Strategiczny Gollum i mistyka Władcy Pierścieni:

Władca Pierścieni jest książką co najmniej bardzo dobrą, jednak nie da się ukryć, że posiada też kilka wad. Do najważniejszych należy zaliczyć dwie bardzo słabe sceny. Pierwszą z nich jest spotkanie z Tomem Bombadilem, a drugą Strategiczny Gollum. Nie byłoby z tym żadnego problemu: gorsze sceny trafiają się w wielu książkach.

Problem z tym, że wokół jednej z nich stworzono strasznie górnolotną mistykę, interpretując ją jako dowód działania w Śródziemiu boskich sił oraz alegorię zbawienia. Co nawiasem mówiąc kupy się nie trzyma…

Interpretacja sceny:

Zacznijmy od tego, czym jest Strategiczny Gollum. Otóż, jak wiemy Władca Pierścieni opowiada o podjętej przez hobbita Frodo podróży, której ostatecznym celem jest zniszczenie Jedynego Pierścienia. W ostatnim etapie podróży Frodo ma dwóch towarzyszy: wiernego druha Sama oraz zdegenerowanego hobbita Golluma, który był przez dłuższy czas posiadaczem Pierścienia. Gollum pełni funkcję przewodnika w podzięce za darowane mu przez Frodo życie. Koniec końców zdradza jednak towarzyszy. Mimo to tym, po licznych perypetiach udaje się dotrzeć do Szczeliny Zagłady. Tam jednak Frodo okazuje się zbyt słaby, by zniszczyć pierścień. Zamiast tego próbuje nałożyć go na palec i sięgnąć po jego moc.

Zanim jednak doprowadza do katastrofy z ukrycia wyskakuje na niego Gollum, który odgryza mu palec z pierścieniem i przypadkiem wpada do Szczeliny Zagłady. Tym sposobem pierścień zostaje zniszczony.

Rozwiązanie to jest dość tandetne i w zasadzie ośmieszałoby książkę, gdyby tak wyglądał jej finał. Na szczęście jest w niej jeszcze kilka rozdziałów, które dość mocno zmieniają jej wymowę.

Jednak ta śmieszność sprawia, że trudno wręcz uwierzyć, iż scena ta dla wielu stała się symbolem triumfu miłosierdzia, wiary i nadziei, a tym bardziej chrześcijańskich wartości…

Zacznijmy od tego, że wbrew temu, co twierdził sam Tolkien, a zgodnie z zarzutami jezuity Roberta Murraya świat przedstawiony we Władcy Pierścieni jest bardzo daleki chrześcijaństwu czy w ogóle jakiejkolwiek religijności. Widzimy to choćby po tym, że w zasadzie w książce tej nie ma wzmianek o religii, a wszystkie wydarzenia i zdarzenia mają charakter wyłącznie świecki. Nie ma tam kościołów ani kapłanów, postacie nie żegnają się znakiem krzyża czy nawet młotem Thora, nie przyzywają bogów w chwilach zagrożenia i nie zaklinają się na nich. O religijności Śródziemia wiemy tylko tyle, że Sauron kazał oddawać sobie boską cześć, że królowie Gondoru i Numenoru mieli święte miejsce, gdzie oddawali cześć Iluvatarowi, że krasnoludy wierzą w coś w rodzaju reinkarnacji, że dawni królowie barbarzyńskich krajów uczestniczyli „w pogańskich obrzędach”, co z jakiegoś powodu współcześnie jest źle widziane. Oraz, że Rohinirowie czcili kiedyś „starego boga Orome” jednak obecnie już tego nie czynią…

I to tyle.

Oprócz tego wydaje się, że w Śródziemiu nawet pogrzeby mają czysto świecki charakter.

Po drugie: trudno doszukiwać w tym wydarzeniu triumfu nadziei czy chrześcijańskiego miłosierdzia. Owszem, Gollum mógł uratować świat dlatego, że Frodo mądrze darował mu życie. Rzecz w tym, że Gollum dokonał tego przypadkowo i wbrew intencjom. Przeciwnie: próbował ukraść pierścień i zabić pozostałe hobbity.

Owszem, czas jakiś wcześniej żałował swojej zdrady, jednak nie był to żal szczery: przeciwnie, zaraz potem utwardził swe serce i postanowił jednak zrobić, to co zrobił.

Zresztą, Frodo nie pozostawia nam złudzeń:

– Czy pamiętasz słowa Gandalfa: „Nawet Gollum może przyczynić się do naszej sprawy”. Gdyby nie on, nie mógłbym zniszczyć Pierścienia. Cała sprawa byłaby daremna, mimo że doszliśmy do celu z takim trudem. Przebaczmy więc Gollumowi. Cieszę się, że jesteś tu ze mną Samie. Tutaj, w ostatniej godzinie świata.

Czyli jest dokładnie odwrotnie: Frodo decyduje się przebaczyć Gollumowi, bowiem ten (przypadkiem, bo przypadkiem) wyrządził światu przysługę. Przebaczenie czy miłosierdzie nie jest tu przyczyną, a skutkiem.

Jeśli chodzi o nadzieję, to Frodo i Sam w rozdziałach toczących się pod samą Orodruiną w zasadzie ją stracili. Świadczą o tym ostatnie dwa zdania:

Cieszę się, że jesteś tu ze mną Samie. Tutaj, w ostatniej godzinie świata.

Frodo jest tu przekonany, że umiera. Jest też na tyle inteligentny, że zdaje sobie sprawę, iż Sam nie może uniknąć schwytania przez orków. Zresztą, nawet jeśli, to co z tego? Nie mają już przecież ani żywności, ani nawet wody…

Oni, co najmniej od Cirith Ungol wiedzieli, że idą na śmierć i ze śmiercią się pogodzili. Sam jeszcze próbował zachować wiarę w szanse ocalenia. Frodo był już całkiem pesymistą. Dlatego też Frodo zawiódł w misji, którą sobie nałożył. Założył Pierścień, bo szukał sposobu ocalenia życia.

Tym, co jest cudowne i dające nadzieję w tym rozdziale jest interwencja orłów. Przy czym nie jest to nadzieja Froda lub Sama, co reszty Drużyny Pierścienia. Jest to ocalenie niespodziewane, możliwe jedynie dzięki szczęściu (lub interwencji wyższych sił, jak chcą niektórzy) i tak naprawdę niezasłużone.

Frodo nie zwycięża dzięki wierze, miłosierdziu czy nadziei. Frodo nie zwycięża w ogóle. Jedyne, co robi to dostarcza Pierścień we właściwe miejsce we właściwym czasie. Finał dzieje się w zasadzie bez jego udziału, a nawet wbrew jego czynom. Tak naprawdę o losach świata decydują więc przypadek i głupota.

Czy Tolkien faktycznie w ten sposób to od początku zaplanował?

Raczej mało prawdopodobne, bowiem Tolkien po prostu pisał książkę bez planu. Stąd też niektóre luki oraz łatwe do przeoczenia próby łatania nieścisłości.

Jeśli czytaliśmy książkę „Tolkien: Droga do Śródziemia” lub Tolkien: Pisarz Stulecia” T. A. Shippeya, to wiemy, że Tolkien początkowo chciał stworzyć zupełnie inną powieść! Ba: wcale Władcy Pierścieni pisać nie chciał. Przeciwnie: został do tego namówiony przez swojego wydawcę i miała być to powieść dziecięca, będąca kontynuacją „Hobbita”. Obydwaj (on i wydawca) wierzyli też, że przyczyną sukcesu „Hobbita” były zabawne, słodkie stworki z włosami na stopach…

Obydwaj też „Hobbita” traktowali jako przypadkowy sukces i nie liczyli na dużą sprzedaż. Ten drugi chciał po prostu iść za ciosem i złupić naiwnych, zanim trend się nie wypali.

Tolkien dał się namówić (czy raczej: uległ presji). Pierwotna książka różniła się znacząco od późniejszego „Władcy Pierścieni, nawet pomimo tego, że znaczna część materiału została włączona do końcowej powieści (stąd choćby różnice w przedstawianiu Nazguli, którzy w pierwszych rozdziałach są prezentowani raczej jak natrętne łotrzyki, niż potężni nieumarli). Przykładowo w książce występowała postać starego hobbita o imieniu Trotter, który miał być przewodnikiem drużyny i albo kuzynem Bilba albo też samym Bilbem w przebraniu. Trotter później został zastąpiony przez Aragorna.

W tej formie Tolkien zdołał dociągnąć akcję mniej-więcej na Komarowe Bagna i zablokował się w pisaniu na długie miesiące…

W tym czasie zdradzał objawy klasycznego bloku pisarskiego, jak u autoreczki z bloga z fanfikami. Siadał do pisania, jednak zamiast pracować zajmował się pierdołami: w jego wypadku było nimi wymyślanie języków.

Koniec końców doszedł do wniosku, że jeśli ma napisać „dosłownie cokolwiek”, to równie dobrze może napisać taką książkę, jakby miał ochotę. Czyli romans rycerski…

Więc cofną się do tylu, pozmieniał wiele rzeczy i zaczął pisać tenże romans.

Strategiczny Gollum jest po prostu zabiegiem dramatycznym:

I w ten sposób doprowadził Frodo do Orodruiny.

Tam prawdopodobnie odkrył, że poważnie się wpakował. Tak znaczące wydarzenie, jak zniszczenie Jedynego Pierścienia wymaga jakiegoś podkreślenia jego wagi. Tak więc Pierścień nie mógł zostać jedynie dostarczony do Szczeliny zagłady z wielkim trudem, po czym zwyczajnie w nią ciśnięty. To też musiało być dokonane z wielkim trudem.

Było kilka możliwości: po pierwsze Frodo mógł po prostu wygłosić długą przemowę i cisnąć pierścień w lawę. Problem polega na tym, że Frodo był nikim i z różnych powodów nie pasowało, by przemawiał.

Mógł też stoczyć finałowy pojedynek z Sauronem lub którymś z jego sług, a następnie cisnąć pierścień do wulkanu wraz z jego zwłokami. Jednak zwycięstwo hobbita w takim starciu było mniej, niż prawdopodobne i wymagałoby wprowadzenia licznych zrządzeń losu, co sprawiłoby, że scena ta byłaby jeszcze gorsza, niż jest.

Inna postać, jak na przykład Conan Barbarzyńca mogłaby wiarygodnie dokonać obydwu tych rzeczy. Zmierzyć się z Sauronem w pojedynku, zabić go, po czym oświadczyć, że oto zamierza rządzić mieczem, a nie magią, więc odrzuca moc czarnoksięstwa… I cisnąć Pierścień w ogień, razem ze zwłokami Nieprzyjaciela. A potem udać się w stronę zachodzącego słońca, na poszukiwanie królestw do podbicia. Frodo tego nie mógł zrobić, bowiem nie miał władzy królewskiej i nie była mu też pisana.

Tolkien mógł też pozwolić na zwycięstwo Saurona. Byłoby to nihilistyczne, a powiedzmy sobie szczerze: nihilizm jest głupi. Co więcej czytelnik byłby niezadowolony: książek nie czyta się po to, by dowiedzieć się na końcu, że traciło się czas.

Mając do wyboru wiele opcji złych wybrał tą, która wydawała mu się najmniej szkodliwa: klęskę bohaterów i szczęśliwie pojawiające się deus ex machina, które uratowało sytuację.

Zniszczenie Pierścienia nie jest nawet kluczową sceną książki:

Mógł sobie na to pozwolić dlatego, że scena zniszczenia pierścienia nie jest najważniejszą sceną książki, a jedynie punktem kulminacyjnym dzielącym jej drugi akt od trzeciego.

Zauważcie: odbywa się ono w trzecim rozdziale księgi szóstej. A ten ma ich dziewięć. Czyli w połowie trzeciego tomu.

Tak naprawdę finał i kluczowe sceny tej historii to ostatnie rozdziały oraz powrót do Shire. Bez nich opowieść jest po prostu bohaterską historią o niepozornym wojowniku i jego dzielnych kompanach, którzy gromią zło raz siłą, a raz sprytem…

A sam Władca Pierścieni nie jest o pierścieniach:

Nie wiem, czy zauważyliście, ale Tolkien konstruował opowieść bardzo mocno bazując na parach Teza – Antyteza. Widać to po bohaterach zestawionych w pary przeciwieństw. Tak więc mamy:

  • Dziewięciu Czarnych Jeźdźców vs. Dziewięciu Członków Drużyny

  • Gandalf vs. Saruman

  • Frodo vs. Sam

  • Mery vs. Pippin

  • Aragorn vs. Boromir

  • Gimli vs. Legolas

Istnieją też jeszcze dwie pary przeciwieństw:

  • Hobbit vs. Władca Pierścieni

  • Księgi Nieparzyste vs. Księgi Parzyste

Skupmy się na tych dwóch ostatnich przeciwieństwach. Otóż: każdy zna fabułę „Hobbita” Opowiada ona o tym, jak potomek królów, mocno osadzony w dawnych opowieściach wyrusza zabić smoka i omal nie doprowadza straszliwej do katastrofy. Przed popełnieniem nieodwracalnych błędów ratuje go jednak pomoc mocno osadzonego w prozie życia i przy tym zaradnego karzełka.

Władca Pierścieni opowiada aż dwie historie o zupełnie innym wydźwięku. Pierwsza z nich jest nieco naiwna: traktuje o tym, jak dzielny wojak, dzięki mocy dawnych opowieści oraz pomocy aż dwóch sprytnych karzełków zostaje królem.

Druga, jak zamożny paniczyk z dobrego domu, pod wpływem dawnych opowieści rusza na wojnę, realizować swe patriotyczne obowiązki. Oraz jak wraca z niej jako inwalida z PTSD.

Oczywiście zdobywa przy tym status największego bohatera w dziejach i dozgonną wdzięczność króla… Ale odchodzi z tego świata w zapomnieniu, utraciwszy większość majątku, żyjąc skromnie i samotnie.

Zauważcie, że to pozostałe trzy hobbity, a nie Frodo cieszą się względami monarchów i podziwem rodaków, mają udane życia osobiste, dochodzą do bogactwa i robią kariery polityczne…

Pytanie skąd takie ponure zakończenie (bowiem Władca Pierścieni jest książką arcy-ponurą) oraz dziwny brak uczuć religijnych postaci?

Otóż: twórczość Tolkiena dość często porównywana jest z twórczością innego artysty, żyjącego w innym kraju i tworzącego w innym medium: ze Zdzisławem Beksińskim. Jest to porównanie dość słuszne: obydwaj byli obsesyjnie zainteresowani Bogiem (aczkolwiek Beksiński deklarował się jako niewierzący) i obydwaj przejawiali to samo zaburzenie, nazywane czasem „syndromem ocalałego”. Zjawisko to jest jedną z odmian PTSD, a dotyka ludzi, którzy widzieli coś straszliwego, lecz samemu nie ucierpieli. Tolkien przeżył dwie wojny światowe (i walczył w pierwszej, gdzie stracił większość przyjaciół), wczesna młodość i późne dzieciństwo Beksińskiego to natomiast okres II wojny światowej.

Obaj nie ucierpieli (Beksiński wręcz uważał się za odstającego od otoczenia z powodu braku przeżyć wojennych), jednak w obydwu wywołało to bardzo podobne przemyślenia. Beksiński był pewien tego, że kroczymy mroczną doliną, ale żaden Bóg nie jest przy nas. Natomiast gdzieś z boku czai się to Zło, które go (do czasu) omijało. Mamy więc powody, by się lękać.

Tolkien, wierzący, ale bardzo aktywnie grzeszący myślą (uwielbienie dla pogaństwa, bardzo wyraźny w Silmarillionie flirt z manicheizmem) natomiast całe życie spędził w poczuciu dysonansu: jak miłosierny Bóg mógł dopuścić do tego, że wydarzyły się aż dwie tak wielkie tragedie?

Oraz podświadomy strach, że Bóg nas opuścił.

Ten wpis został opublikowany w kategorii fantastyka, Fantasy, Książki, tolkien i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

7 odpowiedzi na „Strategiczny Gollum i mistyka Władcy Pierścieni:

  1. barnaba pisze:

    Los Froda jest brzydko prawdziwy.
    Wyobraź sobie bohatera II wojny światowej, obwieszonego orderami i odznaczeniami, patrzącego przez 4 lata na śmierć przyjaciół, który po przejściu drogi od Kijowa przez Stalingrad, Kursk do Berlina, wraca do rodzinnej wsi gdzieś pod Smoleńskiem. I tam nikogo nie obchodzą jego wspomnienia i odznaczenia z dalekich krain, bohaterem jest facet, który spalił lokalnemu kolaborantowi chałupę, gdy dom naszego bohatera zawalił się ze starości a pola zarosły krzakami.

    Ten bohater ZSRR mógł chociaż wziąć z tej wsi dupę w troki, pojechać do Moskwy i zatrudnić w fabryce.
    Frodo musiał zostać w swojej wsi.

  2. slanngada pisze:

    Nazgule były najstraszniejsze właśnie na początku paradoksalnie.
    Co do braku relgi u Tolkiena raczej jednak zrzuciłbym to na to, że po prostu głupio było mu pisać o wymyślonej religi.

    Chciałem powiedzieć, aby nie bawić się w chrzczenie Arystotelesa, ale sam się w nie pobawię.

    Dosyć ciekawe, że u Howarda prawdą obiektywną jest prawda chrześcijańska. W Conanach Conan raz ratuje uciśnionych chrześcijan (i czarownicę btw) i dobrze na tym wychodzi, podobnie wcześniej ratuje go nieco podobny kult Ibisa. W tygrysach morza jest chrześcijanin perse, jak i diabeł.

  3. Solomon Kane pisze:

    Orły po Froda i Sama wysłał Gandalf.

    Frodo wykonał misję. Dostarczył Pierścień do odpowiedniego miejsca. Misję wykonał także Gollum,przejmując Pierścień i niszcząc go. Nawet niechcący. Eru Iluvatar kilkakrotnie wpływał na losy bohaterów, choć sami mogli być tego nieświadomi. Choćby na Wichrowym Czubie.
    Pierścień zniszczyli więc maluczcy, słabi, grzeszni. Działając wspólnie (bez wiedzy że zmierzają ku wykonaniu misji).

  4. Wojtek Chajec pisze:

    „Otóż: twórczość Tolkiena dość często porównywana jest z twórczością innego artysty, żyjącego w innym kraju i tworzącego w innym medium: ze Zdzisławem Beksińskim.”
    Pierwszy raz zetknąłem się z takim zestawieniem i jest dla mnie dość zaskakujące, ale trafnie uargumentowane. Chociaż najbardziej w tym wszystkim zaskakujące jest to, że obydwoma twórcami dość mocno się swego czasu interesowałem, lecz nie przypominam sobie, żebym widział wcześniej porównanie twórczości jednego i drugiego.
    Ciekawy artykuł i bardzo, bardzo mocna końcówka.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s