Gdzie żeś ty bywał stary baranie?

Jest październik i zrobiło się zimno oraz paskudnie, a je nie mam odpowiedniego sprzętu na tego typu warunki. Co gorsza jest też szaro i światła jest mało, to zdjęć też za dużo nie zrobię. Nie ma więc sensu nigdzie jeździć, a jeśli już to tylko krótko i na zwiady. Tym bardziej, że niedługo pewnie hotele też zamkną.

Pora więc podsumować ten rok…

Tym razem na wyjazdy i rozjazdy wyruszyłem wyjątkowo późno, bowiem dopiero po zaszczepieniu się na Covid-19 oraz uzyskaniu pełnej odporności, to jest w czerwcu. Zdrowie zdrowiem, ale po prostu nie warto go stracić. Jeśli zaś chodzi o postronnych, to obserwując ich postawy uznałem, że nie odpowiadam za ich oraz ich rodzin bezpieczeństwo… Różne tajne msze i tajne spotkani modlitewne dowiodły, że cokolwiek bym nie zrobił, to oni i tak postąpią gorzej.

Tak więc ten rok spędziłem czerpiąc z nich tak pełnymi garściami, jak tylko było to możliwe.

Sine Wiry w Bieszczadach:

Uczciwie mówiąc to nie było warto. Sine Wiry to rezerwat, chroniący naturalne koryto rzeki Sinej, wpadającej do Zalewu Solińskiego. Wzdłuż rzeki biegnie wyasfaltowana ścieżka spacerowa. Sama Sina płynie w dole, ale, jako, że jej koryto objęte jest ochroną, to zarasta lasem i nie widać rzeki, ani tym bardziej wirów. Tak więc jest to zwykły spacer leśną drogą…

Co więcej Bieszczady są od jakiegoś czasu oblegane turystycznie, tak więc na miejscu są tłumy dzikich bab z ich samcami, a najczęściej słyszanym dźwiękiem jest „Stefan! Nie rób mi tego! Kwiiiii! Kwiiiii!”. Trudno też znaleźć miejsce do spania, w rezultacie czego musiałem spać w lesie (w wiacie turystycznej dokładnie).

Ogólnie to lubię spać w lesie.Rzadko zdarza się bowiem, żeby cena równie odpowiadała rzeczywistości: jest za darmo, a jakość odpowiada kiepskiemu hostelowi, tylko za darmo i bez uciążliwego towarzystwa, jeśli nie licząc myszy. Małe świnie zbudziły mnie w nocy coś ze trzy razy, próbowały włazić do śpiwora, a kiedy się na obudziłem, okazało się, że zeżarły mi cały prowiant (2 tabliczki czekolad, 2 paczki mieszanki studenckiej, pół kilo suchego grochu, paczkę kabanosów i zupkę chińską). Przeszkadza też trochę uciążliwa cisza.

Trochę martwiłem się, gdyż akurat było Boże Ciało, święto w trakcie którego wszystkie sklepy są zamknięte, więc obawiałem się o możliwość odzyskania zapasów. Na szczęście blisko jest Polańczyk. W Polańczyku i okolicznych miejscowościach wyznawany jest tylko jeden bóg, a imię jego brzmi Pieniądze.

Niedaleko jest też punkt widokowy na Korbani (droga na Korbanię na zdjęciu), w sumie to ładniejszy od Sinych Wirów, ale mało zdjęć tam zrobiłem, bowiem oblegany jest przez Grażyny z Januszami.

Co ważne: jeśli jedziecie rowerem, to w Lesku zamiast jechać na Polańczyk najlepiej odbić na Baligród, a potem jechać przez Stężnicę i Wolę Górzańską. Przed Polańczykiem jest bowiem straszna góra, stroma jak jasny gwint i wjazd na nią samą okropnie mnie z sił wypompował. Co gorsza zaraz za nim jest następna, jeszcze gorsza. Za Baligrodem jest w prawdzie jeszcze większa góra, ale ma łagodniejsze zbocza i łatwiej wjechać.

W fortyfikacjach Przemyśla:

Też rowerem jechałem, trasą przez Ulucz, Żohatyń i Babice. Wracałem przez Krasiczyn, Birczę i Tyrawę Wołoską.

Pierwsza trasa bardzo przyjemna. W prawdzie aby dotrzeć do Żohatynia trzeba wjechać na bardzo wysoką górę, ale podejście jest łagodne (za to jedzie się kilka kilometrów). Potem teren stopniowo opada, dzięki czemu jedziemy po łagodnym skosie przez dobre kilkanaście kilometrów. Następnie, przed samym Przemyślem jest Brzozowa Górka, stroma, wysoka i niemożliwa do objechania bokiem. Jednak, gdyby nie te dwie przeszkody trasa byłaby łagodna i prosta.

Powrót przez Krasiczyn i Birczę… W sumie nie wiem, czy można nazywać to jazdą. Masa stromych gór i serpentynowych podejść, z którymi nawet samochody nie dają sobie rady. I tak w górę i w dół, w górę i w dół, w górę i w dół…

W dół jest przyjemnie, jednak w górę to czyste, żywe piekło.

Sam Przemyśl to straszne zadupie, gorsze nawet od Ciemnogrodu. Do zwiedzania miałem tam dwa miejsca. Pierwszym było Muzeum I Wojny Światowej. Od razu powiem, że nie polecam: kilka małych sal, na ścinach wiszą obrazki z Ospreyów, w gablotach bogaty zbiór niewypałów i w sumie tyle.

Drugim były forty z I wojny światowej. Prawdę mówiąc nie przygotowałem się za dobrze do tej wyprawy. Spodziewałem się, że będą tam dwa albo trzy smutne bunkry… Faktycznie jest ich kilkanaście, na dwóch szlakach turystycznych: południowym i północnym. Razem liczą sobie około 70 kilometrów długości. Z braku czasu jechałem tym pierwszym (krótszym)…

Same forty… Jeden był na terenie prywatnym (więc niedostępny), jeden na terenie wojskowym (takoż), jeden dostępny tylko za zgodą dyrektora arboretum w Bolestraszycach. Kilka zniszczonych, takie klasyczne dziury w ziemi i kawałki betonu…

A pozostałe…

Pozostałe to takie wielkie kloce z betonu i stali, ogromne, jak zamki… Naprawdę warto było tam pojechać i je obejrzeć.

Jako ciekawostkę dodam, że na tych fortach walczyło trzech moich pradziadków i jeden dziadek. Jeden z pradziadków leży tam gdzieś w nieoznaczonym grobie. Wszyscy czterej załapali się zarówno na ich zdobywanie, jak i obronę, aczkolwiek trzaskali się w dwóch różnych armiach (przodkowie ze strony ojca walczyli w armii carskiej, od strony matki w austro-węgierskiej).

W Skansenie Wsi Lubelskiej:

Do Przemyśla kiedyś jeszcze wrócę.

Teraz pora wspomnieć o mieście, gdzie wracam co jakiś czas, czyli Lublinie. Tym razem główną atrakcją mojej wyprawy był Skansen Wsi Lubelskiej. Jest on zdecydowanie mniejszy, niż ten, do którego się przyzwyczaiłem, ale moim zdaniem ładniejszy. Zawiera więcej drzew, pól uprawnych oraz zbiorników wodnych.

Budynki też są inne.

Ogólnie to mam wrażenie, że ludzie na Lubelszczyźnie mieli ładniejsze, przytulniejsze i wygodniejsze domki, niż na Podkarpaciu.

W Horyńcu:

Horyniec to pseudomiasto leżące blisko granicy z Ukrainą. Nie ma tam nic, jeśli nie liczyć ścieżki spacerowej, kilku sanatoriów oraz czterech czy pięciu sklepów gminnych i parku. Blisko jest kilka drewnianych cerkwi, w tym obecna na liście UNESCO cerkiew w Radrużu. W tej ostatniej czekała mnie trochę niemiła niespodzianka, bowiem potrafiłbym powiedzieć o eksponatach więcej, niż przewodniczka. Oprócz tego mają „największy wodospad na roztoczu” (absolutnie nie warty odwiedzenia, w domu mam ze trzy tej samej wielkości) i jezioro.

A! Jest jeszcze imponujących rozmiarów, opuszczony cmentarz w lesie oraz zagajnik, gdzie Matka Boska dokonała cudu rozmnożenia pieniążków.

Ogólnie rzecz biorąc to Horyniec mnie trochę denerwuje. Drewnianych Cerkwi w okolicach Ciemnogrodu mamy chyba z sześć. Wodospady wielkości tamtego mamy ze trzy. Jezior podobnych rozmiarów mamy chyba z siedem, a gdyby liczyć dziury po kopalniach piasku, to pewnie ze trzydzieści.

I co?

Oni na tym potrafią trzepać kasę. A u nas podejście władz najlepiej opisuje ulubione powiedzenie naszego (baczność!) wiceburmistrza (spocznij!). Brzmi ono „Ale co ja mogę zrobić?”.

W pomniejszych atrakcjach Wrocławia:

Przez to rozumiem dwa miejsca: Ogrody Japońskie i Muzeum Gier I Komputerów.

Do Ogrodów Japońskich udawać się absolutnie nie warto. Są one w prawdzie piękne, mają karpie, lilie wodne, kaczki, a nawet rezydentną czaplę, ale przyciągają tłumy ludzi. W efekcie spacer po nich w mniejszym stopniu polega na zwiedzaniu, a w większym na staniu w kolejce. Serio: są tam wytyczone takie ścieżki, którymi się chodzi, przed nami jest ze 100 osób, za nami ze 100 osób i nie można ani przyśpieszyć, ani przystanąć, ani iść wolniej, ani się wrócić… Po prostu drepcze się cały czas w kolejce.

Jeśli zaś chodzi o Muzeum Gier I Komputerów, to jest ono niewielkie, ale bardzo ciekawe. Mieści się w stacji kolejowej, która wygląda jak wyrwana z Fallouta. Wewnątrz mamy stare komputery, konsole, zabawki… Można sobie pograć w Super Mario, Wolfensteina, Dooma czy Asteroids. Mają czytelnię, gdzie można poczytać stare gazety…

Mają też masę gadżetów: konsole przenośne, do przenoszenia których potrzeba plecaków, mobilne komputery Commodore, mobilne o tyle, że miały koła, przekroje komputerów (ciekawe jest to, że Commodore miało podzespoły połączone zwykłym, chamskim drutem) i masę innych ciekawostek…

Tym, co mnie jednak najbardziej zdziwiło był wiek odwiedzających. Prawdę mówiąc spodziewałem się, że Ja z Szamanem, obaj chłopy przed czterdziestką, będziemy najmłodsi, oprócz może dziatwy przyprowadzonej przez tatusiów…

A było dokładnie na odwrót. W muzeum było mnóstwo nasto- i dwudziestolatków, którzy przyszli tam z własnej i nieprzymuszonej woli oraz wydawały się autentycznie zainteresowane tym, co było tam pokazywane… Prawdę mówiąc moje wyobrażenie świata trochę na tym ucierpiało. Jak się okazuje jest lepszy, niż myślałem.

Aczkolwiek, jeśli pomyśleć o tym na chłodno, to współcześnie może być więcej retro-gamerów, niż „za moich czasów” było graczy w ogóle…

W hostelach bezobsługowych:

We Wrocławiu nawiasem mówiąc spałem w bardzo ciekawym miejscu: w hostelu bezobsługowym. Działa to tak, że dostajesz na maila hasło, wchodzisz do środka, tym samym hasłem otwierasz pokój. Potem kod ci się wyczerpuje i możesz tylko wyjść…

Odbywa się to bez żadnego kontaktu z obsługą (no, czasem przychodzi sprzątaczka… Podejrzewam też, że po ludzi, którzy chcą być sprytni przychodzi też wykidajło).

Łot!

Cywilizacja!

Na targach książek:

Dwa lata temu Targi Książki w Warszawie były gigantyczną imprezą, która zajmowała całą koronę Stadionu Narodowego, a mimo to ani wystawcy, ani zwiedzający się tam nie mieścili. Dziś, w erze covidowej było to coś ze dwadzieścia namiotów, stojącym pod Pałacem Kultury I Nauki oraz w zasadzie niezbyt ciekawa oferta.

Prawdę mówiąc, gdyby nie możliwość spotkania się ze znajomymi, to absolutnie nie byłoby warto nań jechać…

Za to widziałem protest pracowników sądowych i drugi: medyków. Obydwa strasznie duże, ciągnęły się pewnie na 2 albo 3 kilometry długości, ze straszną masą ludzi.

W Muzach Geologicznych:

Co warto zauważyć: w Warszawie w Państwowym Instytucie Geologicznym znajduje się Muzeum Geologiczne. Owo ma jeden z lepszych stosunków ceny biletów do zawartości. Otóż: wstęp jest wolny. W budynku natomiast znajdują się kryształy soli, siarki i ametystu wielkości człowieka, imponujący szkielet mamuta i trochę mniej imponujące miśka jaskiniowego oraz nosorożca włochatego. Do tego czaszki praludzi, pień skamieniałego drzewa, samorodki złota, bursztyny, muszle prehistorycznych jakby-ślimaków rozmiarów sporej świni oraz całe mnóstwo kamieni…

Więcej, jak polecam.

Muzeum jest jednak zamknięte w soboty, czyli dzień największego ruchu turystycznego. W sumie trudno się temu dziwić: skoro nie pobierają opłat za bilety, to gdzieś mają zwiedzających.

W hotelach kapsułkowych:

W Warszawie dużym problemem okazało się znalezienie noclegu: ceny strasznie poszły w górę. Tak więc do wyboru miałem albo wynajęcie pokoju w prywatnym mieszkaniu, albo nocleg 10 kilometrów od centrum, albo też hotel kapsułkowy… Tak więc, mając do wyboru trzy złe opcje wybrałem taką, o której będzie można opowiadać!

Więc ahoj! Jedziemy do hotelu kapsułkowego! Przygodo witaj, mimo że z góry wiem, że będę tego żałował!

I wiecie co? Będę tam nocował już zawsze.

Wygląda to tak, że macie coś w rodzaju hali magazynowej, gdzie stoją takie jakby trumny, 1,5 metra wysokie, 1,5 metra szerokie i jakieś 3 metry długie. Ustawione są one w dwa piętra, ja wybrałem trumnę na górze i z całego serca polecam nie popełniać tego błędu: żeby się tam dostać trzeba mieć zręczność wojownika ninja, a schodkami prowadzącymi doń powinien zająć się BeHaPowiec.

Poza tym… W trumnach jest wszystko, czego człowiekowi do życia potrzeba: materac, kołdra, światło, prąd i Internet. Zamykasz się i masz świat w dupie, tym bardziej, że trumny są dźwiękoszczelne. Współlokatorzy nadal mogą być uciążliwi, ale muszą w tym celu być zdeterminowani. Jeśli trafi się ktoś zdeterminowany, to są kamery, więc przychodzi ochroniarz. Sprzątaczka ma obchód co 2 godziny. Są kabiny łazienkowe i prysznicowe, przechowalnia bagażu, kuchnia, barek, możliwość skorzystania z pralki…

Spało się tam nawet lepiej, niż w lesie.

A co żeś tam jadł?

W Lublinie przy Bramie Krakowskiej jest lokal o nazwie DajTo Sushi, gdzie od poniedziałku do piątku, w godzinach lunchowych można kupić 17 kawałków sushi za 25 złotych, co jak na sushi jest bardzo rozsądną ceną. Zaraz obok jest restauracja gruzińska Chisza, gdzie za 200 złotych można nabyć deskę szaszłyków na 8 osób, albo za 120 złotych, miskę pierogów na taką samą ilość ludzi. Poza tym mają tam masę gruzińskich dań.

Co ciekawe Armenia, gdzie mają dania ormiańskie, którą zdążyłem już opłakać jednak nie upadła, a po prostu zmieniła lokalizację na lepszą.

We Wrocławiu Pierogarni już dłużej nie polecam: zmniejszyli porcje, zmniejszyli ofertę oraz zmniejszyli jakość. Z całą pewnością należy odwiedzić Majstersztyk, będący kraftową lodziarnią. Kolega (Yuby) opowiedział mi taką legendę o tej knajpie: był sobie właściciel ze skłonnością do eksperymentów i pewnego dnia trafiła mu się pracownica po gastronomii, która nie dość, że też lubiła eksperymenty, wiedziała jak je robić. Oddali się więc wspólnej pasji i teraz kręcą nietypowe lody. Polecam smak kremówkowy oraz miętowo-ogórkowy, aczkolwiek smaki ponoć zmieniają się jak kalejdoskopie.

Warte uwagi jest też Aloha Poke Poke. Jak wyjaśnił to Yuby jest to „hawajska dekonstrukcja sushi”. Ja wyjaśnię to tak, że dostajesz miskę kwaszonego ryżu, do tego wybierasz rybę lub mięsko, jakie lubisz, pięć dodatków, na jakie masz ochotę, a potem posypujesz posypką i polewasz sosem. Bardzo smaczne, cena jak za miskę ryżu.

Zaraz obok Muzeum Starych Gier I Komputerów mieści się bar Kim Long. Na oko jest to zwykły Pol-Wiet, który (powołując się na autorytet Yubiego, który wydaje się być ekspertem w dziedzinie lokalnych knajp) jest najlepszym Pol-Wietem we Wrocławiu. Na szczególną uwagę zasługuje danie Bun Bao: miska makaronu z rosołem i masą dodatków.

W Warszawie stołowałem się w dwóch lokalach. Pierwszym jest zlokalizowany na Szpitalnej lokal z kuchnią wietnamską. Na ulicy tej są dwa lokale z taką kuchnią, położone naprzeciwko: Little Hanoi i drugi, którego nie ma na Google Maps, a którego nazwy nie pamiętam. Podaje on Prawdziwą Kuchnię Wietnamską i prowadzony jest prawdopodobnie przez polaków wietnamskiego pochodzenia (tzn. nie wypytywałem o pochodzenie, ale obsługę stanowią młode damy o bardzo orientalnych rysach, mówiące jednak absolutnie poprawną polszczyzną). Wiarę w autentyczność jedzenia opieram na serwowanej do dań sałatce, która jest absolutnie nie na polskie gusta, bowiem smakuje, jakby ktoś nazrywał chwastów z trawnika. Dania główne jednak bardzo smaczne. Tamtejsza zupa pho (taki rosół z wołowiny z orientalnymi przyprawami) jest absolutnie genialna. Na polecenie zasługuje też miska makaronu z sosem do maczania i grillowanym mięsem w sosie, jakkolwiek się nie nazywała oraz taki wielki naleśnik z nadzieniem w środku, krojony nożyczkami, zawijany z dodatkami w sajgonkę i maczany w sosie.

Drugi lokal to pizzernia Si Pizza na Bielanach. Robią tam bardzo dobre pizze, co więcej co jakiś czas jest pizza miesiąca. Szczególnie dobra była pizza z serkiem pleśniowym, włoskim boczkiem sezonowanym i gruszką. Pizza wegetariańska też była dobra.

Cud rozmnożenia pieniędzy.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Przygody i oznaczony tagami , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

10 odpowiedzi na „Gdzie żeś ty bywał stary baranie?

  1. Castelviator pisze:

    Fajny tekst, zanotowałem parę miejsc do odwiedzenia! Nie zgadzam się tylko co do Przemyśla (bardzo mi się podoba to miasto i autentycznie jak przyjechałem do Luksemburga to moje pierwsze skojarzenie było „o, taki Przemyśl tylko bogatszy”).

    No i co do „Ogólnie rzecz biorąc to Horyniec mnie trochę denerwuje. Drewnianych Cerkwi w okolicach Ciemnogrodu mamy chyba z sześć. Wodospady wielkości tamtego mamy ze trzy. Jezior podobnych rozmiarów mamy chyba z siedem, a gdyby liczyć dziury po kopalniach piasku, to pewnie ze trzydzieści.
    I co?
    Oni na tym potrafią trzepać kasę. A u nas podejście władz najlepiej opisuje ulubione powiedzenie naszego (baczność!) wiceburmistrza (spocznij!). Brzmi ono „Ale co ja mogę zrobić?”.” to raczej należałoby się irytować na „swój” samorząd a nie na tych sprytniejszych i bardziej obrotnych 😉

    Miałem szczęście zwiedzać Ogrody Japońskie we Wrocławiu prawie puste… ale to było w 2007 😉

    Co do warszawskich knajp: jakbyś był w okolicach Muzeum Powstania Warszawskiego i miał ochotę na kuchnię azjatycką (ale raczej pod polski gust) to gorąco polecam Hong Ha na Siedmiogrodzkiej 1 (uwaga, jest też drugi lokal o tej samej nazwie który jednak nie przeżył Covida nawet jeśli jego duch dalej straszy Google Maps!), a jeśli na pizzę (lub burgera) na Ursynowie, to Sypką Mąkę przy metrze Stokłosy.

    Z mniej oczywistych warszawskich muzeów mogę polecić Muzeum Kolejnictwa, mikroskopijną ale bardzo klimatyczną siedzibę Fundacji Kultury i Dziedzictwa Ormian Polskich, oraz Główną Bibliotekę Lekarską: Dział Starej Książki Medycznej (mają m.in. księgi Paracelsusa i różne makabryczne ryciny np. zdeformowanych płodów z bodajże XVIII wieku).

    • Cadab pisze:

      Muzeum kolejnictwa w Warszawie akurat ja nie polecam (zakładając, że mówimy o starym Muzeum Kolejnictwa tudzież rebrandingu jako Stacji Muzeum, bo jak powstało coś innego niż ta instytucja, to mnie tam nie było jeszcze). Jedyne, co mają na stanie z rzeczy unikatowych to lokomotywę pancerną i… w sumie tyle. Reszta ekspozycji jest takim możliwie Standardowym I Byle-Jak Zorganizowanym Muzeum Taboru Z Marnymi Planszami I Zaniedbanymi Eksponatami W Dowolnym Polskim (Byłym) Węźle Kolejowym.

      t. fan muzeów kolejnictwa i taborów kolejowych

      • Castelviator pisze:

        Tak, Stacja Muzeum. No to mi się zapewne spodobało paradoksalnie dlatego, że nie interesuję się szczególnie koleją i nie byłem wcześniej w żadnym innym muzeum tego typu 🙂
        Oczywiście nie rekomendowałbym wyjazdu do Warszawy tylko po to by odwiedzić tę Stację, ale można ją zaliczyć „przy okazji” – w bliskiej okolicy jest Muzeum Powstania Warszawskiego i Niewidzialna Wystawa, a także Interaktywne Muzeum Flipperów „Pinball Station” (tego ostatniego nie odwiedziłem więc nie mam opinii).

      • Cadab pisze:

        Wziąłem i zamiast wysłać odpowiedź, zamknąłem okienko. Brawo ja.

        Ogólnie nie polecam ŻADNEGO muzeum tego typu i tematu w Polsce, bo one wszystkie jak jeden mąż są zwyczajnie słabe. Gdzieś tak na samym początku lat 90tych cała masa miejsc miała taki sprytny pomysł, że postawią obok siebie trzy lokomotywy Ty2, jednego Rysia, dostawią do tego po jednym wagonie kilku różnych typów i postawią nad tym szyld „Muzeum Kolei(nictwa)”. I jak tak zrobili, tak nic, ale to nic się w tej kwestii nie zmieniło ani nie ruszyło i dobrze, jak chociaż są jakieś podstawowe plansze z informacjami, podczas gdy eksponaty zjada deszcz i rdza.
        Faktycznego muzeum kolei z prawdziwego zdarzenie w Polsce nie ma. To jest kolejny raz, kiedy zazdrośnie patrzę na České dráhy, bo nie dość, że potrafią to niezmiennie ogarniać niezależnie, czy cesarz, czy republika, czy komuniści, czy podział kraju na dwa, to w dodatku jeszcze mają muzea kolei i technologii kolejowej na wypasie. O niemieckich muzeach kolei nawet nie będę wspominał, bo to by było kopanie leżącego

  2. Cadab pisze:

    Chciałem pytać o ten cud rozmnożenia pieniędzy, ale w sumie finalne zdjęcie samo mi odpowiedziało.
    Aż mi się przypomniało takie źródełko w okolicy, w której robiłem prawo jazdy. Wszyscy z niego korzystali, bo fajna miękka woda i jaka smaczna herbata z tego wychodzi. Sanepid się nim w końcu zainteresował, szczególnie, jak im wyszło, że stężenie wszelkich możliwych związków azotu jest tak po 10-15 razy większe niż dopuszczalne maksimum (jak to ze źródełka w dość intensywnie nawożonej okolicy rolniczo-popegieerowej). I pewnie by rurę wymontowali, a okolice poboru wylali betonem, ale do sprawy ostatecznie wmieszał się miejscowy ksiądz, który sumptem parafian zbudował obok kapliczkę maryjną i uzyskał od biskupa namaszczenie na jakieś tam pseudo-sanktuarium z cudowną wodą. Od tamtego czasu zainteresowanie się podwoiło, mimo, że baniak z wodą z darmowego stał się takim w cenie 1 zeta/litr

  3. Nad pisze:

    Tak sałatka z chwastów to popularne danie wietnamskie wiec podejrzewam ze warszawska knajpa bardzo autentyczna była :p

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s