Jak zostałem Warhammerakiem:

Bardzo starzy (jeszcze Polterowi) czytelnicy pamiętają, że kiedyś, dawno temu mój stosunek do Warhammera Fantasy Roleplay nie był najlepszy. Czas jakiś temu zmieniłem swoje podejście. Od jakiegoś czasu szukałem dobrej demonstracji przyczyny, jaka za tym stała.

Udało mi się znaleźć taką jakiś rok temu, w trakcie zupełnie innej dyskusji na tematy około erpegowe. W jej trakcie jeden z dyskutantów podniósł komentarz, który postanowiłem sobie zapisać, ja inne jego argumenty, do późniejszego wykorzystania na blogu. Komentarze te dość mocno mnie poruszyły, jednak, jak zwykle w takich wypadkach postanowiłem poczekać z reakcją kilka miesięcy.

Sprawiły jednak one, że postanowiłem zmienić front i zostać Warhammerakiem.

Komentarz, od którego się zaczęło brzmiał:

Dyskusja była o tym, ile może trwać kampania. Nagle jeden z komentatorów powiedział:

„Z drugiej strony takie patologie jak Warhammeraki potrafią grać 5 dni w tygodniu, z 5 różnymi grupami, zmieniając kampanię, ale rypiąc w ten sam system przez 10 lat!”

Pierwsza rzecz, która mi się nie spodobała w tej wypowiedzi (dyskusja traktowała o czymś zupełnie innym) było określenie „Warhammerak”.

Warhammer – Rak.

Czyli ludzie, którzy są rakiem, dlatego, że grają w Warhammera.

Mamy więc tutaj do czynienia z wyzwiskiem, które zostało wymyślone tylko po to, żeby dopiec miłośnikom tego systemu.

Nie wiem, jak inni zainteresowani, ale mnie mama uczyła, że nieładnie jest wymyślać przezwiska dla innych ludzi. A w szczególności dlatego, że grają w inną grę niż ja.

Popatrzmy zresztą na powody, dla których „zasłużyli” sobie na nazwanie ich „rakiem” i „patologią”: grają w swoją ulubioną grę, sprawia im to przyjemność, więc robią to często i jeszcze zapraszają do tego innych ludzi.

Postanowiłem więc zadać pewno pytanie osobie, która postawiła tak śmiałą tezę. Brzmiało ono:

Co w tym złego?

Bo naprawdę nie rozumiem… Odpowiedź brzmiała:

Nie przeskakują edycji i cisną w staroć, nawet jeśli developer idzie naprzód!

Taki argument zawsze wprawia mnie w konfuzję, bowiem w czym problem? Ponownie zadałem więc o to pytanie. Odpowiedź brzmiała:

Problem jest taki, że są zastałym obiektem. Grając w inne systemy mogliby pozyskać szersze doświadczenie. Grając w wyższe edycje mogliby wspierać developera contentu, w jaki grają. A oni siedzą, grając w kradzione, albo drukowane podręczniki.

Wypowiedź ta jest bardzo ciekawa, składa się bowiem tylko z czterech zdań, a zawiera aż trzy herezje. Po pierwsze gry są do grania, a nie zdobywania doświadczeń. Ich celem jest dawać fun. Jeśli więc ludzie w daną grę grają i czerpią z tego przyjemność (a miłośnicy Warhammera raczej nie przystawiają przecież swoim graczom pistoletów do głowy) to spełnia ona swoją funkcję.

Po drugie: nie dajmy się zwariować. Kupując grę nie zawarliśmy kontraktu feudalnego z jej wydawcą. Otrzymaliśmy produkt, który ma nam służyć do grania, za co daliśmy mu pieniądze. Nie mamy żadnego obowiązku kupować dalszych produktów od tego samego wydawcy, w szczególności, jeśli następne części nam się nie podobają lub uważamy, że to, co już mamy nam wystarczy.

Po trzecie: generalizacja, zakładająca, że miłośnicy Warhammera uprawiają piractwo. A skąd pewność, że tak jest? Co z osobami, które posiadają podręczniki do pierwszej edycji jeszcze od lat 90-tych, jak na przykład Ja? Albo też takimi, które zakupiły je na DriveThruRPG?

Miłośnik produktów Gameforge, a patologiczny Warhamerak to jednak dwie odrębne istoty. Jeden nabywa produkty, czyta o rozszerzeniach, zmienia podręczniki, a zarazem mechanikę, na lepszą i bardziej wydajną – taką, która w oczywistym zestawieniu pozwala na uzyskanie „większej przyjemności z grania”. Ten drugi robi zupełnie na odwrót, grając na kserówkach podręczników ukradzionych z Chomika i próbując łatać system, który należy przepisać od nowa (i co zostało zrobione).

I znowu generalizacja: Indianie dobrzy, Warhammerowcy źli. Jedni kupują, drudzy kradno… Oczywiście można byłoby to odwrócić w drugą stronę: Indianie kradną swoje gry z eMule, Warhammerowcy natomiast kupują podręczniki na DriveThruRPG.

Jest to tak samo aprioryczne i bezzasadne.

Co więcej: istnieje bardzo małe przełożenie mechanika-przyjemność z grania. Po pierwsze: w grach fabularnych wszystko zależy od Mistrza Gry i nawet najlepsza mechanika nie pomoże, jeśli ten jest toksykiem lub idiotą. Po drugie: znaczna część erpegowców deklaruje, że mechanika nie jest dla nich istotna, lub też, że „nie jest ważna, dopóki nie przeszkadza”. Nie sądzę, by był powód, żeby im nie wierzyć: ludzie nie są bezrozumni i najczęściej znają siebie oraz swoje gusta. Nie da się też ukryć, że znaczna część miłośników gier fabularnych to (z punktu widzenia fandomów innych typów gier) niedzielniacy, często wybierający sesję jako pretekst do spotkania towarzyskiego, grający po to, by zanurzyć się w świecie marzeń lub też po to, by życiowe problemy zastąpić innymi. Nierzadko interesujący się w niewielkim stopniu innymi grami.

Znaczna część wyzwań i działań, z jakimi mierzą się gracze na sesji RPG też nie wykorzystuje mechaniki. Działania te to: planowanie, uzgadnianie strategii i taktyki, negocjowanie z Mistrzem Gry i innymi graczami, prowadzenie śledztw, improwizacja, gromadzenie i przetwarzanie informacji, rozwiązywanie zagadek i łamigłówek, kojarzenie faktów, wyciąganie wniosków, zarządzanie zasobami, przekonywanie innych ludzi (graczy i Mistrza Gry) do swoich racji.

Tak więc mam wrażenie, że Indianie nadmiernie fetyszyzują tylko jeden aspekt gier, który, jak widać z faktów (i to przytaczanych przez nich samych) niekoniecznie jest równie istotny dla ogółu graczy.

Należy też zauważyć, że mechanika jest tylko jednym z wielu elementów gry. Jako takie wymienić można też: cele gry, warunki zwycięstwa, warunki przegranej, rodzaje podejmowanych wyzwań, rodzaje kar, jakie spadają na Gracza, jeśli nie uda mu się wyzwaniom sprostać, rodzaje nagród, jakie Gracz otrzymuje, jeśli uda mu się tym wyzwaniom sprostać oraz cała związana z nią otoczka estetyczna.

i próbując łatać system, który należy przepisać od nowa (i co zostało zrobione)

Skupmy się na tym zdaniu. Akurat nie dziwi mnie fakt, że istnieją ludzie przedkładający Warhammer 1 ed nad jego późniejszymi wersjami. System ten posiada bowiem wiele cech, których późniejsze edycje nie posiadały. Tak więc: nisko zawieszono krzywą nauki (mechanika jest łopatologicznie prosta), abstrakcji (nie gra się trudnymi do umiejscowienia w świecie postaciami w rodzaju Mnicha czy Łotrzyka, a Woźnicami, Najemnikami i Żołnierzami) i trudności (bohaterowie są trudni do zabicia, mają duże szanse wycofania się z walki, awansują szybko, pierwszą profesje kompletuje się bowiem po 2-3 sesjach i z łatwością stają się niedorzecznie wręcz potężne). Ma bardzo przekonujący system nagród w postaci rozbudowanego zbioru magicznych przedmiotów (obejmujący w podstawce 108 pozycji, czyli w prawdzie tylko ¼ co w DeDekach, ale nadal sporo).

Jest to system mroczny, ale nie grimdarkowy. Z bohaterami można sympatyzować, są czymś więcej niż gromadką socjopatów i lizusów wchodzących w tyłki autokratów, jak w edycjach 2+.

Opowiada, bardzo atrakcyjną historię o awansie BG od Szczurołapów i Żebraków do Magów 4 poziomu, Hersztów Banitów i Dowódców Najemników, z którymi liczyć muszą się nawet książęta (co odróżnia go od edycji 4, gdzie Szczurołap lub Żebrak mogą po prostu zostać wyłącznie lepszym szczurołapem lub żebrakiem).

Jest spójny estetycznie.

Wymieniać można długo.

Na te argumenty padła odpowiedź:

To tak, jak z miłośnikami komputerowych gier retro – lubią gry przestarzałe, ale spytaj ich na jakim komputerze spędzają czas wolny – nagle odpowiedź jest inna.

Szczerze mówiąc jest to mój ulubiony typ argumentów, jakimi posługują się fabularni indianie: odwołać się do fandomu, o którym nie ma się pojęcia, pokazać, że jest się w temacie ignorantem i przy okazji obrazić wszystkich jego członków…

Otóż: to, na czym miłośnicy gier retro spędzają czas w dużej mierze zależy od 1) zasobności portfela danego retromaniaka 2) okresu, jakim się interesuje. Z oczywistych powodów najczęściej korzystają oni z w miarę współczesnych komputerów. Emulacja sprzętu do poziomu PlayStation 2 nie jest współcześnie problemem, obecnie 99 procent gier da się odpalić na dość leciwych laptopach.

Nie zmienia to faktu, że dla większości retrogamerów punktem honoru jest posiadać odpowiedni sprzęt. Tym bardziej, że nie jest to ani trudne, ani drogie: stare komputery i konsole można dostać w internecie za rozsądne ceny, co więcej wiele modeli ma klony, w rodzaju C64 Mini.

Tak więc: analogia zupełnie błędna i w dodatku obraźliwa.

Kończąc:

Piotr Muszyński: no i pojawia się problem, kiedy trzon stanowią ludzie nie nabywający contentu i lecący na X letnich podręcznikach. Nie wiem, co powiedzieć, ponadto, że szkoda, że nie widzisz w tym problemu. Ale no jak nie namówię, to nie namówię. Lets agree to disagree.

I to jest powód by wymyślać dla ludzi wyzwiska? To, że udało im się kupić grę, która bardzo im odpowiada i kochają w nią grać?

Na to mojej zgody nie będzie!

Jeśli chodzi o to, że nie nabywają nowego contentu, to nie widzę w tym problemu. Klienci są klientami, a nie niewolnikami wydawców. Nikt nie ma obowiązku kupowania nowych produktów, dodatków czy też „wspierania” wydawcy. Przeciwnie: to wydawca po to jest wydawcą, żeby zdobywać klientów dla swoich autorów.

Jeśli tego nie robi, to znaczy, że jest z nim jakiś problem.

Być może problemem jest właśnie ten content, który może niekoniecznie być taki wspaniały? Może ten po prostu jest słaby? Albo niedostosowany do potrzeb i oczekiwań klientów? Albo tworzony dla nikogo?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantasy, RPG i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

7 odpowiedzi na „Jak zostałem Warhammerakiem:

  1. Michał pisze:

    Ciekawe jakby gracze EUIV nabijali się z tych grających w EUII w ten sposób xd

  2. Siman pisze:

    Pomijając, że znam osobiście ludzi grających równolegle w pierdycję jak i indyki, a problem jest z gatunku idiotyczych rzeczy, o które można się kłócić tylko w piwnicznym, niszowym forum.

    „co odróżnia go od edycji 4, gdzie Szczurołap lub Żebrak mogą po prostu zostać wyłącznie lepszym szczurołapem lub żebrakiem”

    Łojezu, jaka bzdura. Czterdycja zmienia w tej kwestii tylko tyle, że MOŻESZ być lepszym Szczurołapem lub Żebrakiem i nie musisz skakać po zawodach, żeby iść w górę z pedekami. Awansowanie wertykalne jest całkowicie dozwolone i w obrębie klasy nawet nie kosztuje nic więcej – więc Żebrak może zostać Kupcem albo Rzemieślnikiem w ramach klasy Mieszczanina bez żadnego problemu ani proszenia o zgodę. Banitą albo Najemnikiem może zostać za raptem 100 PD extra na zmianę klasy, a potem powoli się wspina w górę do Herszta czy Dowódcy jak w każdej poprzedniej edycji.

    Pomijając, że podręcznik o tym wyraźnie wspomina o tym, że Żebrak 1 poziomu może zostać bez problemu nawet Lordem (Szlachcicem 4 poz.) bez dodatkowych kosztów jeśli mu MG umożliwi i podsunie rozwiązanie fabularne (bo np. wmontował do kampanii motyw z Królewicza i Żebraka).

  3. Cadab pisze:

    Przeczytałem ten post, pakując się na majówkę. Z racji na pogodę, spędziliśmy ją ostatecznie ze znajomymi „grając w grę”, zamiast łazić po górach. I tak mi się to tłukło po głowie cały wyjazd, a potem jeszcze parę kolejnych dni. Nawet zastanawiałem się nad próbą polemiki z wszystkimi tu zawartymi tezami. Ale jak już zacząłem pisać, gdzieś tak w 1/3 argumentacji naszło mnie olśnienie. Mianowicie całą myśl można zamknąć w następującym obrazku (razem z oryginalną nazwą pliku):

    I to jest o tyle piękne, że jak się wie o co chodzi, to natychmiast działa jako podsumowanie sytuacji i rozwiązanie problemu, a jak się nie wie o co chodzi, to pisanie eseju z kontrargumentami i tak mijało się z celem.

    • Prawdę mówiąc trochę brakuje w twoim poście konkretów. Przez to trudno zrozumieć, czy jest on próbą wbicia szpili, czy wyrazem aprobaty, czy czymkolwiek innym…

      • Cadab pisze:

        Czyli dobrze to jednak wyczułem – pisanie eseju mijałoby się z celem.

      • Wiesz:
        – z kimś, kto twierdzi, ze 2+2=4 da się dyskutować.
        – z kimś, kto utrzymuje, że 2+2=5 również
        – od biedy można dyskutować też z kimś, kto twierdzi, że 2+2 = parasol
        Ale z kimś, kto wchodzi do pokoju i stwierdza „pomidor” dyskutować w żaden sposób się nie da.

        Aczkolwiek, jeśli próbujesz mnie przekonać, bym uległ hołocie, to faktycznie tracisz czas.

      • Cadab pisze:

        To zupełnie nie tak. Chodzi mi wyłącznie o to, że ten obrazek to taki wytrych. Jak się go rozpoznaje z marszu, to się wie o co chodzi. Jak się go nie rozpoznaje, to robi się z tego kilka stron wyjaśnień całej masy powiązanych czynników, bez ŻADNEJ gwarancji, że druga strona zrozumie. A jak druga strona nie zrozumie, to z kolei przedstawianie argumentów przeciw tezom z tego postu broniących (?) Młotka mija się z celem, bo ten brak wzajemnego zrozumienia podważy możliwość jakiejkolwiek dyskusji. Been there, seen that. I to nawet nie jest kwestia „nie rozmawiam z debilami”, tylko raczej sytuacja zbliżona do porozumienia się dwóch obcokrajowców bez użycia wspólnie znanego im języka.

        A tu jest częściowo powiązany cudzy wpis, który niejako oddaje ducha tego, czemu ludzie (przynajmniej ci pamiętający granie sprzed dekady i więcej) tak strasznie reagują na samo wymienienie z nazwy Młotka, a co ze zwykłym „Młotek = Jesienna” nie ma nic wspólnego:
        https://allgemeinefestung.blogspot.com/2014/10/dlaczego-nie-preferuje-rekrutacji-do.html
        I w tym kontekście niejako wraca mój obrazek.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s