Jak po blurbie poznać, że powieść fantasy nie nadaje się do czytania?

Doświadczeni redaktorzy książek są w stanie nierzadko już po pierwszym jej zdaniu orzec, czy dana lektura nadaje się do publikacji, czy też nie. Doświadczeni czytelnicy także często potrafią to zrobić. W prawdzie we współczesnym świecie jest to trudne i nie wszystkie sprawdzone metody działają (kiedyś wystarczyło tylko patrzeć, czy powieść ma logo Forgotten Realms), jednak nadal można wyróżnić całkiem spory zestaw cech, które mogą służyć za sygnał alarmowy.

Dziś przyjrzymy się takim cechą.

Czy tytuł jest złożony z trzech fajnych słów?

Czy tytuł wygląda tak: Fajne Słowo + Fajne Słowo + Fajne Słowo, jednak bez żadnego związku logicznego, nawiązania do treści lub próby przekazania jakiegoś komunikatu? Tak, jakby został wylosowany w poniższej tabelce?

Rzuć k10

Rzuć k10

Rzuć k10

1) Saga o

1) Złoto

1) Złota

2) Tron

2) Duszo

2) Duszy

3) Kroniki

3) Kościo

3) Kości

4) Wojna

4) Szlano

4) Szkła

5) Dzieje

5) Śmiercio

5) Śmierci

6) Legenda

6) Dobro

6) Dobra.

7) Gildia

7) Pękniętego

7) Pęknięcia

8) Akademia

8) Mroko

8) Mroku

9) Opowieść

9) Światło

9) Światła

10) Bractwo

10) Cienio

10) Cienia.

Czy mimo to tytuł coś znaczy?

Wiele dobrych książek ma nazwy, które składają się z brzmiących podniośle i cool słów. Przykładem tego typu nazw mogą być „Władca pierścieni”, „Dziewięciu książąt Amberu”, „Paziowie króla Zygmunta” albo „Gra o Tron”.

Te nazwy jednak oznaczają układają się w logiczne treści. Tak więc jak czytamy nazwę Władca pierścieni, to domyślamy się, że w książce będzie chodzić o coś z pierścieniami, a Gra o Tron będzie opowiadać o zmaganiach o zagarnięcie korony…

Tak więc, jeśli tytuł układa się w coś sensownego, to można ten dzwonek alarmowy wyłączyć…

Czy fabuła to neo-generic?

Czy fabuła kształtuje się następująco:

Dawno temu w świecie przedstawionym doszło do straszliwej katastrofy, w wyniku której życie w nim stało się koszmarem. Teraz zagraża mu nawet większe niebezpieczeństwo, w wyniku którego świat umrze. Może uratować go jedynie pozornie nieodpowiednia drużyna, złożona z wysoce kompetentnych wyrzutków, socjo- oraz psychopatów, kryminalistów i innych niedostosowanych społecznie.

To trochę jest smutne. Obawiam się, że fantasy jako gatunek zamiast rozwijać się, w pewnym momencie się zwinął. O ile kiedyś mieliśmy całą masę rozmaitych podgatunków: romans rycerski (Tolkien, Howard), oraz jego odmianę dla kobiet (Nortonka, Marion Zimmer Bradley), dramat obyczajowy (Beagle, Sharon Shin, Tanith Lee), powieść detektywistyczną (Gleen Cook, Mike Resnick), militarną (Steven Erickson, Gleen Cook), łotrzykowsą (Steven Brust, Fritz Leiber), Urban Fantasy (Emma Bull), komedię (Terry Prathett, John Moressey), różne krzyżówki z horrorem (znowu Tanith Lee, Steven King) czy powieść dla dzieci (znowu Tolkien, King), tak dziś zostały nam cztery: romans, powieść łotrzykowska, urban fantasy oraz post-Ericksonowskie neo-Conany…

A wszystko to pisane tak nadęte, jak Sapkowski tłumaczący sukces komputerowego Wiedźmina

Czy w blurbie pada określenie „Syn Zdrajcy”?

Strasznie modne jest teraz, żeby bohater był synem zdrajcy. Prawie tak, jak kiedyś modne było, żeby był barbarzyńskim wojownikiem.

Jeśli tak, to należy się od razu +10 punktów karnych.

Ewentualnie jeśli bohaterką jest kobieta, to może ona być jeszcze córką zdrajcy.

Wtedy punkty karne też się należą.

Czy wszystko posiada skomplikowane i wielce uduchowione nazwy?

Czy zamiast „burdele” mówi się „domy indygo”, a zamiast „prostytutki” „błękitne damy”? Czy zamiast „gildia płatnych zabójców” używa się określenia „zakon dawców śmierci”, albo zamiast „mag wody” „mówca źródeł”?

Czy są powody, żeby każda, nawet najbardziej prozaiczna rzecz, posiadała najbardziej poetycką nazwę na jaką stać autora? Czy te nazwy faktycznie coś znaczą w świecie książki lub są inne powody, by jej używać (jak np. w wypadku „Beztwarzowych” w Grze o Tron czy „Gildii Szwaczek” w Świecie Dysku)?

Czy też po prostu są tylko po to, żeby było cool?

Czy w książce występuje nazwa zawierająca trzy lub więcej spółgłoski pod rząd?

Na przykład straszliwa, zła rasa Xtrtx, magiczna moc zwama zbcabr albo tajemnicze królestwo Z’twrodr?

Jeśli tak, to odpowiedz na następne pytanie:

Czy rodowitym językiem autora jest niemiecki?

A zbitek literowy to „Sch”?

Jeśli tak, to wszystko w porządku, można się rozejść, nie ma powodu robić zbiegowiska. Niemcy, jako ziemscy potomkowie Diabła po prostu tak mają. W końcu ich język stworzono w Piekle, żeby dręczyć potępionych.

Owo „Sch” czyta się nawiasem mówiąc jako „Sz” czyli całkiem normalnie.

Problem pojawia się, gdy…

Nie jest?

Wyżej wymienione nazwy są po prostu niemożliwe do wypowiedzenia dla ludzi operującym jakimkolwiek językiem. Spółgłoski po prostu tak działają, że muszą mieć samogłoskę. Nasz aparat mowy nie pozwala nam po prostu wydawać takich dźwięków.

Owszem argumentować można, że nazwy te pochodzą z obcego, nieziemskiego języka. Jednak, jak mówiłem: ludzie nie byliby w stanie tym językiem władać.

Można też podnieść argument, że nazwy te pochodzą z języka obcych i zostały przyjęte przez ludzi. Problem w tym, że ludzie nie adoptowaliby tej nazwy, gdyż byłaby dla nich niewygodna w użyciu. Wymyśliliby więc własne… Mówiliby więc „Rasa ta sama o sobie mówiła Xtttx, ale my mówimy o na nich Bobrołaki, bo mieli takie zęby, jak bobry” lub jakkolwiek inaczej.

To, że autor stosuje takie nazwy, świadczy po prostu o tym, że nie przemyślał sprawy i prawdopodobnie nawet nie próbował wypowiedzieć swoich nazw.

Ten wpis został opublikowany w kategorii fantastyka, Fantasy, Książki i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

26 odpowiedzi na „Jak po blurbie poznać, że powieść fantasy nie nadaje się do czytania?

  1. Cadab pisze:

    Kroniki Dobro Dobra
    … czyli, że 3ci sezon K-On w produkcji?

    Ucięło pogrubienie tytułu i w ogóle parę literówek jest

  2. pontifex maximus pisze:

    „tak dziś zostały nam cztery: romans, powieść łotrzykowska, urban fantasy oraz post-Ericksonowskie neo-Conany”

    No ja obecnie bym wymienił przynajmniej jeszcze ze dwa.

    Po pierwsze, sandersonowskie pseudo-SF, czyli literatura niby-to-fantasy, która jednak odziera fantasy z całej fantastyczności zastępując ją alternatywnym zestawem praw fizyki równie sztywnych, co nasze własne. Jeśli cenisz sobie w fantasy ową fantastyczność, wystrzegaj się jak ognia słów-kluczy w rodzaju „system magii”. Zresztą, nie tylko fantastyczność, bo z klasycznym hard SF-em wiąże go też pewna skłonność do fabularnej miałkości – skoro czytelnicy sięgają po nią dla „twardości”, to fabuła nie musi być dobra, bo i tak jest względem tego drugorzędna. Pomijając chronologię, Dukaja z „Innymi pieśniami” można by uznać za kogoś w rodzaju nieświadomego prekursora, nieświadomego właśnie dlatego, że jemu chyba wydawało się, że pisze z pozycji SF. Ten podgatunek jest w dość ciekawy sposób powiązany z konkretną sceną – chociaż (jak sam Dukaj przykładem) tego rodzaju opowieści powstawały (i powstają) niezależnie, to jako osobny nurt, wykształcił się w środowisku mormońskich pisarzy fantastycznych wyrosłym pod skrzydłami Orsona Scotta Carda.

    Po drugie, etniczny niby-to-realizm magiczny. Ścisły realizm magiczny to to nie jest, bo pierwiastek fantastyczny jednak jest tam zwykle dostatecznie silny, ale ta cała magia przybiera raczej formę jakiejś ogólnej oniryczno-mitycznej osnowy rzeczywistości, niż slotów z fajerbolem po odpoczynku. Etniczność bierze się stąd, że awangardą gatunku są pisarze wywodzący się z pozaeuropejskich kultur i różnych mniejszości, którzy w ten sposób wprowadzają do fantastyki folklor i wierzenia ze swoich rodzinnych stron. I przede wszystkim, powiedziałbym, pewien sposób myślenia czy patrzenia na świat, taki mniej (dla odmiany po poprzednio opisanym podgatunku) europejsko-scjentystyczny, a bardziej folklorystyczno-ludowo-magicznorealistyczny. Znowu używam tego określenia, „realizm magiczny”, ale to też jest kwestia odbioru przez główny nurt krytyki – to są ludzie uczciwie lubiący fantastykę i piszący ją z zamiłowania, ale przez to, że są też „etniczni”, to można ich przedstawić jako coś świeżego i postępowego i sprzedać brzydzącym się fantastyką krytykom głównego nurtu. I tu znowu mamy wątek polski w postaci Radka Raka – niby to napisał fantasy, ale z drugiej strony niby ludowy realizm magiczny z modnym ostatnio w dyskursie publicznym wątkiem pańszczyźnianym, no i mejnstrim to łyknął.

    • Cadab pisze:

      No jak to? A największy, najbardziej miałki rak raków, powód, dla którego w ogóle fantastyki ruszać nie warto?
      Znaczy się realizm hiperrealistyczny, taka Jesienna Gawęda: Saga o Tarzaniu się w Błocie. Parafrazując klasyczną pastę:
      Low fantasy, takie bez magii i ras nie-ludzkich i bez potworów. W sumie taka pseudo-średniowieczna Europa, ale ze zmienionymi nazwami. Absolutnie nie występują: ziemniaki, kawa, kakao, druk ani broń palna – i jest to koniecznie podkreślone choć raz na rozdział w narracji. Pikowane i kolcze pancerze na każdym kroku. Wszyscy walczą w zwarciu i tylko w zwarciu, używając do tego niemieckich technik fechtunku paradnego, tylko że bez mieczy. Nie ma też mieczy. Jedyne bronie to te drzewcowe oraz narzędzia rolnicze i noże.
      Krainami zarządzają tytularni cesarze bez żadnej władzy nad chmarą tytularnych królów i książąt, którzy w ogóle nie kontrolują lokalnej szlachty. Każdy pan na zagrodzie ma stałą armię liczącą tysiące zawodowych wojów w pełnym rynsztunku, doświadczonych zwiadowców-najemników oraz chłopów, którym wydano ciężkie kusze. I to nawet ci, którzy zarządzają jedną wsią, zbudowaną z błota i igliwia. Mimo tego, bandyctwo i występek szerzy się na każdym kroku, a w tle te tysięczne armie bez przerwy prowadzą wojnę, dzięki czemu składają się wyłącznie z weteranów z wieloletnim doświadczeniem.
      Każdy „poszukiwacz przygód” jest natychmiast rozpoznawany, aresztowany, zamknięty w dyby, gwałcony, a następnie rozerwany końmi, bo „poszukiwacz przygód” to synonim na „psychopatyczny seryjny morderca, który nie robi nic, tylko morduje ludzi i rabuje wsie oraz miasta” i którego należy jak najszybciej poniżyć, zgwałcić i zamordować. Najlepiej w pierwszym rozdziale.
      Są tylko trzy drogi kariery
      Pierwsza to bandyta, który łupi i okrada miasta i wsie, które są nie bronione, bo te liczne zawodowe armie są zbyt zajęte łupieniem i okradaniem miast i wsi.
      Druga to rekrut pana na zagrodzie, który maszeruje z wojskiem, by łupić i okradać miasta i wsie, które są z tego też powodu niebronione
      Trzecia to pokrytymi bliznami najemnik, który łupi i okrada miasta i wsie w imię tego, kto mu zapłaci.
      Wszystko kręci się wokół łupienia i okradania niebronionych miast i wsi, i każde miasto i każda wieś są grabione i palone

      I wszystko to by było kąśliwą uwagą o tym, jak wtórna jest rozgrywka w gry spod szyldu M&B na dłuższą metę, ale problem polega na tym, że wg tej sztancy pisze się fantasy. Także to rodzime.

      • pontifex maximus pisze:

        Coś w tym jest. Nie pomyślało się o tym, bo opisujesz zjawisko starsze od opisanych przeze mnie (lata 90-te w kontrze do zerowych i nastych), ale wciąż można na to się natknąć. Osobiście, winię Sapkowskiego i Kresa, co do Trzewiczka i Warhammera nie jestem w pełni przekonany (chyba że pośrednio). Wiesz, zgodnie z logiką „Sapkowski opisał świat pełen brudu i gwałcenia, to ja opiszę taki, że będzie jeszcze więcej brudu i jeszcze więcej gwałcenia, i zostanę większym pisarzem niż Sapkowski!”. I tak powstał Chocapic… to znaczy, Inkwizytor.

        Przy czym oczywiście Sapkowski nie jest za naśladowców odpowiedzialny, a i sam mhrok i brud wystąpił już np. w „Kronikach Czarnej Kompanii” (no i cofnęło się kilka linijek by dopisać Kresa), ale w warunkach polskich, to chyba głównie wynika z małpowania cyklu wiedźmińskiego?

      • Sergiusz Leon Drozd pisze:

        Ja bym rzekł, że nie wiem czy te trzy gatunki coście wymienili to podpadają pod gatunki per se czy raczej pod maniery – bo np. te folklorystyczne warianty to nadal często urban fantasy albo romans, Sandersonowskie pseudoSF leci gdzieś wśród rozbuchanym postEriksonowskich eposów, a Jesienna Gawęda to nadal często opowieść łotrzykowska

    • Cadab pisze:

      Odpisuję tak, bo wordpress mnie do kurwicy doprowadza już z formatowaniem komentarzy. Proszę się nie wpieniać, że posty nie po kolei, nie moja wina, że mi na maila wysyłają zawiadomienie, ale już bez rubryczki „odpisz”

      Nie wiem czy to jest tak naprawdę małpowanie wiedźmina. W ogóle nie wiem, czy wiedźmina można do tego zjawiska podpiąć. Specjalista od tego prowadzi w/w blog, więc jego pytać. Ja to traktuje jako coś, co niedawno dorobiło się ładnej nazwy: „obalanie oczekiwań”, czy też bardziej swojskie „subverting the expectations”. Ale samo zjawisko jest dużo, dużo starsze. I im bardziej się je obala, tym większe absurdy z tego powstają, no bo skoro już oczekiwaniem jest, że jest syf, to trzeba zrobić więcej syfu, żeby jeszcze bardziej być obalaczem wszelkich oczekiwań. Dla mnie kwintesencją tego podejścia był w latach 90tych Komuda, który na potęgę tworzył takie brudno-błotne twory o wojowaniu w celu grabienia i palenia. Potem się przerzucił na sarmacko-burackie utwory. Ale za to powstała Fabryka i taśmowo ruszyła produkcja zapasów w błocie we wszystkich formach, wagach i postaciach.

      A Inkwizytor powstał z tego, że Piekar(ski) chciał mieć swoją własną powieść do Warhammera, tylko nie dostał licencji od GW, więc postanowił napisać „coś swojskiego”. Ale w gruncie rzeczy Inkwizytor jest o Imperium i walce z Chaosem jak się na to spojrzy zbiorczo.

      • Małpowanie Wiedźmina i Jesienna Gawęda nie tłumaczy jednego: to dzieje się w literaturze zachodniej. I to właśnie ją miałem na myśli pisząc ten tekst. Ani Kress, ani Trzewiczek nie mieli takiego zasięgu, żeby przebić się na Zachód. Sapkowski miał, ale zrobił to stosunkowo niedawno i trudno powiedzieć, czy wywoła jakiś oddźwięk (pewnie nie).

        Cały czas jednak powstają takie dzieła, jak ten cały Czerwony Rycerz, Trylogia Maga Bitewnego, co głupsze pomysły Sandersona albo pisarzy YA… „Czerwony Rycerz” to nawiasem mówiąc wprost modelowy przykład tego, co pisałeś o fantazjach wynikłych ze zbyt długiego grania w Mount and Blade.

        Myślę, że tutaj są trzy problemy:
        1) To co (i dlaczego) ludzie piszą (i wydają) w USA
        2) Co z tego jest wybierane do publikacji w Polsce (a z tego, co widzę trafia do nas większość lub przynajmniej solidny przekrój najlepiej sprzedających się tytułów)
        3) Kto to wybiera

        1) Wydaje mi się, że taka, a nie inna twórczość w USA wynika z:
        – sukcesu literackiego Martina i Eriksona, którzy raczej nie unikali ciężkich klimatów oraz naśladownictwa ich
        – faktu, że fantasy długo cieszyło się łatką „literatury niedojrzałej”. Teraz skupia się więc głównie na tematach, które jej autorom wydają się „dojrzałe” i „dorosłe”, a które w rzeczywistości po prostu są szczeniackie.
        – tej amerykańskiej wewnętrznej, politycznej wojenki o Bóg-wie-co i jakiejś dziwacznej odmiany chłopomanii, w wyniku której części środowisk wydaje się, że środowiska przestępcze są jakąś nowoczesną partyzantką, próbującą walczyć ze złym establishmentem (a nie tylko kraść).

        2) Wybierane jest to, o czym ludzie sądzą, że się sprzeda i przy okazji podoba się redaktorom.

        3) I teraz dochodzimy do „polskiego wpływu”. Na polskim rynku mamy 3 grupy wydawnictw fantastyki:
        a) duzi, profesjonalni wydawcy nastawieni głównie na zysk (Rebis, Zysk, Pruszyński)
        b) wydawnictwa YA
        c) wydawnictwa powiązane z Nową Fantastyką i Feniksem (głównie Mag i Fabryka Słów).

        Obecnie pierwsza grupa nie publikuje zbyt dużo fantastyki, być może uważając ją za trend przebrzmiały (aczkolwiek cały czas wznawia klasyków). YA jest światem samym w sobie, większość pisarzy, redaktorów i fanów YA totalnie nie ma pojęcia o innych podgatunkach fantastyki i ich nie interesują, co więcej od jakiegoś czasu obserwowany jest trend odcinania się YA od reszty segmentu. Zostaje Mag i Fabryka Słów…

        Autorzy, redaktorzy, założyciele etc. tych wydawnictw to ludzie, którzy zwykle dość dobrze się znają: razem pracowali, razem jeździli na konwenty, razem zakładali firmy, a gdy bankrutowały: zatrudniali się nawzajem, przyjmowali swoje utwory do publikacji, zawierali między sobą małżeństwa, a w niektórych wypadkach byli kumplami z podwórka. Ludzie tak działają, że generalnie wolą obracać się w towarzystwie osób podobnie myślących. Zresztą, jeśli ktoś np. przyjął w swoim czasie np. książki Kressa czy Komudy do publikacji to nie ma powodu myśleć, że zrobił to z obrzydzeniem.

        Więc pewnie szukają rzeczy, które im się podobają.

    • Wiesz, bardziej interesowały mnie schematy fabuły, niż elementy estetyki świata. Koniec końców to, co dla jednych ładne, dla innych może być brzydkie i wice versa….

      • Cadab pisze:

        Ta Jesienna Gawęda była bardziej skrótem myślowym w moim wykonaniu, niż faktyczną sugestią, że to zjawisko albo wyłącznie polskie, albo że z Polski się wywodzące. Dla mnie powodem „światowym” jest Martin. I nawet nie sam z siebie, tylko z pomocą HBO i adaptacji serialowej. Nagle się okazało, że każda inna forma fantasy, która nie jest właśnie takim szczeniackim „są cycki i jest przemoc i w ogóle ale jazda!” zostało zepchnięte i zarzucone, jako „dziecinne” i „niepoważne”. W bardzo szybkim tempie wyszła jednak z tego eskalacja, bo czymś się trzeba wyróżnić od 50 innych książek o tym samym. I z tej eskalacji powstały właśnie wszelkie Sag o Tarzaniu się w Błocie ze wszystkich stron. No bo raz, że „to jest ta nowa lepsza jakość”, a dwa, że skoro Martin się sprzedaje, to czemu klony Martina miałyby się sprzedawać jakoś gorzej? Wysycenie rynku? Nie, nigdy nie słyszałem.
        Polskim elementem jest tutaj wyłącznie to, że jak to trafiło już na nasz rodzimy rynek, to nastąpiło pompowanie ego naszych własnych błotnych zapaśników, zaprawionych w bojach, ale traktowanych jako ramota od paru lat. A tu nagle poszedł sygnał, że „na Zachodzie” wychodzi to, co oni latami piszą, więc najwyraźniej dobrze piszą i należy pisać więcej i jeszcze zwiększyć wskaźniki na seks & przemoc i jakieś inne „szokujące” elementy.

        Pytanie, na które odpowiedzi w ogóle nie mam brzmi następująco:
        Czy faktycznie Martin jest tym punktem zapalnym? Czy to tylko takie moje odczucie na chłopski rozum, że winić należy zarówno GoT, jak i pompowanie na każdym kroku, że „low fantasy jest super, a szczególnie, jak w ogóle wywali się z tego fantasy, a podleje błotem”.

      • Cadab pisze:

        Przyszła mi do głowy trochę dołująca myśl jak stawiałem obiad:
        To jest droga jednokierunkowa.
        W sensie – to nie jest tak, że w końcu przyjdzie wypalenie i na zapasy w błocie i czarodziejsko wrócimy do innych tematów i form. Nie wrócimy, bo tamte będą traktowane z góry jako nudne, a przy tym podwójnie wtórne i pozbawione nawet nie tyle, że pazura, co choćby odrobiny oryginalności.
        Posłużę się przykładem adaptacyjnym. Będzie chyba 10 lat już, jak wyszedł „John Carter”. Książkowy pierwowzór – absolutna klasyka pulpy i takiego proto-fantasy, a na pewno space-opery. W dodatku na rynku głównie targetowanym – Stany – doskonale znana. No materiał na sukces, nic, tylko wreszcie zrobić adaptację. I co?
        Jajco, wyszedł film, który jak się nie wie, że to jest adaptacja powieści-prekursora, jest tak absolutnie nijaki, jakby dosłownie ktoś stał z listą rzeczy do odfajkowania, żeby mieć jak najwięcej klisz i schematów upchniętych w fabułę. Że pierwowzór te klisze i schematy w dużej mierze wymyślił? Nie bardzo się to sprawdza z perspektywy dodatkowych 90 lat rozwoju tak literatury, jak i pop-kultury.
        I to nie jest zastrzeżenie do adaptacji, tylko w ogóle fantasy: powrót do pisania „po staremu” nam nie grozi, bo ta formuła się zupełnie odbije od współczesnego czytelnika, albo jako żenująca sztampa, albo równie żenująca próba żerowania na „klasykach”.

      • Myślę, że jednak baśń i mit to dość uniwersalne tematy… Myślę, że możliwe jest kilka scenariuszy:
        – dalsza degeneracja i śmierć gatunku
        – pojawienie się jakiegoś komedianta o talencie Pratchetta, który po prostu ośmieszy tego typu podejście i spowoduje odejście od niego
        – pojawienie się ruchów nostalgicznych, typu staroszkolnego D&D i powrót do dawnych wytycznych
        – pojawienie się jakiegoś ruchu awangardy i odnowy pokroju Nowej Fali Fantastyki z lat 80-tych
        – pojawienie się jakiejś zupełnie nowej jakości i mody, pokroju Pottera pod koniec lat 90-tych albo New Weird dekadę później…

        Tak czy siak powrót do opowieści Sword and Sorcerry ala Conan i tolkien-klonów w typie Shannary raczej nam nie grozi (chyba, że ziści się scenariusz trzeci i trafi się jakaś rewolucja Old Fantasy).

      • Cadab pisze:

        Obawiam się, że „komediant” to najgorsze, co mogłoby się wydarzyć. Bo żeby pisać komedię, to, zabrzmi to banalnie, trzeba umieć pisać komedię. Takie coś się słabo kopiuje jako wzorzec, szczególnie, jak samemu się w komedię nie potrafi w ogóle. No i jeszcze jest kwestia tego, że humor różny jest w różnych częściach świata, co się z kolei źle i tłumaczy, i źle publikuje, a na końcu źle odbiera. Więc oczami wyobraźni już widzę te radosne „żarty” skatologiczne dowolnego amerykańskiego pisarza, który nie tyle, że myśli, że jest zabawny, to jeszcze do tego traktuje ten humor jako uniwersalny. W końcu, stary, słuchaj, biegunka!

        PS
        Po niewczasie załapałem, że ten „Syn Zdrajcy” to się łączy z „Czerwonym Rycerzem” właśnie. [Sztampa intensifies]

  3. barnaba pisze:

    Nazwy w fantasy faktycznie wyglądają jakby stworzyć je według recepty: zjeść coś nieświeżego, zaszyć się w WC, nagrać odgłosy, zapisać literami. I już mamy imiona głównego bohatera, nazwę krainy oraz przynajmniej dwóch antagonistów.

    • pontifex maximus pisze:

      Orbitowski w którymś felietonie opisywał to tak:
      „imię postaci powinno brzmieć germańsko, z możliwie dużą liczbą twardych głosek w rodzaju „g”, „h”, „k”, zaś nazwa krainy powinna kojarzyć się z lekiem na kaszel: Grybrtryg z Asprokolu.”
      Nie ręczę za swoją pamięć na tyle, żeby to był cytat słowo-w-słowo, ale Grybrtryga z Asprokolu pamiętam dobrze.

  4. slanngada pisze:

    Kwestia tego, na czym się wychowało. Ja np. uważam WP za powieść przestarzałą w momencie wydania o jakieś siedemdziesiąt lat. Generalnie zgadzam się, że środowisko za łagodnie ocenia starą literaturę fantasy, ale co zrobić? Walczyć z dawnym o nowe?

    • Sergiusz Leon Drozd pisze:

      „Ja np. uważam WP za powieść przestarzałą w momencie wydania o jakieś siedemdziesiąt lat”

      Są to rzewne yaya. WP to nadal jest awangarda w stosunku do całej mierzwy fandomowej.

  5. DoktorNo pisze:

    Sądząc po komentarzach i tekście to zasadniczo przyszłość fantasy jest podobna jak technothillera w stylu Clancego: powolna śmierć.

    • pontifex maximus pisze:

      Podejrzewam, że coś w rodzaju przejścia do głównego nurtu. Ta ambitniejsza część zespoli się z realizmem magicznym i literaturą antropologiczno-etnograficzną i stanie się hołubioną przez krytyków Poważną Literaturą zawierającą Głębokie Przesłanie, natomiast reszta stanie się pocieszną chałturą dla fanów gier komputerowych i erpegowania.

      • DoktorNo pisze:

        Mówiłem oczywiście o fantasy wywodzącym się z pnia tolkienowskiego, ale masz racje, chyba będzie tak jak mówisz.

      • pontifex maximus pisze:

        No też się obawiam, że dla literatury posttolkienowskiej miejsce zostało w grach komputerowych i wśród różnych Eragonów. Takiego klasycznego, jak to się mówi, EDO („Elves, Dwarves, Orcs”) jakoś ostatnio ze świecą szukać w nowo pisanej literaturze, chyba że właśnie takiej eragonowatej, ale wciąż ma się doskonale wśród gier komputerowych. Nie żeby te gry koniecznie opowiadały kiepskie historie (obawiałoby się raczej przemysłowej miałkości w typie holyłódzkim niż zerowych umiejętności pisarskich), ale jeśli mówimy ściśle o książkach, to jednak one nimi nie są. Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia czemu. Jedyne przychodzące mi do głowy wyjaśnienia sprowadzają się prędzej czy później do słynnej opinii o graczach Sapkowskiego, a umówmy się, że nie zamierzam iść w tę stronę. Masz może jakąś odpowiedź na tę zagwozdkę? No chyba że już wyjaśniłeś, ale za słabo znam się na technothrillerach, by zrozumieć bez wyjaśnień.

    • Cadab pisze:

      A to nie jest aby tak, że technothriller umarł, bo jak tylko się zaczął, to skończyła się zimna wojna i w sumie nie bardzo było o czym pisać? To był gatunek tak bardzo związany z zeitgeistem, że niewiele się z tym dało zrobić, jak nagle Rosjanie przestali być tymi złymi (a Sowieci istnieć), podczas gdy wujek Sam przykręcił kurek na wydatki wojskowe. I weź tu pisz o supertajnej broni, spiskach albo konfliktach zastępczych w Gwatemali.
      Co najwyżej wyjdzie z tego kolejna część Mission Impossible w takich warunkach. Niby próbowano coś tam urodzić po 2001 roku, ale wychodziły z tego klasyczne „revenge fantasy”. Teraz z kolei pisze się pocieszne historyjki o tych złych Chinolach co to chcą nam Amerykę skomunizować, ale to jest tak miałka papka i tak przeładowana poglądami politycznymi autorów, że w ogóle się nie umywa do Clancy’ego.

  6. DoktorNo pisze:

    @pontifex maximus

    Technohlillery dałem jako przykład czego co było super-modne i zapychało listy bestsellerów, a twórcy prześcigali się w fantazjach (już nie wystarczały bombowce stealth i atomowe okręty podwodne, więc trzeba było przenieść akcje w Kosmos). A potem padło i nie wstało.

    Powód był prozaiczny: skończyła się zimna wojna USA-ZSRR. Tutaj jest niezłe podsumowanie historii tego podgatunku: https://web.archive.org/web/20120301095021/http://www.irosf.com/q/zine/article/10603

    • pontifex maximus pisze:

      Czytam właśnie, fajne. I w sumie jest tam zdanie, które dałoby się też dopasować do kwestii fantastyki typu „EDO” w grach komputerowych: „[…] video games remain a robust market for these tales (partly because of their lesser dependence on credible plots) […]”. He he. Może to powinno się uznać za odpowiedź: że o ile w grach rozgrywka bierze na siebie część uwagi konsumenta, to fantastyka w formie pisemnej musi kupić pomysłem i kreacją świata, bo po prostu za bardzo nie ma czym innym. Może, nie wiem.

      • Tak naprawdę większość tego korporacyjnego fantasy ostatnich lat po prostu nie jest w stanie odróżnić się niczym innym od konkurencji, niż szczegółami świata przedstawionego. Większość z tych książek to dzieła pisarstwa kreatywnego, bardziej polegające na wypełnianiu tabelek i powielaniu schematów fabularnych, niż prawdziwym pisaniu. To po prostu kolejne wersje „podróży bohatera”, pisana „metodą płatka śniegu”, według zasady „show, don’t tell” i wykorzystujące 5 z 36 sytuacji dramatycznych Poltiego…

        Natomiast to, że w tej chwili rezygnuje się z EDO czy szerzej „bestiariusza europejskiego” wynika z kumulacji wielu czynników:
        – właśnie z potrzeby wyróżnienia się
        – faktu, że Tolkien zwyczajnie ma wrogów i hejterów
        – chęci zaprezentowania się jako literatura dorosła, a nie jakieś tam bajeczki
        – tego, że tak naprawdę książka niewiele zyskuje na tak rozbudowanym bestiariuszu (po prostu trudno go wykorzystać)
        – amerykańskiej wojenki politycznej i tych całych walk z białą supremacją i wszystkim innym
        – tego, że większość autorów marzy o tym, żeby ich książki sfilmowano. Wie też, że nadmiar kostiumów i efektów specjalnych sprawi, że ekranizacja stanie się za droga
        – oraz faktu, że mitostworów nie da się copyrightować (co przekreśla szanse na dobrze sprzedającą się franszyzę

      • DoktorNo pisze:

        Dodajmy jeszcze ze amerykańskie korpo działa tak, że u siebie jest bardzo „woke”, licytuje się z innymi kto ma więcej postaci LGBT i mniejszości etnicznych itp a gdy trzeba wejść na rynek który jest bardziej homofobiczny i rasistowski (Rosja, Chiny itp.) to szybciutko się do tego dostosuje i stara się nikogo tam nie urazić np. wizerunkiem Finna na plakacie SW edycji chińskiej.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s