Saga o Wiedźminie: refleksje i obserwacje z powrotu po latach:

Jako, że praktycznie udało mi się poradzić z moim backlogiem (została 1 książka), zacząłem spełniać swoje czytelnicze marzenia i wracać do tytułów, do których od lat chciałem wrócić. Na pierwszy ogień poszła Saga o Wiedźminie, bo pokłóciłem się o nią z młodzieżówką pisowską.

Lekturę zakończyłem kilka dni temu…

I powiem krótko:

To było wielkie!

Wpis ten będzie zawierał trochę nieuporządkowanych przemyśleń i spostrzeżeń.

Książko! Dlaczego przestałem Cię lubić i nie wracałem do Ciebie przez 20 lat? Przecież jesteś taka wspaniała!

A tak…

Racja.

Fandom…

Ewolucja stosunku do alkoholu:

Czytając Sagę o Wiedźminie zrobiłem sobie nieco złośliwą rozrywkę: obserwowałem zmiany, jakie Sapkowski, a raczej: głos narratora, ma w swoich książkach do alkoholu i jego spożycia.

Pomijając przypadki picia piwa i inne, podobne sytuacje, pierwszy, poważny komentarz dotyczące alkoholu pojawiają się w opowiadaniu Ostatnie Życzenie, gdzie wiedźmin, po włamaniu się do siedziby kupca, spotyka go w stanie wskazującym na znaczne spożycie.

Dowiadujemy się wówczas, że (Geralt) sam raczej unikał alkoholowych ekscesów, ale stan, w jakim się znajdował kupiec nie był mu całkowicie obcy.

Natomiast trzeci tom Sagi przynosi słynną scenę z nalewką z mandragory, gdzie w zasadzie alkohol traktowany jest jak woda życia, a bohaterowie piją tęgo i bez umiaru, zupełnie, jakby się z Wojsławic urwali…

Trochę ciekawi mnie, co z tego wyszłoby, gdybym zaczął teraz czytać Narrenturm.

Aczkolwiek dużo by to nie dało… Co ciekawe, Sapkowski rzadko w Sadze o Wiedźminie zdradza swoje poglądy. Owszem kilka razy o takich dyskutuje, ale przedstawiony punkt widzenia jest zawsze poglądem jakiejś postaci, a nie autora. Można w prawdzie zgadywać, że bohaterowie pozytywni raczej posiadają zestaw opinii, z którymi Sapkowski się zgadza, a negatywni: których nie podziela. Niemniej jednak (w odróżnieniu choćby od pisarzy Fabryki Słów) sam Sapkowski nie próbuje nauczać…

Dość umiarkowany język i takież traktowanie czytelnika:

Tym co mnie natomiast naprawdę zaskoczyło jest bardzo umiarkowany język, jakim posługuje się Sapkowski. Z jakiegoś powodu zapamiętałem jego książki jako pełne wulgaryzmów. Być może wynikało to z faktu, że była to pierwsza, posługująca się takim stylem książka, jaką przeczytałem (po raczej językowo sterylnych książkach młodzieżowych, lekturach szkoły podstawowej czy zachodniej fantastyce).

A może nadpisały mi się na Sapkowskiego wspomnienia po Ziemiańskim, Grzędowiczu i przede wszystkim Wiedźminie III? Oraz fraszkach w rodzaju Lambert! Lambert! Ty ch(…)u!

Należy zauważyć też, że Sapkowski dość łagodnie traktuje też czytelników, nie przesadzając z opisami traum, znęcania się i upokorzenia.

Przykładem może być choćby scena z tomu Czas Pogardy, gdy Ciri znajduje się w kryjówce Szczurów i jeden z nich próbuje wykorzystać ją seksualnie. U większości pisarzy, jakich znam skończyłoby się to pewnie gwałtem, bo wiadomo, że nic tak nie porusza czytelnika, jak gwałt. U Sapkowskiego kończy się to po prostu na obmacywaniu, dla 15 letniej dziewczyny też traumatycznym przeżyciu, a do tego wiele bardziej wiarygodnym, bo nie aż tak emocjonalnie nacechowanym.

Ile w tym Sapkowskiego, a ile redaktora?

Istnieją ogromne wręcz, stylistyczne oraz konstrukcyjne różnice między opowiadaniami i Sagą o Wiedźminie, a Sezonem Burz. Prawdę mówiąc Sezon Burz brzmi tak, jakby pisał go inny pisarz, próbując tylko naśladować styl i zewnętrzną otoczkę twórczości Sapkowskiego (i to dość marnie).

Tak więc: dialogi we wczesnym Wiedźminie są zwięzłe, w Sezonie: bohaterowie wygłaszają dwustronicowe monologi. Wczesne utwory wyglądają na pieczołowicie zaplanowane, Sezon to zlepek pomysłów. We wczesnym Wiedźminie Sapkowski posługuje się poprawną polszczyzną, odrobinę trochę archaizowaną i stylizowaną, w Sezonie natomiast pełno jest makaronizmów i kalek językowych. We wczesnych utworach prawie nie ma easter eggów, a pierwszy pojawia się późno (zaginiony tubus Jaskra, odnaleziony i spalony przez zbójów), Sezon natomiast pełen jest takowych…

Tą zmianę stylistyki trudno zrozumieć. Wygląda to tak, jakby Sapkowski w pewnym momencie stracił talent. Takie coś mogło mieć miejsce, tym bardziej, że są czynniki, które mogą powodować tego typu neurologiczne spustoszenie: wódka, niektóre choroby wieku starczego, wylew lub mikro-wylew…

Sapkowski mógł też po prostu popaść w pychę i uznać, że takie złoto dobywa się spod jego palców, że nie musiał się starać (albo, jak twierdzi teoria spiskowa, faktycznie Sezon Burz napisał ghostwritter). Bo easter eggi mógł po prostu wymyślić późno i uznać, że ich wprowadzanie jest takie fajne…

Możliwe też, że utwory Sapkowskiego były starannie przez kogoś poprawiane i bardzo dużą część efektu końcowego stanowiła właśnie praca tej osoby.

Na tą teorię wskazywać mogłyby błędy i kalki językowe, które sporadycznie pojawiają się w opowiadaniach (w rodzaju „patetycznego wyglądu”) oraz nagła zmiana językowa (o tej niżej), jaka zachodzi w Wieży Jaskółki.

Rzeczy te mogą być zarówno niewytłuczonymi błędami, od których zaroiło się, gdy Sapkowski zerwał współpracę z tamtą osobą, albo też mieszaniną przypadku („patetyczny wygląd”) i celowej zmiany stylizacji (makaronizmy w tomach IV i V Sagi), o której będę pisał niżej.

Północ to taka trochę Polska:

Czytając Sagę o Wiedźminie nawet bardziej, niż opowiadania, odnieść można wrażenie, że Królestwa Północy to taka trochę Polska, z okresu lat 80-tych i 90-tych. Kraina zapadłych wioch i zapyziałych miasteczek, gdzie nawet lokalna metropolia (Novigrad), to straszna dziura (prawie 30.000 mieszkańców), gdzie tak naprawdę nic (jeśli nie liczyć szubienicy z zapaścią, szafotu, teatrum, zwierzyńca, bazaru, 35 oberży, 12 zamtuzów i brukowanych głównych ulic) nie ma.

Świat barów leśnych, targowisk, na które przyjeżdżają zagraniczni kupcy tacy jak krasnoludy, elfy, niziołki i Ruscy, porażających swą skalą biznesów w rodzaju kantoru wymiany walut, który płaci jednak wyższe podatki, niż państwowa firma lub inne księstwo…

Nagród za zabite potwory, które to nagrody są jednocześnie skandalicznie wysokie i żenująco niskie. Wysokie, bo ktoś faktycznie musiał sobie od ust odjąć, żeby je zapłacić i niskich, bo i tak nic zań nie można kupić…

Kraina, gdzie wszystko jest ze słomy i pakuł.

Gdzie panuje wysoka przestępczość, niebezpiecznie jest szwendać się samemu po obcych okolicach, stróże prawa są bezradni, ale mieszkają tam przeważnie dobrzy ludzie…

Istnieją też pewne analogie do polskiej wizji świata i dziejów: de facto rozbiór Cintry między Niflgard i Temerię, przekonanie o wszechmocy lub przynajmniej wszechobecności służb wywiadowczych oraz o tym, że historia kształtowana jest przez zewnętrzne siły: jeśli nie obce państwa, to nieubłagane procesy…

Niflgard: trochę Niemcy, trochę Mordor:

Bardzo dziwni Niemcy: trochę ci z NRD, a trochę ci od Hitlera…

Niflgardczycy są przekonani o swojej wyższości kulturowej i cywilizacyjnej oraz o tym, że ordnung must sein, ale bieda jest u nich taka sama, jak na Północy. Ich gospodarka jest generalnie silniejsza, niż gospodarka północy, dzięki czemu mogą utrzymywać bardziej wyrafinowany aparat kontroli, lepszy system edukacyjny (ale pracujący niemal wyłącznie na potrzeby wojska i administracji) oraz budować ładniejsze pałace. Łożą też więcej na kulturę i naukę…

Z drugiej strony Niflgard psuje wszystko, czego się dotknie. Dobrobytu w zasadzie tam nie ma. Rozwój gospodarczy opiera się na rzeczach, których na północy nie ma: pracy niewolniczej i przymusowej, wykorzystaniu jeńców wojennych przy budowie dróg i w kamieniołomach. Edukacja i kultura służą natomiast kształceniu urzędników, którzy brutalniej ściągają podatki…

To tak naprawdę bardzo bandyckie państwo, które opiera się głównie na eksploatacji.

Co więcej Niflgard, podobnie jak Mordor, tak naprawdę skaża samym sobą ludzi. Jegożołnierze to zbrodniarze, szlachta to też zbrodniarze, podobnie jak zresztą urzędnicy, chłopi żyją w ciągłym strachu, bandytyzm się szerzy, każdy interes i biznes, jaki w nim widzimy jest brudny. Nie nieuczciwy (takich jest pełno i na Północy), ale po prostu brudny.

Państwo to produkuje bandytów, zmuszając ludzi do wejścia w czarną strefę działalności tylko po to, by mogli przeżyć. Tak naprawdę jedyna różnica między kimś pokroju Szczurów, a łapaczami, żołnierzami Nilfgardu czy siepaczami Stefana Skellena polega na tym, że pierwsi działają poza oficjalnym obiegiem, a pozostali w nim…

Dużą różnicą między Niflgardem, a Niemcami tworzy fakt, że posługują się zupełnie innym językiem, należącym do grupy celtyckiej, a nie germańskiej. Co więcej to właśnie północ jest bardziej nasycona imionami i nazwami pochodzącymi z germańskiej grupy językowej.

No, ale to zrozumiałe. Gdyby Sapkowski napisał książkę o polskim superbohaterze zwalczającym złych Niemców, to byłaby ona kiczem nad kicze…

Til Echrade potrafił używać elfiej magii:

Informacja ta pojawia się tylko raz w czwartym tomie.

Jej źródłem jest Joanna Selborne, która była co najmniej psioniczką, czyli kimś, kto sam wie całkiem sporo o nadprzyrodzonym świecie Wiedźmina.

Wynikałoby z tego, że przynajmniej niektóre, szeregowe elfy (nie-czarodzieje i nie-wiedzący) w tym świecie mogły używać (przynajmniej w ograniczonym stopniu) magii.

Osobiście podejrzewam, że wśród elfów tego świata mogła istnieć duża populacja „dwuklasowców” takich, jak w Advanced Dungeons and Dragons (naleciałości z tego systemu jest w Wiedźminie bardzo dużo), gdzie elf mógł wybrać klasę wojownika, złodzieja, kapłana, rangera i maga oraz połączenie pierwszych trzech z ostatnim…

Po przekroczeniu Jarugi książka się zmienia:

Jak długo jesteśmy na Północy Sapkowski posługuje się poprawną polszczyzną, trochę archaizowaną, gdy mówią przedstawiciele klas wyższych i rycerstwa, oraz trochę stylizowaną na gwarę (przeokropnie zresztą), gdy mówią chłopi oraz wieśniacy…

Jednocześnie główną linią narracyjną jest linia o Ciri. Towarzyszymy albo jej, albo też oglądamy jej prorocze sny o Wiedźminie, o Yennefer i o luźnych wydarzeniach ze świata.

(Istnieje też możliwość, że faktyczną narratorką Sagi jest tak naprawdę czarodziejka Nimue, którą poznajemy w trzecim tomie, a wraca w piątym. Mniej-więcej w tej samej chwili, gdy urywa się „narracja północna” Sapkowski skacze z narracją o wiele lat w przód i opisuje małą dziewczynkę ze wsi, zasłuchaną w dziadowskie opowieści… dziewczynka ta śpi później i przeżywa je znowu we śnie, dzięki swym, utajonym, czarodziejskim zdolnościom… Potem w piątym tomie jej postać wraca, a narracja prowadzona jest z punktu widzenia współpracującej z nią śniączki Condwiramurs.)

W czwartym tomie zmieniają się zarówno narratorzy, jak i język. Tymi pierwszymi stają się: Jaskier, a raczej jego „Pół wieku poezji”, opowieść Ciri, którą dzieli się z Wysogotą oraz zeznania przed sądem Joanny Selborne.

W tomie piątym linia Selborne zostaje natomiast zastąpiona linią Nimue.

Zmienia się też język, w którym nagle pojawia się masa makaronizmów i bezsensownych zapożyczeń z języków obcych, w szczególności angielskiego i trochę mniej z niemieckiego. Czytamy więc o hanzach, hassach, kawernach, pacjencjach, siupryzach, heksach i całej masie innych, bezzasadnych zapożyczeń.

Nie ma podstaw, by twierdzić, że Sapkowski pisał Sagę bez planu:

Powtarzającym się zarzutem jest to, że Sapkowski pisał Sagę o Wiedźminie bez planu, na zasadzie „sobie, a muzą”. Z drugiej strony sam Sapokowski twierdzi coś zupełnie przeciwnego.

Myślę, że obie wersje są prawdziwe.

Opowiadania faktycznie były pisane sobie, a muzą właśnie, stąd jest w nich pewna ilość wątków zapomnianych, porzuconych i niemalże niekanonicznych. Niektóre z nich mają też zupełnie inny wydźwięk, niż dalsze tomy. Do tej grupy należą:

  • rycerze zakonu Białej Róży, tym bardziej, że sama Biała Róża wraca później jako Aelirenn, elfia bohaterka narodowa

  • wydarzenia w Blaviken

  • oraz przepowiednia Eltibalda

  • wiara wiedźminów w Prawo Niespodzianki

Zwłaszcza ta ostatnia wydaje się dziwna i niespójna. Tym bardziej, że w późniejszych tomach wiedźmini wydają się bardzo sceptycznie podchodzić do wszelkich, mistycznych uzasadnień i zjawisk. W opowiadaniu Kwestia Ceny natomiast Geralt postępuje wręcz jak jakiś kapłan sił sprawczych.

Z drugiej strony pięć tomów powieści wydają się pieczołowicie zaplanowane, a przyszłe wydarzenia są sygnalizowane dość wcześnie. Tak więc:

  • zapowiedź śmierci Geralta jest podawana już w pierwszym tomie, przy okazji transu Ciri.

  • Emhyr var Ermeist już w pierwszym tomie zdradza czytelnikowi swoją tożsamość (i to, że jest Dunnym), w trakcie rozmowy z doradcami. Stwierdza wówczas „Ja tego wiedźmina znam” co jasno wskazuje, że jest to postać z przeszłości Geralta.

  • Starcie z Bonhartem i sposób, w jaki Ciri może z nim wygrać jest zapowiadane już w pierwszym tomie, w trakcie ćwiczeń w Kear Mordhem i później w drugim (gdy Ciri jest świadkiem pojedynku dwóch rycerzy w Nilfgardzie). Przegrywa z nim jednak, gdyż nie wyciąga z tego wniosków.

  • Nimue z piątego tomu zostaje wprowadzona już w tomie trzecim.

  • Ogromna część postaci, często pozornie nieznaczących i drugoplanowych, które pojawiają się w jednym tomie, powraca w późniejszych. Przykładowo: elfka Toruviel z opowiadania Kraniec Świata przewija się przy okazji wzmianek o Wiewiórkach aż po tom piąty, jeden z jej towarzyszy okazuje się sojusznikiem Stokrotki z Doliny, wóz jednej z przekupek słuchających ballad Jaskra w tomie pierwszym (tej od „i synowie”) widzimy zniszczony w tomie trzecim, krasnolud Denis Cranmer z opowiadania Głos Rozsądku wraca w tomie piątym, marszałek Vissegerd, wymieniony w jednym zdaniu w opowiadaniu Kwestia Ceny pojawia się co jakiś czas w powieści, monarcha Abrad*, przytoczony przez Geralta w Mniejszym Źle jako przykład tyrana, zostaje napomniany w Krwii Elfów jako przykład złego monarchy z przeszłości, czarodziej Istread, dawny kochanek Yennefer sugerowany jest na członka Loży…

Wydaje się, że: Sapkowski pisał opowiadania sobie, a muzą.

To znaczy: poszczególne utwory powstawały zapewne wobec jakiegoś planu, lub też na skutek wielokrotnego przepracowywania wcześniejszego szkicu. Wydaje się bowiem mało prawdopodobne, żeby Sapkowski z marszu napisał coś tak skomplikowanego i wielowątkowego jak Granica Możliwości lub Trochę Poświęcenia. Być może też odrzucał i wracał wiele razy do tego samego, choć zmodyfikowanego pomysłu (na przykład te dziwne informacje o przeszłości Geralta i jego znajomości z córką Eithne z Brokilonu, wzmiankowane w opowiadaniu Miecz Przeznaczenia mogły pochodzić z jakiegoś wcześniejszego projektu, który Sapkowski uśmiercił na wczesnym etapie twórczym). Z całą pewnością miewały też pierwowzory (np. Okruch Lodu pod wieloma względami przypomina opowiadanie Zelaznego „Ostatni obrońca Camelotu”, a Ziarno Prawdy tekst Rycerz dla Merythy).

Zaczynając tworzyć Sagę o Wiedźminie chyba przeczytał je wszystkie, notując postaci i wymienione miejsca, a następnie stworzył spójną mapę i dzieje świata z licznych, oderwanych od siebie fragmentów, a być może też jakieś wykresy powiązań postaci…

Wydaje się też, ze zepchnął na margines część wcześniejszych postaci i wydarzeń (np. poza Abradem i kilkoma innymi monarchami z bardzo dalekiego tła, nigdzie poza opowiadaniami nie powraca ani Blaviken, ani żadna z centralnych dla tamtejszych wydarzeń postaci).

I od tego momentu postępował ściśle według ustalonego wcześniej planu wydarzeń.

Tolkienizmy: „Czwarta era”:

Istnieje szereg podobieństw i analogii między twórczością Tolkiena, a Sapkowskiego, choć nie są one łatwo uchwytne, zwłaszcza, jeśli skupić się na zewnętrznych różnicach.

W pierwszej kolejności obydwie książki traktują o zmierzchu epoki dzikiej, przedludzkiej „elfiej”, czy też raczej „elfo-orkowej” albo dwubiegunowej: „elfo-chaotycznej” magii oraz nadejściu nowej epoki, zdominowanej przez ludzi i rządzonej ludzkim umysłem, który nawet nadprzyrodzonym mocom musi nadać systematyczność.

U Tolkiena czwarta era następuje na skutek zubożenia świata przez Saurona. Strona dobra w prawdzie jest w stanie go zwyciężyć, ale szkody są nieodwracalne. Tak więc enty muszą wymrzeć, krasnoludy, trolle, hobbici i orkowie jakiś czas jeszcze nawiedzać będą świat, lecz też skazane są na zagładę, elfowie muszą albo odejść, albo skarleć i zniknąć jak pozostałe rasy… Wielkie obszary przyrody jak byłt, tak pozostaną okaleczone…

U Sapkowskiego jest to samo, tylko inaczej. Nadchodzi era człowieka. Przyroda może tylko ulec. Nieludzkie rasy: dostosować się lub wyginąć. Wyjątkiem są elfy, które mają ten luksus, że mogą odejść z tego świata.

Tak, czy siak era elfiej magii się kończy: w przyszłości nie będzie ani elfów, ani leśnych demonów, ani też wiedźminów.

Będą dystyngowane czarodziejki i młoty parowe.

U obydwu nastąpi kres czasów. U Tolkiena będzie to Dagor Dagorath, ostateczna bitwa światła i ciemności. U Sapkowskiego: Białe Zimno, wielkie zlodowacenie, które pochłonie świat.

Tolkienizmy: Klejnoty vs. Dukaty

Kolejnym podobieństwem jest przyczyna toczonych wojen. Otóż: u Tolkiena wszystkie najważniejsze konflikty, jakie widzieliśmy w jego książkach zostały stoczone z powodu klejnotów. Wojna Elfów z Morgothem toczona była o Silmarille, krasnoludów z elfami: o naszyjnik Nauglamir, krasnoludów z orkami: o sakiewkę złota, wepchniętą w usta odciętej głowy Throra, Bitwa Pięciu Armii: o skarb Smauga, Wojna o Pierścień właśnie o Pierścień…

Skarby te czasem miały wielkie, magiczne właściwości, a czasem były po prostu piękne.

U Sapkowskiego wojna ostatecznie też toczy się o skarby: nadania ziemskie, interesy spółek handlowych, koncesje i tym podobne. Decydującym dla jej przebiegu okazuje się kolejny skarb, w tym wypadku zastrzyk pieniężny, jaki Królowie Północy otrzymują z Koviru.

Czyli ostatecznie chodzi o kolejne nagromadzenie błyszczących metali.

Takie postawienie sprawy u obydwu pisarzy ma głęboki wydźwięk moralny. Generalnie można uznać, że uniwersalną dla ludzkiej oceny cechą jest silne przekonanie, że pewnych rzeczy (ciała, krwi, honoru, ziemi przodków, przekonań, dzieci) za pieniądze się nie sprzedaje. Jednocześnie wszystkie te rzeczy były i są po dziś dzień obiektami handlu. Ocena Tolkiena jest brutalniejsza: skarby w jego ujęciu to zazwyczaj przedmioty zbytku, pozbawione praktycznych funkcji, choć Sapkowskiego realistyczniejsza (za pieniądze wszakże można kupować dobra i usługi).

W ostatecznym rozrachunku jednak Sapkowski okazuje się naiwniejszy: jak pokazuje obecna sytuacja (Covid-19) w sytuacjach wyższej potrzeby politycy gdzieś mają zyski biznesmenów.

Tolkienowski stosunek do władzy:

Podobnie jak Władca Pierścieni także Saga o Wiedźminie traktuje o władzy. U Tolkiena władza absolutna deprawuje absolutnie, czego przykładem mogą być Morgoth, Sauron, Saruman czy Boromir. Władza ograniczona deprawuje w ograniczony sposób, czego dowodzi Feanor i jego synowie, Denethor, Theoden, władca Miasta Na Jeziorze, Thorin czy poniekąd też Galadriela.

Szczęśliwy, kto nie zaznał jej…

W Sadze o Wiedźminie władza okazuje się raczej złudzeniem, niż źródłem deprawacji. Monarchowie okazują się być bezsilni wobec procesu historii, polityka państw układana jest raczej na zewnątrz, niż wewnątrz, a sami monarchowie są marionetkami w rękach zmieniających się stronnictw. Tych na północy wynoszą czarodziejki: najpierw Kapituła, a potem Loża. Wielkiego władcę południa, Emhyra var Ermeista wyniosła natomiast szlachta i wszechwładne służby.

Szczęśliwy, kto nie zaznał jej…

Cała historia Ciri to ucieczka od pozornej władzy oraz sił, które chciałyby ją wykorzystać.

A które to siły są dokładnie takimi samymi niewolnikami układów.

Ostatnie rozdziały: „Nowe porządki w Shire”:

Szatanie! Jakie te stare okładki były brzydkie….

Istnieje też duże podobieństwo między ostatnimi rozdziałami Władcy Pierścieni i Sagi o Wiedźminie. W obydwu bohaterowie podróżują przez odmieniony i już bezpieczny świat, by wrócić do domu. Spotykają dawnych przyjaciół i wrogów oraz odpłacają im pięknym za nadobne.

Koniec końców docierają do domu: we Władcy jest to Shire, w Sadze (nieco symbolicznie) Rivia.

Na miejscu okazuje się źle wieść: panuje powszechny niedostatek, wiele rzeczy zostało zniszczonych, wyraźnie „czegoś brakuje”. Wiele dawniej cudownych postaci uległo odmianie: we Władcy Bilbo wyraźnie słabuje, Drzewiec jest na skraju depresji, elfy szykują się do odejścia. U Sapkowskiego: Yennefer jest w poważnych opałach, Geralt odkłada wiedźmiństwo, bohaterowie wojny ze wszystkich stron zmuszeni są uciekać do Zerikanii.

W obydwu książkach dochodzi do starcia z hołotą, którego największymi przegranymi okazują się ci, którzy byli największymi bohaterami wcześniejszych wydarzeń. U Sapkowskiego: Frodo, który nie zostaje najsłynniejszym z hobbitów, którego imię nie zostaje umieszczone nawet na liście słynnych hobbitów-wyzwolicieli Shire i z całej awantury wynosi tylko PTSD.

U Sapkowskiego: Geralt.

Koniec końców bohaterowie jednej i drugiej książki odchodzą z tego świata, ku innemu, znikając w Avallonie.

Tolkienowskie błędy:

Istnieje jeszcze jedno podobieństwo między Sapkowskim, a Tolkienem: błędy. Obydwaj pisarzami zostali trochę z przypadku, a brak doświadczenia nadrabiali talentem. W efekcie udało im się stworzyć dzieła unikalne i niemożliwe do podrobienia. Porwali się bowiem na coś, czego nie zrobiłby żaden pisarz-akademik, rzemieślnik czy fabrykant po kursach kreatywnego pisania: stworzyli bardzo skomplikowane książki, które wymagają niezwykłej wręcz uwagi od czytelnika, bowiem łatwo w nich przeoczyć, często małe, nierzadko słabo wyeksponowane szczegóły (albo dać się zwieść fałszywym tropom).

W wypadku Tolkiena przykładem czegoś takiego może być powracający od 50 lat zarzut o Orzeł-Taxi.

W wypadku Sapkowskiego: zakończenie. Obecnie nie jest ono już tak kontrowersyjne, bowiem mocno naprostowały je gry. W czasach, gdy je czytałem, czyli w pierwszej klasie liceum, wywoływało ono u mnie konfuzję. Ba! Wszyscy my: komputerowcy-erpegowcy, z którymi się znałem (a było nas coś ze 30 osób) zgadzaliśmy się, że jest ono nieudane, bo po prostu nie rozumiemy, jak książka się skończyła. Sapkowski strasznie bowiem namieszał: umarli, potem uzdrowił ich jednorożec, potem Ciri i duchy zmarłych umieścili ich na łodzi i popłynęli do zaświatów, potem słychać, że jednak żyją (jak w Ostatnim Życzeniu prawie), potem Nimue mówi, że jednak zginęli, a potem Ciri, że było wielkie weselisko…

W wypadku Sagi o Wiedźminie jej analiza i śledzenie wszystkich wątków jest tym trudniejsze, że jest to utwór niewiarygodnie wręcz rozbudowany. Na potrzeby innego tekstu (ostatecznej rozprawy z mitem słowiańskości Wiedźmina oraz argumentem „ale zwróć uwagę na imiona i nazewnictwo) notowałem wszystkie, pojawiające się w Opowiadaniach i Sadze postacie i miejsca. Łącznie jest ich około 1.000.

To zdecydowanie zbyt wiele, by to z łatwością śledzić.

Ten wpis został opublikowany w kategorii fantastyka, Fantasy, Książki i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

18 odpowiedzi na „Saga o Wiedźminie: refleksje i obserwacje z powrotu po latach:

  1. barnaba pisze:

    Osobiście odniosłem wrażenie, że Sapkowski jak zwykle bawił się z czytelnikiem

    Po pierwsze, po przekroczeniu Jarugi celowo zmienił język powieści, by uwypuklić różnice kulturowe pomiędzy Północą a Południem.
    Po drugie, znudził się narratorem wszechwiedzącym i klasyczną narracją. Stąd wprowadzenie narracji z punktu widzenia jednego z bohaterów, skoki w przód i w tył na linii czasowej
    Po trzecie, spora część Sagi to zabawa z motywem przepowiedni i przeznaczenia. Nie bez powodu kluczowa przepowiednia krąży w kilku różnych wersjach
    Podobnego zabiegu dokonano z wiedźmińskim kodeksem- mimo że nigdy go nie spisano, były rzeczy, których wiedźmin ze Szkoły Wilka nigdy nie zrobił
    Po czwarte, świat Sagi zmienia się gdzieś pomiędzy opowiadaniami a powieściami- wystarczy spojrzeć jak wygląda kluczowa koncepcja magii. To też zabieg tolkienowski, gdzie Hobbit i pierwsze rozdziały (mniej więcej do czasu dotarcia do Bree) zdecydowanie różnią się od pozostałych.
    Po piąte, zakończenie to istny mix tropów i symboli, skomplikowany dodatkowo specjalnie wprowadzonym szumem informacyjnym w postaci np. wspomnianej przez Ciebie wypowiedzi Ciri. Stworzony, myślę, dla fanów, by dać im temat do rozmów w długie listopadowe wieczory.

    A z czego wynikają różnice pomiędzy Sagą, Trylogią Husycką a Sezonem Burz? Myślę, że z nieuchronnego procesu starzenia. Saga powstawała latami, jest w niej sporo anegdot z życiorysu Sapkowskiego i sporo przetworzonych motywów literackich. Sezon Burz był pisany szybciej, przez osobę wiele lat starszą, która większość dobrych pomysłów zużyła we wcześniejszych utworach. Zresztą i tak „Sezon…” był lepszy od większości książek fantasy na rynku. Krytykowaliśmy go, bo uważaliśmy, że autora Sagi stać po prostu na dużo więcej.

    A świat wiedźmina? Jest po prostu brzydko prawdziwy. To nie sielankowe Shire, szlachetni elfowie i dzielni rycerze Gondoru. To ludzie, którzy chcą przeżyć, zarobić i podupczyć. Gdzie szlachetność zostaje ukarana, patriotyzm kończy się klęską, a zło zwycięży. Z tym, że nie jest to zło wybitne tworzone przez Saurona lub Lucyfera, ale zło małe i podłe- skorumpowani urzędnicy, puszczający się następca tronu, zdemoralizowany żołnierz lub drobny urzędnik upojony władzą.

    • A świat wiedźmina? Jest po prostu brzydko prawdziwy. To nie sielankowe Shire, szlachetni elfowie i dzielni rycerze Gondoru. To ludzie, którzy chcą przeżyć, zarobić i podupczyć. Gdzie szlachetność zostaje ukarana, patriotyzm kończy się klęską, a zło zwycięży. Z tym, że nie jest to zło wybitne tworzone przez Saurona lub Lucyfera, ale zło małe i podłe- skorumpowani urzędnicy, puszczający się następca tronu, zdemoralizowany żołnierz lub drobny urzędnik upojony władzą.

      Ale to w zasadzie nie jest prawda. Szlachetność i dobre intencje w zasadzie nie zostały ukarane. Wręcz przeciwnie: to właśnie dzięki nim (i dobremu uczynkowi wyświadczonemu jednorożcowi) Ciri może wygrać z przeciwnościami losu. Patryjotyzm nie został ukarany. Jarre owszem, poniósł wielki uszczerbek na zdrowiu, ale poznał kobietę swojego życia i dożył późnej starości w szczęściu. Zło nie zwyciężyło: Wizgelforz zginął, Emhyr var Ermeist opamiętał się i zostawił Yennefer, Geralta oraz Ciri w spokoju, akceptując fałszywą Cirillę…

      Trochę nie do końca jest też tak, że bohaterowie Wiedźmina chcą tylko przeżyć, zarobić i podupczyć.

      Przeciwnie, wielu z nich kieruje się znacznie szlachetniejszymi pobudkami. Geralt jest bardzo rycerski i ma silny kręgosłup moralny. Yennefer: motywowana jest przez instynkty macierzyńskie. Co najmniej kilka postaci z Sagi i opowiadań: przez miłość. Jaskier: przez koleżeństwo.

      Gdyby wszystko, co dobre kończyło się klęską, to dopiero to byłoby nieprawdziwe.

      Zgodzę się: świat Wiedźmina jest mroczny (zresztą, Śródziemie też), ale to nie jest Grimdark.

      • barnaba pisze:

        > Ale to w zasadzie nie jest prawda. Szlachetność i dobre intencje w zasadzie nie zostały ukarane. Wręcz przeciwnie: to właśnie dzięki nim (i dobremu uczynkowi wyświadczonemu jednorożcowi) Ciri może wygrać z przeciwnościami losu. […] Zło nie zwyciężyło: Wizgelforz zginął, Emhyr var Ermeist opamiętał się i zostawił Yennefer, Geralta oraz Ciri w spokoju, akceptując fałszywą Cirillę…

        Geralt „ginie” ratując przyjaciół przed pogromem. Yennefer ratując Geralta. Ciri opuszcza świat „wiedźminlandu”, udając się w samotną tułaczkę (co prawda poznaje całkiem sympatycznego chłopaka). Emhyr cofnął się przed ostatecznym upadkiem moralnym, ale dalej będzie krwawo rządził Nilfgaardem zniewalając kolejne ludy, fałszywa Ciri przyda mu się w grze dyplomatycznej o Cintrę, a będąc dziewczyną głupiutką i sympatyczną, nie zaangażuje się w żadne spiski…

        > Patryjotyzm nie został ukarany. Jarre owszem, poniósł wielki uszczerbek na zdrowiu, ale poznał kobietę swojego życia i dożył późnej starości w szczęściu.

        Dijkstra i Ori stracili wszystko. Pod Brenną poległo wielu dzielnych żołnierzy, w tym Coen. Huf Mahakamski poniósł straty, nie zyskując nic, czego dowodem był pogrom w Rivii. Nawet szczęście Jarre jest wątpliwe- poznał prostą dziewczynę, która wybrała kalekę z całkiem przyzwoitym fachem na czas pokoju- był dla niej dużo lepszą partią niż rolnik z łanem ziemi.

        > Przeciwnie, wielu z nich kieruje się znacznie szlachetniejszymi pobudkami. Geralt jest bardzo rycerski i ma silny kręgosłup moralny. Yennefer: motywowana jest przez instynkty macierzyńskie. Co najmniej kilka postaci z Sagi i opowiadań: przez miłość. Jaskier: przez koleżeństwo.

        Masz rację, jeśli chodzi o bohaterów głównych- co prawda nie bardzo da się stworzyć ciekawej fabuły z postacią kierującą się prostymi pobudkami, chwalebnym wyjątkiem jest chyba tylko Twardokęsek.
        Ale popatrz na bohaterów drugo-, a zwłaszcza trzecioplanowych. Krasnoludów Yarpena, Bonharta, Skellena.

      • Ale popatrz na bohaterów drugo-, a zwłaszcza trzecioplanowych. Krasnoludów Yarpena, Bonharta, Skellena.

        Skellen i Bonhart w żadnym razie nie są bohaterami Sagi o Wiedźminie. To jej najczarniejsze łotry, na równi z Vizgelfortzem.

        Jeśli chodzi o Yarpena, to w pierwszym tomie dość wyraźnie jest napisane, czym się kieruje. Yarpen jest zwolennikiem współpracy z ludźmi i odrzuca romantyczną walkę Wiewiórek, bowiem wie, że będzie się ona wiązała ze zniszczenie tego, co wypracowano drogą pokojową (nawiasem mówiąc kolejny bardzo polski punkt widzenia). Trudno powiedzieć, żeby źle skończył. Owszem, dwaj jego przyjaciele (bracia Dahlberg) zginęli, ale sam został wybrany starostą.

    • barnaba pisze:

      > Skellen i Bonhart w żadnym razie nie są bohaterami Sagi o Wiedźminie. To jej najczarniejsze łotry, na równi z Vizgelfortzem.

      OK, bohaterowie negatywni.
      Choć Skellen raczej nie był taką kanalią, na jaką pozował 🙂

      > Jeśli chodzi o Yarpena, to w pierwszym tomie dość wyraźnie jest napisane, czym się kieruje. Yarpen jest zwolennikiem współpracy z ludźmi i odrzuca romantyczną walkę Wiewiórek, bowiem wie, że będzie się ona wiązała ze zniszczenie tego, co wypracowano drogą pokojową (nawiasem mówiąc kolejny bardzo polski punkt widzenia). Trudno powiedzieć, żeby źle skończył. Owszem, dwaj jego przyjaciele (bracia Dahlberg) zginęli, ale sam został wybrany starostą.

      Z drugiej strony- nie ma żadnych wygórowanych oczekiwań. Zarobić, zrobić karierę, napić się piwa- to mniej więcej motywy jego działań. Podobnie jak Zoltan i jego ferajna, która nie miała skrupułów, by dać handlarzowi po łbie w celach rabunkowych.

      PS. Obie grupy krasnoludów źle na wojnie nie wyszły, ale żaden z nich nie był patriotą 🙂

      • PS. Obie grupy krasnoludów źle na wojnie nie wyszły, ale żaden z nich nie był patriotą

        Jak powiada mój znajomy zomowiec: musieli być patriotami, żeby pracować za tyle, ile im płacono.

  2. pontifex maximus pisze:

    „Tym co mnie natomiast naprawdę zaskoczyło jest bardzo umiarkowany język, jakim posługuje się Sapkowski. […] Należy zauważyć też, że Sapkowski dość łagodnie traktuje też czytelników, nie przesadzając z opisami traum, znęcania się i upokorzenia.”

    Dorzucę tu swój pogląd na ewolucję polskiej fantastyki, bo akurat się w części pokrywa z tym spostrzeżeniem. Otóż sądzę, że niejeden niższych lotów pisarz poczytał wiedźmina i stwierdził, „ale mrok! To teraz ja napiszę coś takiego, że będzie jeszcze więcej r00chania, jeszcze więcej przemocy, i jeszcze więcej brudu! I to sprzeda się jeszcze lepiej!”

    I tak powstały te wszystkie Inkwizytory.

    (Kres chyba zaczynał przed Sapkiem, albo z grubsza równo, więc chyba jest wolny od oskarżeń, chociaż bez tego czynnika niektóre jego utwory byłyby niemal wzorcowym przykładem.)

  3. Velahrn pisze:

    Poważnie, co jest nie tak z „patetycznym wyglądem”?

    Co do „Sezonu burz”, wytłumaczenia mogą być trzy. Pierwszy, to postępująca demencja i alkoholizm autora. Drugi, to napisanie książki tylko i wyłącznie dla pieniędzy – Sapkowski chciał sfinansować leczenie onkologiczne swojego syna, który zresztą ostatecznie niestety zmarł (podobno o to też była ta chryja z pieniędzmi od CD Projektu za prawa autorskie). Po trzecie, ghostwriter, choć tu trzeba by chyba zrobić krytyczną analizę porównawcza tekstu.

    A swoją drogą, poprzez zmianę narratora, oraz niejednoznaczne zakończenie, „Saga o wiedźminie” przypomina „Lalkę” Prusa, ciekawe, że jeszcze nikt nie zwrócił na to uwagi.

    • W polskim „patetyczny” ma źródłosłów od „patos” i oznacza coś podniosłego, uroczystego i pełnego powagi. Sapkowski użył tego słowa, tak jak w języku angielskim używa się „pathetic” czyli „żałosny”. Dość pospolity błąd.

    • barnaba pisze:

      Kiedyś redakcje zatrudniały korektorów. Od czasu przyjęcia tekstu do druku trwała intensywna wymiana listów/ telefonów pomiędzy korektorem i autorem, której celem było wyeliminowanie przypadkowych błędów językowych, stylistycznych i interpunkcyjnych.

      Moja teoria jest taka, że wydawca „Sezonu burz” po prostu postanowił zaoszczędzić na korekcie.

      Nie wiem czy czytaliście cykl „Patroli” Łukjanienki. Jeśli pierwsze 4 tomy zostały wydanie przyzwoicie, to w kolejnych korektora zabrakło, poziom wydawniczy leży i kwiczy, a tekst prezentuje rażące wręcz błędy (tłumaczenie też jest kiepskie, no ale akurat te błędy tłumacza powinna wyłapać korekta).

  4. Cadab pisze:

    W momecnie, jak jest omówienie ostatniego rozdziału, w opisie tego, jak Frodo zapomina, autorem nagle zostaje Sapkowski, a nie Tolkien, dając porównanie Sapkowskiego z samym sobą

  5. Cadab pisze:

    Odnośnie zapożyczeń (z innych kawałków) i planowania
    W „Historiach fandomowych” jest głównie o Sapkowskim w tle, niż sam z siebie Sapkowski, co sprawia, że ma to wartość głównie anegdotyczną, jednak przewijają się tam wątki różnych osób na jego temat (zwykle jako krótkie uwagi, bo jest on tam w zasadzie „postacią tła” i jedną z osób w tłumie, a nie jakąś istotną osobistością).
    Wszyscy jak jeden mąż wymieniali jedną i tę samą cechę u Sapkowskiego, a przynajmniej w kontekście wczesnego konwenciarstwa w „wolnej Polsce”: że facet był niesamowicie przewrażliwiony na punkcie wytykania mu absolutnie czegokolwiek, a już broń Boże, że co handlowiec robi z pisarzami, przecież się nie za. Na co najczęściej wdawał się w klasyczne nerdowskie kłótnie (tylko przy wódce) w rodzaju „głęboka analiza jakiegoś bezsensownego detalu nie mającego wpływu na fabułę z jakiejś książki, którą przeczytała garstka ludzi z całego zgromadzenia”. I sypał przy tym zawsze tytułami, które w Polsce albo jeszcze nie wyszły, albo nie wyszły po dziś. Stąd też w pewnym sensie jest ten klasyczny (a przy tym idiotyczny) na zachodzie przytyk, że „Wiedźmin to taka tania, słowiańska (w sensie – wyprodukowana przez Słowianina, czytaj podludzia – nie mylić ze „słowiańskością”) wersja Elryka”. Więc to, że są zapożyczenia z cudzego, to nie jest jakoś specjalnie dziwne. Opowiadania zresztą nawet nie to, że są zapożyczone, co zwyczajnie bawią się całą masą baśni.
    Drugą kwestią jest planowanie sagi. O ile opowiadania są każde z osobna sferyczną krową lewitującą w idealnej próżni, to też te same „Historie fandomowe” (a rzecz występowała też w innych źródłach i kilku artykułach, jeszcze z końca lat 90tych), że radząc sobie z brakiem łatwego dostępu do komputera i możliwości przearanżowania wszystkiego jak go najdzie ochota, Sapkowski najzwyczajniej w świecie pisał na brystolu tudzież kartonikach rozmaite potrzebne mu elementy, a potem robił z tego „foliarską” mapę powiązanych ze sobą wątków, z pomocą sznurka i korkowej tablicy. Jak już się dorobił komputera z Win95, to przerzucił się tam ze swoimi mapkami fabularnymi. Więc rzeczy były planowane i stąd jest też tyle strzelb porozwieszanych, by potem wypalić.
    Na tym tle oczywiście jest też „Coś się kończy, coś się zaczyna”, takie radosne, samo-fanfikowe opowiadanie, w którym jak się wczyta w detale, to jest w zasadzie cała fabuła sagi (nie licząc trzech drobnych detali, ale z gatunku takich, które na fabułę samą w sobie wpływ miałyby żaden). Rzecz wyszła w 93. Krew elfów w 94. Więc można zawsze uznać też ten dziwniejszy bieg wypadków i teorię mieszaną – pisząc Coś się kończy, można było niejako siłą bezwładu rozplanować sobie główne wydarzenia sagi, do której się właśnie robiło przysiad. I to, co zaczęło jako żartobliwy szkielet fabularny faktycznie się nim stało, gdy trzeba było już zacząć na poważnie pisać.

    • W zbiorze „Coś się kończy, coś się zaczyna”, którego niestety nie posiadam, Sapkowski pisał, że tytułowe opowiadanie powstało, bo ktoś go poprosił o tekst z jakiejś okazji (jakiś fanzin bodajże). Postanowił więc napisać o tym weselisku dla żartu, zakładając, że to nigdy nie będzie elementem kanonu.

      • wiron pisze:

        Napisał je dla fanzinu Czerwony Karzeł z okazji ślubu Pauliny Braiter i Pawła Ziemkiewicza.

      • Cadab pisze:

        Tylko mi właśnie chodzi o to, że można śmiało założyć teorię, że to, co w tym opowiadaniu było żartem i taką zgrywą w stylu „sobie, a muzą”, mogło nimowolnie przekształcić się w szkielet fabuły sagi.
        Powołam się już na głęboko anegdotyczny przykład, zupełnie wyjęty z Sapkowskiego. W czasach studenckich mieliśmy na pierwszym semestrze zajęcia organizacyjno-techniczne, już nawet nie pamiętam nazwy przedmiotu. Ale generalnie chodziło o wdrażanie studentów w to, jak się pisze wszelkiego typu prace, robi kwerendę i jak w ogóle się zabrać za licencjat i szeroko rozumianą pracę naukową. Jedno z zadań na tych zajęcia polegało na tym, że każdy miał podać prowadzącemu jakie zagadnienie daną osobę interesuje i czy jest ono powodem, dla którego są na tym kierunku. W odpowiedzi dr Nowak wymyślał nam na poczekaniu tematy domniemanej pracy licencjackiej, do której mieliśmy następnie opracować bibliografię, a wyniki dostarczyć na za tydzień.
        Efekt był taki, że z tematów wytrzęsionych na poczekaniu z rękawa i z zasady będących żartobliwymi odpowiedziami (ja wylądowałem z „Duńskie imperium kolonialne i jego regres w ujęciu ekonomicznym”, bo na zadane pytanie powiedziałem „wpływ kolonii i kolonializmu na wskaźniki konsumpcji”), w dodatku przez drugą osobę, miażdżąca większość ludzi na drugim roku zaczęła pisać faktyczne licencjaty, w oparciu o już posiadaną bibliografię – bo po co wymyślać rzeczy jeszcze raz, gdy już się raz zbudowało szkielet.
        Oczywiście jak to było z sagą nigdy się nie dowiemy, pozostając z problemem spod znaku „jajko czy kura”. Ale niekanoniczność opowiadania nie ma niejako wpływu na to, czy mogło (lub nie) mieć wpływ na ostateczny kształt sagi.

      • DoktorNo pisze:

        Zasadniczo pisarz powinien pisać z wizją końca…

  6. pkropka pisze:

    Przedstawiasz wiele celnych uwag i obserwacji. Aż chyba wrócę do wiedźmina. Mimo, że czytałam go już kilkukrotnie, to za każdym razem inne aspekty zwracają moją uwagę. Z chęcią skonfrontuję je z twoimi.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s