Która katastrofa byłaby najtrudniejsza do przetrwania dla naszej cywilizacji?

Kultura masowa dostarcza nam ogromnej ilości przypadków różnego rodzaju apokalips, które mogą zrujnować naszą cywilizację. Zastanawiałem się trochę nad tym zagadnieniem i postanowiłem stworzyć listę moim zdaniem najgroźniejszych kataklizmów.

Trudność w tym wypadku oznacza „możliwość odbudowy” czyli doprowadzenia cywilizacji z ruin do stanu pierwotnego lub bliskiemu mu oraz przywrócenia naszego obecnego (lub przynajmniej w jakiś sposób zbliżonego doń).

Dlaczego wyżej cenię infrastrukturę, niż ludzi?

Ranking jest oparty głównie na tym, ile infrastruktury zdołałoby przetrwać apokalipsę. Uważam, że (przynajmniej tak długo, jak pozostaną jakieś sensowne ilości wykwalifikowanych pracowników) przetrwanie fabryk, pól uprawnych, elektrowni, szkół, bibliotek, serwerowni, kopalni, sieci dróg, lotnisk, portów, statków i samochodów jest ważniejsze, niż przeżycie nawet bardzo dużej liczby ludzi (w szczególności jeśli mają być oni pracownikami niewykwalifikowanymi).

Wynika to z tego, że ludzie potrzebują jeść, pić, ogrzać się oraz narzędzi do pracy.

Większość tych rzeczy wytwarzana jest w ten czy inny sposób oraz przewożona na znaczne odległości. Co więcej, występują między nimi sieci powiązań: bez pól i sieci transportowej nie utrzymamy miast, bez miast nie utrzymamy fabryk, bez fabryk nie będziemy mogli remontować traktorów, bez traktorów nie będziemy mogli produkować wystarczająco dużo ilości żywności…

Tak więc infrastruktura jest nam konieczna, by ludzie mogli przetrwać. Bez niej…

Cóż…

Większość z nas umrze.

Co byłoby najgroźniejsze:

Dla ludzkości najgroźniejsza jest każda katastrofa, która spotyka Półkulę Północną lub tylko Europę. Wynika to z tego, że na północy znajdują się nie tylko największe repozytoria wiedzy, ale też najwięksi eksporterzy żywności. W szczególności dużym ciosem byłoby zniszczenie Europy (największy dostawca żywności na świecie), następnie Ameryki Północnej (drugi największy dostawca).

Najmniejsze problemy światu przyniosłaby eliminacja Australii i Nowej Zelandii (relatywnie niewielki wkład w handel żywnością) oraz Afryki lub Azji. W szczególności kraje azjatyckie, mimo że są ogromnymi eksporterami żywności, to jednak posiadają ujemny bilans w handlu nią (kupują więcej, niż sprzedają na zewnątrz).

Co ciekawe skutki przerwania dostaw byłyby w Azji zapewne bardziej szkodliwe, niż w Afryce. Kraje azjatyckie importują bowiem znacznie większe ilości żywności.

Co zaś tyczy się Afryki, to katastrofa mająca miejsce na półkuli północnej zapewne miałaby na nią tragiczny wpływ, ale bez przesady: po prostu jest źle, byłoby natomiast trochę gorzej. W prawdzie w wypadku Afryki bilans handlu żywnością jest na bardzo wyraźnym minusie (Afryka sprowadza więcej żywności, niż wysyła w świat), ale w porównaniu z wartościami, jakimi handlują inne kraje to nadal bardzo mało (sama Korea Południowa sprowadza niemal połowę tej żywności, co cała Afryka). Wniosek jest jeden: Afryka nie produkuje wystarczająco dużo żywności i nie ma jej za co kupować. To, że nie miałaby też gdzie ją kupować pewnie niczego by nie zmieniło.

Jeśli chodzi o przemysł i produkcję surowców, to uważam, że w wypadku apokalipsy ważniejsze jest zachowanie możliwości wyżywienia populacji. Po prostu: bez transportu, leków, ubrań etc. ludzie być może umrą (a niektórzy umrą z całą pewnością).

Z drugiej strony bez żywności ludzie umrą z całą pewnością: zdrowi i chorzy, biedni i bogaci po równo.

Co więcej należy zauważyć, że głównymi narzędziami pracy są (niezależnie od postępu techniki) ludzkie ręce i ludzkie umysły. W razie katastrofy możemy zbudować fabryki choćby i od zera (jeśli tylko mamy projektantów), które wyprodukują choćby i gorsze produkty. Możemy reglamentować dostępne zasoby lub zarezerwować je tylko dla wybranych branż, a w najgorszym razie nauczyć się obywać bez nicj.

Owszem, wszystko to będzie straszliwym kosztem dla naszej cywilizacji, a przywódcy być może będą musieli wybierać, kto umrze na skutek ich decyzji…

0) Inwazja zombie:

Inwazja zombie jest prawdopodobnie najłatwiejszą do odparcia apokalipsą. I prawdopodobnie zostałaby zażegnana, zanim na serio by się rozkreciła. Wynika to z trzech powodów: 1) Zombie nie istnieją i przy panujących w naszym wszechświecie warunkach istnieć nie mogą 2) w opowieściach o nich ludzie na początku nie rozumieją, z czym mają do czynienia 3) informacje o zagrożeniu są świadomie ukrywane, co pozwala mu się rozprzestrzenić nieodnotowane.

Jeśli nawet pominąć punkt 1, to współcześnie temat żywych trupów jest tak oklepany, że każdy natychmiast zorientowałby się, z czym ma do czynienia i potrafił przytoczyć z głowy pełną listą słabych punktów przeciwnika oraz milion skutecznych środków zwalczania…

A jako, że zombie jest w najlepszym razie przeciwnikiem niewiele groźniejszym od człowieka, to inwazja zostałaby zapewne wytępiona przez amatorskich łowców, zanim zagroziłaby ludzkości.

1) Zaraza:

Wybuch super-pandemii uważam za najłatwiejszą dla ludzkości do przetrwania katastrofę. Niezależnie, czy zabije ona bardzo duży odsetek populacji, czy też w jakiś sposób nas okaleczy, pandemia w bardzo niewielkim stopniu uszkodzi naszą infrastrukturę: owszem, znaczna część przedsiębiorstw zapewne upadnie, ale pozostaną po nich budynki i maszyny. Owszem, część miast może wymrzeć całkowicie, inne mogą zostać zniszczone w trakcie zamieszek lub rozkradzione, znaczne połacie pól zostaną pozostawione odłogiem i zapewne zarosną lasem… Całe dziedziny wiedzy mogą przepaść, gdyż umrą nieliczni specjaliści je kultywujący…

Prócz tego, przynajmniej w okresie kilku pierwszych lat po pandemii większość dorobku ludzkości powinna pozostać nienaruszona. Rozkład statystyczny wskazuje na to, że powinno przetrwać wystarczająco dużo przedstawicieli wszystkich branż, by – przynajmniej w niektórych regionach – odnowić gospodarkę, przechować wiedzę i zabezpieczyć narzędzia pracy dla przyszłych pokoleń…

Zresztą, historia pokazuje, że zwykle po super-epidemiach następował okres prosperity i boomu demograficznego. Gospodarka i populacja wracały natomiast do stanu sprzed epidemii w ciągu jakichś 100 lat…

Kolejnym powodem, dla którego zaraza jest na najniższym miejscu jest fakt, że każda inna katastrofa pociągnie za sobą upadek linii dostaw żywności i leków, co doprowadzi do spadku odporności społeczeństwa (głodni ludzie łatwiej chorują) i na pewno towarzyszyć jej będzie bezprecedensowy wybuch zarazy.

2) Wybuch superwulkanu lub Zatonięcie kontynentu:

Pokrótce: jeden kontynent idzie do Bozi… Konsekwencje tego wypadku zależą od tego, na który trafi. Zatonięcie Antarktydy mogą przeboleć chyba wszyscy, oprócz pingwinów. Podobnie utrata Australii jest oczywiście straszną tragedią, jednak nie koniecznie najgorszą rzeczą, która może spotkać ludzkość…

Na odwrotnym biegunie znajdują się: Ameryka Północna, Europa i Azja. Na kontynentach tych znajdują się państwa będące największymi producentami żywności, ropy, leków oraz innych dóbr.

Utrata któregoś z nich oznaczałaby śmierć milionów ludzi w Afryce, biednych krajach Azji i Ameryce Południowej wskutek chorób i głodu.

W krajach wysoko rozwiniętych: utratę całych dziedzin wiedzy i (przynajmniej czasowo) produkcji. Do tego ogromny kryzys finansowy, bezrobocie, drożyznę…

Ale znów: po jakimś czasie powinno dać się to odbudować.

Uderzenie meteorytu (między 0, a 8)

Wszystko zależy od tego, jaki to będzie meteoryt oraz ile ich będzie…

W zależności od sytuacji może on albo nie zdziałać nic (meteoryty ciągle spadają na Ziemię), albo bardzo niewiele (np. zniszczyć jedno miasto lub jedno państwo, co da się przeboleć), albo doprowadzić do skutków równoznacznych z wojną atomową…

Albo po prostu rozwalić całą planetę w drobny mak…

Atak wellsowskich kosmitów (między 2 a 5)

Jako wellsowskich kosmitów rozumiem najeźdźców z kosmosu, którzy mają jakieś wady, ułatwiające ludziom zwycięstwo nad nimi. Na przykład nie posiadający odporności na ziemskie zarazki (ani też świadomości istnienia takich).

Katastrofa ta zależy od kilku czynników: ilu jest kosmitów? Jak szybko ludzkość zdoła wyzyskać przeciwko nim ich słaby punkt (myślę, że raczej szybko: miliony wychowane na popkulturze będą szukać tego punktu już od pierwszego dnia inwazji)? Jakie środki walki użyją kosmici?

Ogólnie sytuacja może przyjąć każdy scenariusz, od czasowej dezorganiazacji światowej ekonomii i systemu dostaw, po obustronną wymianę ciosów atomowych…

3) Zmiana klimatyczna lub Przesunięcie linii brzegowej

Niezależnie od tego, czy będzie to ocieplenie, czy ochłodzenie klimatu, czy morza wystąpią z brzegów, czy też się cofną skutki będą takie same: większość, najwydajniejszych rolniczo obszarów świata ową wydajność utraci. W wypadku przesunięcia linii brzegowej dojdzie także do utraty większości portów (te znajdą się pod wodą lub głęboko za linią brzegową).

Efekty będą proste: przerwanie globalnego łańcucha dostaw.

Zaowocuje to drożyzną i bezrobociem w krajach wysoko rozwiniętych oraz głodem w pozostałych.

O ile kraje wysokorozwinięte prawdopodobnie w końcu się otrząsną (np. budując nowe porty), to prawdopodobnie zajmie im to całe lata. Produkcja żywności jednak zapewne nigdy już nie wróci do obecnego poziomu…

4) Wojna światowa:

Wojna światowa, prowadzona nawet środkami konwencjonalnymi jest moim zdaniem znacznie większym problemem niż wcześniejsze apokalipsy. Otóż: w odróżnieniu od pozostałych dowódcy wojskowi świadomie i planowo zabijają ludzi i niszczą centra produkcyjne.

Efekty byłyby takie same, jak we wcześniejszych przypadkach: bieda w bogatych krajach, głód w krajach ubogich, z tym, że zniszczenia prawdopodobnie byłyby nieporównywalnie większe.

O ile w wypadku wcześniejszych katastrof upadłyby te miejsca, które miałyby pecha, tak w wypadku wojny światowej z całą pewnością zniszczono by wszystkie najważniejsze ośrodki produkcji w przegranym bloku państw i znaczną część w zwycięskim. Przy okazji zniszczono by też możliwość szybkiej odbudowy…

Posługując się analogiami z poprzedniej wojny światowej można założyć, że nawet te kraje, które poniosłyby stosunkowo niewielkie straty ucierpiałyby doprawdy okrutnie. Przykładowo Wielka Brytania w trakcie II Wojny Światowej straciła około 3% lokali mieszkalnych, a około 40% budynków mieszkalnych zostało w jej trakcie uszkodzonych… Niektóre miasta odczuły to oczywiście dotkliwiej, niż inne. Przykładowo w Clydebank (dzielnica Glasgow) z 12.000 budynków mieszkalnych ocalało 8.

Oczywiście te straty są nieporównywalne z krajami dotkniętymi głównym ciężarem walk. Przykładowo w Jugosławii w trakcie wojny zniszczono blisko 40 procent winnic, pól i sadów, około 30 procent lasów i zabito 60 procent bydła i trzody chlewnej…

Do tego dochodzą świadomie zniszczone mosty i zaminowane drogi, zniszczona infrastruktura portowa i tak dalej i tak dalej…

Tak więc łatwo sobie wyobrazić jakie byłyby efekty.

Europa po wojnie dochodziła do siebie 20 lat.

Nie wiadomo, ile potrwa to następnym razem, acz podejrzewam, że dłużej. Po tak długim wyłączeniu z obiegu najbogatszych państw z reszty świata nie będzie co zbierać: głód i choroby zrobią swoje.

Atak space operowych kosmitów (między 4, a 8):

Jako kosmitów ze space opery definiuje wszystkich obcych z rzeczy w rodzaju Stellaris, Startrek, Wing Commander, Star Wars i tym podobnych.

Generalnie poziom problemu zależy od tego, kto nas atakuje, jakimi siłami oraz co chce osiągnąć: zgładzić rasę ludzką, obrócić ją w niewolę czy tylko zbrojnie upliftować?

Zależnie od tego inwazja takiego przeciwnika będzie równała się co najmniej zniszczeniom większym, niż podczas konwencjonalnej wony globalnej lub porównywalnymi do nuklearnej. Cywilizacja w znanym nam kształcie prawie na pewno tego nie przetrwa, bowiem (znów prawie na pewno) zostaniemy pokonani. Los ludzkości zależeć będzie od zamiarów obcych: w pozytywnym przypadku (zbrojny uplift) obcy rozstrzelają naszych skorumpowanych polityków i zastąpią swoimi, sprawiedliwymi władcami. Wiele miliardów ludzi zostanie natomiast wywiezionych na podobne Ziemi, obce planety, gdzie pracować będą za pieniądze, w warunkach dla obcych bardzo trudnych, a dla ludzi komfortowych. W negatywnym przypadku obcy nas po prostu eksterminują.

Tak naprawdę poza bardzo specyficznymi sytuacjami (tzn. atak bardzo nielicznych, źle uzbrojonych i źle dowodzonych, kiepsko zorganizowanych sił) nie jesteśmy w stanie wygrać wojny ze space operowym najeźdźcą. Spowodowane jest to tym, że nie mamy broni, która byłaby w stanie zniszczyć okręty wojenne znajdujące się na orbicie. Tak więc nieprzyjaciel mógłby (dysponując nawet bardzo małymi siłami) bombardować naszą planetę niezagrożony do momentu, aż jej obrona załamałyby się.

Widzę jedynie trzy sensowne przypadki, które dawałyby nam szanse na zwycięstwo:

  • Ziemia rozwija się nieprawidłowo: i przeoczyliśmy jakąś ważną, ale łatwą do wynalezienia technologię, dzięki której obcy mogą a) umieszczać statki na orbicie b) pokonywać odległości kosmiczne dzięki jakimś skrótom (hiperprzestrzeń, antygrawitacja etc.). Jednocześnie są to stosunkowo kiepskie statki, ich poziom rozwoju znajduje się w okolicach naszej II wojny światowej. W efekcie przodujemy nad nimi w dziedzinach rakiet o chemicznym napędzie, budowy komputerów i broni jądrowej. Możemy więc kontratakować z równą siłą, jak oni atakują nas.

  • Kosmiczni piraci: jesteśmy atakowani przez siłę paramilitarną, która nie ma prawdziwej wojskowej broni. Ich statki mają tylko improwizowane systemy celownicze i obronne, nie tak wyrafinowane jak używane przez ich faktyczne siły zbrojne. Dzięki temu jesteśmy w stanie kontratakować, np. wynosząc na orbitę broń jądrową.

  • Statek-arka: atakuje nas coś w rodzaju Baamisjan z Daimosa. Obcy mają niewiele lepszą technologię niż my, bardzo mało personelu i zasobów oraz zależy im na zajęciu Ziemi w stanie nietkniętym, dlatego nie używają broni masowej zagłady. Nie mogą też zaryzykować umieszczenia swojego statku na orbicie okołoziemskiej. Nie są też w stanie ściągnąć na orbitę asteroidy, ani rozpędzić żadnego obiektu do prędkości wielkości choćby ułamków światła.

Także w tych wypadkach wojna zakończy się w najlepszym razie tak, jak globalny konflikt konwencjonalny.

5) Globalny konflikt atomowy

Według symulacji zakładających 2.000 uderzeń nuklearnych w trakcie pierwszych 3 tygodni wojny atomowej zginie 600 milionów ludzi. Będą to głównie Amerykanie i środkowo-wschodni Europejczycy. Czyli ci, do których śmierci w żadnym razie nie wolno dopuścić, zamieszkujący obszary, których skażenia należy za wszelką cenę uniknąć. Potem wojna się skończy, bo nie będzie komu walczyć…

Umrą głównie mieszkańcy dużych i średnich miast, czyli niestety: głównych repozytoriów wiedzy, koncentracji środków produkcji i węzłów transportowych, które to miejsca trafią do atmosfery pod postacią radioaktywnego pyłu. Tak więc miejsca te zostaną wyłączone z użycia.

W skutek wyrzucenia w atmosferę ogromnych ilości pyłu na półkuli północnej dostęp do słońca spadnie o 70 procent. Może to doprowadzić do wieloletniej zimy, jeśli będziemy mieli pecha, lub bezprecedensowego nieurodzaju, jeśli będziemy mieli szczęście, albo totalnego chaosu pogodowego (nagłe zmiany pogody, spadek temperatur z +30 do -20, śnieżyce w lipcu), jak w trakcie niesławnego „roku bez lata” Tak czy siak: z głodu umrą kolejne miliony.

Na półkuli południowej dostęp do słońca spadnie o 30 procent, co najpewniej nie wywoła zimy atomowej, a jedynie szereg, następujących po sobie lat nieurodzaju. Jako, że wiele krajów tego obszaru już jest zależnych od dostaw z Europy, Azji i Ameryki Północnej (których nie będzie, bo nie ma ani czego, ani jak przywieźć: rolnicy nie żyją, pola leżą pod śniegiem, porty zniszczono bronią atomową) z głodu umrą znów miliony, jeśli nie miliardy…

Mimo to podejrzewam, że cywilizacja przetrwa w formie podobnej do współczesnej.

Na półkuli południowej znajduje się bowiem kilka, wysoko rozwiniętych państw, dysponujących zaawansowanym rolnictwem, przemysłem i sektorem górniczym (Argentyna, Brazylia, Republika Południowej Afryki, Australia, Nowa Zelandia), które to państwa najpewniej nie zostaną zaatakowane bronią atomową i wyjdą z konfliktu doznawszy małego uszczerbku.

Co więcej, opierając się na analizach z okresu Zimnej Wojny prawdopodobnie niektóre państwa półkuli północnej również nie zostaną zaatakowane (Kanada, Portugalia, Hiszpania, Włochy, kraje skandynawskie, większość Japonii).

Tych sytuacja będzie znacznie gorsza, niż krajów z półkuli południowej, jednak, mimo że czekają je trudności na poziomie Ukraińskiego Wielkiego Głodu, mogą przetrwać w nich zorganizowane społeczeństwa.

6) Itsekai

Myślę, że (niezależnie jakie ilości wiedzy i narzędzi weźmiemy) odbudowa (czy też raczej: budowa od nowa) cywilizacji naukowo-technicznej po itsekaiu jest niemożliwa. Przeciwnie: nawet po wojnie atomowej byłaby łatwiejsza.

Po pierwsze: po wojnie atomowej będziemy otoczeni ludźmi, którzy pamiętają dawny świat i widzą korzyści dla siebie oraz swego potomstwa w jego odtworzeniu.

Po drugie: po wojnie atomowej mamy do dyspozycji nadal duże zasoby: wykwalifikowanych pracowników, duże ilości materiałów w ruinach, ocalałe maszyny, wiedzę specjalistów, całe państwa, których nie dosięgnął konflikt… W wypadku itsekaiów nie mamy do czynienia z żądną z tych rzeczy. Przykładowo: istniejące od średniowiecza wielkie piece hutnicze Europy lub Chin były rozpalane raz na 2, 3, 5, a czasem nawet 10 lat, gdyż a) nie było możliwości wyprodukowania i dostarczenia odpowiednich ilości paliwa b) nie było możliwości przetworzenia ilości wyprodukowanej przez ten czas surówki.

Po trzecie: lokalna ludność wcale nie musi być chętna przyjmowaniu nowych wynalazków. Wręcz przeciwnie, jeśli te zostaną uznane za naruszające lokalne interesy, zarówno wysokiego, jak i niskiego szczebla (np. w XVII wieku, na Sardynii grupa chłopów chciała wprowadzić uprawę ziemniaków… Nie spodobało się to ich sąsiadom, więc zostali zamordowani), to możemy spodziewać się gwałtownego oporu.

Przykładowo (jeśli wie się jak) dość prosto jest wyprodukować kolorowe szkło, przez znaczną część historii wytopu szkła niedostępne. Cech szklarzy może zareagować na taki wynalazek entuzjastycznie (nowe produkty, wyższa sprzedaż), ale nie musi: nasze odkrycie może zagrozić autorytetowi mistrzów gildii (już był gotowy kandydat na jej przyszłego przywódcę, ale oto nasz wynalazek sprawił, że staliśmy się dla niego konkurencją) oraz zwykłym majstrom (bo do tej pory zbyt był pewny, teraz trzeba zainwestować w aktualizację produkcji… więc nie będzie nowej bryczki dla żony…). Tak więc możemy stać się bardzo bogaci…

Albo doprowadzić do tego, że Gildia Szklarzy zacieśni kontakty z Gildią Skytobójców.

Myślę, że jedynym, co by nam się udało dokonać to kilku niewielkich przewrotów technicznych. Prawdopodobnie bylibyśmy w stanie nauczyć też lokalsów używać jakiejś strasznej broni do wzajemnego mordowania się lub też wywołać katastrofę społeczną, ucząc ich wytwarzania wody ognistej…

Zaletą itsekaja jest natomiast fakt, że cierpią tylko przeniesieni.

A nie cała ludzkość.

7) Globalna Atlantyda

Wszystkie lądy bul-bul… Być może ocalało kilka atoli, na szczytach najwyższych gór. Poza tym po oceanach pływają jeszcze armady statków handlowych i okrętów…

Jako, że generalnie łatwiej byłoby pozyskać surowce niezbędne do funkcjonowania przemysłu ciężkiego z księżyca, niż z dna morskiego (wyjątek stanowią gaz ziemny i ropa, które są lżejsze od wody), to statków nie da się naprawiać w żaden sposób.

Czyli prędzej czy później zepsują się ze starości i zrobią bul-bul…

Jeśli wody nie opadną, to wszystko, co zrobimy jest tylko odwlekaniem nieuniknionego.

8) Atak kosmitów kardaczewowskich

Jako kosmitów kardaczewowskich definiuję cywilizację, która osiągnęła co najmniej pierwszy poziom na skali Kardaszewa. Przykładem takiej cywilizacji są twórcy Protomolekuły (znajdowali się oni na II poziomie i dążyli do III) z Expanse.

Ogólnie rzecz biorąc nie mamy możliwości obrony przed napaścią takiej cywilizacji.

Istoty o skali kardaczewowskiej rozporządzają takimi możliwościami konstrukcyjnymi oraz takimi ilościami energii, że mogłyby po prostu rozpieprzyć naszą planetę przez nieuwagę, nie zorientowawszy się nawet, że są tam jakieś stworzenia inteligentne…

Gdyby postanowili zrobić to celowo, to mogliby użyć środków, którym nie moglibyśmy w żaden sposób przeciwdziałać.

Przykładem takiego środka może być Promień Nicolla-Dysona. Urządzenie to działa następująco: obudowuje się specjalną strukturą gwiazdę, zmieniając ją w elektrownie. Następnie skupia się emitowaną przez nią energię w pojedynczy promień laserowy i strzela się z drugiego końca galaktyki…

Za pomocą takiej broni można w krótkim czasie nie tylko zniszczyć wszystkie (prócz słońca) ciała niebieskie w naszym układzie słonecznym, ale też każdą, potencjalnie zdatną do zamieszkania planetę w naszej galaktyce.

A cywilizacja dążąca do III stopnia Kardaszewa mogłaby dysponować dosłownie setkami takich instalacji…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Dziwne rozkminki, fantastyka, Filmy, science fiction i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „Która katastrofa byłaby najtrudniejsza do przetrwania dla naszej cywilizacji?

  1. Konrad Włodarczyk pisze:

    Itsekai? Co to takiego. Jak znam japoński, tak nie ma tam dźwięku tse. Może chodzi o „se” lub „tsu”?

    • PK_AZ pisze:

      Isekai. Czyli gatunek (w swojej obecnej formie) polegający na tym, że przegryw z Japonii trafia do świata fantasy, gdzie dostaje supermoce i staje się bohaterem, wielkim reformatorem lub użytecznym członkiem społeczeństwa.
      Sądząc z grafiki, Zegarmistrz odnosi się do nieco starszego typu Isekaia (ale z tej samej generacji), w którym duża grupa ludzi (np. SAO – 20.000 graczy) zostaje uwięziona w świecie fantasy (zazwyczaj grze MMO; zresztą, obecnie anime fantasy i anime MMO to często to samo) i musi sobie przynajmniej tymczasowo ułożyć stosunki społeczne.

      • Przechodzień pisze:

        No prawie dobrze, bo w Isekai najważniejszy jest HAREM ;P. Także bohaterami Isekai zostają też rożnego rodzaju sportowcy czy inni uzdolnieni (w pewnej LN/Anime protagatonista jest na tyle jedwabisty że miejscowy król już w pierwszym odcinku abdykuje na jego korzyść). Oczywiście prawie zawsze świat opiera na rozwiązaniach skopionych gier RPG. Także obecnie moda jest taka by bohater Isekai opowiadał się po stronie „potworów/demonów (które są nimi jedynie z nazwy).

  2. Crabsy pisze:

    Super wulkan i zatopienie podniosłym wyżej ale nie ze względu na zniknięcie kontynentu tylko fakt że to by się wiązało ze zmianami klimatycznym o których piszesz później

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s