Przeczytane w maju 2021: Dragonlance, Tanith Lee i Tolkien:

Maj był kolejnym dość udanym miesiącem pod względem lektury, bowiem udało mi się przeczytać siedem książek. Ich jakość też była zadowalająca: tym razem bowiem na mój warsztat trafiła głównie stara, dobra (i zwykle sprawdzona) fantastyka. Prócz niej przeczytałem trzy książki popularnonaukowe, z czego dwie bardzo dobre (oraz jedną strasznie marnującą potencjał).

Tym razem lektura kształtowała się następująco:

Życie średniowiecznego rycerza:

Ocena: 9/10

Ostatnio wydany tom prac małżeństwa Giesów, reklamowanych poleceniami ze strony J. R. R. Martina. Tym razem tematem jest życie średniowiecznego rycerza, aczkolwiek o samym życiu przedstawiciela tej klasy jest niewiele (zresztą trudno się temu dziwić, oryginalny tytuł książki brzmiał przecież Knight in History).

Temat z konieczności potraktowany jest dość płytko: wszak dyskutowany jest tutaj okres aż 500 lat. To bardzo rozległa przestrzeń czasu, nawet, jeśli autorka skupia się tylko na obszarach Anglii i Francji.

W efekcie początkowo miałem bardzo mieszane uczucia w stosunku do książki. Na szczęście środkowe rozdziały, dotyczące tematu zdawałoby się dość nudnego (bo twórczości trubadurów) oraz późniejsze, dotyczące wojny stuletniej okazały się wyjątkowo ciekawe i aż prawie obiecujące.

W efekcie ocenić muszę tą pozycję bardzo wysoko.

Jak wynaleźć wszystko:

Ocena: 9/10

Jest to książka popularnonaukowa traktująca o nośnym ostatnio temacie prymitywnych technologii, ich budowie, funkcjonowaniu i własnoręcznym wytwarzaniu. Oraz o tym, jak doszliśmy do naszej obecnej sytuacji cywilizacyjnej. Pod względem tematu zainteresowań przypomina nieco uproszczoną i złagodzoną wersję Strzelby, Zarazki, Maszyny lub Sapiens: Od Zwierząt Do Bogów.

W książce jest w zasadzie wszystko, co potrzebne by nam było do stworzenia cywilizacji naukowo-technicznej z niczego: zasady selekcji roślin i zwierząt, obsiewania i nawożenia pól, wytopu metali i szkła, wypalania ceramiki, tkania materiałów, wytwarzania takielunku okrętów, prądu, penicyliny i bramek logicznych do komputerów. Jest w niej zawarty nawet pełen proces technologiczny wytworzenia najwspanialszego osiągnięcia ludzkości (pizzy), aczkolwiek jest on strasznie skomplikowany, jeśli chce się robić to od zera (zaletą jest natomiast fakt, że gdzieś w połowie dostajemy piwo).

Lekturę psuła mi tylko jedna rzecz: książka bowiem pisana jest jako awaryjny podręcznik dla podróżnika w czasie, na wypadek gdyby jego wehikuł się zespół i nie mógł on wrócić…

Osobiście nigdy nie lubiłem tego typu rozwiązań: nawet jako kilkuletnie dziecko uważałem je za bardziej infantylne, niż zabawne i zamiast czynić lekturę przystępniejszą, to zwiększające zamieszanie.

Smoki jesiennego zmierzchu:

Ocena: 4+1k4 / 10

Półelf Tanis i krasnolud Flint po latach wędrówek wracają do rodzinnego miasteczka. Mają nadzieję spotkać się z dawno niewidzianymi przyjaciółmi i wrócić do normalnego życia. Nie wiedzą, że są świadkami ostatnich dni pokoju, a najbliższe tygodnie zaplączą ich w wojenną zawieruchę oraz zmuszą do ucieczki i porzucenia dotychczasowego życia…

Moja ulubiona książka z dzieciństwa. Oraz pierwsza, jaką nabyłem do swojej kolekcji.

Prawdę mówiąc mam strasznie mieszane uczucia po powrocie doń. Z jednej strony jest to dokładnie takie fantasy jakie lubię: z elfami i smokami, czarodziejami i masą magicznych stworzeń, fabułą jednocześnie klasyczną, ale wybiegającą poza schematy typowych plagiatów Tolkiena i wyuczonych na warsztatach pisarstwa kreatywnego rozwiązań. Do tego mamy miks dających się lubić postaci oraz drugowojennych, budzących dreszcz motywów…

Z drugiej: nie da się ukryć, że pozycja nie jest pozbawiona wad, które rzucają się w oczy doświadczonemu czytelnikowi. Tak więc: akcja jest żywa i szybka, ale momentami pozbawiona sensu. Wiele elementów tła jest zupełnie niespójnych: na północy zbierają się wielkie armie, ale wedle mapy na północy od regionu, gdzie toczy się akcja jest morze… Riverwind całe lata szukał śladu starych bogów, znalazł je dwa dni drogi od domu. Po powrocie ojciec Goldmoon skazał go na śmierć. Potem jednak dowiadujemy się, że stracił władzę nad pleniem na rzecz Goldmoon właśnie…

Problemem jest też język, który w scenach walki staje się bardzo ubogi i pełen powtórzeń (Tanis, Tanis, Tanis, Sturm, Sturm, Sturm, Raistlin, Raistlin, Raistlin). Problem ten pogłębia tłumacz, który momentami chyba nie za dobrze rozumie, co tłumaczy, wskutek czego wysyła sprzeczne komunikaty.

Tym, co najbardziej mnie denerwowało podczas lektury tego tomu było jednak upośledzone poczucie humoru, działające na zasadzie „wywrócił się i upadł na twarz”.

W ogólnym rozrachunku jednak nadal jest to książka lepsza, niż (żeby nie przesadzić) 80 procent tego, co obecnie jest wydawane.

Yokai: Tajemnicze stwory w kulturze Japonii:

Ocena: 6/10

Książka traktuje o niezwykłych istotach istniejących w folklorze Japonii: zarówno tych dawnych, jak Kitsune, Tanuku, Tengu czy Kappa, jak i nowoczesnych wynalazkach w rodzaju istoty wylizującej toalety, czy też widma aktorki ze zmasakrowaną operacjami plastycznymi twarzą… Czyli coś, co zapowiada się jako fascynująca lektura.

Niestety jest to pozycja, której po prostu nie mogłem zmęczyć. Wchodziła mi ona do głowy bardzo opornie.

Głównym problemem książki jest fakt, iż jej prawie połowę stanowi przedmowa. To naprawdę dużo, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, iż pozycja ta wcale nie jest długa. Co więcej wiele elementów w przedmowie nie dotyczy bezpośrednio samego tematu. Autor zamiast tego skupia się na przedstawianiu sylwetek „badaczy” (choć lepiej byłoby ich nazwać „popularyzatorami”) joukai, czyli różnych etnologów i etnografów oraz rysowników, którzy pisali o niezwykłych stworach.

Ogólnie: tak spaprać taki temat…

Czarnoksiężnik i kryształ:

Ocena: 8/10

Czwarty tom Mrocznej Wieży. Drużyna po stoczeniu walki z morderczym AI zamieszkującym supernowoczesny pociąg trafia do opustoszałego, wymarłego miasta, gdzie wszędzie walają się zmumifikowane trupy mieszkańców. Roland natomiast zaczyna opowiadać historię ze swojej młodości.

I owa historia wypełnia większą część treści. Cofamy się w czasie i spotykamy 14 letniego Rolanda, a następnie śledzimy jego szczeniacki romans z równie zaawansowaną wiekiem Susan. Przy okazji spotykamy wrogów młodzieńca, którzy koniec końców doprowadzają do upadku jego rodzinnego królestwa.

Ogólnie rzecz biorąc jest to bardzo dobra, choć mocno nierówna książka: początek akcji jest świetny, końcowe rozdziały: bardzo dobre. Środkowe: ja pierdolę i to w tym złym sensie. Powieść zyskałaby bardzo, jeśli wyciąć by z niej jakieś 300 stron nastoletniego romansu.

Silmarillion (wersja z ilustracjami Teda Nasmitha):

Ocena: 10/10

Prawdę mówiąc lektura ta była dla mnie mordęgą. Bardzo kiepsko wchodziła mi ta książka: raz, że czytałem ją całkiem niedawno (w innym wydaniu), dwa, że wszystkie te historie o Gondolinach, Hurinach i Turinach przyswoiłem w ostatnim czasie w kilku różnych wersjach, trzy, że styl ciężki (zresztą, kto czytał, ten wie, a czytał pewnie każdy). Powiedzmy sobie jednak szczerze: nie kupiłem jej dla lektury. Nabyłem ją, gdyż jest to wersja ilustrowana, z obrazkami autorstwa świetnego grafika. Zresztą, sami spójrzcie:

Nie wszystkie ilustracje są równie dobre: wahają się od powyżej średniej (wszystkie z udziałem Hauna i dotyczące wędrówki Berena i Luthien), po naprawdę wspaniałe (batalistyka i krajobrazy). Momentami też troszeczkę szwankuje druk. Niemniej książka wygląda naprawdę wspaniale.

Jeśli chcecie zrobić prezent jakiemuś miłośnikowi Tolkiena, to naprawdę polecam to wydanie.

Zabójca umarłych:

Ocena: 8/10

To niesamowite, jakie książki ludzie kiedyś potrafili zmieścić na 150 stronach… Aczkolwiek muszę powiedzieć, że ponownie wchodziła mi z trudem (aczkolwiek przyczyną nie była jakość tekstu, a problemy z Szarą Nawałnicą jakie miałem w Stellaris… Fakt, że Czerwoni Rycerze znowu zagrażali królestwu Mordhau też nie pomagał).

W powieści śledzimy losy tytułowego Zabójcy Umarłych, czyli specjalisty od odsyłania upiorów na tamten świat oraz pewnego minstrela, który przyczepił się doń, by napisać o nim pieśń. Powoli odkrywamy też łączącą ich emocjonalną więź oraz pewną tajemnicę sprzed lat.

Tanith Lee była niezwykle utalentowaną (choć mam wrażenie, że w Polsce niezbyt znaną) pisarką, piszącą bardzo nastrojowe utwory i sprawnie łączą wątki powieści gotyckiej oraz fantasy, łagodnie przechodząc też między baśnią, a romansem. Tym razem okraszone też trochę stylem Wiedźmina.

Ogólnie rzecz biorąc nie jest to chyba najlepszy utwór Tanith Lee, jednak i tak warto go przeczytać.

Ten wpis został opublikowany w kategorii fantastyka, Historia, Książki, Przeczytane i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

6 odpowiedzi na „Przeczytane w maju 2021: Dragonlance, Tanith Lee i Tolkien:

  1. Yarvik Coro pisze:

    Z tego co pamiętam to Weiss i Hickman z każdym kolejnym tomem coraz lepiej radzili sobie z pisarstwem i w Legendach takich oczywistych baboli już nie było. A pierwszy tom jak i całe Kroniki powstawały zresztą dość przypadkowo, bo przed wszystkim zajmowali się tworzeniem serii modułów do AD&D do których książki miały być jedynie dodatkiem. Początkowo zresztą miał książki pisać specjalnie do tego celu zatrudniony autor, jednak po pierwszych podejściach Weiss i Hickman stwierdzili, że sami napiszą lepiej. Trawestują słowa Jaskra – najlepszy półprodukt fantasy jaki zdarzyło mi się czytać 🙂

  2. Cadab pisze:

    Jeżeli „Jak wynaleźć wszystko” jest książką o której myślę, to zupełnie nie rozumiem tak wysokiej oceny. Przecież to jest ten mem rozciągnięty na 500 stron

    • Tak jak pisałem: fabuła jest idiotyczna. Wysoką ocenę natomiast dałem dlatego, że przede wszystkim uważam tą książkę za zaadresowaną do młodszego i / lub mniej wyrobionego czytelnika: wczesne liceum, późna podstawówka, ludzie, którym wyrządzono krzywdę przyjmując ich na studia humanistyczne etc. Takie książki należy mierzyć odpowiednią miarą.

      A prądu IMHO nie da się zrobić w takich warunkach, w jedną osobę i startując od zera. Już pizza jest wynikiem strasznie skomplikowanego procesu technologicznego.

      • Cadab pisze:

        Sprawdziłem i to jest ta książka, o której myślałem.
        Mój zarzut nie jest do formy, w jaką sprzedaje wiedzę. Mój zarzut jest pod adresem owej „wiedzy”.
        Istnieje dla mnie jasna i klarowna różnica między książkami spod znaku „Jak to jest zrobione”, które faktycznie zajmują się zarówno popularyzowaniem nauki jako takiej, jak i udzieleniu odpowiedzi na to prozaiczne pytanie, a bełkotem spod szyldu pop-science, który idzie tak bardzo w „pop”, że w ogóle gdzieś zniknęło „science”.
        Przykład z tej książki:
        Trzy strony o produkcji stali.
        Wartość praktyczna przedstawionej „wiedzy”: zero, śmiem twierdzić, że przypadkowy diagram pieca wsadowego w podręczniku do chemii dla szkoły podstawowej/gimnazjum/znów podstawowej i opis do niego dołączony jest bardziej użyteczny w „propagatorstwie” wiedzy. Powodzenia życzę komuś, kto nigdy nie widział jak wygląda dymarka (że o piecu hutniczym nie wspomnę), żeby na podstawie przedstawionego opisu spróbował sobie chociaż wyobrazić jak wytopić z rudy metal.
        Wiedza faktycznie przekazana: „Czy wiedzieliście, że kiedyś, żeby ciągnąć stal na druty, moczono ją najpierw w siuśkach? Ale można też w wodzie. Nie sikaj na swoją stal do produkcji drutów” – i jestem w stanie założyć się, że kiedy autor zapisywał ten jakże zabawny żarcik, rechotał tak, że aż go boki bolały.

        I tak przez 500+ stron. Nie oczekuję nigdy od pop-science zbyt wiele, ale „Jak wynaleźć wszystko” jest kwintesencją wszystkiego, co jest dla mnie złe w tym gatunku. Patrzę potem na swoje śmieszne książki do majsterkowanie z czasów, kiedy byłem dzieckiem i sobie myślę, że dało się w nich wyjaśnić w ciekawy, a przy tym przystępny sposób, całą masę maszyn i rozwiązań technicznych, wraz z instrukcją naukową w wersji zrozumiałej dla dziecka dlaczego to tak działa i dlaczego nie może działać inaczej. Potem patrzę na takie pół-produkty książkowe i myślę sobie, że z tymi Jankesami to jednak coś jest nie halo.
        Fakt, że jest to napisane jako podręcznik „survivalowy” dla podróżnika w czasie tylko bardziej potęguje jak bardzo miałki to tekst, ale w pewnym sensie jest świetnym symptomem choroby, jaką stał się isekai – można było wyprodukować taką książkę i stargetować ją na oglądaczy isekajów, żeby mogli jeszcze bardziej poczuć eskapizm całej sytuacji xD

  3. slanngada pisze:

    Lubię smoczą lancę, choć worldbuldingu to tam nie ma. Poznałem ją po przeczytaniu wszystkich ważnych książkach i jak większość pisanych przed 90 latami raczej nisko cenię. Ale na swój sposób jest urocza.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s