Bestiariusz słowiański i jego przydatność:

dbestiariusz-slowianski-czytamJak pisałem: skończyłem czytać „Bestiariusz Słowiański” Vargasa (8/10), jedną z czołowych książek współczesnej Nowej Fali Słowiańskości (TM).

Uczciwie mówiąc książka ta skłoniła mnie nieco do przemyślenia mojego spojrzenia na to zjawisko i rewizji części poglądów. Nadal w prawdzie uważam, że „mitologia słowiańska” kiepsko nadaje się na tło dzieła kultury lub gry. Z zupełnie jednak innych powodów, niż wcześniej podawałem.

Niemniej jednak da się to użyć konstruktywnie…

Nie słowiański lecz polski:

Ogólnie rzecz biorąc cała słowiańskość od momentu, gdy w epoce romantyzmu pojawił się ten trend jest rozgrywką o dominację kulturową między Rosjanami, Polakami, Czechami, a Słowianami Południowymi, gdzie dwa pierwsze narody starają się przypisać sobie prymat w wielkiej, słowiańskiej rodzinie, Czesi bronią się przed dominacją kulturową, a na Słowian Południowych nikt nie zwraca uwagi… Nie inaczej jest w wypadku tej publikacji. Tak więc książka stawia znak równości między „polskie” a „słowiańskie”, co poniekąd jest prawdą (kultura polska jest kulturą słowiańską), ale nie do końca (kultura słowiańska nie jest kulturą polską). Tak więc książka w zasadzie skupia się na stworach pochodzących z Polski, oprócz nich pojawiają się dwa, może trzy wywodzące się z Ukrainy i Białorusi.

Pozostałe kraje słowiańskie: Rosja, Czechy, Słowacja, kraje byłej Jugosławi są natomiast całkowicie pomijane.

Co paradoksalne więcej jest chyba stworów pochodzenia litewskiego lub niemieckiego, niż ogólnosłowiańskich.

Tak więc: wspólnoty słowiańskiej tu nie ma.

Nie mitologia, lecz folklor:

Po drugie jest to bestiariusz folklorystyczny, a nie mitologiczny lub legendarny. Jaka jest różnica? Otóż: mitologia jest oficjalnym systemem wierzeń, folklor: systemem wierzeń, który gdzieś tam egzystuje, ale oficjalnie został odrzucony. W jego skład mogą więc wchodzić dawne mity, które zostały jednak odrzucone (na przykład wskutek przyjęcia nowej religii) przez oficjalną kulturę, rzeczy, które nigdy do oficjalnej kultury nie zostały przyjęte (na przykład dlatego, że większość społeczeństwa nigdy weń nie uwierzyła lub uwierzyły weń tylko doły społeczne) oraz rzeczy, które nigdy nawet nie starały się trafić do oficjalnego systemu wierzeń (np. postać Gargamela można uznać za bohatera ludowego, ale nikt nigdy w jego istnienie nie wierzył).

Bestiariusz Słowiański zawiera wyłącznie stwory drugiej i trzeciej kategorii. Są to istoty, w które mógł wierzyć Głupi Jasio, który bał się wejść do lasu w obawie, że wyskoczy na niego Leleń…

Nie ma tu takich klasycznych, znanych choćby z mitologii greckiej istot, z którymi mierzyli się bohaterowie, nie ma bogów, nie ma potężnych istot, z którymi powinni walczyć wojownicy, zmagać się królowie lub rozmawiać kapłani.

Są za to skrzaty sikające do mleka, zmieniające drogowskazy i takie sprzątające dom za miseczkę mleka…

To niestety problem całego świata słowiańskich wierzeń. Ogólnie rzecz biorąc przekazów przetrwało łącznie może 2 strony, co więcej wzajemnie sprzeczne. Wiele wskazuje też na to (na przykład brak świętych-męczenników), że nasi przodkowie dość łatwo przyjmowali obce wierzenia.

Nie wiadomo dlaczego tak było.

Ja osobiście jestem zwolennikiem tezy, że (gdy Słowianie trafili na obszary, gdzie obecnie żyją) byli już bardzo mocno wynarodowieni i po prostu zapomnieli swych oryginalnych wierzeń. Jednak jest to tylko moja prywatna opinia.

Niemniej jednak ma to szerokie konsekwencje na wypadek gdyby ktoś chciał użyć tego bestiariusza w grze lub książce. Otóż: nie ma tu istot, z którym mógłby mierzyć się jakiś Kratos czy inny Duch Sparty. Po prostu nie ma tam groźnych, krwiożerczych bestii. Ludzie pytają się czasem „W czym nasze, słowiańskie wierzenia są gorsze od mitologii greckiej, nodryckiej, japońskiej czy choćby tolkienowskiej…” Otóż właśnie tym: nie ma tu żadnych orków, trolli czy wielkich pająków, z którymi można walczyć by na miecze. Nie ma hydr, lodowych gigantów, harpii, wilków zjadających słońce, zmiennokształtnych lisic uwodzących samurajów… Po prostu ludzie, którzy tworzyli kulturę oficjalną: wojownicy, wodzowie, szlachta, kapłani, mnisi, poeci, być może nawet bogaci chłopi nie wierzyli i nie rozważali uwierzenia w opisane potwory. Dlatego nie ma stworów, z którymi borykaliby się bohaterowie ani zwycięstwa nad którymi przypisywali by im poeci: nie ma żadnego słowiańskiego Grendela, hydry czy czegoś takiego. Bo oficjalnie nawet nie rozważano, że coś takiego mogłoby istnieć…

Dlatego też Sapkowski korzystał z podręczników do Advanced Dungeons and Dragons tworząc potwory, z którymi walczyli Wiedźmini…

Z tego samego powodu też nie nadaje się on do typowej gry w rodzaju RPG, zręcznościówki, strategii czy czegoś takiego (nadaje się do określonego typu gier, ale o tym później). Po prostu one najczęściej opowiadają o elicie: bohaterach i królach oraz jej zbrojnych dokonaniach, względnie ludziach do elity awansujących. Tutaj natomiast nie ma potworów, z którymi można by walczyć.

Małe zróżnicowanie:

Trzeci problem z bestiariuszem słowiańskim polega na tym, że jak na standardy typowych gier jest zbyt mały i pozbawiony oryginalności. Wydawać by się mogło inaczej, bowiem książka zawiera opisy aż 308 potworów. Faktycznie wszystkie (oprócz kilku importów obcych, jak bazyliszek) należą do zaledwie 12 archetypów. Są to:

  • demony chorób

  • demony pedagogiczne

  • demony złego losu

  • dusze pokutujące

  • przyjazne gnomy

  • rusałki w różnym wieku

  • strażnicy leśnej kniei

  • upiory pijące krew

  • wodniki

  • złodziejskie chowańce

  • złośliwe gobliny

Jeśli chodzi o pozostałe stwory, to potraktować je można albo jako lokalne warianty jakiegoś, konkretnego stworzenia, albo specyficzne mutanty w obrębie jednego gatunku, albo wręcz jako imiona konkretnych stworzeń.

Co więcej większość z tych stworów w zasadzie niczym specjalnie, ani w swoim tle fabularnym, ani w zachowaniu, ani w wyglądzie nie ma niczego specjalnego, co wyróżniałoby go z typowego bestiariusza.

To znaczy: jak mamy krasnoludka słowiańskiego, to w zasadzie niczym nie różni się od zachodniego gnoma. Wszelcy leszy w zasadzie nie różnią się od entów, upiory od upiorów, biegające po lasach gołe baby od biegających po lasach gołych bab z reszty kontynentu i tak dalej i tak dalej…

Po prostu jest to typowy, europejski bestiariusz ludowy, pozbawiony jednak tej górnej, mitologiczno-legendarnej warstwy z sag i romansów rycerskich.

Jak można użyć konstruktywnie?

Jak mówiłem: istnieje możliwość użycia konstruktywnego tego wszystkiego. Większość gier czy klasycznego fantasy idzie raczej w poetykę romansu rycerskiego, gdzie z potworami się walczy. W wypadku bestiariusza słowiańskiego niestety nie bardzo mamy do czynienia z istotami, z którymi można by walczyć, a przynajmniej takimi, które mogłyby dostarczyć ciekawych wyzwań i nie być reskinami ogólnie znanych archetypów…

Są tu jednak dwa wyjątki utworów, które mogłyby o tym opowiadać.

Pierwszym mogłaby być jakaś baśń lub bajka dla dzieci. Nie w stylu Tolkiena lub Howarda, ale klasyczna baśń, jak u braci Grimm, względnie jakieś fantasy komediowe w stylu Pratchetta, opowiadające o nagłej odmianie losów chłopskiego syna.

Drugi to gra przygodowa o tego typu bohaterze.

Ten wpis został opublikowany w kategorii fantastyka, Fantasy, Gry komputerowe, Książki i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

11 odpowiedzi na „Bestiariusz słowiański i jego przydatność:

  1. Siman pisze:

    Absolutnie się nie zgadzam. Tzn. oczywiście słowiańszczyzna nie ma niczego porównywalnego literacko, ani pod względem jakości, ani długości, do Edd czy zachodnich cykli rycerskich. Ale stwierdzenie, że „jest tego dwie strony” to jakaś kompletna bzdura.

    Swego czasu robiłem research do prototypu gry słowiańskiej i materiał jest olbrzymi, po prostu rozproszony, słabo opracowany i nieprzetłumaczony albo przetłumaczony wyrywkowo. Tutaj głównym problemem jest właśnie to o czym pisałeś:

    „Tak więc książka w zasadzie skupia się na stworach pochodzących z Polski, oprócz nich pojawiają się dwa, może trzy wywodzące się z Ukrainy i Białorusi.”

    Większość opracowań ma ten problem. Tymczasem liczba źródeł jest bardzo bogata:
    – Mamy byliny ruskie, zdecydowanie epickie, dotyczące klas wyższych, teoretycznie opowiadające o chrześcijanach, ale w praktyce pełne treści w których przebrzmiewają echa starszych mitologii i folkloru
    – Mamy byliny bułgarskie, do których nie udało mi się dotrzeć, ale wyglądają na podobne do powyższych
    – Mamy epickie pieśni serbskie/południowosłowiańskie, też opowiadające o klasach wyższych, też powierzchownie chrześcijańskie, a w praktyce pełne smoków, nimf i mściwych demonów
    – Z tego samego regionu mamy w ludowych podaniach bardzo ciekawe duety protagonista-antagonista w postaci krsnik-kudlak oraz zduhać-chały/ażdachy. Ten drugi zakłada, że duchy ludzi w nocy wychodzą z ciał walczyć z potężnymi demonami chmur i nieba, tutaj naprawdę niewiele trzeba dodać, żeby zrobić z tego materiał na powieść fantasy
    – Mamy całkiem nieźle opracowane wierzenia Słowian Zachodnich jeśli chcemy w to wrzucić jakiś panteon
    – Mamy latopisy staroruskie, Powieść minionych lat, mamy też kroniki polskie w których są rozproszone, ale jednak całkiem użyteczne informacje
    – No i mamy kupę folkloru, jeśli rzeczywiście połączyć polskie, czeskie, wschodnio- i południowosłowiańskie to lista mocno spuchnie, bywają tam całkiem mocne postacie w rodzaju Kościeja Nieśmiertelnego

    Żeby to zebrać do kupy trzeba oczywiście pogodzić się kilkoma oczywistymi faktami: robimy fantasy wzorowane na, a nie pracę etnograficzną albo antropologiczną, nie rekonstruujemy, tylko budujemy na bazie. Całość musi być z oczywistych względów eklektyczna, jak bogatyrowie będą się kląć na Trygława i walczyć z ażdachami to trudno. Nie widzę w tym jednak wielkiej przeszkody, w końcu wkurzony heros grecki koszący nordyckich bogów i monstra też jest raczej eklektyczny i luźno wzorowany, nikt jakoś nie ma z tym problemu.

    Problem jest jeden i to spory: zbieranie do kupy ktoś musi zrobić, to jest praca na źródłach albo szukanie opracowań w kilku językach i często sprzed kilku(nastu) dekad, mało kto miałby know-how, czas i pieniądze żeby to zrobić na potrzeby komercyjnego projektu. Dlatego ja np. tego prędko u siebie w studiu nie przepchnę, zrobiłem sobie wstępną kwerendę, trochę poczytałem co było w bibliotece głównej w moim mieście i na tym się skończyło. Najlepiej jakby znalazł się jakiś popularyzator z podkładką historyka albo antropologa, który opracowałby coś w stylu „Pamiętnika znalezionego w smoczej jaskini”.

    • slanngada pisze:

      Ja bym dodał:
      Generalnie słabo rozwinięta kultura lokalna (u nas na zachodzie dosłownie nieistniejące) patrz brak lokalnych odmian języka.
      Słowianie bardzo późno poczuli odrębność od reszty indoeuropejczyków, odrębność budowały w oparciu o chrześcijaństwo, które zainfekowali lokalnymi wierzeniami.
      Sam kiedyś pisałeś, że w wierzeniach Skandynawów było widać wpływy Rzymskie. U nas pewnie też.

      • Siman pisze:

        Akurat brak odmian języka na ziemiach zachodnich to jest kwestia bardzo świeża, związana z powojennym przesunięciem granic Polski i faktem, że większość mieszkańców tego rejonu to imigranci z różnych regionów wschodnich, których rozmaite gwary i dialekty siłą rzeczy się rozpłynęły i wymieszały, tak że dominujący stał się „neutralny” język urzędowy.

        Przed wojną różnorodność regionalna była ogromna, pomijając nawet mniejszości żydowskie i niemieckie, ludność słowiańska była do tego stopnia różnorodna, że przynależność narodowa mieszkańców Kresów była trudna do ustalenia, bo językowo była to zazwyczaj unikalna mieszanka nieprzynależąca do żadnego „oficjalnego” języka.

        Np. w rodzinie mojego dziadka na Podlasiu mówiło się po chachłacku, który był mieszaniną polskiego, białoruskiego i rosyjskiego z wieloma regionalizmami. Ten chachłacki różnił się mocno pomiędzy sobą na przestrzeni nawet kilku wiosek. To wszystko zanikło głównie przez przesiedlenia, migrację do miast oraz formalną edukację.

        Spokojnie można powiedzieć, że różnorodność kulturowa była przed wojną w tym rejonie Europy znacznie większa niż na Zachodzie.

    • Krótko mówiąc: musiałby to zrobić jakiś drugi Tolkien.

  2. slanngada pisze:

    Siman, ale ogólnie mamy niezwykle jednorodny acent. Nasza Polska c to generalnie wiele innych spraw.

    • slanngada pisze:

      Hmm nieskładnie wyszło.

    • Siman pisze:

      No obecnie mamy jednorodny, 100 lat temu nie mieliśmy. Dziadek o którym mówię żył po polskiej stronie Buga, czyli już w tzw. Polsce B. Od strony matki rodzina pochodzi z Roztocza, jak dziadkowie opowiadają anegdoty z młodości i naśladują sposób wypowiadania się mieszkańców tego regionu, zarówno Polaków jak i mówiących po polsku Żydów, to mam duże trudności ze zrozumieniem tych cytatów, bo są pełne nieznanych mi słów, gwarowej deklinacji, akcentu itd. A to są opowieści z lat 50/60-tych obecnego wieku.

      Nikt tak już nie mówi. Wynika to z tego, że w międzyczasie Polska C przeniosła się do Polski A, wieś przeniosła się do miast, a wszyscy jak leci przeszli dosyć sztywną edukację o mocno scentralizowanych i ustalonych standardach. Jednocześnie to przetasowanie, awans wykształcenia itd. nastąpiła na tyle niedawno, że społeczeństwo nie miało czasu osiąść na kilka pokoleń i wytworzyć nowych akcentów, gwar i regionalizmów, jak to miało miejsce np. w Anglii, gdzie cały ten proces, który my mieliśmy po wojnie oni przeszli na przełomie XVII/XIX wieku. De facto cała ich współczesna różnorodność językowa jest wytworem klasy robotniczej drugiej połowy XIX wieku i pierwszej XX. Wcześniej – ciekawostka – język chłopstwa angielskiego był bardziej podobny do obecnych akcentów z północy USA, który jest zresztą bardziej „płaską” odmianą języka ze względu na to, że tam to mieszanie migracyjne trwało dłużej i na bardziej zróżnicowanej populacji.

      Nie ma to nic wspólnego z różnorodnością Polski w czasach kiedy mogliśmy mówić o kształtowaniu się folkloru, bo wtedy była ogromna na przestrzeni całej Europy, w Polsce raczej nie odbiegała od średniej (a w zasadzie biorąc pod uwagę mniejszości etniczne to odbiegała na plus). A jeszcze inaczej to wyglądało w czasach kiedy mogliśmy mówić o kształtowaniu się mitologii i szeroko rozumianej słowiańszczyzny, bo wtedy różnorodność językowa była bardzo niska, również na przestrzeni całej Europy i wtedy również nie da się powiedzieć, że się szczególnie wyróżnialiśmy na tym tle.

  3. pontifex maximus pisze:

    Miało się ostatnio pewne przemyślenia. Nie na tyle głębokie albo ściśle na temat, by się kłócić, ale akurat na tyle, by dorzucić swój komentarz pod tym wpisem.

    Pierwsze primo: wspomniane już upiory pijące krew i inne takie. Otóż oglądało się raz dokument o „bieszczadzkich wampirach”. Obraz, jaki się z niego wyłaniał, ukazywał dawne (i nie tak dawne) bieszczadzkie wioski jako setting dark fantasy w klimatach trochę cthulhu, trochę wiedźmin, a trochę powieść gotycka czy inny Monastyr.

    Drugie primo: diabły. Otóż moim zdaniem, polskie wierzenia ludowe mają potencjał, by na ich podstawie utworzyć nową fantastyczną rasę na wzór tego, co papcio Tolkien zrobił z tymi śmisznymi chochlikami z angielskich bajeczek – tyle że nie chodziłoby tu o jakieś tam wiły czy inne tró słowiańskie swędziwory, a o diabły. Boruta i Rokita jako dwa archetypy. Owszem, mamy tu najprawdopodobniej do czynienia z jakimiś pogańskimi wierzeniami przetworzonymi nie do poznania przez chrześcijaństwo, ale, w sumie, czemu cokolwiek z tego miałoby mi przeszkadzać?

    • pontifex maximus pisze:

      No i klops, przeglądałem dział downloadu ze strony Gramela i ktoś już wpadł na pomysł z diabłami. Co gorsza, data jest sprzed tego posta, więc nikt nie uwierzy, że jestem powtórnym przyjściem Tolkiena perfidnie okradzionym z owoców jego geniuszu. Zostaje przynajmniej satysfakcja, że w takiej czy innej formie, ale to działa.

  4. barnaba pisze:

    Prawdopodobnie bierze się to stąd, że Słowianie byli animistami i społeczeństwem agrarnym. Składali ofiary duchom pogody, losu, ziemi i lasu- czego ślady mamy do dziś w postaci święcenia przystanków autobusowych, ziarna czy plonów oraz wystawiania gromnic w oknach w czasie burzy. Istotny był też kult przodków- zresztą bardzo silny do tej pory.

    Do tego istniał pewien folklor straszenia niegrzecznych dzieci (nie kąp się przed świętym Janem, bo cię utopiec wciągnie pod wodę, nie chodź w nocy na cmentarz, bo spotkasz umrzyka, ani do lasu, bo tam spod ziemi wychodzi dziad borowy) oraz pewne tabu- związane głównie ze śmiercią.

    Przynajmniej na ziemiach polskich albo nie wytworzyli eposu bohaterskiego, albo co mniej prawdopodobne nie zachowały się one w formie pisanej. Przekazy ograniczały się do opisów wypraw wojennych, podróży i polowań, gdzie element fantastyczny ograniczał się do ogników wabiących ludzi na bagnach i ducha dziadka objawiającego się we śnie i wskazującego właściwą drogę.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s