-biznesowej natury. W skrócie: prawie każdy ma krewniaka w USA i zna język angielski, natomiast mało kto ma ich w Korei i zna język koreański…

Pod tym względem sytuacja Japonii jest trochę inna. Państwo to od bardzo dawna penetruje zachodnie rynki i ma pod ręką wiele rozpoznawalnych marek i firm. Jednak Japończycy sami mają poważne trudności strukturalne. Największą z nich jest niewielka zdolność przyciągania talentów, jaką posiada tamtejszy rynek rozrywki, wynikająca przede wszystkim z niewielkich płac. Z jednej strony pozwala im to tworzyć filmy animowane w kosztach, jakie w USA wydaje się na pojedynczy odcinek The Simpsons. Z drugiej… Z drugiej animator lub rysownik z dwudziestoletnim stażem nierzadko zarabia pieniądze nie pozwalające mu związać końca z końcem (tzw. Key Animator w Japonii zarabia rocznie średnio 2,1 miliona jenów, podczas gdy granica biedy w tym kraju to 2,2 miliona jenów rocznie).

W prawdzie mówi się, że artysta głodny to artysta płodny…

Jednak utalentowani ludzie po prostu nie podejmują pracy w tych zawodach. Albo rysują komiksy dla Marvela i DC.…

W dłuższej perspektywie…

Cóż…

Osobiście nie sądzę, by dzisiejsze, postmodernistyczne trendy w kulturze miały trwać długo. Myślę, że w ciągu 10 do 20 lat wypalą się w ten, czy inny sposób. Problem w tym, że na ich miejsce może przyjść coś jeszcze gorszego.

Co więcej: 10 lat to bardzo dużo czasu. Po takim okresie świat może wyglądać zupełnie inaczej. Przykładowo: kto może dziś zagwarantować, że USA nie zaplącze się w wojnę, która pozbawi go statusu supermocarstwa?

Największy problem polega jednak na tym, że tak naprawdę nie ma ilości pieniędzy, których nie dałoby się w zaskakująco krótkim czasie zmarnować. Tak więc, jeśli to, co widzimy będzie kontynuowane, to amerykańska kultura popularna będzie zapewne ustępować pola konkurencji.

Co więcej: wewnętrzne problemy Japończyków (bo nie Koreańczyków) da się rozwiązać stosunkowo łatwo (wystarczy zacząć uczciwie płacić za uczciwą pracę). Jeśli problem Amerykanów faktycznie polega na strukturze ich społeczeństwa: wysokim koszcie studiów, małej mobilności społecznej, zabetonowaniu się wyższej klasy średniej na atrakcyjnych lub przynajmniej nie wymagających ciężkiej pracy i odpowiedzialności stanowiskach oraz przeobrażeniu ich w dziedziczne (a także wynikającej z tego niemożliwości wyszkolenia talentów) to może on okazać się bardzo trudny do naprawy.

USA jest bardzo podzielonym krajem, zarówno pod względem etnicznym jak i geograficznym. W efekcie więc trudno oczekiwać, żeby ktoś zgodził się na pogorszenie swego losu, po to tylko, żeby ludzie innej rasy, religii czy narodowości (zauważcie, że nawet sama „rdzenna” ludność USA dzieli się na Anglosasów, Szkotów, Irlandczyków i Francuzów), żyjący na drugim końcu kontynentu miał lepiej…

Niemniej jednak na jego korzyść działa to, że Amerykanie zwyczajnie mają co tracić. Potrzebowaliby całych dziesięcioleci klęsk, żeby ich hegemonia w dziedzinie kultury trwale upadła…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Anime, fantastyka, Fantasy, Filmy, Gry komputerowe, Japonia, komiksy, Kreskówki Zachodnie, Książki. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

20 odpowiedzi na „Czy Azjaci zeżrą zachodnią kulturę popularną?

  1. Nic pisze:

    Akurat w przypadku Japonii to mangi tracą cały czas popularność na rzecz Webtoonów co ciekawe

    • polonusx pisze:

      Bo komórki wypierają papierową mangę, a webtoons ładniej się prezentują w kolorze i są dostosowane do przewijania pionowo, a niektóre historie nie gorsze niż mandze (Solo Leveling mi się bardzo podobał). Do tego Chińczycy zaczęli też tworzyć dużo, a to duży rynek twórców i czytelników.

  2. wiron pisze:

    Było trochę narzekania że Spiderman oryginalnie ciągle miał problemy z kasą, a tymczasem w nowych filmach chodzi do elitarnego liceum i jest pod opieką multimiliardera. Więc chyba ludzie to już zauważają.

    • marchewa79 pisze:

      Można by to w sumie pokusić cię o porównanie telewizyjnych seriali Marvella (Dardevill i reszta) z MCU. Te Netflixowe seriale były dużo bliżej rzeczywistości ameryki niż kolorowe MCU. Chociaż Vulture z pierwszego Spidermana z MCU okazywał się postacią głęboko zakorzenioną w robotniczym etosie, podobnie jak Black Panther który to film rezonuje w USA zaskakująco silnie. Ale BP to też fantazja na temat afrykańskiego mocarstwa high tech ale takiego gdzie ludzie o władzę walczą włóczniami a nie w wyborach.
      Tak wspominam te pierwsze Batmany w PL w latach 90 i one były raczej krytyczne wobec USA i tamtejszej rzeczywistości. Co poszło nie tak?

      • wiron pisze:

        9/11

        Najpierw mieli fale huraaa-patriotyzmu która zmiotła krytykę USA. A ci którym przeszło i dostali kaca moralnego przerzucili się na grimdark – „nie ma dobrych spraw, obie strony złe, zawsze się trochę torturuje”.

        Poza tym MCU jest dofinansowywane przez wojsko. Jak coś im się nie podoba w scenariuszu to wetują. Zauważ że Winter Soldier było niby krytyką inwigilacji państwowej przez NSA, ale SHIELD było specjalne określone jako organizacja międzynarodowa. Black Panther ma dobrego agenta CIA, Captain Marvel to praktycznie reklama rekrutacyjna.

      • marchewa79 pisze:

        Czekam na „Grey man” Netflixa bo książki są bardzo krytyczne wobec CIA która gra tam czarnego luda i nie oszczędza się scen tortur i innych rzeczy. W ogóle zresztą książki polecam jedno z przyjemniejszych prywatnych literackich zaskoczeń ostatnich lat. Autor robił za necro writera Clancyego i wiele się po nim nie spodziewałem a własne powieści pisze bardzo dobre. Zobaczymy czy wojsko znowu namieszało.

      • Tak, ale to nie tłumaczy tego obsesyjnego zainteresowania życiem bogaczy, z pominięciem problemów wszystkich innych. Oraz poziomu odrealnienia problematyki.

      • marchewa79 pisze:

        Przeszukałem moje zeszłoroczne lektury w poszukiwaniu tła socjalnego tła i w akcyjniakach nieźle było z „The Drifter” Nicka Petrie, przedostatni Reacher był też mocno osadzony w realiach urban decay.

  3. slanngada pisze:

    Wiesz, kilka razy to samo pisałeś o anime.

    Komiks amerykański jest bardzo specyficzny, i IMHO mcu i serialowość mu zaszkodziła.
    Trochę upowszechniania własnego gustu też tu widzę 🙂

  4. Siman pisze:

    Akurat Koreę ciężko nazwać „zbyt biednym krajem”: jeśli liczyć ich PKB per capita według parytetu siły nabywczej to wyprzedzili Japonię parę lat temu, a ostatnio także Francję:
    https://data.worldbank.org/indicator/NY.GDP.PCAP.PP.KD?locations=KR-JP-FR

    Jeśli liczyć nominalny PKB to dogonią Japonię w 5 lat:
    https://www.japantimes.co.jp/news/2022/01/16/business/economy-business/jp-sk-taiwan-gdp/

    Poziom Norwegii czy Szwajcarii toto jeszcze nie jest (i pewnie nie będzie, bo mają ten sam demograficzny problem co Japonia, tylko tak circa o dekadę mniej palący), ale Korea jest zdecydowanie w gronie najbogatszych gospodarek świata.

    • Tak, ale to nadal nie jest poziom USA. Które choćby przez swój rozmiar i liczbę ludności zawsze będzie się liczyć.

      Z tej samej przyczyny moim zdaniem na kulturową dominację nie mają szans też Francja czy Niemcy: ciągle jednak za małe kraje, owszem, bogate, dysponujące bogatą kulturą, ale nie mające wystarczająco dużego kapitału zarówno finansowego jak i ludzkiego, żeby tutaj wygrać. Oraz dzielone od reszty rynku barierą językową. Amerykanom niestety bardzo łatwo jest penetrować wszystkie rynki anglosaskie.

      • slanngada pisze:

        Jeśli mam być szczery, to generalnie bardzo często wietrzysz upadki i zagłady różnych rzeczy. Co zresztą zaczyna być cechą dominującą w fandomie od czasów Last Jedi, choć objawy były widoczne już wcześniej, ale teraz nasiliły się do poziomu męczącego. Głównie straszne skakanie pomiędzy Hypem, a totalnym mieszaniem z błotem. Ja jestem generalni strasznie pozytywnie nastawiony do wszystkiego i dużo rzeczy lubię, wię od dawna mnie to męczy. Może to kwestia tego, że nigdy nie lubiłem trendów fandomowych. Nie lubiłem wiedźmina i Warhamera, Tolkiena w miarę lubię, ale wolę filmy, komksy polubiłem dopiero po studiach, tak jak awatara. Jednak mam wrażenie, że fandom staje się coraz bardziej… Neurotyczny?

  5. polonusx pisze:

    Amerykanie już raz rozwalili swój rynek komiksów, który był tematycznie dużo bogatszy niż teraz, za czasów Makkartyzmu. Wtedy odgórna cenzura The Comics Code Authority (CCA), nie pozwalała na drukowanie np. horrorów, golizny i gore. Bez tego rynek amerykański pewnie wyglądał by jak japoński i francuski, a superbohaterowie nie zjedli by lwiej części sprzedaży.

    Teraz to powtarzają z oddolną cenzurą poprawności politycznej, gdzie ważniejsze od akcji zrobiło się przesłanie i nie obrażanie nikogo. Do tego narzeka się, że komiksy piszą najtańsi scenarzyści, bo to standard w korporacjach.

    • PK_AZ pisze:

      Szczerze? Zaczynam się powoli zastanawiać, czy politpoprawność nie jest takim wygodnym chochołem. Jeśli fabuła jest licha i durnowata, bo pisał ją najtańszy scenarzysta na polecenie szefa oderwanego od codzienności czytelnika, to ładunek ideologiczny jej ani nie zbawi, ani nie potępi. Z drugiej strony kazus Star Butterfly wskazuje, że jak się za progresywistyczną kreskówkę wezmą kompetentni ludzie, to wychodzi to fajnie.

      • polonusx pisze:

        Może jest chłopcem do bicia, ale na pewno nie chochołem. Jakoś sobie nie wyobrażam, aby teraz nakręcili Świat według Bundych bez masy protestów. Nawet Przyjaciołom się ostatnio oberwało za małą diversification w obsadzie. Można też sobie popatrzyć na obsadę Władcy Pierścieni w filmie i nowym serialu z tego świata.

        Ładnym przykładem są też dwa seriale z He-men na Netflixie.
        Za jeden wziął się znany reżyser i przerobił go na She-men, pastwiąc się nad męskimi bohaterami i wywyższając kobiety, bo tak (niby kontynuacja starej serii, ale wszystkie postacie zachowują się inaczej). Fani jakoś nie polubili tej progresywnej zmiany.
        W drugim dobra ekipa zrobiła reaboot, gdzie odmłodzili ekipę i z He-mena zrobili część ekipy, a nie jednoosobową armię (inny target, lecz ci co obejrzeli mieli pozytywne opinie).

        (spoiler) W obu produkcjach wygrywa Szkieletor, ale w jednej wygląda to na jakiś żart, gdzie z tyłka wyjął informacje, o których nikt nie widział, do tego zrobili mu restart genezy dwa razy, pomimo zarzekania się, że jest to kontynuacja starej serii.
        W drugim wygrana wygląda jak zasłużona nagroda za przeprowadzenie dobrego planu, który ciągnął się przez cały sezon.

        Te wywyższanie mniejszości (jakby kobiety były mniejszością), można też zobaczyć przy wymaganiach co do Oskarów.

      • Poprawność polityczna faktycznie jest trochę kozłem ofiarnym. Zwróćmy uwagę na takiego Wiedźmina, gdzie większość krytyków skupia się na rasie aktorów i orientacji bohaterów.

        Czy serial byłby trochę lepszy, gdyby wszyscy tam byli biali jak śnieg i heteroseksualni?

        Ani trochę.

        Poprawność to po prostu jeden z objawów problemu.

  6. Przechodzień pisze:

    Parę słów o Kimetsu no Yaiba, dla starych wyjadaczy pod względem trzonu fabularnego nie jest to historia wyjątkowo oryginalna. Ot młodzieniec chce pomścić rodzinę, walcząc z potworami wspólnie z towarzyszami. Natomiast o sukcesie tej historii zadecydowały szczegóły które sprawiają że czuć że jest to historia osadzona na początku XX wieku w Japonii. Są też bohaterzy, potrafią zaskoczyć.Natomiast ważną częścią tej historii są też historie pokonanych demonów (bo rzadko ktoś staje się złem wcielonym bez powodu). A także co ważne naprawdę wspaniałe wykonanie od strony technicznej.

    • Era Taisho faktycznie jest rzadko spotykana, ale przypominam sobie, że były już serie w niej osadzone (na przykład Sakura Taisen i Demon Princes Zakuro). Natomiast bogate tło przeciwników i podejście „rzadko ktoś staje się złem wcielonym bez powodu” jest typowe dla całej japońskiej kultury popularnej (w sumie nie wiem dlaczego: Może to kwestia buddyjskiego lub konfucjańskiego podejścia? Może japońskiej niechęci do religii? Może pamiątka po II wojnie światowej, gdzie się nie popisali? Może braku manicheistycznego dualizmu charakterystycznego dla chrześcijaństwa?) i w zasadzie w każdej mandze czy anime jest coś takiego… Wystarczy choćby spojrzeć na Dragonball, gdzie w zasadzie każdy Wojownik Z to przekaptowany antagonista…

    • buszasp pisze:

      Co by nie mówić o braku oryginalności Kimetsu no Yaiba to w porównaniu ze współczesną popkulturą zachodnią wygrywa on na starcie tylko dlatego, że nie jest to remake, adaptacja, prequel czy sequel jakiegoś starego klasyka. Generalnie pod tym względem ogólnie większość twórczości wschodniej wygrywa ostatnio z zachodem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s