O „historyczności” polskiej fantastyki: Pan Lodowego Ogrodu i Meekchańskie Pogranicze

pan-lodowego-ogrodu-tom-1-b-iext66634945Przejdźmy do dwóch kolejnych książek: Pana Lodowego Ogrodu oraz Meekchańskiego Pogranicza oraz oceńmy ich historyczność oraz zgodność z realiami dawnych epok.

Czy okażą się im wierniejsze, niż Achaja?

Czy też takie same?

Pan Lodowego Ogrodu:

W Panu Lodowego Ogrodu przemierzamy znaczny obszar świata, trafiając do dwóch kręgów kulturowych: przemierzanego przez Vuko Wybrzeża oraz Armitraju, z którego pochodzi Filar, drugi z bohaterów cyklu.

Kultura Wybrzeża:

Inspiracje Jarosława Grzędowicza gdy tworzył kulturę Wybrzeża są dość jasne i proste: wikingowie.

Ogólnie rzecz biorąc ich kultura jest dość dobrze przedstawiona. Mamy więc ukazane ich prawo zwyczajowe, podział na klany, rozproszoną społeczność, wyprawy łupieżce, chwytanie niewolników oraz rozstrzyganie problemów za pomocą pojedynków i sądów bożych… Ich główne miasto to natomiast prawdopodobnie klon Birki lub Hebedy, średniowiecznych, skandynawskich miast handlowych, które jednak upadły na skutek wojen prowadzonych w Skandynawii.

Ogólnie, jeśli pominąć stylizacje ala Zdzisław Beksiński i dialogi ala Andrzej Sapkowski, to przedstawienie jest dość prawdziwe, aczkolwiek pojawiają się błędy. Choć te ostatnie są pomniejsze.

Przykładem takiego błędu może być tytuł „styrmana”. Słowo to jest prawdopodobnie przekręconym, duńskim tytułem styrassmen, dosłownie oznaczającym „sternika”. W odróżnieniu od styrmana z Pana Lodowego Ogrodu nie był on jednak naczelnym władcą plemienia czy wodzem, a tytułem administratora niskiego szczebla, odpowiednikiem norweskiego hersir. Oba tytuły oznaczały dowódcę pomniejszego okręgu wojskowego. Styrassmen był człowiekiem, który na wezwanie króla miał przyprowadzić jeden okręt wojenny (wraz z załogą), Hersir natomiast miał przybyć na czele setki ludzi.

Tak czy siak nie były to potęgi.

Kultura Armitraju:

Odwrotnie kultura Armitraju. Zarówno wydarzenia jak i świat przedstawiony w opowieści Filara wydają się nawiązywać głównie do kultury Persji oraz Iranu.

Prawdę mówiąc bardzo słabo znam ten region i nie jestem w stanie powiedzieć, do jakiego stopnia inspirowany jest on prawdziwą historią, a do jakiego zmyśleniem.

Niemniej jednak przedstawione w książce wydarzenia wydaj się w głównej mierze inspirowane książkami Ryszarda Kapuścińskiego, a w szczególności pozycjami Cesarz, Szachinszach oraz Podróże Z Herodotem. Przykładowo opis przewrotu w Armitraju łączy w sobie sceny zaczerpnięte z dwóch pierwszych książek i zupełnie fantastyczne. Zwyczaj handlu niemego pochodzi natomiast od Herodota i tak naprawdę nie wiadomo, czy coś takiego istniało. Opis ten był jednak tyle razy przepisywany, że Grzędowicz mógł się z nim zetknąć w zasadzie w dowolnym miejscu.

Dominują nad nimi jednak wydarzenia fantastyczne: zaczarowane fretki, przeprawa przez pustynię nawiedzaną przez Dżiny, spotkania z wojownikami fantasy, wrogie kulty, ludzie o niezwykłych mocach oraz umiejętnościach, dziwaczne robaki, dziwaczne rekwizyty i dziwaczne rzeczy…

W Armitraju jest więc może 1 procent nawiązań do naszego świata, 99 to po prostu fantasy.

Kult Podziemnej Matki:

Bez tytułubW zasadzie widzę tylko jeden element w Panu Lodowego Ogrodu, który nie byłby ani kalką kultury wikingów, ani też bardzo dziką fantazją. Jest nim kult Podziemnej Matki.

Religia Podziemnej Matki jest tak naprawdę rozwinięciem idei Wielkiej Bogini, dość popularnej teorii z pogranicza religioznawstwa, która powstała na przełomie XIX i XX wieku. Była ona szeroko dyskutowana w krajach anglosaskich, co doprowadziło do przeniknięcia jej do literatury (jej wielkim orędownikiem był na przykład pisarz Robert Graves) oraz ruchów religijnych, czego pokłosiem była religia Wicca. Ta ostatnia wpłynęła na wielu autorów fantastyki, a nawiązania do niej pojawiają się w twórczości takich postaci, jak Andre Norton, Marion Zimmer Bradley czy wreszcie Andrzej Sapkowski.

Koncepcja Wielkiej Bogini wynika z obserwacji, że w wielu kulturach pojawia się dość archetypiczna postać bogini-matki. Jej zwolennicy zakładają, że boginie te są pozostałościami po bardzo starym, prehistorycznym kulcie, który występował w całej Eurazji długo przed pojawieniem się innych bogów.

Religia ta miała być związana z pierwotnym ustrojem politycznym (matryjarchatem) oraz traktować mężczyzn dość wrogo i przedmiotowo. W społeczeństwie dominować miały natomiast kobiety, które pełniły funkcje przywódczyń i kapłanek…

Hipoteza Wielkiej Bogini okazała się bardzo atrakcyjna dla pisarzy z trzech powodów. Po pierwsze (w swoich czasach), stawiała na głowie bardzo patriarchalny świat początków XX wieku i tworzyła atrakcyjny obraz pierwotnego chaosu oraz społeczeństwa, które stało na głowie (Łooo! Baby rządzą! I pewnie jeszcze noszą spodnie!). Po drugie: była to bardzo romantyczna wizja. I po trzecie: trafiająca do wyobraźni ludzi o pewnych światopoglądach…

Faktycznie…

Kult Wielkiej Bogini istniał. A raczej: istniały kulty bogiń-matek, które jednak najpewniej nie wywodziły się z jednego pnia: pojawiały się to tu, to tam w różnych regionach świata i w różnych okresach. Nie było między nimi jednak żadnej ciągłości, która wskazywać by mogła, żeby były lub wywodziły się od jednej pra-religi…

Ostatecznie (przynajmniej w Eurazji) zostały one wchłonięte przez jeden, duży kult Izydy. Była to hellenistyczna bogini, wywodząca się z Egiptu. Kult ten zrobił się popularny dość późno: najpierw, około III wieku przed naszą erą zamieszkujący Aleksandrię Grecy zaczęli utożsamiać Izydę z niektórymi boginiami swego panteonu. Stała się na tyle popularna, by w II wieku trafić do Hellady (i na przykład w Koryncie stała się główną patronką miasta), w I wieku p.n.e. dotarła do Rzymu.

W I wieku naszej ery była to już religia w Imperium Rzymskim bardzo popularna. Rzymianie roznieśli kult Izydy po całym imperium, budując jej sanktuaria w Panonii (dzisiejsze Węgry), w Hiszpanii, we francuskiej Bretanii, w Moguncji w Niemczech, Libii, Tunezji, Turcji, Libanie, Sudanie i Jordanii.

Kult został zakazany w VI wieku naszej ery. Nie wiadomo jak długo przetrwał w misteriach prywatnych.

Ślady kultu Wielkiej Matki znajdowane w XIX i XX wieku prawdopodobnie są pozostałościami właśnie po późno-starożytnych i wczesnośredniowiecznych wyznawcach Izydy, a nie po wierzeniach prehistorycznych.

Kult ten był (podobnie jak chrześcijaństwo) mocno krytykowany przez znaczną część rzymskiej opinii publicznej i (znów podobnie jak chrześcijaństwo) przypisywano mu różne zbrodnie. Faktycznie była to po prostu religia misteryjna, gdzie wyznawcy, dokonując różnych, często dziwacznych praktyk, zdobywali wtajemniczenia w kolejne prawdy wiary.

Obrzędy były tajne, przy czym nie był to krwawy kult. Bardziej działało to jak „wrzuć monetę, a tajemniczy kapłani z Egiptu modlić będą się w twojej intencji” z punktu widzenia typowego wyznawcy oraz „sprostaj wyszukanym próbom, a otrzymasz większy udział w zyskach z darów” z punktu widzenia kapłana.

Istnieje prawdopodobieństwo, że wiele jego elementów przetrwało jako fragmenty kultu Maryi.

Meekhańskie Pogranicze:

Zawodowa Armia:

700315-352x500Jak pisałem w przypadku Achai w czasach historycznych bardzo rzadko zdarzało się, by państwa tworzyły stałe, zawodowe armie. Powodów takiego stanu rzeczy jest kilka: utrzymanie takiej armii jest drogie, a państwa te były bardzo biedne, nie zawsze uzasadnione, stanowi ona też duże zagrożenie dla władcy oraz budzi opór społeczny…

W naszym kontekście kulturowym istnieją tylko trzy przypadki, gdy faktycznie powstały takie armie.

Po pierwsze: były to wojska starożytnego Rzymu po Reformie Mariusza. Te jednak upadły wraz z upadkiem Rzymu. Po drugie: relatywnie małe armie państw narodowych od drugiej połowy XVII wieku po epokę napoleońską. Armie te zakończyły swój żywot wraz z Rewolucją Francuską oraz masowym poborem. Trzecia grupa to armie współczesne, epoki z jednej strony pokoju, z drugiej: niszczycielskiego i bardzo drogiego sprzętu bojowego (w rodzaju Wozów Bojowych Piechoty), który stawia pod znakiem zapytania stosowanie masowego poboru nie-specjalistów.

Historycznie stosowano najczęściej cztery typy armii: albo było to pospolite ruszenie (chłopskie w czasach wikingów, mieszczańskie w Rzymie, szlacheckie w I Rzeczpospolitej), albo zaciąg najemników, albo zaciąg drużyn dostarczanych przez wasali, albo system mieszany (formalnie obowiązywało pospolite ruszenie, jednak jego uczestnicy mogli wykupić się, wpłacając tarczowe, za które wynajmowano zawodowych najemników). Wojownicy w takich armiach najczęściej sami dbali o swoje wyszkolenie i uzbrojenie.

System dywizyjno-pułkowy:

Armia Meekhamu podzielona jest na regimenty, pułki i kompanie. Jest to wariant systemu dywizjowo-pułkowego, przy czym nieco zwariowany. W klasycznym podziale system wygląda następująco: dywizja → pułk → batalion → kompania. Słowo „regiment” w języku polskim jest archaizmem i oznacza po prostu to samo, co „pułk”. W innych językach, jak na przykład angielski czy niemiecki znaczenie to zachowało. Klasycznie pułk składa się z 3 batalionów + batalionu dowodzenia, każdy po trzy kompanie (czyli z 12 kompanii). Podobnie jak armii Meekhamu pojedyncza kompania składa się z mniej-więcej 200 osób.

Meekham posiada następujące stopnie wojskowe: generał, pułkownik, porucznik i dziesiętnik. Generał dowodzi regimentem, pułkownik: pułkiem, porucznik: kompanią, czyli jak w prawdziwej armii.

Stopień dziesiętnika jest dziwaczny. Fantastyka, wzorując się na armii rzymskiej używa go jako odpowiednik stopnia „dekurion” i uważa za dowódcę dziesięciu żołnierzy (czyli za nasz odpowiednik „kaprala”). Faktycznie „dekurion” był odpowiednikiem „centuriona” (setnika) w kawalerii. Przy czym Rzymianie bardzo długo uważali kawalerię za wojsko mniej wartościowe od piechoty. Dlatego, by zaznaczyć tą różnicę jej oficerów nazywano właśnie „dekurionami”.

W tym wypadku wygląda na to, że dziesiętnik jest odpowiednikiem naszego sierżanta, czyli podoficera dowodzącego plutonem (pluton składa się z około 50 żołnierzy).

System ten jest więc mniej-więcej poprawny. Problem polega na tym, że tego rodzaju armie wyłoniły się dopiero w XVIII wieku. Wcześniej po prostu nie były potrzebne: większość wojen średniowiecza było konfliktami niewielkimi, gdzie rzadko wykorzystywano armie większe, niż 10.000 ludzi (tyle liczyła na przykład Wielka Armia Niewiernych, która pustoszyła Anglię). Większe skupiska sił zbrojnych pojawiały się rzadko, w największych bitwach do walki stawało po 50.000 żołnierzy po jednej stronie…

Powodem stworzenia systemu brygadowo-batalionowego był wzrost populacji oraz, co za tym idzie niewielki koszt zaciągnięcia jednego żołnierza piechoty. Pozwoliło to w XVIII wieku zaciągać armie liczone dosłownie w setkach tysięcy żołnierzy. Stworzyło to pewien problem: otóż fizycznie nie jest możliwe dowodzenie jednolitą masą ludzi o liczebności powyżej 50.000 osób. Problemem staje się po prostu bezwład oraz zajmowana przez nią przestrzeń: 50.000 osób ustawionych w systemie piątkowym ciągnie się na dystansie prawie 20 kilometrów, a obozując zajmuje prawie kilometr kwadratowy przestrzeni. Jeśli formacja taka próbuje pokonać dystans z jednego miasteczka do drugiego, to w chwili, gdy do celu dotrą czołówki, ostatni żołnierze będą dopiero zaczynać marsz. Co więcej żołnierze na tyłach nie mają prawa wiedzieć, co dzieje się na przedzie. Słuch odpada, nawet huk artylerii nie niesie bowiem dalej, niż 5 kilometrów. Inne formy komunikacji też: łącznik na rączym koniu potrzebować będzie 2 godzin, żeby dotrzeć z przodów na tyły… Tak naprawdę nie da się nawet ogarnąć obozu wzrokiem.

Rozwiązanie tych problemów było dość proste: podzielić armie na mniejsze kolumny i marsz różnymi trasami.

Tak więc zaczęto dzielić ją na dywizje, pułki, bataliony, kompanie…

Zawodowa kadra oficerska:

unnamesssssdZawodowa kadra oficerska także nie występowała na naszym kontynencie zbyt często. Ponownie: istniała w czasach Cesarstwa Rzymskiego oraz wojsk XVIII wiecznych i późniejszych. Przy czym z tą zawodowością kadry w Rzymie można byłoby się kłócić; dowódcą legionu był zwykle legat, czyli oddelegowany do tego celu senator. Wyznaczał on trybunów wojskowych (dowodzących kohortami), zwykle dobierając ich ze swojego otoczenia. W wypadku większych zgrupowań senat (lub cesarz) przydzielali jednemu z legatów tytuł dux (wódz).

Oczywiście, by zostać senatorem należało mieć doświadczenie wojskowe na poziomie trybuna. Co niestety znaczyło, że wyższe stanowiska piastowali głównie politycy. Jeśli chodzi o niższe szarże; primus pillus, centurion etc. to zwykle wybierali je sami żołnierze ze swoich szeregów…

Jeżeli chodzi o pozostałe okresy, to dowódcami byli:

  • ludzie wyznaczeni adhock

  • osoby, które wystawiły dany oddział

Przykładowo tytuł pułkownika początkowo oznaczał przedsiębiorcę, który otrzymał od władcy patent na powołanie kompanii, czyli spółki kapitałowej, trudniącej się usługami militarnymi. Człowiek ten rekrutował i dostarczał żołnierzy w określonej liczbie.

Jeśli chodzi o skład korpusu oficerskiego pułku / kompanii, to między XV a XVIII wiekiem ten wyglądał następująco:

  • pułkownik: przedsiębiorca odpowiadający za wystawienie pułku, często bez doświadczenia militarnego

  • podpułkownik: faktyczny dowódca oddziału, zwykle doświadczony żołnierza

  • wachmistrz: urzędnik odpowiedzialny za wystawianie i nadzór nad wartami

  • kwatermistrz: urzędnik odpowiedzialny za wybór miejsca pod obóz oraz nadzór nad jego rozbijaniem

  • profos: urzędnik odpowiedzialny za kontrolę jakości żywności dostarczanej do obozu przez zewnętrznych kupców oraz dyscyplinę w obozie

  • mistrz taboru: urzędnik odpowiedzialny za nadzór nad towarzyszącymi oddziałowi woźnicami i kobietami

  • urzędnika prawniczego

  • felczera

  • chorążego, który dźwigał w trakcie bitwy sztandar oddziału

  • 12 kaprali, którzy stanowili obstawę chorążego w trakcie bitwy oraz pomocników profosa.

  • 2 doboszy

Jak widać nie było tego dużo i działało trochę inaczej, jak współcześnie.

Oraz żołnierze rekrutowani z biedoty:

Wypada mi powtórzyć, to, co pisałem o Achai:

W naszym kręgu kulturowym obowiązkowa służba wojskowa istniała tylko w jednym kraju: schyłkowym Cesarstwie Rzymskim. Prócz tego polegano zawsze na:

  • zaciągu ochotników

  • zaciągu zawodowych żołnierzy najemnych

  • wojsku dostarczanym przez wasali

  • pospolitym ruszeniu, z którego można było się wykupić płacąc tak zwane „tarczowe”

Pierwsze armie poborowe pojawiły się bardzo późno, bo dopiero w XVII wieku.

Po drugie: do drugiej połowy XVII wieku nigdy lub prawie nigdy nie zaciągano żołnierzy z najniższych warstw społecznych. Wojna zawsze była zajęciem niższej szlachty (rycerstwo), średnio zamożnego mieszczaństwa (brabandzka piechota, genuańscy kusznicy, hiszpańskie tertios), w najgorszym zaś razie bogatego chłopstwa (szwajcarscy pikinierzy, niemieccy lancknechci, angielscy łucznicy, żeglarze wikingów). Wynikało to z tego, że od żołnierzy oczekiwano, iż stawią się z własnym wyposażeniem i żywnością. A zwłaszcza to pierwsze było kosztowne. Przykładowo w XV wiecznej Polsce miecz kosztował 8 grzywien (a był to jeden z tańszych elementów wyposażenia wojskowego). Dla porównania pomocnik murarski w tym samym okresie zarabiał 1 i ¼ grzywny rocznie.

Co prowadzi nas do kolejnego powodu, z którego nie rekrutowano ludzi najniższego stanu. Owszem, możliwe było wyposażenie ich z pieniędzy królewskich czy państwowych. Problem polegał na tym, że ulotnienie się z takim ekwipunkiem mogłoby być dla nich zbyt dużą pokusą…

Po trzecie: aż do połowy XIX wieku każdy kraj, w którym istniała służba wojskowa pozwalał na legalne wykupienie się z niej za niewielkie pieniądze. Nie było to postrzegane jako coś złego. Wręcz przeciwnie: patrzono na to, jako na inny sposób przysłużenia się państwu (poprzez finansowanie wysiłku zbrojnego) oraz na metodę, by ulżyć biedakom (którzy nie tracili w ten sposób jedynego żywiciela rodziny). Możliwość tą zniesiono wraz z rozwojem gospodarki, gdy okazało się, że o rekruta jest ciężko, gdyż właścicielom zakładów przemysłowych bardziej opłaca się wykupić wszystkich swych pracowników z wojska, niż szukać dla nich zastępstw.

Piechota Górska:

9788361187455To ciekawa formacja. Ogólnie rzecz biorąc była modna w dwudziestoleciu międzywojennym. W trakcie I Wojny Światowej okazało się, że znaczna część etatowego uzbrojenia piechoty (mówię tu głównie o lekkiej i średniej artylerii) nie sprawdza się w górach. Mądre głowy wymyśliły więc, żeby stworzyć formacje uzbrojone w specjalne, niewielkie armatki i tym podobny sprzęt. Przy okazji należało nauczyć żołnierzy wspinać się po stromych graniach i jeździć na nartach.

Wydano na to niebotyczne pieniądze.

Po czym wybuchła II wojna światowa i okazało się, że (cytując Eisenhowera) piechota górska jest formacją, która:

Albo zawadza, albo nie ma jej akurat pod ręką!

Po prostu: lekki sprzęt miał zbyt mała siłę ognia i w otwartym polu piechota górska była rozbijana z łatwością przez typowe oddziały. Rozmieszczona w górach tkwiła natomiast z dala od głównych frontów, na obszarach które można było łatwo izolować…

Po wojnie rozwój takiego uzbrojenia jak ręczne granatniki przeciwpancerne, działka bezodrzutowe, moździerze piechoty czy pociski kierowane całkiem przekreśliły jej sens. Obecnie mianem „piechoty górskiej” nazywa się zwykłe formacje piechoty zmechanizowanej / rozpoznawcze / powietrzno-szturmowe kontynuujące po prostu tradycje szczególnie sławnych oddziałów.

Jeśli chodzi o fantasy i warunki średniowieczno-podobne, to nie widzę sensu tworzenia takich jednostek. Owszem, można twierdzić, że wyposażenie w rodzaju ciężkich pancerzy płytowych, pik, halabard etc. nie sprawdza się w górach… Jednak, jak pisałem przy okazji Achai żołnierze nie są do niego przyklejeni. Część uzbrojenia można po prostu wyrzucić. Funkcję piechoty górskiej może spełniać więc zwykła piechota, tylko z mieczami i kuszami lub łukami…

Niektórzy historycy nazwę „piechota górska” rozciągają na formacje w rodzaju Harników, czyli werbowanych z chłopów oddziałów łowców nagród i strażników przełęczy, którzy zajmowali się zwalczaniem zbójectwa górskiego. Przy czym to nie były formacje wojskowe, tylko prywatni najemnicy, opłacani przez okoliczną szlachtę ze wspólnych zrzutek…

Meekhańskie Pogranicze jest nawet bardzo historyczne:

Spójrzmy:

  • autorytarne imperium rządzone przez potężnego cesarza dysponującego władzą absolutną

  • toczące na swych obrzeżach wojny z góralami i koczownikami

  • decydujące o wszystkim, nawet o tym, jakich i w jaki sposób oddaje się cześć bogom

  • w którym niewspółmiernie wysoką rolę odgrywają tajne służby

  • mogące bezkarnie mordować i uprowadzać ludzi oraz łamać prawo na wszelkie inne sposoby

  • oraz których nikt nie kontroluje do tego stopnia, że ich poszczególne wydziały toczą między sobą wojny

  • gdzie więzi się lub zabija ludzi bez wyroków

  • gdzie wszystkie aktywności ludzkie są podejrzane

  • gdzie większość ludności jest biedna, ale są też i bajecznie bogaci oligarchowie

  • gdzie armia stawiana jest na piedestale

  • ale ogólnie rzecz biorąc jest ona niedofinansowana, niezdyscyplinowana i dziadowska

  • pchające swe łapska w politykę innych, nawet bardzo dalekich krajów

  • gdzie państwa, które wyrwały się z jego orbity wpływów traktowane są jak zbuntowane prowincje…

Brzmi to znajomo?

Bo to przecież jest Rosja Putina!

Nie jestem pewien, czy Wegnerowi faktycznie chodziło o takie skojarzenia, czy samo mu tak przypadkiem wyszło, ale napisał książkę, którą wręcz można odczytywać jako pieśń pochwalną na cześć tego kraju.

Podsumowując:

Zarówno Pan Lodowego Ogrodu jak i Meekchańskie Pogranicze są książkami fantasy posiadającymi bardzo niewiele nawiązań do jakichkolwiek realiów historycznych. Wyjątkiem od tej reguły są toczące się na Wybrzeżu epizody Pana Lodowego Ogrodu. Pozostałe obszary narracyjne tych książek nawet nie udają, że próbują przedstawiać życie w okresach wcześniejszych, niż XX wiek.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Dziwne rozkminki, fantastyka, Fantasy, Historia, Książki i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

12 odpowiedzi na „O „historyczności” polskiej fantastyki: Pan Lodowego Ogrodu i Meekchańskie Pogranicze

  1. Simplex pisze:

    Korekta obywatelska:
    matryjarchatem – matriarchatem
    adhock – ad-hoc

  2. barnaba pisze:

    Piechota górska w założeniu stanowiła lekko uzbrojone oddziały osłonowe- wyposażone w działa kal. do 75 mm, z trakcją konną, z niewielką ilością taborów. W zasadzie tańszy odpowiednik zwykłej dywizji piechoty, ale w którym zwrócono uwagę na pewne szczegóły wyszkolenia- wspomnianą przez Ciebie jazdę na nartach, walkę w lesie, w krajach alpejskich też elementy wspinaczki i walkę w piętrze hal i turni.
    Używanie jej do czegokolwiek innego nie miało sensu.

  3. PK_AZ pisze:

    Jako fanboj armiotworzenia, nie byłbym sobą, gdybym się nie pokłócił.

    „Tak więc zaczęto dzielić ją na dywizje, pułki, bataliony, kompanie…”
    Z jednym zastrzeżeniem: kompania jest na tyle małą jednostką (40-250 ludzi, zależnie od epoki i tego czy jesteś Anglosasem), że może się formować oddolnie.
    Weźmy magiczne królestwo liczące sobie 1.000.000 mieszkańców. Niech będzie podzielone na 50 powiatów (tutaj strzelam). Niech każdy powiat będzie zobowiązany wystawić oddział piechoty w ramach pospolitego ruszenia.
    Na jeden powiat przypada średnio 1.000.000 / 50 = 20.000 mieszkańców. Niech zobowiązany do służby będzie jeden na stu (jeśli jedna zagroda liczy pięć osób, to jest to jeden pospolitak na dwadzieścia zagród). Daje to 200 piechurów. Coś tam pewnie zawyżyłem, niech będzie 2/3 tego, czyli 130 – idealnie na kompanię.

    „Klasycznie pułk składa się z 3 batalionów + batalionu dowodzenia, każdy po trzy kompanie (czyli z 12 kompanii). ”
    Brzmi to tak, jakby pułk składał się z dwunastu kompanii bojowych, w tym trzech w batalionie dowodzenia. Mam wrażenie, że częściej spotykano trzy bataliony po 600-1000 ludzi, podzielone na kompanie zgodnie z lokalnym obyczajem (6×140 ludzi u Francuzów Napoleona, 10×76 szeregowych u Brytyjczyków w tym samym okresie), do tego jakaś grupa dowodzenia pułkiem i jakiś aparat kwatermistrzowski i medyczny, które mogły ale nie musiały być zgrupowane w batalion dowodzenia.
    Z tymi pułkami to jest generalnie zabawna sprawa. Czasami liczyły jeden batalion, czasami trzy, czasami dwa (jak na przykład pułki rezerwowe, które w 1914 pomaszerowały do maszynki do mięsa), czasami dziesięć kompanii bez podziału na bataliony. A czasami (czyli u Brytyjczyków) wcale nie występowały jako jednostka taktyczna, tylko wystawiały bataliony do służby w brygadach.
    A, i oczywiście mówimy cały czas o takiej najbardziej podstawowej z podstawowych piechocie, bo na przykład pułk kawalerii był zupełnie inną jednostką.

  4. Przechodzień pisze:

    Oj, początki armii zawodowych można upatrywać we Francuskich i Burgundzkich kompaniach ordynansowych z II poł. XV wieku, na większą skalę to pojawiają się wraz z Hiszpańskimi Tericos (pewien pułk piechoty datuje swój początek na 1509 rok). Dodatkowo początkowo kadra oficerska byłą dość mała, ale za dużo większe znaczenie kiedyś mieli podoficerowie.

  5. Cadab pisze:

    >„wrzuć monetę, a tajemniczy kapłani z Egiptu modlić będą się w twojej intencji”
    >Istnieje prawdopodobieństwo, że wiele jego elementów przetrwało jako fragmenty kultu Maryi.
    Ja wiem, że to nie była myśl przewodnia akapitu, ale mój mózg i tak to połączył w ciąg

    Jest taki fragment, gdzie tekst staje się kopią poprzedniego. Nie łatwiej było napisać „O tym pisałem już w poprzedniej wersji”? Jakoś zgrabniej by to wyglądało.

    Ad. piechota górska
    Popularność formacji w fantasy (nie tylko tym polskim, anglojęzyczna pulpa tym się pławiła) w jakimś sensie wynika z romantycznego spojrzenia na służbę wojskową w armii z poboru. Oto mamy niby oddział zwykłych piechurów, ale elitarny. Z drugiej strony jego elitarność nie wynika z tego, że się ich ćwiczy i trenuje, tylko z faktu, że nie są w „zwykłej” piechocie. Więc jest swojsko, a równocześnie „specjalnie”. Też nie jest to formacja, która jest faktycznie narażona na siermiężną służbę wojskową, gdzie jest się bezimiennym pionkiem w jakieś wielkiej bitwie/operacji, tylko bierze udział w „zadaniu specjalnym” i z dala od głównej linii frontu, co paradoksalnie w warunkach powieściowych, jest atutem. No bo wykonuje się Jakieś Strasznie Ważne Misje, oddział jest mały i wszyscy się znają, wszystko ma charakter prowizorki, a najgorsze, co Ci Źli na nas rzucą, to co najwyżej pojedynczy wóz pancerny/szwadron kawalerii. Osiągamy efekt rodem z „Czterech pancernych i psa”, gdzie z wojny można zrobić wielką przygodę, prowadząc „prywatne” potyczki i zajmować się drobnymi, nieskoordynowanymi i w dużej mierze niezależnymi od sztabu zadaniami.
    Więc nie ma co się dziwić, że pisarze uwielbiają piechotę górską, razem z jej mutacjami fantasy. To zwyczajnie doskonały materiał na „przygodę w wojnę”, czy wręcz „zabawę w wojnę”, a równocześnie wszyscy są „swojscy”, zamiast być jakimiś zaprawionymi w boju komandosami albo odpowiednikiem Legii Cudzoziemskiej (ta, jak i jej fantastyczne odpowiedniki, oraz niepowiązana z nią bezpośrednio funkcja nie-szwajcarskich najemników [zaś górale!], ma swoje osobne miejsce i też się ją wykorzystuje w opór).
    W sumie zdaje mi się, czy w Achaji nie dość, że mamy tę nieszczęsną piechotę górską, to są też nie-szwajcarscy najemnicy z górzystego, biednego kraju?

    Ad. Putinowska Rosja
    To chyba w ogóle miał być obrazek tego, jak „Typowy Polak” patrzy na Rosję jako taką, a nie wyłącznie jej najświeższą odsłonę. Bo jak się spojrzy przez pryzmat stereotypu, to jakoś tak od Iwana Groźnego jest jeden i ten sam kurs polityki. I znów wychodzi z tego samograj na potrzeby pisania, szczególnie zaś światów wymyślonych.

  6. pontifex maximus pisze:

    Gatunkowo, PLO powinno się chyba klasyfikować jako „planetary romance” albo „sword and planet” – nie ogarniam różnicy poza tymi dwoma, więc na wszelki wypadek piszę o obu – ale to na tyle mało u nas znane gatunki, że mało kto pamięta o nich w kontekście PLO. W skrócie: bohater pochodzący z ziemsko-technicznej cywilizacji trafia na inną planetę, gdzie przeżywa przygody typowe dla heroic fantasy.

    Podziemna Matka to w zasadzie motyw Zuej Feministki i niemal nic więcej, można tu mówić najwyżej o wzorcach, na których pisarz się opierał. Zresztą: z dwóch głównych wątków powieści jeden jest o tym, jak zbrojny prawo-libertarianin rozwiązuje problemy stworzone przez różne odmiany lewaków, a drugi, jak młody korwinmonarchista przechytrza wściekłe feministki. To jest na tyle sprawnie napisane, że się dobrze czyta i nie razi, ale jednak im dłużej o tym myślę, tym bardziej jestem zdania, że PLO powinno się traktować jako świadomą alegorię.

    A propos Wegnera i piechoty górskiej, warto ją porównać do tych konnych kompanii. One też nie są regularną armią złożoną z anonimowych żołnierzy, a takimi właśnie formacjami na tyle małymi i niezależnymi, by nadawały się do różnych niezależnych przygód.

    • Cadab pisze:

      Różnica jest w tym, o czym i w jaki sposób to jest napisane.
      Sword and planet jest gdy:
      – bohater jest jedynym Ziemianinem na obcej planecie
      – te miecze są jak najbardziej dosłowne
      – całość wygląda jak sword and sorcery
      – z jednej strony cywilizacja kosmitów jest strasznie prymitywna, z drugiej strony ma dostęp do turbo-gadżetów (ale właśnie jako gadżetów)
      Więc mamy powieść łotrzykowską o dzielnym Joe Averago, który znalazł się na planecie Arrak i którą skutecznie jednoczy, dobrze robiąc szablą i będąc przy tym urodzonym pilotem lotni odrzutowej
      Planetary romance jest gdy:
      – akcja dzieje się na obcej planecie
      – jest obowiązkowo romans
      – jest mnóstwo światotworzenia, żeby zaznaczyć jak obce i nieziemskie jest to miejsce, tak fizycznie, jak i kulturowo
      – ludzie mogą być, ale nawet to w sumie nie muszą
      Więc mamy romans przygodowy, w którym szlachetny Joe Averago, pilot USSF, zdobywa serce V’nei, księżniczki Arraku, planety, na której Fioletowi Ludzi walczą z czcicielami Trój-Rozgwiazdy
      Jak nietrudno się domyślić, jedno i drugie się dość mocno zazębia, ale nie znaczy, że to zamienne terminy. Najzabawniejsze, że sztandarowym przykładem OBU gatunków jest dokładnie ten sam cykl książek, czyli Barsoom Burroughsa. Książki, które od prawie stu lat z jakiegoś powodu kompletnie nie potrafią się przebić do choćby jakiejś niszy w Polsce mimo całej masy wydań, co mnie zawsze bawi okrutnie, w kategorii „rzeczy, które w Polsce z jakiegoś powodu nigdy się nie upowszechniły”.

    • Cadab pisze:

      Oczywiście jak przypostowałem, przyszedł mi lepszy pomysł jak to rozdzielić, w możliwie jaskrawy sposób:
      „Gwiezdne wrota” to sword and planet.
      „Avatar” to planetary romance.

      • pontifex maximus pisze:

        „Świat Rocannona” to które? Bliżej pierwszego chyba.

      • Cadab pisze:

        Nie mam zielonego pojęcia ^^ Podejrzewam, że ma swoją własną łatkę, bo nie poszło w czasach, kiedy pisało się pulpę, więc jakiś Anglosas na bank wymyślił nową, równie bezsensowną szufladkę. Oni tak już mają

  7. Elfir pisze:

    Kult Poziemnej Matki na planecie wprowadza ludzka, ziemska kobieta z XXII wieku (?), więc nie można tu mówić o historyczności względem kultury Amitraju.
    Amitraj zdecydowanie kojarzył mi się chińsko a nie persko. Także w tym, że elity rządzące nie były etnicznie spokrewnione z ludem (jak dynastie mongolskie)
    Nawet filozofia władców zalatywała konfucjanizmem.

  8. Elfir pisze:

    Meekhan jest przeraźliwie współczesny w swoim światotwórstwie. Łącznie z wysoką niezależnością kobiet, która nie istniała w czasach historycznych (przynajmniej dla kobiet pochodzących spoza arystokracji – i wyjątek Joanny D’Arc pozostaje wyjątkiem)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s