Ostatni Władca Pierścienia – czy faktycznie urywa odbyty tolkienistom?

Kolejny temat z Facebooka, kolejny wpis… Ostatnimi czasy uczestniczyłem w dyskusji na temat książki Ostatni Władca Pierścienia napisanej przez Kiryła Jeskowa. Autor dyskusji polecał tą powieść jako doskonałą, od której (pisownia złagodzona) „tolkienistom pękają odbyty”, rzuca ona nowe światło na twórczość tego artysty, otwiera rozum na prawdziwy świat, a przy okazji niezwykle denerwuje miłośników tego twórcy, którzy są strasznie źli, że ktoś tą książkę czyta…

Jako, że w sumie temat dyskusji jest ciekawy, przypomniał mi też o istnieniu pewnej książki, o której prawie zapomniałem, a zagadnienie jest interesujące, to warto o niej kilka słów napisać…

Autor i jego dzieło:

Ostatni Władca Pierścienia to powieść Kiryła Yeskova (właściwa transliteracja nazwiska powinna brzmieć chyba Kirył Jeśkow) mająca być „Władcą Pierścieni pisanym z punktu widzenia żołnierza Saurona”. Książka ma zrywać z „uproszczoną etyką Tolkiena”, a autor przedstawia Władcę Pierścieni jako książkę propagandową, stanowiącą pochwałę historiografii zwycięzców.

Swoją premierę miała w Rosji w roku 1999. W Polsce wydano ją trzykrotnie, w tym raz pod tytułem „Ostatni Powiernik Pierścienia” w latach 2000, 2001 oraz 2007.

Akcja książki teoretycznie rozgrywa się w Śródziemiu i teoretycznie rozpoczyna się w chwili, gdy powieść zakończył Tolkien, czyli krótko po Bitwie na polach Pellenoru. Przy czym konflikt przedstawiany jest w innym świetle: oto Mordor i Isengard są wysoce rozwiniętymi państwami, które są bliskie rozpoczęcia rewolucji przemysłowej. Fakt ten nie podoba się jednak elfom oraz czarodziejom Białej Rady. Oba te stronnictwa, zazdrosne o władzę, pod przywództwem Gandalfa postanawiają uwikłać kraj w wojnę z feudalnym Gondorem i doprowadzić do unicestwienia zarówno jego, jak i całego jego dorobku.

Takie tam Śródziemie…

Na początku trzeba zauważyć, że autor pozwolił sobie dokonać wielu zmian w stosunku do pierwowzoru. Oprócz tych prostych: przedstawienia orków jako łagodnej rasy gnębionych istot, a elfów jako ludu psychopatów, nakreślenia Aragorna jako brutalnego kondotiera, awanturnika i oszusta, zamienienia rolami Sarumana i Gandalfa, gdzie ten pierwszy przedstawiany jest jako łagodny i mądry czarodziej, a drugi jako ambitny spiskowiec, dla którego cel uświęca środki, czy też obrysowanie Gondorczyków jako zbrodniarzy wojennych dostajemy też znaczną ilość dużo bardziej znaczących ingerencji w świat.

Tak więc dla przykładu w Śródziemiu Yeskova nie ma hobbitów.

Nie ma też entów, krasnoludów, trolli, balrogów, ogromnych pająków czy smoków. W zasadzie nie ma też orków, są natomiast istoty nazywane „oruken”, nawet do nich nie są podobne. Oprócz nich, ludzi i elfów istnieje jeszcze czwarta rasa, stworzeń będących czymś pośrednim między trollami, a krasnoludami (aczkolwiek autor zaznacza wyraźnie, że krasnoludy w tym świecie są stworzeniami mitycznymi i nigdy tak naprawdę nie istniały).

Nie jestem pewien, czy po tak dalece idącej ingerencji w świat powieść nadal można jeszcze nazwać dyskusją z Tolkienem. Yeskow bardzo starannie bowiem usuwa z książki wszystkie elementy, które mogłyby nie pasować do jego tezy lub po prostu są niewygodne. W efekcie jednak pozbywa się też elementów, które są dla Śródziemia charakterystyczne, zostaje tylko kilka nazw i imion.

Język, akcja i styl:

Kiedy przeczytałem Ostatniego Władcę Pierścienia w wieku siedemnastu czy osiemnastu lat, to książka ta bardzo mi się podobała. Niestety, próbowałem do niej wrócić krótko po studiach i nie byłem wtedy już w stanie przez nią przebrnąć…

Jedną z pierwszych scen, otwierających powieść jest długi wykład, w którym autor (z wykształcenia biolog i paleontolog) tłumaczy, że historycy nie znają się na swojej pracy i rzadko biorą pod uwagę wpływ zmian klimatycznych na dzieje świata. Następnie dostajemy dość długi wykład o determinizmie klimatycznym i geograficznym, co jest niestety jedną z typowych cech stylu autora. Narracja bowiem co jakiś czas jest więc przerywana, a sam autor daje nam długie wykłady o rzeczach, na których nie zna się za dobrze, bredząc jak wujek-foliarz, którego wstyd wam było nie zaprosić na wigilię.

Ogólnie rzecz biorąc styl książki jest chyba jej największym problemem. Książka opowiada o dość drewnianych postaciach: krystalicznie czystych bohaterach strony Mordoru, karykaturalnie złych postaciach strony Gondoru, a także neutralnie-symatycznych Rohanu i innych, mniej istotnych królestw, które przedstawiane są jako naiwne ofiary manipulacji.

Co więcej autor lubi popisywać się swoją erudycją i oczytaniem. Tak więc postacie cały czas przerzucają się cytatami i parafrazami maksym Churchila, Machiavellego, Napoleona, Cezara, Aleksandra Wielkiego, a nawet Hitlera… Osobiście ich nagromadzenie uważam raczej za dowód pretensjonalności, niż faktycznego intelektualizmu.

W oczy rzuca się też nagromadzenie toposów z radzieckich i rosyjskich filmów propagandowych. Tak więc widzimy dzielnych, mordorskich żołnierzy uciekających przez zniszczoną wojną ojczyznę, bardzo podobnych do radzieckich soldatów w zniszczonej wojną ojczyźnianą Rosji, Gondorczyków wpisujących się w stereotyp złego Niemca, upiory ze Ścieżki Umarłych, zachowujące się jak gestapowcy i masę innych oklepanych scen, postaci i sytuacji, które każdy, kto widział kilka filmów z Rosji albo nawet Polski Ludowej rozpozna…

Książka korzysta też z charakterystycznego dla tego typu twórczości filmowej sposobu prowadzenia narracji. Tak więc, podobnie, jak w filmach o różnych Żukowach i Świerczewskich w jednych scenach śledzimy losy bezdusznych do granic karykaturalności kapitalistów, internacjonalistów, królów i ziemian którzy w luksusowym otoczeniu pieprzą równie nieczułe, jak puste frazesy. A następnie w kolejnych widzimy krystalicznie czystych, szlachetnych i budzących współczucie, dzielnych wojaków, lekarzy, robotników, zatroskanych losem ludu uczonych (w tej roli osadzono Sarumana i nazgule, a dokładniej jednego nazgula: Sharha-Ranę), którzy cierpią i giną z powodu decyzji podjętych przy fajeczce, w wygodnym fotelu…

Projekcja rosyjskiego ducha:

Nie byłoby w tym nic złego, koniec końców sam Tolkien też raczej nie unikał czarno-białych charakterów i raczej prostych postaci, gdyby nie kilka szczegółów.

Problemem jest poczucie etyki autora oraz liczba nawiązań i analogii do historii najnowszej, ze szczególnym uwzględnieniem dziejów Rosji. Tak więc sam Mordor jest krainą bardzo przypominającą Związek Radziecki z potocznych, rosyjskich wyobrażeń. Czyli krajem prostych, acz uczciwych, ciężko pracujących istot, kierowanych mądrym przywództwem wykształconej, nowoczesnej i zatroskanej losem maluczkich elity. Państwem, które posyła nauczycieli i doradców do Haradu, co jest czytelnym nawiązaniem do roli, jaką Związek Radziecki odegrał w powojennej Afryce (to, że ci „nauczyciele i doradcy” uczyli głównie jak obsługiwać kałachy oraz odegrali kluczową rolę w destabilizacji kontynentu jest już pomijane). Te „mądre elity” zaś już na początku książki doprowadzają do zepsucia Morza Nurnen, które, na skutek źle zaprojektowanych systemów hydroinżynieryjnych zatruwa otaczające je pola solą, a następnie zaczyna wysychać, zupełnie jak Morze Azowskie. Jako, że w rezultacie w Mordorze zaczyna kończyć się żywność, jego władze postanawiają wziąć sobie Ithilien, bo czemu nie? W końcu, jak źle prowadzisz swoje gospodarstwo, to jakie prawo broni ci obrabować sąsiada? Tam żołnierze Mordoru są witani przez biedny, uciskany przez feudalne ziemiaństwo lud kwiatami, tak samo jak witana była konarmia Budionnego w Polsce…

Za to wszystko siły reakcji postanawiają, korzystając z przejściowych kłopotów Mordoru, zetrzeć ten kraj z powierzchni ziemi, przekształcić w Imperium Zła, które zamierza zniewolić całe Śródziemie, a tamtejsze narody w plugastwo, jeżdżące wierzchem na wilkołakach i odżywiające się ludzkim mięsem…”.

Problem polega na tym, że nagromadzenie analogii sprawia, iż książki tej nie sposób nie odnieść do Rosji, z okresu, gdy powstawała. Czyli z momentu dojścia do władzy Władimira Putina. I nie traktować jako dzieła rosyjskiego rewizjonisty…

Bo widzicie: wielu Rosjan po dziś dzień wierzy, że Związek Radziecki był właśnie takim krajem uczciwych i pracowitych ludzi, którzy wiedli życie proste i szczęśliwe, pomagając innym narodom. Owszem, zdarzały się błędy (jak to nieszczęsne Morze Azowskie), ale szło im po prostu za dobrze, więc obce potęgi, za pomocą swych tajemnych spisków doprowadziły go do upadku. Żadnych łagrów, prześladowań, czystek czy terrorów nie było, wszystko to tylko zachodnia propaganda, mająca obrzydzić innym radzieckie dokonania. Więc wróćmy do tego co było dobre, wybierzmy nowych, mądrych przywódców i starajmy się nie popełnić tych samych błędów… To, o których błędach będziemy pamiętali wybierzemy jednak sobie sami…

Pod wieloma względami jej wydźwięk książki przypomina mi film „Twierdza Brześć (2010)”, opowiadającym o bohaterstwie rosyjskich żołnierzy i cierpieniu cywilów podczas obrony ojczystej ziemi. Ojczystej, bo włączonej w skład Związku Radzieckiego jeden rok i dziewięć miesięcy wcześniej…

Wszystko to sprawia, że książka brzmi jak straszna pochwała putinizmu.

Słyszałem opinie, wypowiadane przez osoby, które znają autora osobiście lub przynajmniej z nim rozmawiały, że bynajmniej nie chodziło mu o uzyskanie tego efektu.

Cóż, wyszło, jak wyszło.

Jak na mnie pokazuje to tylko, jak destruktywny, wypaczający wpływ na morale swych obywateli wywiera rosyjski system.

Wszechwiedzący autor i jego wizja świata:

Jak mówiłem: gdy miałem te 17 czy 18 lat książka mi się podobała, a świat przedstawiony wydawał się przekonujący. Niestety, kiedy próbowałem do niej wrócić wrażenia miałem dokładnie odwrotnie. W dużej mierze wynika to z faktu, że przez ten okres stałem się dużo bardziej obytym kulturowo człowiekiem. I bynajmniej nie wynika to z faktu, że pojechałem na studia. Wbrew zarzutom internetowych trolli na studiach wcale się nie przeuczałem. Wręcz przeciwnie, okres swobody wykorzystałem głównie do grania w gry fabularne, oglądania japońskich kreskówek oraz na czytanie książek fantasy.

I tu właśnie leży źródło problemu.

Po prostu po zwiększeniu kompetencji kulturowych zauważyłem, że książka ta pod wieloma względami nie trzyma się kupy.

Autor całą swoją wizję świata buduje na kilku założeniach. Pierwszym z nich jest dość oklepany morał, że historię piszą zwycięzcy. Drugim przekonanie, że historycy tak naprawdę nie znają się na swojej pracy: dają oszukiwać się zafałszowanym przekazom źródłowym, brakuje im ciekawości i uporu przy dążeniu do dociekania prawdy, ignorują takie zjawiska, jak zmiany klimatyczne czy też wreszcie są po prostu piszą na zamówienie. Po trzecie: typowe dla krajów post-komunistycznych przekonanie o wszechwładzy i nieograniczonej mocy sprawczej tajnych służb.

Dzieje się to oczywiście przy braku choćby śladowej wiedzy o warsztacie pracy historyka, przy pogwałceniu podstawowych założeń świata przedstawionego Władcy Pierścieni oraz w atmosferze teorii spiskowych. Zamiast solidnych dowodów otrzymujemy kolekcję złotych myśli, wyświechtanych frazesów i truizmów, które mają brzmieć mądrze i faktycznie, w niektórych uszach tak brzmieć mogą. Jednak bardziej oczytany czytelnik zorientuje się, że nie są to myśli autora, ale cudze maksymy, często zresztą użyte w nieprawidłowym kontekście.

Ogólnie rzecz biorąc w efekcie książka brzmi tak, jak już raz czy dwa razy pisałem: jakby wasz wujek-nieudacznik, którego na codzień trzeba uczyć życia, tłumaczył wam w święta świat polityki.

Słowem: dzieje się to, co zawsze, gdy inżynier (czy w tym wypadku biolog) bierze się za pisanie o socjologii.

Komu tak naprawdę pękają odbyty?

Z mojego punktu widzenia Ostatni Władca Pierścienia jest średnio dobrym fanfiction napisanym przez średnio mądrego pisarza, któremu Władca Pierścieni nie pasował do wizji świata. To ostatnie nie powinno dziwić: powieść Tolkiena wielokrotnie była oskarżana o antykomunistyczny, antysocjalistyczny (jak celnie wykazał to Tom Shippey w Tolkien: Pisarz Stulecia oraz Tolkien: Droga Do Śródziemia: słusznie, bo faktycznie wbijał szpilę za szpilą angielskim socjalistom) czy antyradziecki wydźwięk.

Ogólnie, to czytałem gorsze i głupsze książki. Problem w tym, że czytałem też bardzo dużo lepszych i mądrzejszych.

Książka posiada też niewielką, lecz oddaną grupę fanów, która kultywuje dziwny przesąd, że „tolkienistom pękają od niej odbyty”.

Osobiście jednak mam wrażenie, że głównymi czytelnikami Ostatniego Władcy Pierścienia są w rzeczywistości właśnie miłośnicy tolkiena, którzy po lekturę sięgnęli właśnie po to, żeby sprawdzić czy na pewno im coś nie pęknie…

Drugą grupę natomiast wydają się stanowić właśnie ludzie, którym, gdy widzą, że Władca Pierścieni nie dość, że ciągle jest wznawiany, to jeszcze dostępny jest w dwóch tłumaczeniach, w szeregu różnych wersji: z ilustracjami, bez ilustracji, w okładkach normalnych, filmowych, w towarzystwie przeróżnych książek towarzyszących: atlasów, listów, biografii, właśnie odbyty pękają.

A którym to ludziom wydaje się chyba, że z każdą przeczytaną stroną admin Ellendilionu wylewa jedną łzę, czy coś w tym rodzaju…

Otóż nie wylewa.

Ten wpis został opublikowany w kategorii fantastyka, Fantasy, Książki i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

12 odpowiedzi na „Ostatni Władca Pierścienia – czy faktycznie urywa odbyty tolkienistom?

  1. pontifex maximus pisze:

    Mylisz chyba Aralskie z Azowskim.

    Kiedyś na pewnym forum rosyjska forumowiczka powiedziała mi, że Rosjanie mają skłonność do zamieniania miejscami tych dobrych z tymi złymi w literaturze. Według jej tłumaczenia, to było coś w rodzaju reakcji na widok siebie samych obsadzanych w roli tych złych w amerykańskich filmach na VHS. Przez grzeczność nie skomentowałem, że to tłumaczy ilość neonazistów w Rosji. Nie wiem, czy ktoś tu może potwierdzić tę historię, ale powieść Jeskowa nie jest jedynym takim podejściem do Tolkiena w rosyjskim fandomie.

  2. Grisznak pisze:

    Miałem identycznie. Gdy przeczytałem to po raz pierwszy, to zachwyt, że coś innego, pomysłowego i ciekawego. A gdy ileś lat później wpadło to w moje ręce, bo czytała młodsza siostra, to uderzało, że jest w rzeczywistości dużo bardziej czarno-białe od pierwowzoru. I nie, że pomysł sam w sobie zły – po prostu zamiast spróbować faktycznie przedstawić to w jakiś zniuansowany sposób, to autor pojechał grubą krechą, dzieląc wszystko na dobro i zło.

  3. wiron pisze:

    Najciekawsze w tym jest że 3 razy wydano książkę która dość otwarcie łamie prawa autorskie. Na nową edycje raczej nie ma co liczyć, przynajmniej nie do czasu przejścia Władcy do domeny publicznej.

    Bo w sumie tylko profesjonalnym wydaniem różni się od wielu innych rewizjonistycznych fanfików. To wręcz cały gatunek, jest spora szansa że duży fandom prędzej czy później doczeka się jakiegoś.

  4. Cadab pisze:

    Aż musiałem sprawdzić w którym roku co wyszło i gdzie, bo przez moment czytając wstęp czułem się jak czytając coś żywcem zerżniętego z Arcanum – o tych zazdrosnych elfach, to co nie lubią przemysłu i chcą go swoim spiskiem zniszczyć, żeby pozostać przy władzy wspieranej magią i anty-postępowym zachowaniem.

    A co do klasycznego „rozerwanego odbytu” – jeśli coś jest „znane” z tego, że wywołuje u kogoś hemoroidy, to jest wielce prawdopodobne, że dana grupa nawet nie wie o istnieniu rzeczonego dzieła. „Ból dupy” jest mniej więcej takim samym nie-argumentem jak „kwik świń odrywanych od koryta” – ten sam tor „logiki” i ostateczny cope.

  5. DoktorNo pisze:

    Słowem: dzieje się to, co zawsze, gdy inżynier (czy w tym wypadku biolog) bierze się za pisanie o socjologii.

    Podobnie jak z „Achają”, tylko tam był architekt?

  6. Siman pisze:

    „Wszystko to sprawia, że książka brzmi jak straszna pochwała putinizmu.

    Słyszałem opinie, wypowiadane przez osoby, które znają autora osobiście lub przynajmniej z nim rozmawiały, że bynajmniej nie chodziło mu o uzyskanie tego efektu.”

    To mi przypomina sytuację na polskiej prawicy sprzed rozpadu POPiSu, gdzie tzw. liberałowie i tzw. konserwatyści mieli w zasadzie identyczne bogoojczyźniane sentymenty, po czym po dojściu tych drugich do władzy ci pierwsi odkryli, że da się z owych sentymentów poskładać bardzo wrogą ich poglądom i interesom narrację, która na dodatek jest duża bardziej spójna w przekazie niż ich własna (która nie widziała paradoksów np. w skakaniu od miękkiego nacjololo do pełnego kosmopolityzmu).

  7. slanngada pisze:

    A czytałem i już wtedy mnie irytował, choć pierwszy i ostatni rozdział ciekawe. Swoją drogą, połowa książki to w sumie odchodzi już od śródziemia zupełnie. Choć w sumie trochę w tę stronę kontr tolkiena w pewnym momencie poszedł prachet, przynajmniej w kwestii orków i elfów. Generalnie książka emanuje takim słowiańskim nihilizmem

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s