O interpretacji twórczości Tolkiena jako książek chrześcijańskich:

Cytując wybitnego znawcę twórczości Tolkiena, nieżyjącego już sir Christophera Lee „Najpiękniejsze w Śródziemiu jest to, że nie ma tam ani śladu kościołów.”

Mimo to modne w ostatnim czasie zrobiło się interpretowanie twórczości tego wybitnego pisarza przez pryzmat jego religii. Powstała też – dość spiskowa i oparta głównie na wyrwanych z kontekstu cytatach – teoria, jakoby książki Tolkiena były dziełami na wskroś katolickimi, stanowiącymi próbę zwrócenia ludzi ku wierze, podobnie, jak czyniła to Narnia Lewisa.

Dzisiejszy wpis poświęcimy polemice z tym poglądem.

Władca Pierścieni, jakiego znamy, a jakiego napisał Tolkien:

Zacznijmy od ustalenia jednego faktu, który będzie istotny dla dalszej dyskusji: wersje Władcy Pierścieni, jakie można obecnie nabyć w księgarniach różnią się w wielu szczegółach od wersji, którą otrzymali pierwsi czytelnicy książki. Wynika to z faktu, że książka ta posiadała trzy redakcje. Były to:

  • wydanie oryginalne, z roku 1950

  • wydanie drugie, poprawione przez autora z 1965

  • oraz wydanie poprawione z roku 2005

Dodatkowo na różnicę w interpretacji książki nakładają się:

  • wydany pośmiertnie w 1977 roku Silmarilion

  • publikowane między 1983 a 1996 rokiem w postaci The History of Middle Earth nieukończone rękopisy autora

  • opublikowane w 2007 roku nieukończone rękopisy pod tytułem Dzieci Hurina

  • opublikowane w 2018 roku niedokończone rękopisy pod tytułem Upadek Gondolinu

Każda z tych wersji zmienia postrzeganie zarówno Władcy Pierścieni jak i Hobbita w sposób dość znaczny. Przykładowo: w pierwszym wydaniu książki jeden z poległych na Polach Pellenoru wodzów Easterlingów nosił tytuł „Son of Sauron”. Do publikacji Silmarillionu Saurona uważano za Elfa, który służył Morgothowi, a nie Majara. Podobnie Istari, pięciu mędrców przybyłych z zachodu też nie uważano za Majarów, ale półelfów numenorskiego pochodzenia (na co zresztą wskazywałoby imię Gandalfa, które po staroskandynawsku oznacza „elfa różdżki”).

Tak więc jak widzimy obecna nasza wiedza o twórczości Tolkiena różni się nieco od tego, co dostali jego pierwsi czytelnicy.

Listy, Niedokończone Opowieści i inne utwory opublikowane pośmiertnie:

Elendillion i inni zwolennicy interpretacji chrześcijańskiej opierają się głównie na 5 grupach źródeł:

  • Listach 142 i 156

  • cytatach z Niedokończonych Opowieści, Upadku Gondolinu i Dzieci Hurina

  • kilku niedokończonych utworach jak Tale of Adanel i Athrabeth Finrod ah Andreth

  • wybranych, wygodnych fragmentach z Władcy Pierścieni i Silmarillionu

  • ponadto ludzie z Elendillionu twierdzili w komentarzach, że „Tolkien twierdził, że w poprawkach Władca Pierścieni zyskałby na katolickim wydźwięku”.

Zacznijmy od cytowanego najczęściej fragmentu listu 142. Ten brzmi:

The Lord of the Rings is of course a fundamentally religious and Catholic work; unconsciously so at first, but consciously in the revision. That is why I have not put in, or have cut out, practically all references to anything like ‚religion’, to cults or practices, in the imaginary world. For the religious element is absorbed into the story and the symbolism.

I teraz tak: źródła poddaje się krytyce, zajmuje się tym nauka nazywana hermeneutyką. Bierze się pod uwagę: kto je stworzył, w jakich okolicznościach, co nim kierowało, co chciał osiągnąć i tak dalej i tak dalej.

Ogólny problem z listami polega na tym, że nie są to źródła przeznaczone do szerokiego rozpowszechniania. Można oczekiwać, że ich treść pozostanie znana tylko Autorowi i odbiorcy, ewentualnie niewielkiej grupie przyjaciół. Można spodziewać się, że autor będzie się tam zwierzał z osobistych spraw. Problem polega na tym, że interpretacja wydanej drukiem powieści nie jest sprawą osobistą.

Jeśli chodzi o niedokończone utwory, to – no cóż – są one niedokończone. I nie można z całą pewnością stwierdzić, że autor opublikowałby je w takiej formie, w jakiej je napisał.

Co więcej: należy zapytać się dlaczego są one nieukończone. Biorąc pod uwagę fakt, że Tolkien raczej miał czas, by je skończyć i często przeleżały w jego szafie całe lata (Upadek Gondolinu: 56 lat, Dzieci Hurina: około 60, Tale of Adanel i Athrabeth Finrod ah Andreth: 24 lata), można przyjąć, że wcale nie uważał ich za kluczowe lub udane. Rozważać też można, czy faktycznie chciał je włączyć do swojego uniwersum.

Przyjmijmy teraz roboczą interpretację, że Tolkien chciał by „Władca Pierścieni” faktycznie kierował ku wierze lub też, że chciał w ten sposób poprawić książkę już po jej wydaniu. Rodzi ona wiele pytań:

  • Dlaczego nie napisał tego w utworze jawnym tekstem? Przecież w ten sposób jego przesłanie dotarłoby do większej liczby czytelników.

  • Dlaczego taki klucz interpretacyjny umieścił w listach, które dotarły wyłącznie do jego jednego znajomego, a nie w samym utworze?

  • Dlaczego, zamiast w głównym utworze, ukrył przesłanie w kontynuacjach i utworach pobocznych?

  • Dlaczego, skoro były one tak kluczowe, przez 20 lat po wydaniu Władcy Pierścieni nie opublikował żadnego z nich?

  • Dlaczego przez ten czas żadnego z nich nawet nie ukończył?

  • Dlaczego, mając okazję opatrzyć drugie wydanie Władcy przedmową, nie napisał o tym w niej?

  • Dlaczego (skoro nosił się z zamysłem poprawek zmieniających wydźwięk książki na bardziej katolicki), nie wprowadził ich, kiedy miał ku temu okazję (tzn.wraz z innymi poprawkami do drugiego wydania)?

  • Dlaczego (skoro były one tak ważne) nie wprowadził ich jego syn w 2005 roku?

Wydaje mi się, że istnieją trzy odpowiedzi: albo Tolkien uważał swoją religię za rzecz tak sekretną, że podzielił się informacjami o niej (poza kręgiem rodziny i przyjaciół) tylko z jedną osobą, albo też wcale nie miał zamiaru pisać książki o wydźwięku katolickim (lub przerabiać jej na taką), albo faktycznie miał taki zamiar, jednak był on przelotny i chwilowy…

Listy raz jeszcze:

Wróćmy do listów 142 i 156. Po przeczytaniu obydwu nawet dość pobieżnie można zauważyć, że zwolennicy chrystianistycznej wizji Władcy Pierścieni wykazują się w ich sprawie dużą ignorancją, lub wręcz świadomie nadinterpretują źródła.

List 142 napisany został został do Roberta Murraya, jezuity, krytyka literackiego i przyjaciela lub znajomego Tolkiena. Składa się z pięciu akapitów: pierwszy stanowi podziękowanie za wcześniejszy list, drugi: cytowany powyżej fragment o „fundamentalnym chrześcijaństwie książki”. Dalsze dwa akapity są dużo ciekawsze: Tolkien tłumaczy się w nich, dlaczego w książce nie umieścił wątków kultu, świątyń, świąt etc. i odpiera zarzut, że napisał powieść antyreligijną. Obiecuje też (chyba dość obłudnie) w przyszłości ją poprawić.

Ostatni (piąty) akapit jest formułką grzecznościową.

List szczerze mówiąc nie wygląda, jakby Tolkien objawiał mu jakiś ukryty sekret swojej twórczości, a bardziej, jakby odpierał czyjś atak.

Wydaje mi się jednak, że do jego pełnego zrozumienia potrzebny byłby kontekst, czyli wcześniejszy list Murraya. Dopiero, gdybyśmy wiedzieli, co ten napisał możliwa byłaby pełna interpretacja.

Ciekawa jest też ta obietnica poprawek, tym bardziej, że Tolkien napisał ten list w roku 1954 czyli na rok przed wydaniem Władcy Pierścieni. Mimo to obiecanych poprawek nie umieścił ani w pierwszym, ani w drugim wydaniu.

Dlaczego?

To pytanie pozostawię otwarte.

Przeanalizowanie listu 156 (znów do Murraya) jest zadaniem dużo trudniejszym, choćby dlatego, że jego treść zajmuje aż 7 stron maszynopisu. W liście tym Tolkien rozmawia ze swoim wydawcą, tłumacząc mu zawiłości fabuły. W jego treści pada wiele określeń w rodzaju „anielski” i przyrównań niektórych postaci do figur znanych z chrześcijaństwa. Zaraz na wstępie Tolkien pisze jednak, że „z braku odpowiednich słów we współczesnym języku porównam Gandalfa do inkarnowanego anioła”. Następnie stosuje konsekwentną pisownię określeń chrześcijańskich w cudzysłowach.

Tak więc list ten można uznać raczej za dość łopatologiczną i posługującą się przenośniami próbę wytłumaczenia książki osobie wyjątkowo opornej (jaką w tej korespondencji jawi Murray), a nie zdradzeniem jakiegoś sekretu.

Na niekorzyść interpretacji tego listu, jako dowodu na chrystianizm twórczości Tolkiena świadczy też fakt, że zachowany element jest brudnopisem i nie wiadomo, czy kiedykolwiek (i czy w tej formie, jaka się zachowała) został wysłany.

Mit stwórczy:

Kolejnym argumentem przytaczanym przez zwolenników katolickiej percepcji Tolkiena jest zawarty w Silmarillionie mit stwórczy. Zaczyna się on słowami:

Na początku był Eru, Jedyny, którego na obszarze Ardy nazywają Illuvatarem, On to powołał do życia Ainurów, Istoty Święte, zrodzone z Jego myśli”.

Interpretacja ta opiera się na dwóch elementach: imieniu „Illuvatar” oznaczającym „Ojca Wszystkiego” oraz podobieństwem fragmentu do Ewangelii według świętego Jana:

Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga i Bogiem było Słowo.”

O ile podobieństwo do owej ewangelii jest niewątpliwe (choć bardzo krótkie), tak interpretacja imienia Eru Illuvatara jako Boga Ojca jest wątpliwa. Imię to bardzo przypomina imię celtyckiego demiurga Cero Ollathair (co znaczy „Stwórca Wszechojciec”) oraz nordyckiego Odyn Allfathir („Odyn Wszechojciec”).

Demiurgowie-Stwórcy, noszący miano „Wszechojca” pojawiają się w wielu mitologiach. Ich krótka lista to: egipski Phat, kananicki El, babiloński Marduk, hinduski Brahma, fenicki Baal, germański Wotan, nordycki Odyn i celtycki Cero.

Tak więc utożsamienie Eru z Bogiem Ojcem wcale nie jest pewnikiem.

A jednak chrześcijaństwo:

Niemniej jednak podobieństwo pierwszego zdania Silmarillionu do pierwszego zdania Ewangelii według świętego Jana jest niewątpliwe. I co ja na to powiem?

Otóż: świat Tolkiena jest synkretyczną syntezą wątków pochodzących od:

  • Skandynawów

  • German Kontynentalnych

  • Celtów

  • Finów

  • Greków i Rzymian

  • Persów i Irańczyków

  • Słowian

Oraz oczywiście też i od Chrześcijan. Nie jest więc problemem znaleźć w jego twórczości wiadomych inspiracji. Niemniej jednak są one tylko jednymi z wielu i to bynajmniej nie dominującymi.

Twierdzić, że książka jest chrześcijańska czy katolicka z tej przyczyny, jest jak twierdzić, że mieszanka bakaliowa (taka przekąska) składa się z rodzynek. A faktycznie, mimo że rodzynki też tam są, jest w niej przecież też i całe mnóstwo innych rzeczy. I o ile mieszanka bakaliowa bez rodzynek mogłaby istnieć (jak Władca Pierścieni bez chrześcijaństwa), ale bez pozostałych dodatków nie byłaby mieszanką.

Gandalf jako anioł lub święty:

Kolejny argument to interpretacja Gandalfa jako anioła lub świętego. Interpretacja ta opiera się na fakcie, że Gandalf jest Majarem oraz podobieństwie funkcji Majarów do funkcji judeochrześcijańskich Aniołów.

Podobieństwa te są dość mocną nadinterpretacją. Przede wszystkim Gandalf występuje w postaci cielesnej, musi jeść i pić oraz trudzić się. Aniołowie są natomiast istotami czysto duchowymi, które nie przybierają postaci ludzkich.

Idea aniołów w ludzkich postaciach jest raczej perska lub manichejska, niż chrześcijańska.

Dodatkowo Gandalf nie za bardzo zachowuje się, jak jeden z obydwu.

W pierwszej kolejności nasz czarodziej używa zupełnie innego rodzaju sił nadprzyrodzonych, niż aniołowie lub święci. Jedni i drudzy nie korzystają bowiem z własnej mocy, a czynią cuda z łaski Boga.

W wypadku Gandalfa zaklęcia wyglądały tak:

Podniósł wiązkę chrustu, trzymał ją chwilę w górze, a potem wetknął w nią koniec swej różdżki, wymawiając zaklęcie „Naur an edraith ammen”. W okamgnieniu trysnął zielony i błękitny płomień, a drzewo zajęło się i sypnęło skrami.

Lub:

Nagle postać Gandalfa jak gdyby urosła w migotliwym blasku ognia. Czarodziej wyprostował się niby groźny olbrzym, kamienny posąg starożytnego władcy na szczycie wzgórza. Pochylił się błyskawicznie, chwycił płonącą gałąź i ruszył przeciw wilkom. Bestie cofnęły się przed nim. Gandalf cisnął wysoko pod niebo roziskrzoną żagiew. Rozpaliła się białym blaskiem niby błyskawica, a Czarodziej grzmiącym głosem krzyknął:

– Naur an edraith ammen! Naur dan i ngaurhoth!

Rozlegl się huk i trzask, drzewo nad jego głową rozkwitło nagle oślepiającym bukietem ognia. Płomień niósł się z drzewa na drzewo. Szczyt wzgórza zalśnił jaskrawym światłem.

Słowa „Naur an edraith ammen” oznaczają „Zjaw się ogniu i ocal nas” a „Naur dan i ngaurhoth!” oznacza „Ogniu uderz w wilczą hordę!”. Wypowiedziane magiczne słowa są więc zaklęciem, które narzuca wole siłom przyrody. Święty lub anioł zamiast tego modliłby się zapewne słowami „Boże! Ześlij nam ogień i ocal nas!”.

Po trzecie: Gandalf jest bardzo odległy świętemu, a jego zachowanie zahacza o pierwszy i szósty grzech główny (pycha, czy raczej: arogancja i gniew). Swoją postawą bliższy jest raczej intelektualiście, uczonemu lub wręcz starożytnemu filozofowi (ubierającego się w strój obywatela Sparty, by zaznaczyć, że żyje mądrością i noszącego przy sobie tęgi kij, by pokazać, że jest gotów swych poglądów bronić).

W pierwszej kolejności ulubionym słowem Gandalfa jest „Głupiec” we wszystkich wariantach i odmianach, adresowane w zasadzie w stronę każdego członka Drużyny Pierścienia. Tak naprawdę nasz czarodziej byłby zupełnie nieznośny, gdyby nie dwie cechy: po pierwsze, dość często ma rację, po drugie: nie boi się przyznawać do własnej niewiedzy. To ostatnie poważnie odróżnia go od świętych i proroków. Akceptacja własnej niewiedzy jest cechą naukowego światopoglądu, a nie religijnego. Prorocy i święci z góry wiedzą, że mają rację i kroczą po prostej ścieżce, bo „nawet gdyby szli mroczną doliną, zła się nie ulękną, bo Pan jest przy nich”.

Nie da się ukryć, że Gandalf jest też daleki od nadstawiania drugiego policzka oraz okazywania wrogom cierpliwości czy znoszenia z pokorą ich zakusów. Sam może nie szuka zaczepki i nie jest nastawiony ofensywnie czy agresywnie (ani pasywno-agresywnie), jednak zaatakowany broni się nader aktywnie, za pomocą magii i miecza.

Trudno też mówić, by cierpliwości i umiarkowania miał w nadmiarze. Świadczyć może o tym choćby scena w oberży Pod Rozbrykanym Kucykiem, gdzie najpierw grozi Butterburowi, a potem, dowiedziawszy się o tym, że los obrócił się po jego myśli: błogosławi mu.

Prawdę mówiąc bliżej mu do Odyna w jednym z jego łagodniejszych aspektów. Nawiasem mówiąc paralela jest widoczna choćby w ambiwalentnym podejściu do jego postaci w Gondorze i Rohanie, co kojarzyć można z innym aspektem Odyna: Złoczyniącym (Odyn Bolwerk).

Maryjność Galadrieli:

Kolejny dowód to utożsamienie Galadrielli z Matką Boską. Faktycznie we Władcy Pierścieni pełni ona funkcję dawczyni nadziei i jawi się jako postać opiekuńcza. Pozorne uzasadnienie tej tezy znaleźć można też w Niedokończonych Opowieściach.

Problem polega na tym, że Tolkien zostawił po sobie co najmniej 8 wersji pochodzenia Galadrielli (i wszystkie są zawarte w Niedokończonych Opowieściach). Nie będę omawiał każdej z nich, istnieją bowiem 3 główne opowieści, a pozostałe 5 jest tylko ich wariantami. Tak więc:

  • Galadriella w Amanie była wierną poplecznicą Feanora. Marzyła o powrocie do Śródziemia, przekonana, że może tam zbudować własne królestwo, które chwałą dorówna lub przewyższy królestwo Valarów. Do końca pozostała wierna Feanorowi, a po jego śmierci podążyła za swym marzeniem, które jednak rozpadło się jak domek z kart, gdy Sauron zniszczył zaatakował Elfów-Kowali. Wówczas objęła władzę nad uciekinierami i skupiła się na defensywie.

  • Galadriella w Amanie była wierną zwolenniczką Valarów i na ich prośbę udała się z Feanorem do Śródziemia, by pilnować aby nie uczynił tam zbyt wiele szkód. Miała też leczyć szkody zadane światu przez wojnę. Po unicestwieniu Saurona jej misja zakończyła się i mogła powrócić do Valinoru.

  • Galadriella w Amanie nie przepadała za Feanorem, ale marzyła, by udać się do Śródziemia i zbudować tam królestwo, które przyćmi dokonania Valarów. Dołączyła do jego buntu, jednak, gdy elfowie przybyli do brzegu odłączyła się od niego i stworzyła własny kraj na południu. Nie była zaangażowana w wojny z Morgothem. Jej kraj istniał do czasów, aż w Drugiej Erze Mordor nie urósł w siłę. Potem, wraz z niedobitkami tułała się po świecie, by osiąść w Loreen.

Wersja druga (jeśli się na nią zdecydujemy) faktycznie potwierdza maryjność tej postaci. Problem w tym, że ani tej wersji, ani wersji pierwszej nie potwierdza Silmarillion, w którym Galadriella praktycznie nie występuje.

Paradoksalnie owo milczenie źródeł i tajemnicza bierność w pierwszej erze tej najmądrzejszej z elfek wspierają raczej ostatnią wersję.

Wojna o Pierścień, a działanie Opatrzności:

Za kolejny dowód chrystianizmu Władcy Pierścieni zwolennicy tej wizji uznają cytat z Gandalfa, w którym czarodziej, w rozmowie z Frodo stwierdza, że „w świecie działają też inne siły” oraz, że nasz hobbit „został wybrany”. Ma być to dowód boskiej opatrzności funkcjonujący w tym świecie.

Faktycznie jest to jedno zdanie, bynajmniej nie kluczowe z dialogu, który zajmuje prawie cały rozdział drugi („Cień przeszłości”) zajmujący w polskim wydaniu książki 30 stron.

Moim zdaniem omawiana interpretacja polega na wyrwaniu z kontekstu jednego zdania i nagięcia go do tego, co akurat nam pasuje. Zdanie umieszczone w prawidłowym otoczeniu (czyli w rozdziale „Cień przeszlości”, pośród owych 30 stron tekstu) brzmi raczej jak próba pocieszenia Froda, niż oznajmienia mu heroicznego przeznaczenia lub woli opatrzności. Gandalf oczywiście może mieć na uwadze opiekę Iluvatara, ale też po prostu używać przenośni, liczyć na wsparcie Valarów, innych, pozostających w tym świecie Majarów (skoro był Balrog i Sauron, to mogli być i inni… to, że źródła o nich milczą, nie znaczy, że ich nie było) lub też siłę w rodzaju germańskiego Wyrd (Przeznaczenia).

Teorię opatrzności wspiera pewna ilość szczęśliwych przypadków: pojawienie się orłów w odpowiednich momentach, strategicznym Gollumie i tym podobnych.

Jednak wszystkie te elementy da się wyjaśnić też na inne sposoby: Gollum mógł po prostu mieć pecha, Orły mogły działać na rozkaz Manwego lub też z własnej inicjatywy…

Hipotezie chrystianistycznej przeczy też fakt, że Gandalf, zamiast kazać Frodowi zaufać łasce i mądrości Boga, nakazuje mu postępować czysto pragmatycznie.

Należy też zauważyć, że Frodo w tej scenie nie został wybrany, by zniszczyć Pierścień. Frodo został wybrany, by zanieść Pierścień do Rivendell, gdzie Mędrcy mieli podjąć decyzję, co należy z nim uczynić. Dopiero tam zgłosił się na ochotnika (więc nie został wybrany) na wyprawę do Mordoru. Nie uczynił tak dlatego, że wskazała go Opatrzność, tylko dlatego, że Pierścień już nań oddziaływał i hobbit nie chciał się z nim rozstawać.

Wspiera ją za to List 156.

Pytanie brzmi: dlaczego nie napisał tego w książce wprost?

Dlaczego robił z fundamentalnej dla jej odbioru i przesłania taką tajemnicę, że nie podzielił się nią z nikim poza swoim wydawcą, w liście, który nie był przeznaczony dla oczy publiki?

Ja osobiście skłaniałbym się raczej ku temu, że Tolkien w tym liście wcale nie zdradzał żadnego sekretu, tylko po prostu tłumaczył wydawcy łopatologicznie, „na chłopski rozum” zawiłości swej książki.

Kreftowskie figury chrystusowe:

Katolicki filozof Peter Kreeft dopatrzył się licznych paraleli między życiem i czynami trzech bohaterów Władcy Pierścieni, a Chrystusem. Streszczając, paralele te to:

Cechy Chrystusowe:

Gandalf:

Frodo:

Aragorn:

Śmierć w wyniku męczeństwa i zmartwychwstanie:

Zginął w Morii, odrodził się jako Gandalf Biały.

Symbolicznie „zabity” nożem Morgulu, uzdrowiony przez Elronda.

Przebył Ścieżkę Umarłych.

Zbawca:

Pomógł zniszczyć Pierścień i pokonać Saurona.

Trzy funkcje Chrystusa:

Prorok

Kapłanem

Król

Mógłbym przytoczyć wiele argumentów przeciw temu zestawieniu, ale po co?

Przecież widać, że to zestawienie jest niedorzeczne. Niby czego kapłanem był Frodo? Chyba jedynym powodem uznania za takiego jest fakt, że nie był ani królem, ani prorokiem. I co to znaczy, że został „symbolicznie zabity”? I czy faktycznie, kiedy Jezus zstępował w do piekieł, to motywowała go chęć pozyskania nieumarłych żołnierzy do udziału w wojnie?

Sorki, ale to nie ma sensu.

Gdzie nadzieja?

Jest jeszcze jeden kontr-chrześcijański argument: otóż podstawą chrześcijaństwa jest Nadzieja. Że Bóg się nad nami zlituje i sprawi, że świat będzie lepszy. Władca Pierścieni natomiast jest książką fatalistyczną i niestety: paskudnie pesymistyczną. Czyny bohaterów nie powodują, że świat staje się lepszy i wiadomo od samego początku, że sukces Frodo przyniesie katastrofalne efekty.

Efekty te są oczywiście dużo lepsze, niż gdyby ziściła się alternatywa i zwyciężył Sauron.

Jednak nadal nie są przyjemne: magia opuszcza świat, wraz z nią też odchodzą elfy. Z sympatycznych postaci tylko trójka hobbitów żyje długo i szczęśliwie. Zresztą ich rasa prędzej czy później ma zaniknąć. Podobnie jak entowie, krasnoludy, orły i wszystkie inne niezwykłe stworzenia…

W książce tej nie ma wiele wiary w lepszy świat.

Zakończenie jest ponure, jak epoka, w której powieść powstała.

Chrześcijański? Nie wydaje mi się…

W tym momencie należy zapytać, czy Władca Pierścieni jest książką chrześcijańską, czy po prostu zawierającą elementy chrześcijańskie oraz pojawiające się także w chrześcijaństwie, ale bynajmniej nie dla niego wyjątkowe (jak bogowie demiurgiczni, czy prosta, ogólnoludzka etyka „nie kłam, nie kradnij, nie zabijaj, a przynajmniej nie za często”).

Otóż: elementy chrześcijańskie we Władcy Pierścieni oczywiście bywają.

Twórczość Tolkiena jest nie tylko dziełem fantazji, ale też elementów pochodzących z wierzeń i tradycji wielu ludów. Pojawiają się więc tam, jak pisałem wątki:

  • Skandynawskie

  • German Kontynentalnych

  • Celtyckie

  • Fińskie

  • Greko-Rzymskie

  • Persko-Irańskie

  • Słowiańskie

  • oraz Chrześcijańskie

Te ostatnie pochodzą z dwóch źródeł: samego katolicyzmu oraz z romansów rycerskich, które koniec końców były wytworem chrześcijańskiej kultury średniowiecznej.

Jednak nie da się ukryć, że jest tam też całe mnóstwo innych elementów, pochodzenia nie-chrześcijańskiego (jak np. sama nazwa krainy: Śródziemie, nawiązująca do nordyckiego „Midgard”). Jak pisałem już, twierdzenie, że książka jest chrześcijańska jest jak twierdzenie, że mieszanka bakaliowa składa się z rodzynek. Owszem, rodzynki często wchodzą w jej skład, ale oprócz nich jest tam mnóstwo innych rzeczy. I to właśnie te inne rzeczy są kluczowe (bo mieszanka może zawierać rodzynki, ale nie musi… za to, aby być mieszanką musi natomiast posiadać co najmniej jeden składnik rodzynkami nie będący).

Jeśli chodzi o omawiane hipotezy, to moim zdaniem mają one naturę teorii spiskowych. Ich autorzy mają nadzieje odnaleźć klucz, który otworzy przed nimi drzwi do sekretnego świata znaczeń, których w książce nie ma. Robią to moim zdaniem z dwóch powodów: część po to, by wzmocnić swoją pozycję społeczną Mędrców, mających wgląd w sekretną i ukrytą wiedzę. Inni natomiast, żeby podpiąć się pod komercyjny sukces Tolkiena (Władca Pierścieni koniec końców jest najlepiej sprzedającą się książką XX wieku i ma duże szanse trafić na listę najlepiej sprzedających się książek wieku XXI).

I tyle mam w temacie do powiedzenia.

PS. Tym razem ilustracje ukradzione od samego Johna Ronalda Reuela Tolkiena.

Ten wpis został opublikowany w kategorii fantastyka, Fantasy, Książki i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

22 odpowiedzi na „O interpretacji twórczości Tolkiena jako książek chrześcijańskich:

  1. Grzdyl pisze:

    Akapit „Gdzie nadzieja?” przekonał mnie do przeczytania książki. Odkładam to od zawsze, ale teraz się zaciekawiłem na tyle, że się zapoznam z treścią.

  2. Velahrn pisze:

    Ciekawy wpis. Pozwolisz, że odniosę się jednak do pewnych jego fragmentów:

    „Tak naprawdę nasz czarodziej byłby zupełnie nieznośny, gdyby nie dwie cechy: po pierwsze, dość często ma rację, po drugie: nie boi się przyznawać do własnej niewiedzy. To ostatnie poważnie odróżnia go od świętych i proroków. Akceptacja własnej niewiedzy jest cechą naukowego światopoglądu, a nie religijnego. Prorocy i święci z góry wiedzą, że mają rację i kroczą po prostej ścieżce, bo „nawet gdyby szli mroczną doliną, zła się nie ulękną, bo Pan jest przy nich”.”

    Jest dokładnie odwrotnie. Niemal wszyscy święci przezywają w swoim życiu momenty zwątpienia, nawet ma to swoją poetycką nazwę („Ciemna noc duszy”). No i oczywiście jest modlitwa w Ogrójcu i „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?”.

    „W pierwszej kolejności nasz czarodziej używa zupełnie innego rodzaju sił nadprzyrodzonych, niż aniołowie lub święci. Jedni i drudzy nie korzystają bowiem z własnej mocy, a czynią cuda z łaski Boga.”

    To też nie jest prawdą, przynajmniej w religii katolickiej i w odniesieniu do aniołów. Aniołowie w teologii katolickiej są istotami obdarzonymi zarówno wolną wolą, jak i swoją własną mocą. I używają jej np. do przygotowywania posiłków (swoją droga, sztuczkę z ogniem z laski mógłby zrobić sam Gandalf)

    „[Księga Sędziów, 6: 20-21] Wówczas rzekł do niego Anioł Pana2: «Weź mięso i chleby przaśne, połóż je na tej skale, a polewkę rozlej». Tak uczynił. 21 Wówczas Anioł Pana wyciągnął koniec laski, którą trzymał w swym ręku, dotknął nią mięsa i chlebów przaśnych i wydobył się ogień ze skały3. Strawił on mięso i chleby przaśne. Potem zniknął Anioł Pana sprzed jego oczu”

  3. pontifex maximus pisze:

    Tak dla kontrastu: pamiętam jakiś cytat chyba z listów Tolkiena, w którym określał Gandalfa jako postać „Odyniczną”. Wydaje mi się, że narzekał tam na wizję postaci według jakiegoś ilustratora, na filmy było za wcześnie. Było parę spisanych mitów o Odynie odwiedzających różnych ludzi incognito, chyba nawet w szarym płaszczu, Tolkien zawodowo się takimi rzeczami zajmował, więc znał je na pewno.

  4. xyz pisze:

    A jednak mamy tam na wprost przesłanie oparte na chrześcijaństwie np. motyw przebaczenia.

    • Zwykła ogólnoludzka, prosta moralność. Nie kradnij, nie cudzołóż, nie bądź małostkowy, nie zabijaj, a przynajmniej nie za często…

      Niektórzy chyba myślą, że gdyby nie księżą, to ludzie zaczęliby się dźgać nożami na ulicach…

      • Sergiusz Leon Drozd pisze:

        Nic w tym ogólnoludzkiego, jest cała masa systemów moralnych gdzie zemsta to obowiązek moralny. Ta cała – ogólna, humanistyczna, prosta moralność to tyle co spauperyzowane przez liberałów, postchrześcijaństwo.

      • Sergiusz Leon Drozd pisze:

        Co nie znaczy, że panowałyby chaotyczne akty bezsensownej przemocy ale byłoby coś zupełnie innego.

  5. zyxzyx pisze:

    Źródło tego rzekomego cytatu? Bo Google jakoś nie kojarzy tej wypowiedzi, a chętnie bym poznał kontekst.

    • Szukaj wywiadów promujących „Powrót Króla” z 2003 roku. To była głośna sprawa.

      • Adam pisze:

        Najwyraźniej była tak głośna, że ani o niej widu, ani słychu. Sam Lee był, z tego co widzę, praktykującym wierzącym, jego rodzice byli odpowiednio Anglikaninem i katoliczką.

      • Cóż, a kto będzie trzymał 20 letnie clickbaity?

        Lee był religijnie anglikaninem, światopoglądowo: angielskim konserwatystą. Tak się składa, że jedni i drudzy nie znoszą kościoła katolickiego (biorąc pod uwagę uwikłanie w trwającą coś ze 400 lat wojnę religijną, to nietrudno im się dziwić) i nie tracą żadnej okazji, by go krytykować.

      • Sergiusz Leon Drozd pisze:

        „Lee był religijnie anglikaninem, światopoglądowo: angielskim konserwatystą. Tak się składa, że jedni i drudzy nie znoszą kościoła katolickiego (biorąc pod uwagę uwikłanie w trwającą coś ze 400 lat wojnę religijną, to nietrudno im się dziwić) i nie tracą żadnej okazji, by go krytykować.”

        No i nadal ten cytat nie ma sensu z tej perspektywy. Konserwatywni anglikanie mają kościoły, chodzą do kościołów, liturgię szanują lepiej niż większość katolików. Gdyby Lee powiedział, że „nie ma tam papieży” to by miało sens. W formie jaką cytujesz żadnego – biorąc pod uwagę co o światopoglądzie Lee sam piszesz, żadnego. A brak źródeł, a już trochę ludzi szukało – sugeruje, że coś ci się z kimś pomyliło.

      • Adam pisze:

        Podejrzewam że cytat po prostu Pan zmyślił.

      • Nawet gdybym, to przy poziomie tych głupot, jakie padły już w komentarzach, nie stawiałoby mnie to w szczególnie złym świetle.

  6. Sergiusz Leon Drozd pisze:

    „Mógłbym przytoczyć wiele argumentów przeciw temu zestawieniu, ale po co?

    Przecież widać, że to zestawienie jest niedorzeczne. Niby czego kapłanem był Frodo? Chyba jedynym powodem uznania za takiego jest fakt, że nie był ani królem, ani prorokiem. I co to znaczy, że został „symbolicznie zabity”? I czy faktycznie, kiedy Jezus zstępował w do piekieł, to motywowała go chęć pozyskania nieumarłych żołnierzy do udziału w wojnie?”

    Rola Frodo archetypicznie jest dość mocno związana z kapłaństwem – mianowicie jest to rola kozła ofiarnego, który zło Izraela usuwa poza społeczność wiernych, samemu ulegając niejako zniszczeniu. Ale oczywiście jak większość symboliki u Tolkiena nie ma przełożeń 1 do 1.
    Natomiast to wzorzec najbardziej niejako unikalnie abrahamiczny – bo role Aragorna i Gandalfa są mniej specyficzne.

    • barnaba pisze:

      Inna interpretacja umieszcza Froda w roli Mesjasza. Który to dokonuje przemiany świata, tracąc przy tym część siebie. Przemiana jest okupiona trudem, bólem i znojem, a gdy się dokona mesjasz odchodzi do innego lepszego świata, pozostawiając uczniów i przyjaciół.

      • Sergiusz Leon Drozd pisze:

        Tzn. oczywiście niejako jest analogonem, ale jednak tylko człowiekiem, zatem sam z siebie przegrywa, a wygrana zostaje osiągnięta łaską eukatastrofy.

  7. Sergiusz Leon Drozd pisze:

    „W pierwszej kolejności nasz czarodziej używa zupełnie innego rodzaju sił nadprzyrodzonych, niż aniołowie lub święci. Jedni i drudzy nie korzystają bowiem z własnej mocy, a czynią cuda z łaski Boga.

    W wypadku Gandalfa zaklęcia wyglądały tak:

    Podniósł wiązkę chrustu, trzymał ją chwilę w górze, a potem wetknął w nią koniec swej różdżki, wymawiając zaklęcie „Naur an edraith ammen”. W okamgnieniu trysnął zielony i błękitny płomień, a drzewo zajęło się i sypnęło skrami.

    Lub:

    Nagle postać Gandalfa jak gdyby urosła w migotliwym blasku ognia. Czarodziej wyprostował się niby groźny olbrzym, kamienny posąg starożytnego władcy na szczycie wzgórza. Pochylił się błyskawicznie, chwycił płonącą gałąź i ruszył przeciw wilkom. Bestie cofnęły się przed nim. Gandalf cisnął wysoko pod niebo roziskrzoną żagiew. Rozpaliła się białym blaskiem niby błyskawica, a Czarodziej grzmiącym głosem krzyknął:

    – Naur an edraith ammen! Naur dan i ngaurhoth!

    Rozlegl się huk i trzask, drzewo nad jego głową rozkwitło nagle oślepiającym bukietem ognia. Płomień niósł się z drzewa na drzewo. Szczyt wzgórza zalśnił jaskrawym światłem.

    Słowa „Naur an edraith ammen” oznaczają „Zjaw się ogniu i ocal nas” a „Naur dan i ngaurhoth!” oznacza „Ogniu uderz w wilczą hordę!”. Wypowiedziane magiczne słowa są więc zaklęciem, które narzuca wole siłom przyrody. Święty lub anioł zamiast tego modliłby się zapewne słowami „Boże! Ześlij nam ogień i ocal nas!”.”

    Tylko, że… nie. Primo, dyskusja nad tym ile własnej siły i umiejętności z natury posiada anioł, to temat dyskutowany od dawna w teologii i teorii jest multum. Jak najbardziej jest legitnym w katolicyzmie teologumenem przekonanie, że anioł ma własne siły wedle natury i jak chce coś z nimi zgodnego zrobić to nie musi każdorazowo lecieć z tym do Boga. Secundo, jak najbardziej wiemy, że tak jest w Śródziemiu – byty anielskie mają swoje moce i zdolności, i zyskały pewną suwerenność od Jedynego by móc uformować Ardę i w niej mieszkać. Oczywiście zachodzi tu pewne przesunięcie względem teologii katolickiej, nie jest to 1:1, bo ewidentnie Ainurowie mogą więcej niż wolno prawdziwym aniołom, no ale całe szczęście że nie jest 1:1 – Pismo i Ojców już mamy. Dalej idąc za tym Valarowie i Majarowie mogą z natury, z tego jak ich Pan Eru zrobił w jakiejś mierze materie Ardy kontrolować. Mogą np. robić nowe ciała elfom i nie muszą każdorazowo pytać Eru czy im wolno, a to sztuczka dużo potężniejsza niż jakiś tam ogień na kiju. Mogą sobie robić sztuczne ciała – tak jak wszyscy Istari zrobili. Oczywiście ta moc – choć superanielska ma swoje granice i jak trwoga to i Manwe leci do Eru. To Eru odebrał synom Feanora prawa własności do Silmarilli, to Eru podstawił nogę Gollumowi, Eru rozwalił Numenor, Eru przywrócił Berena do świata żywych, Eru odnowił Gandalfa gdy ten stracił swe siły w walce z Balrogiem i groziła mu redukcja do bezsilnego widma.

    Gandalf jednak raz posiada Naryę, pierścień Ognia, który zasadniczo daje jakąś tam władzę nad takimi elementami, a dwa sam jako Ainur Wewnętrzny posiada pewną kontrolę nad materią Ardy i git. To jest część jego NATURY, nie jest z perspektywy Gandalfa nadprzyrodzone, nie łamie ustalonych zasad ani nie nagina. Jak święty Franciszek chce zjeść jabłko nie musi pytać Boga o zgodę, podobnie Gandalf jak chce rzucić fireballem nie musi. I tyle. Tak samo Aragorn nie musi pytać Eru o zgodę by przejąć palantir – bo władza nad palantirem leży w jego naturze jako Króla.

    I tak słusznie można zauważyć, że natura Ainurów i ich możności są inne niż możności prawdziwych Aniołów. No… ale co z tego? Lewis uznał, że unia hipostatyczna Logosu z lwem to akceptowalny pomysł, a to dużo większy problem teologicznie niż to czy anioł może rzucić fireballem czy nie może. Ale jakoś nikt – chyba – nie ma wątpliwości, że Narnia to alegoria chrześcijańska na pełnej prędkości…

  8. Sergiusz Leon Drozd pisze:

    „Jest jeszcze jeden kontr-chrześcijański argument: otóż podstawą chrześcijaństwa jest Nadzieja. Że Bóg się nad nami zlituje i sprawi, że świat będzie lepszy. Władca Pierścieni natomiast jest książką fatalistyczną i niestety: paskudnie pesymistyczną. Czyny bohaterów nie powodują, że świat staje się lepszy i wiadomo od samego początku, że sukces Frodo przyniesie katastrofalne efekty.

    Efekty te są oczywiście dużo lepsze, niż gdyby ziściła się alternatywa i zwyciężył Sauron.

    Jednak nadal nie są przyjemne: magia opuszcza świat, wraz z nią też odchodzą elfy. Z sympatycznych postaci tylko trójka hobbitów żyje długo i szczęśliwie. Zresztą ich rasa prędzej czy później ma zaniknąć. Podobnie jak entowie, krasnoludy, orły i wszystkie inne niezwykłe stworzenia…

    W książce tej nie ma wiele wiary w lepszy świat.

    Zakończenie jest ponure, jak epoka, w której powieść powstała.”

    Nie jestem w stanie nawet wyrazić, jak bardzo zła jest to egzegeza.
    Zwłaszcza, że Tolkien wprost napisał, że to w sumie dobrze, że elfy spadają – bo idzie era ludzi, a elfy tylko by zawadzały i wprost w listach krytykuję chęć zatrzymania świata w tym cudownościowo-elfim stanie 😛

    To, że elfy odchodzą – na razie – jest dobre, choć smutne, a nie ponure i beznadziejne. Chyba, że ktoś jest jakimś elfofilem czy innym furasem, no ale to problem psychiatryczny 😛

  9. barnaba pisze:

    Zakończenie rzeczywiście jest pesymistyczne.

    Ale spójrz na to inaczej- elfy są nieśmiertelne. Znużone światem udają się za morze, by znaleźć zasłużony spokój. Podobny los czeka Froda, Sama, prawdopodobnie również Gimlego. Ciekawe, czy Tolkien czytał Mistrza i Małgorzatę (pewnie nie, bo oba dzieła powstawały równolegle).

    Nadchodzi era ludzi z ich wadami i zaletami. W świecie uwolnionym od Zła osobowego. Zło wynikać będzie z natury ludzkiej, nie będzie narzucane przez demony (czyli upadłych Valarów i Majarów). Świat chyba jednak będzie lepszy- a przynajmniej dostaje taką szansę.

  10. Sergiusz Leon Drozd pisze:

    To będzie dalekie uproszczenie. Zło ludzi też w jakiejś mierze wynika z wpływu Morgotha, jak generalnie wszelkie zło Ardy. Wiadomo co innego jest zło skoncentrowane w mrocznego Lorda, a co innego rozproszone, rozproszenie sprawia że nie da się go usunąć ze świata, ale łatwiej skopać samego Melkora bo niejako pozbawia się części mocy by trwała w skażeniu.

  11. Sergiusz Leon Drozd pisze:

    „Jeśli chodzi o niedokończone utwory, to – no cóż – są one niedokończone. I nie można z całą pewnością stwierdzić, że autor opublikowałby je w takiej formie, w jakiej je napisał.

    Co więcej: należy zapytać się dlaczego są one nieukończone. Biorąc pod uwagę fakt, że Tolkien raczej miał czas, by je skończyć i często przeleżały w jego szafie całe lata (Upadek Gondolinu: 56 lat, Dzieci Hurina: około 60, Tale of Adanel i Athrabeth Finrod ah Andreth: 24 lata), można przyjąć, że wcale nie uważał ich za kluczowe lub udane. Rozważać też można, czy faktycznie chciał je włączyć do swojego uniwersum.

    Przyjmijmy teraz roboczą interpretację, że Tolkien chciał by „Władca Pierścieni” faktycznie kierował ku wierze lub też, że chciał w ten sposób poprawić książkę już po jej wydaniu. Rodzi ona wiele pytań:

    Dlaczego nie napisał tego w utworze jawnym tekstem? Przecież w ten sposób jego przesłanie dotarłoby do większej liczby czytelników.

    Dlaczego taki klucz interpretacyjny umieścił w listach, które dotarły wyłącznie do jego jednego znajomego, a nie w samym utworze?

    Dlaczego, zamiast w głównym utworze, ukrył przesłanie w kontynuacjach i utworach pobocznych?

    Dlaczego, skoro były one tak kluczowe, przez 20 lat po wydaniu Władcy Pierścieni nie opublikował żadnego z nich?

    Dlaczego przez ten czas żadnego z nich nawet nie ukończył?

    Dlaczego, mając okazję opatrzyć drugie wydanie Władcy przedmową, nie napisał o tym w niej?

    Dlaczego (skoro nosił się z zamysłem poprawek zmieniających wydźwięk książki na bardziej katolicki), nie wprowadził ich, kiedy miał ku temu okazję (tzn.wraz z innymi poprawkami do drugiego wydania)?

    Dlaczego (skoro były one tak ważne) nie wprowadził ich jego syn w 2005 roku?”

    No i tu mamy kolejnego chochoła, o którym świadczy nazywanie „Władcy Pierścieni” dziełem głównym – otóż to „Władca” jest dziełem pobocznym, spontanicznie rozrosłą się na jeszcze dość młodym uniwersum kontynuacją „Hobbita”, który w ogóle znalazł się w mitach Ardy dopiero w trakcie pisania. Główne dzieła to są Quenta Silmarillion, Narn i Chîn Húrin, Lay of Leithian… to jest to nad czym Tolkien siedział i majstrował całe życie. „Władca Pierścieni” to jest taki przypadkowy epilog do tego – dlatego Tolkien teź nie zajmował się jakoś szczególnie jego rewizją itd. tak jak przy „Hobbice” starczyły.

    A Pierwsza Era, to co naprawdę się liczyło, ewoluowało całe jego życie, stąd i zasadniczo niczego z tego nie obublikował. W sumie dobrze, bo to lepiej oddaje tą strukturę i ducha mitu niż ukończona powieść, i to czyni legendarium Tolkiena unikatem na tle tych wszystkich zaplanowanych ładnie i ukończonych bądź nie sag.

    A czemu nie zrobił tego otwartym tekstem? Po prostu w tej konwencji literackiej to byłoby nieestetyczne, zamiast złożonego symbolizmu prostackie alegorie jak u Lewisa, po drugie celowy brak kultu wynika z tego, że Świat Tolkiena to mityczna antyczna przeszłość naszego świata, więc chodziło o to, że dowolna religia, nawet Eru-centryczna do cna, byłaby problematyczna z perspektywy późniejszego Starego i Nowego Przymierza które w tym świecie miały dopiero nadejść.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s