Życie i rozwój cywilizacji w świecie z potworami:

Wyobraźmy sobie, że na świecie są różnego rodzaju potwory znane z gier (bo rzadziej książek) fantasy. Są więc w nim smoki, gryfy, olbrzymie pająki i inne tego typu stworzenia. W świecie tym są też relatywnie niewielkie małpki, które presja ewolucyjna zmusiła do zejścia z drzew i zmieniła w homo sapiens sapiens lub dowolną inną rasę. Albo też istoty te itsekajowały do tego świata. Albo też zawinili tutaj bogowie, demony czy nawet kosmici…

Faktem jest, że mamy plemiona myśliwych-zbieraczy, którzy teraz muszą w tym świecie przetrwać i (być może) zbudować nawet cywilizację.

Gobliny i orkowie to nie potwory:

Zacznijmy od jednego: na potrzeby tego tekstu gobliny, orkowie, elfy, trolle i wszystko, co jest a) humanoidalne b) można się z tym choć z grubsza dogadać nie jest potworem, ale zalicza się do ludzi. Koniec końców nie jest istotne, która rasa przetrwa, ale raczej to, czy którejś w ogóle się to uda.

Potwory antropofityczne też nie są problemem:

Po drugie myślę, że można wyłączyć z tych rozważań potwory „antropofityczne” czyli trzy kategorie monstrów (i czwarta, dodatkowa)

  • istoty, które powstają z ludzi (np. zombie, upiory)

  • istoty, które żerują głównie lub wyłącznie na ludziach (np. wampiry)

  • istoty, które zasiedlają głównie lub wyłącznie przetworzone przez ludzi środowisko (np. zeulg u Sapkowskiego)

  • stworzenia łatwe do zabicia, jak ogromne wilki, przerośnięte szczury, średnio duże nietoperze, gibberlingi, harpie, czyli istoty, które pokonać może człowiek z drewnianą pałką

Stworzenia te są zależne bowiem od ludzkich populacji (albo też nawet mała populacja może sobie z nimi poradzić). Owszem, ich pojawy mogą czasowo ową przetrzebić, być może nawet bardzo poważnie. Jednak jeśli do tego dojdzie, to jednocześnie skurczy się środowisko życiowe tych istot oraz ich możliwość reprodukcji (im będzie mniej ludzi, tym mniejsza szansa, że któryś zmieni się w zombie). W efekcie więc muszą istnieć w niejakiej równowadze z ludźmi.

Jako takie prawdopodobnie (podobnie jak choroby zakaźne) nie stanowią zagrożenia dla istnienia cywilizacji, ale raczej stały choć przejściowy problem.

Najwrażliwszy moment:

Ludzie zaczynają jako myśliwi-zbieracze, a być może bardziej zbieracze niż myśliwi. Do przejścia mają kilka etapów: zostać rolnikami-myśliwymi, udomowić część zwierząt, zapewniając sobie dodatkowe źródło żywności i nowe źródło energii (praca zwierząt w miejsce pracy ludzi), podzielić się na hodowców z przewagą rolnictwa, rolników z przewagą hodowli i nomadycznych pasterzy, koniec końców zbudować trwałe kultury miejskie (co jest możliwe w każdym momencie od wynalezienia rolnictwa) oraz kilkukrotnie ulepszyć narzędzia.

Mimo, że mają kilka przewag nad potworami: używają ognia, narzędzi, a przede wszystkim mowy (co niektóre typy monstrów mogą robić, ale nie wszystkie) oraz (w odróżnieniu od większości potworów) są wszystkożerni i niezbyt wybredni, na pierwszym etapie swojej egzystencji w zasadzie nie różnią się specjalnie od jakiegokolwiek innego, dużego drapieżnika czy wszystkożercy. Pełnią podobną rolę w ekosystemie, co niedźwiedzie.

Jako myśliwi-zbieracze mają relatywnie niewielkie zdolności obrony przed potworami: są nieliczni, dysponują też kiepskim uzbrojeniem. Co więcej walczą z istotami, które (w odróżnieniu od ziemskich drapieżników) często programowo polują na istoty ludzkie, dysponujące naturalnym uzbrojeniem i niezwykłymi zdolnościami sprawiającymi, że są trudnym przeciwnikiem nawet dla wyposażonych w stalową (a czasem nawet palną lub wręcz automatyczną) broń oraz dzierżących straszliwą magię…

Nie sądzę jednak, żeby śmiercionośność potworów okazała się ich kluczową cechą: ludzie, którzy podjęliby walkę z gryfem, bazyliszkiem czy mantikorom zapewne zginęliby. I to prawdopodobnie prędzej, niż ci, którzy rozjuszyliby niedźwiedzia jaskiniowego czy tygrysa szablastego. Problem polega na tym, że prawdopodobnie na tym etapie potwory rzadko polowałyby na ludzi z prozaicznej przyczyny: tych byłoby mało. Cała, światowa populacja homo sapiens w czasach przed neolitycznych (tzn. przed wynalezieniem rolnictwa) wynosiła jakieś 0,5 miliona osób. Natomiast same stada karibu w latach 90-tych oceniano na 5 milionów sztuk (a przypuszczać zapewne można, że w czasach przed pojawieniem się człowieka były jeszcze liczniejsze). Do tego należy dodać liczne stada reniferów, mamutów, bizonów, nosorożce włochate, konie, tury, różne gatunki antylop i podobnych zwierząt…

Prawdopodobnie więc potwory żerowałyby na nich…

Antropopresja i potworopresja:

Problem polega na tym, że dokładnie te same obszary: pokryte lasostepem, trawiaste równiny, bogate w zwierzęta kopytne stanowią rodzimy ekosystem dla gatunków z grupy homo. Dopiero z czasem opanowaliśmy inne regiony planety. Owszem, dziś prymitywne ludy kojarzą nam się raczej z półnagimi myśliwymi z dżungli lub też rolnikami uprawiającymi niewielkie poletka w lasach Nowej Gwinei (choć nierzadko nie potrafimy odróżnić jednych od drugich). Jednak należy zauważyć, że różnice w stopniu organizacji społecznej, wiedzy, jaką posiadają o swoim otoczeniu oraz poziom techniczny rozwiązań, jakie udało im się wdrożyć, a tymi, jakie posiadali pierwsi homo sapiens są na takim samym poziomie, jak między budowniczymi rakiet kosmicznych, a średniowiecznych młynów wodnych.

I ci ludzie musieliby konkurować ze złudnymi bestiami, mantikorami i smokami…

Wydaje mi się, że są tutaj do wyboru trzy możliwości: konkurować o zdobycz, odpuścić konkurencję oraz odwołać się do magii (bo to w końcu fantasy).

Po pierwsze: konkurencja. Mimo, że myśliwi-zbieracze prawdopodobnie nie mieliby szans w walce z potworami i starcia z nimi kończyłyby się albo zwycięstwem potworów, albo śmiercią zarówno ludzi jak i potworów, to myślę, że jedna ze stron może to starcie wygrać i (co ważniejsze) stroną tą są raczej istoty rozumne. Powód jest prosty: jesteśmy wszystkożerni, podczas, gdy potwory są raczej drapieżne. Drapieżnictwo jest bardzo wydajnym sposobem zdobywania żywności, ale ma liczne ograniczenia. Głównym z nich jest fakt, że jeden drapieżnik może przypadać tylko na pewną, bardzo ograniczoną ilość ofiar. Ludzi, którzy zwykle żywią się korzonkami i nasionami traw, czasem drobnym ptactwem i tylko od święta mięsem dużych zwierząt, może być więc więcej. Tak więc stać ich na większą ilość pyrrusowych zwycięstw. Z każdym nie-do-końca-przegranym starciem z potworem powstaje nowa przestrzeń do zapełnienia, dzięki której ludzi może być więcej i stać ich na jeszcze więcej pyrrusowych zwycięstw…

Tak więc działa tu sprzężenie zwrotne i zwycięstwa przestają być pyrrusowe.

Co więcej, zarówno ludzie, jak i potwory wywierają presję także na swoje ofiary: obecność dwóch, skutecznych drapieżców powoduje kurczenie się stad, a koniec końców może doprowadzić nawet do wymarcia niektórych lub wielu gatunków. Wraz ze spadkiem ich liczebności spada też liczba drapieżników, które mogą się na nich utrzymać…

Z drugiej strony konkurencja ze strony potworów może okazać się zbyt silna i ludzie mogą zostać zmuszeni do rezygnacji z drapieżnictwa, a przynajmniej z polowań na stepach. Jest to obawiam się przegrana bitwa. Jednak ludzie są wszystkożerni, a w wielu obszarach rośnie dziko wiele, jadalnych roślin: wyka, dziki jęczmień, dzika pszenica, łubin…

Konkurencja z potworami mogłaby zmusić naszych przodków do większego skupienia się na pozyskiwaniu pokarmu roślinnego, większej dbałości o jego źródła, większe pieczy o zapewnienia ich odnawialności. Koniec końców wymyśliliby oni rolnictwo.

Być może nawet wcześniej, niż w rzeczywistym świecie.

Czy magia nam dopomoże?

Trzecia strategia to odwołanie się do magii. Moim zdaniem pierwsi myśliwi-zbieracze nie są w stanie wyjść zwycięsko ze starcia z którymś ze stricte drapieżnych potworów, zwłaszcza takich, które uważają nas za obiad. Mogą najwyżej takiego zabić. Ludzie mogą bowiem dość skutecznie polować na większe od siebie zwierzęta, nawet z bardzo prymitywną bronią. „Wystarczy” „tylko” podczołgać się do takowego i wbić mu włócznię w brzuch, a potem odczekać, aż zdechnie na skutek zakażenia, jakie niechybnie się wywiąże. To bardzo niebezpiecze w wydaniu słonia, mamuta czy lwa i samobójcze w trakcie polowania na przerazę czy bazyliszka…

Jednak możliwe.

Jednak nie wszystkie rzeczy muszą robić wojownicy. Niektóre mogą zrobić czarownicy, w szczególności należący do tradycji niezależnych od przyrostu wiedzy, czerpiących swą moc z innych źródeł, niż kumulowana przez stulecia wiedza. Czyli druidzi, szamani, klerycy, zaklinacze, warlocy…

Ich zdolności do zwalczania potworów są w zasadzie nie zmienia się, niezależnie od poziomu rozwoju technicznego czy zorganizowania społeczeństwa. W epoce kamienia łupanego Druid czy Zaklinacz są równie groźni, co w epoce statków kosmicznych…

Scenariusz odwrotny: uplift

Wydaje mi się, że jest jeszcze jeden sposób wydostania się z poziomu pierwotnego. Otóż: istoty ludzkie mogą albo stać się gatunkiem żywicielskim innego gatunku (np. wilkołaków, wampirów), który, celem zwiększenia swojej trzody wywalczy dla nas niszę ekologiczną.

Mogą też zostać uznane przez gatunek jakichś inteligentnych potworów (np. ithilidów, beholdery) za idealne sługi (i / lub źródło pokarmu) i celowo upliftowani.

Po prostu potwory nauczyłyby nas obróbki metali, wznoszenia miast, uprawy roli oraz nagięły dla nas zwierzęta swą magią. Potem wznosilibyśmy dla nich świątynie i pałace, by mogły się w nich swobodnie mnożyć. Oraz składalibyśmy im dziewice i młodzieńców w ofierze…

Wszystko to zapewne skończyłoby się krwawo w czasach, gdy nauczylibyśmy się wykuwać żelazny oręż (o tym później).

Tarasque i nieużytki rolne:

Myślę, że pierwszy etap rozwoju człowieka wyglądałby więc następująco: ludzie byliby drugorzędnym gatunkiem drapieżnika, pełniącego podobną rolę w ekosystemie do niedźwiedzi czy hien. Zostaliby zepchnięci na mniej korzystne obszary: skraje lasu, lądolodu, góry, wzgórza i obrzeża pustyń. Drugim, ważnym obszarem naszego występowania byłyby zapewne okolice zbiorników wodnych, doliny rzek oraz brzegi mórz, gdzie też żyłyby potwory, ale mniej wyspecjalizowane w polowaniu na zwierzęta lądowe (a bardziej na ryby) i gdzie ucieczka często jest łatwiejsza (wystarczy trzymać się brzegu). Czyli nasza rola nie zmieniłaby się od tej, jaką pełniliśmy na początku naszego istnienia.

Później ludzie wynaleźli skuteczną broń, która sprawiła, że stali się dominującym drapieżnikiem naszej planety. Mówię tu o technikach mikrolitycznych z górnego paleolitu.

W świecie fantasy najpewniej nie osiągnęlibyśmy tego etapu. Zamiast tego poszlibyśmy drogą boczną, udomowilibyśmy dostępne nam rośliny i być może niektóre zwierzęta. Następnie przeszlibyśmy od gospodarki łowiecko-zbierackiej do wytwórczej: obsiewalibyśmy pola, budowali trwałe schronienia, wydobywali krzemień z pokładów kredy, wytwarzali ceramikę… Ludy mieszkające w głębi lądu, niezależnie od tego, czy wytępiłyby potwory, czy nie prawdopodobnie uznałyby, że stepy nie są już im potrzebne i rozpowszechniły się na wiele bardziej sprzyjające rolnictwu obszary klimatu podzwrotnikowego, w pasy lasów, podobne naszej Mezopotamii, basenowi Morza Śródziemnego, dorzeczy Nilu, Tygrysu czy Eufratu, w regiony jezior Meksyku (a raczej ich odpowiedniki) czy na pustynie Indian Pueblo. Tam stworzyłyby wolne od potworów kultury myśliwych-rolników i pierwsze cywilizacje miejskie.

Mieszkańcy wybrzeży, jeśli mieliby taką możliwość natomiast, podobnie jak Austranozejczycy nauczyliby się budować kanoe zdolne do podróży oceanicznych i poznawszy prądy morskie dokonali równie imponującego wyczynu, jak rozpowszechnienie się na wyspach od wybrzeży Australii po Madagaskar…

Duże kultury wyparłyby potwory ze wszystkich miejsc, poza:

  • obszarami szczególnie bogatymi w zwierzęta (lasostep, krąg podbiegunowy)

  • źle nadającymi się dla rolnictwa

  • obszarami zamieszkanymi przez wyjątkowo niebezpieczne i trudne do zabicia stworzenia w rodzaju np. Tarasque

Aczkolwiek, zważywszy na cykl życiowy Tarasque (tzn. budzi się raz na kilkaset lat, zjada wszystko wokół i ponownie kładzie się spać) ludzie pewnie nauczyliby się z nim żyć. Traktując go jak klęskę żywiołową…

Pierwsze obszary zamieszkane przez ludzkie cywilizacje zapewne dziś wydawałyby się nam dziwne. Wybraliby najpewniej pustynne lub półpustynne równiny i zbocza gór oraz rzadkie lasy o lekkiej glebie. Czyli obszary takie jak Egipt, Mezopotamia, Arizona czy Nowy Meksyk. Domy pierwszych kultur rolniczych. Oraz obszary, gdzie można uprawiać ziemię dziabiąc ją po prostu zaostrzonym kijem.

Życie prawdopodobnie by się specjalnie nie zmieniło:

Na tym etapie ludzie dzieliliby się na trzy typy społeczności: grupy myśliwych-zbieraczy na terenach szczególnie wolnych od potworów i bogatych w żywność, grupy rolników (i rolników-hodowców) na terenach szczególnie w żywność bogatą, zamieszkujących niewielkie wioski, wielkości celtyckich ophidiów czy indiańskich pueblo. Oraz na terenach szczególnie w żywność bogatą: potężne państwa-miasta, jak Babilon, Niniwa, Jerycho, Jerozolima, Ateny, Rzym, Tenohititland etc.

Prawdopodobnie nie byłoby nomadów, gdyż tereny stepowe, szczególnie dogodne dla dużych stad zwierząt (niezależnie, czy będzie to bydło czy antylopy) są też szczególnie dogodne dla potworów (bo jest tam co jeść).

Myślę, że życie tych społeczności nie różniłoby się szczególnie od życia w czasach historycznych. Rządziliby nimi królowie-kapłani, jak w starożytnej Mezopotamii czy prekolumbijskim Meksyku. Domy byłyby skupione do obrony, by łatwiej bronić się przed napaścią. Osady otaczano by palisadami lub murami obronnymi, a na noc ustawiano straże. Słowem: jak w dawnych czasach.

Prawdopodobnie mniej obawiano by się barbarzyńców i sąsiednich narodów, a bardziej smoków i mantikor. W niektórych światach więc obcy wędrowiec mógłby być witany z otwartymi rękoma. Floty wikingów pływałyby na handel, a nie na rabunek. Tarcze i broń żeglarzy budziłyby otuchę, a nie przerażenie.

W innych światach, gdzie byłyby wilkołaki i doppleganderzy widok samotnego wędrowca pewnie byłby raczej mieszkańcom niemiły. Budziłby on strach i obawy. Duże grupy ludzi (czy nieludzi), mające przywódców mogących poręczyć za swych towarzyszy pewnie witano by cieplej.

W stanowiącym zagrożenie środowisku po prostu każdy, z kim można by się dogadać stanowiłby potencjalnego sojusznika.

Poza tym byłoby jak dawnych czasach.

Tam, gdzie magia by na to pozwalała otaczano by zapewne osady ścianami płomieni lub polami siłowymi. Jednak takie zabiegi są tylko korektą, a nie nową jakością jakiegoś rodzaju.

Konflikt kultura vs natura:

Koniec końców wynaleziono by skuteczną broń, za pomocą której każdy mógłby walczyć z potworami. Osobiście stawiam, że bronią tą byłby żelazny oręż. Być może bardziej siekiery i motyki, niż włócznie i miecze.

Żelazo (i później stal) ma szereg zalet nad wcześniej używanymi materiałami: w odróżnieniu od kamienia i kości zużyte narzędzia można złomować i ponownie przekuć. Jest twardsze od miedzi czy brązu. I występuje od tej pierwszej (będącej niezbędnym składnikiem brązu) kilkaset razy częściej w skorupie ziemskiej (w skorupie nieziemskiej może być inaczej).

Pewnie wywołałoby to rewolucję społeczną: o ile wcześniej wojny byłyby zapewne pojedynkami herosów między kapłanami, druidami czy władającymi magiczną mocą potomkami bóstw, tak teraz stałyby się one starciami armii. Do istnienia powołano by nowy zawód: żołnierza, a dowódcy wojskowi mogliby sięgnąć po władzę.

Powstałyby więc typowe królestwa rządzone przez królów-wojowników. Być może w niektórych obszarach prześladowano by użytkowników magii, by nie mogli oni powrócić do władzy.

Najważniejszy problem z wynalezieniem obróbki żelaza polega na tym, że wymaga ona węgla drzewna. Ten robi się no cóż… z drzew. Celem wytopienia tony żelaza potrzeba drzew z 4-5 hektarów lasu.

Co oznaczałoby potężną presje na nowe obszary. Oraz wytępienie zamieszkujących je potworów. Ludzie nie musieliby tego zrobić nawet świadomie i celowo. Po prostu ścinaliby drzewa tam, gdzie jest bezpiecznie, izolując tym samym enklawy potworów. Jednocześnie zmniejszali dostęp do żywności, przez co potwory zdychałyby z głodu…

Dobre istoty czyli najgorsze monstra:

Wydaje mi się, że na tym etapie największe zagrożenie dla ludzi stanowiłyby trzy typy potworów:

  • wszystkie, zdolne do współdziałania istoty leśne, niezależnie od charakteru (zmiennokształtni, driady etc.)

  • smoki

  • i trochę paradoksalnie Enty

Istoty leśne pewnie byłyby najmniejszym problemem, aczkolwiek istnieje duże prawdopodobieństwo, że nawet na terenach cywilizowanych trzymałyby się duże ich enklawy w rodzaju Brokilonu.

Enty, mimo dobrego i przychylnego charakteru są zbyt związane z lasem, by mogły temat wycinki zostawić w spokoju. Co więcej, z wielu przyczyn Enty są niemal niezabijalne: nie mają normalnej anatomii (więc nie działa patent z dzidą w bebechach), są niemalże odporne na większość typów broni, są bardzo wytrzymałe, dlatego podpalanie lub niszczenie ich czarami robi im bardzo niewiele…

Co więcej mają dużą zdolność do tworzenia koalicji. Ludzie w sprzyjających okolicznościach byliby prawdopodobnie w stanie zabić jednego albo dwa enty. Obawiam się, że zakończyłoby się to tym, że musieliby poradzić sobie z kilkoma ich tysiącami, które zbiegłyby się mścić kumpli…

Oraz ze zdecydowaną ich akcją, gdy tylko homo sapiens pojawiliby się ponownie…

O mojej wizji ekologii smoków napiszę kiedy indziej. Moim zdaniem jednak istoty te mogą egzystować w trzech biosferach:

  • mogą polować na duże stada zwierząt roślinożernych na trawiastych terenach odkrytych (tundra, step, sawanna)

  • mogą polować na duże ryby i inne zwierzęta morskie w oddaleniu od lądu

  • mogą (podobnie jak wcześni ludzie) wypalać duże polany śródleśne, dogodne dla roślinożerców, żywić się tymi ostatnimi i odganiać inne drapieżniki.

Co najmniej w dwóch tych biomach smoki idą na kolizję z ludźmi.

Co więcej smoki bardzo przypominają enty: są w prawdzie mniej zdolne do współpracy zarówno między sobą, jak i z innymi gatunkami, jednak nadal mogą jej próbować. Są łatwiejsze do zabicia (mają normalną biologię), za to zdecydowanie bardziej mobilne (latają) i mają dużo większe zdolności ofensywne (zianie ogniem).

Myślę, że ludzie bardzo długo musieliby wystrzegać się obszarów zamieszkanych przez te dwa typy stworów…

Tak na oko po prostu (jeśli pominiemy bombardowanie lasów białym fosforem albo użycie kierowanych pocisków rakietowych) są tylko dwie metody walki z tymi stworami. Po pierwsze: można wysłać herosa z magicznym mieczem (lub szewca z wypchaną cyjankiem owcą) i liczyć, że tym razem dopisze nam szczęście. Po drugie: wysłać smoczego jeźdźca, a najlepiej z sześciu…

I natura w służbie kultury:

Jest jeszcze jeden kierunek rozwoju takiej cywilizacji. Otóż: co najmniej niektóre gatunki potworów da się w mniejszym lub większym stopniu oswajać. Do tej grupy należą: pegazy, wywerny, gryfy i hipogryfy oraz wiele gatunków nie-inteligentnych smoków.

Z innymi da się w mniejszym lub większym stopniu da się dogadać. Do grupy tej należą choćby smoki, różnołaki, łabędziewy czy zmiennokształtne zwierzęta w rodzaju Kitsune lub Tanuki.

Cywilizacja taka mogłaby po prostu oswoić niektóre z nich i wykorzystywać jeźdźców gryfów i smoków w swych wojnach (oraz do eksterminacji innych potworów), a niektóre mniej groźne też do pracy w ten czy inny sposób…

Podbój mórz i oceanów:

Tym, co byłoby prawdopodobnie trudne byłoby podbicie mórz i oceanów. To nastąpiłoby zapewne bardzo późno…

Problemy są dwa: do budowy statków zdolnych bezpiecznie przemierzać morza potrzebna byłaby bardzo zaawansowana technologia, którą trzeba byłoby wymyślić bez tysiącleci eksperymentów. Po drugie: byłoby to trudne do ekonomicznego uzasadnienia.

Pierwsze jednostki zdolne do morskich podróży były bardzo słabo przystosowane do walki z potworami. Mówię tu o pierwszych galerach starożytnego świata. Jednostki takie były w zasadzie dla potworów pływającą puszką z żywnością. Statki tego typu zabierały bardzo wielu (od 30 do 200) niemal bezbronnych wioślarzy, na pokładzie znajdowało się bardzo niewielu uzbrojonych ludzi (5 do 8), a co więcej były bardzo wrażliwe na ataki w dno i burty jednostki poniżej linii wody…

Taka jednostka po prostu nie byłaby w stanie poradzić sobie z czymś, co atakowałoby od góry (jak gryf, wywerna czy ptak-rok) albo od dołu (jak kraken) lub boku (jak wąż morski).

Od biedy z takimi atakami mógłby poradzić sobie langship wikingów, gdzie na pokładzie znajdowało się pięćdziesięciu uzbrojonych ludzi…

Jednak to nadal jest jednostka wojenna…

Jeśli chodzi o statki handlowe, to ich problemem były nieliczne załogi, liczące od 3-5 (na małych jednostkach) do 30-40 osób (największe statki do handlu transoceanicznego). Tak małe i prawdopodobnie źle uzbrojone załogi zwyczajnie nie dałyby sobie rady z odparciem ataku gryfa lub kilku gryfów, które wylądowałyby na pokładzie lub kilku rekinoludzi z wiertłami, którzy podpłynęliby od spodu…

Co więcej nie widzę skutecznej obrony…

Pływanie w konwojach pewnie nic by nie dało: załogi sąsiednich statków nie dałyby rady zareagować (choć mogłyby podjąć rozbitków z morza i ocalić cargo). Co więcej duża liczba jednostek mogłaby zwabić więcej potworów…

Można byłoby tworzyć statki wojenno-handlowe w rodzaju galeonów, ale to wymaga już ogromnej wiedzy szkutniczej i jest bardzo kosztowne. Co więcej nie jestem pewien jakiej broni (prócz swej liczby, na jednostkach takich służyło bowiem po 100-200 osób) jednostki takie mogłyby użyć przeciwko potworom (poza bombami głębinowymi i rakietami kierowanymi) mogłaby użyć…

Wnioski:

Nie są moim zdaniem krzepiące. Mimo, że napisałem bardzo wiele słów wynika z nich jedno: gdyby homo sapiens przyszło żyć w jednym świecie z mitycznymi bestiami, to niewiele by to zmieniło…

Długo bylibyśmy drugorzędnym drapieżnikiem, tak jak byliśmy…

Mielibyśmy poważne problemy z podporządkowaniem sobie planety, tak jak mieliśmy.

Czciliby dziwaczne bożki i składali im krwawe ofiary, tak jak to robili.

Koniec końców wznosilibyśmy ufortyfikowane siedziby, jak wznosiliśmy, rządzili by nami królowie-kapłani, jak rządzili, albo potwory, co też się zdarzało (choć tym razem nie miałyby one ludzkiej skóry) i koniec końców zrzucilibyśmy ich władzę, choć niekoniecznie na lepsze.

Być może byłoby mniej wojen, za to więcej zorganizowanych polowań na naprawdę grubego zwierza.

Postęp techniczny pozwalałby nam zagarnąć coraz to większe obszary planety.

Widzę tylko jedną dużą różnicę: bardzo trudno byłoby nam utworzyć trwałe połączenia międzykontynentalne. Zarówno te biegnące przez oceany, jak i coś na kształt Jedwabnego Szlaku musiałoby przebiegać przez obszary albo szczególnie dla potworów zachęcające, albo obfitujące w szczególnie groźne…

Pytanie jednak, czy potwory okazałyby się gorsze od bandytów i piratów?

PS. To jest piątkowy wpis. Wyjechałem, a w hostelu nie mieli Wi-Fi (znaczy się mieli, ale kiepskie).

Ten wpis został opublikowany w kategorii Dziwne rozkminki, fantastyka, Fantasy i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

12 odpowiedzi na „Życie i rozwój cywilizacji w świecie z potworami:

  1. Łodzianin pisze:

    Przy uplifcie zapomniałeś o najprostszej (i dość powszechnej) opcji – bóstwach. Zakładając, że istnieją Moce jakieś życzliwie nastawione do ludzi/innych istot rozumnych albo po prostu mające w ich przetrwaniu jakiś interes , nauczenie ich przydatnych rzeczy w rodzaju obróbki metali (po co się właściwie tutaj zatrzymywać na brązie, kiedy żelazo jak najbardziej wchodzi w grę), uprawy roli (przy czym też mogłyby to od razu być dość zaawansowane techniki w rodzaju płodozmianu) i budowy solidnych budynków nie byłoby przecież wykluczone Ba, jest to bardzo częsty motyw w różnego rodzaju mitologiach i fantastyce. Taka cywilizacja mogłaby bezproblemowo ruszyć z kopyta, pomijając kilka wcześniejszych etapów rozwoju.

  2. Cadab pisze:

    … a obiecany Part 2 walcowania polskiego fantasy spod znaku mudcore? Czuje się zawiedziony!

  3. polonusx4137 pisze:

    Problemy z poruszaniem się na większe odległości mocno upośledziły by handel i wymianę naukowo-kulturalną. Brak żeglugi dodatkowo pogłębił by ten problem (handel jak na morzu śródziemnym byłby nie do pomyślenia, a to było podstawą gospodarek z antyku). Bez magii rekompensującej te niedogodności, nasz rozwój byłby kilka lub nawet kilkadziesiąt razy wolniejszy.

    • Cadab pisze:

      1) Chiny
      2) subkontynent indyjski
      Dziękuję, lecę dalej

      • polonusx4137 pisze:

        W tych obszarach działał efekt skali, było tyle ludzi, że ktoś coś ciekawego w końcu musiał wymyślić. Jeżeli jednak ludzie nie mogą wyżywić tyle ludności na danym terenie, to wszystko się sypie.
        Kwestia tego, jakie organizmy państwowe by się mogły rozwinąć w zmienionych warunkach. Zresztą obydwie kultury rozwijały się do pewnego poziomu, a potem dochodziło do stagnacji.
        Dodatkowo dochodzi kwestia wojen. Dobrzy wojownicy byliby zużywani na walkę z naturą, a nie wojny między sobą. To też paradoksalnie może zmniejszyć tempo rozwoju (pozwala na stagnację, jak Japonia lub Chiny).

      • Żadne z nich nie istniało w próżni.Obydwa obszary uczestniczyły w bardzo dużej (choć nie bezpośredniej) wymianie między sobą. Obydwa dokonywały bardzo dużej wymiany towarowej i technologicznej z Persją. Indie uczestniczyły też w bardzo aktywnym handlu z Egiptem, za pośrednictwem którego łączyły się z Europą. Docierali tam też Europejczycy (jak ten tłumacz Vasco Da Gamy) oraz towary.

        Myślę, że w świecie z potworami to byłyby po prostu wyspy, gdzie te rzeczy by nie trafiły.

      • Cadab pisze:

        Aha, czyli jak mamy efekt skali, to magicznie rozwiązuje się nam logistyka, bo mamy skalę… Nie no, logiczne i sensowne. Towary same się przenoszą, bo są w efekcie skali.
        Mamo, co ja czytam… Ja wyłącznie kpię z tego klasycznego euro „bo jest morze śródziemne, bałtyckie i północne i jest na nim handel”. Ani subkontynent, ani Chiny nie mają warunków ku takiej samej żegludze, bo inny klimat, bo inne wody, bo inne pory roku i pogoda, bo cała masa rzeczy, która całkiem realnie zjada ci statek. Jakoś dziwnym trafem nie mając kałuży do pływania, w obu miejscach dało radę ogarnąć handel bez użycie statków szurających o wody przybrzeżne. W obu występują takie atrakcje jak pustynie, dżungle czy choćby dość spore góry.
        A z drugiej strony mamy taką Japonię, kraj wyspiarski, który ma monstrualny problem ogarnąć w ogóle jak się w tą całą żeglugę, a potem jeszcze na poziomie administracyjnym aktywnie się podcina jakiekolwiek możliwości rozwoju handlu drogą morską. Nie licząc północnej strony wyspy Sikoku, w zasadzie żeglugi brak. Wydawać by się mogło, że powinni dookoła całego archipelagu śmigać i to na długie wieki przed tym, jak siogun zakazał. I jakoś to nie nastąpiło

        tl;dr determinizm geograficzny jest głupi

      • polonusx4137 pisze:

        Ale do czego ty piejesz? Trudno polemizować z równoważnikami zdań.

        Temat był o zmniejszeniu rozwoju technicznego z powodu trudności w poruszaniu się i handlu. To odbywało się w naszym rejonie w dużym stopniu na wodzie, w Chinach pewnie też, są też potężne rzeki i handel przybrzeżny.

      • Cadab pisze:

        „Pieję” do twojego pomysłu spod znaku bańki informacyjnej „jeśli na moim podwórku X, to wszędzie X”.
        W tym przypadku: „jeśli w Europie handel odbywał się statkami i w paśmie wybrzeża oraz na relatywnie płytkich, relatywnie małych akwenach śródlądowych, to tak musiało być na całym świecie. I jeśli nagle uniemożliwimy ten handel, to się świat zawali, a wszystko będzie spowolnione.”
        Jedno i drugie jest nieprawdą, a powołanie się na subkontynent i Chiny to tego najbardziej jaskrawe przypadki, gdzie mamy ogromne państwa i gospodarki kompletnie przeganiające stan Europy, a nie używające transportu morskiego, a w przypadku Indii w zasadzie nawet wodnego (bo spław Gangesem to świętokradztwo, a Indus tak często zmieniał koryto, że potrafił a to przepływać obok miasta, a to za rok być 50km od niego). W obu przypadkach mówimy też o regionach, które były pod w zasadzie każdym względem bardziej zaawansowane niż Europa gdzieś tak do połowy XVII wieku, mimo domniemanego „spowolnienia” gospodarczego, bo „zły” transport.
        Nie wiem, mam przywołać jeszcze Inków, którzy tragarzami, a raczej biegaczami, obsługiwali handel masowy i to w Andach, takich bardzo radosnych górach o z orogenezy alpejskiej, więc strome to-to i wysokie? Mając teoretycznie tuż obok siebie wybrzeże i sprzyjający prąd peruwiański, więc nic, tylko wskoczyć na choćby i tratwę.

        Wersja tl;dr jest taka, że determinizm geograficzny jest głupi, a kierowanie się nim do tworzenia fantastycznych światów nudne i jałowe. Wychodzą potem z tego takie smętne generyki, że aż mdli, a im bardziej autor zaklina „realizm”, tym bardziej odjechane są efekty końcowe.

      • polonusx4137 pisze:

        Czyli sfiksowałeś się na drugim zdaniu z mojego zarzutu, że się nic nie zmieni. Bez wojen i handlu także Chiny i Indie byłyby małymi państewkami, które rozwijałyby się powoli i w bulach.

      • Cadab pisze:

        No w bulach to na pewno. Szczególnie podoba mi się ta wizja wojowniczych i zmilitaryzowanych Chin na nieustannym podboju i wojnach, które przyczyniały się do rozwoju i dobrobytu.

        Chłopie, zrób sobie samemu prezent i sięgnij chociażby po możliwie podstawowe, wprowadzające podręczniki do tematu. Bo żal patrzeć i w zasadzie nie ma nawet jak dyskutować.

  4. slanngada pisze:

    Tu bym chyba jednak zastanowił czy potwory byłyby tak groźne….

    Imho pierw powstałyby cywilizacji smoków/gigantów/podziemniaków, które upliftowałyby elfy i krasnoludy, Te upliftowałyby ludzi, którzy utworzyliby odzielne cywilizacje.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s