Przeczytane w lutym 2021: Światotwórstwo w fantastyce, Sun Tsu i sporo Sapkowskiego:

W lutym, mimo że miesiąc był krótki, udało mi się przeczytać bardzo dużo książek, bowiem licznik stuknął aż 14 pozycji (do tego należy dodać dwie rozgrzebane). Oczywiście, jak zwykle przy takich efektach znaczna część z nich była krótka, co oczywiście ułatwiło proces czytania.

Aczkolwiek duże znaczenie miał też fakt, że wiele z nich było bardzo dobrych, więc czytały się praktycznie same…

Koreański ferment:

Ocena: 6/10

Książka kucharska w stylu tych nowomodnych: koncentrujących się na przeżyciach, pochodzeniu i przygodach kucharza, za to zdecydowanie mniej miejsca poświęcając przepisom i technikom kulinarnym.

Na tle znacznej części konkurencji na szczęście tych ostatnich jest całkiem sporo, często okraszonych jakimiś, niezbyt fascynującymi anegdotkami oraz spostrzeżeniami oraz sporą ilością zdjęć, wykonanych dość amatorsko, na ceramice z Biedronki i Chińskich Supermarketów (ha! Ktoś ma takie same pomysły, co ja!).

Przepisy raczej mało odkrywcze. Jeśli ktoś szuka wiedzy o kuchni koreańskiej, to polecam raczej
„Tradycje Kulinarne Korei”.
Zdecydowanie bardziej informacyjna i sprzedająca dużo więcej wiedzy.

Światotwórstwo w fantastyce:

Ocena: 2/10

Pozwolę sobie przytoczyć cytat z tej książki:

„Z przytoczonej perspektywy kategoria „nieempiryczności” i retroaktywnie z nią powiązana „rzeczywistości empirycznej” (nad którą patronują kategorie przedstawienia, prawdy i „monopolu rozumu”) nie opisuje bynajmniej fikcyjności fikcyjnego świata – lecz jedynie ujawnia pęknięcia w monolicie teoretycznym strukturalizmu przez które przesącza się metafizyka obecności z jej całym postplatońskim dziedzictwem filozoficznym”.

Nie polecam tej książki. Napisana jest bardzo ciężkim językiem, który zwyczajnie męczy, a co więcej mocno pod tezę, że fantastyka jest jakimś, posmodernistycznym czymś (nie jest, jest bękarcim dzieckiem realizmu). Autor ma też brzydki nawyk cytowania wybitnych osobowości, jak Ingarden, Proust czy Verne, tylko po to, żeby zabłysnąć swoim oczytaniem. Takich cytatów więcej jest, niż faktycznych odwołań do autorów fantastyki, nawet do tych, którzy pisali czym się kierują w swojej twórczości.

Ogólnie rzecz biorąc mogę zaryzykować stwierdzenie, że z książki tej o światotwórstwie w fantastyce nie dowiedziałem się nic (za to koncepcja podziału narracji na postacio-, świato- i fabułocentryczną pojawiająca się gdzieś w tekście, przy jakiejś okazji jest fajna…).

Nie polecam. Zmarnujecie pieniądze i więcej czasu spędzicie w Słowniku Wyrazów Obcych, niż na lekturze.

Życie w średniowiecznym mieście:

Ocena: 10/10

Drugi tom ostatnio modnej serii małżeństwa Giesów, traktującej o życiu w średniowieczu. Tym razem na warsztat trafia życie w średniowiecznym mieście. I to nie byle jakim, bowiem analiza dotyczy wielkich, handlowych miast Szampanii. Czytamy więc o życiu poszczególnych warstw mieszkańców miasta (za wyjątkiem szlachty i duchowieństwa): biedoty, drobnych handlarzy i rzemieślników, a także wielkich kupców i ludzi zamożnych, mężczyzną i kobietom, ich urodzinom, dorosłości i śmierci.

Podobnie, jak „Życie w średniowiecznym zamku” pozycja ta napisana jest (jak na książkę historyczną) raczej prostym, żywym językiem. Skupia się głównie na kwestiach społecznych: nie ma tu więc dat, jest stosunkowo niewiele nazwisk, a pozycja nie jest kolejnym marszem od jednej do drugiej bitwy, co raczej poszukiwaniem wzorców, zwyczajów oraz sposobów działania.

Książka zdecydowanie warta przeczytania.

Życie w średniowiecznej wsi:

Ocena: 8/10

Życie na wsi to w historii zdecydowanie nieczęsta tematyka, a powiedzieć można, że wręcz unikalna (w dużej mierze dlatego, że warstwy te, będąc niepiśmiennymi, zostawiły po sobie bardzo niewielki ślad w źródłach).

Jak łatwo zgadnąć w książce poznajemy życie typowego mieszkańca średniowiecznej, angielskiej wsi, żyjącego w XIII wieku. Pisana jest dużo ciężej, niż poprzedniczka, na wielu stronach skupiając się na bardzo technicznych jego aspektach (to ile i jakiego zboża siano, jaki był przekrój zamożności mieszkańców, jakimi zawodami się trudnili, gdzie mieszkał pan, jak często spotykał się z wieśniakami, ile zwierząt przypadało na jednego mieszkańca).

Książka dość mocno zrywa ze stereotypem średniowiecznego chłopa: doprowadzonego uciskiem do statusu półzwierzęcia, usmarowanego obornikiem prymitywa i debila.

Pozycja bardzo dobra, ponownie warta przeczytania.

Sztuka Wojny:

Ocena: 8/10

Jako, że praktycznie poradziłem sobie z nadwyżkami książek, zacząłem robić to, czego od lat nie robiłem: czytać ulubione pozycje oraz takie, do których chciałbym wrócić dla przyjemności. Na pierwszy ogień poszła Sztuka Wojny (potem Książę i Saga o Wiedźminie).

Dzieło Sun Tsu dziś nie robi już na mnie takiego, kolosalnego wrażenia, jak na studiach: być może się zestarzałem, a być może po prostu przeczytałem je już zbyt wiele razy. Nadal uważam, że czyta się je jak poradnik do jakiejś gry strategicznej i nadal jest moim zdaniem inspirujące. Zawiera też sporą liczbę cytatów, które można pamiętać i używać jako maksym.

Ogólnie rzecz biorąc, mimo szumnego marketingu związanego z książką nie jest to coś, co uczyniłoby z człowieka wybitnego stratega. Pozycja w zasadzie zawiera niemal wyłącznie podstawy, które warto jednak znać i pamiętać. A może nawet i nie to… Napisana jest bowiem jak typowa, chińska pozycja dydaktyczna z okresu: jako spis tematów, które później mistrzowie objaśniają.

Jej zaletą jest też to, że po prostu jest krótka i napisana prostym językiem, czego nie można na przykład o takim Clausewitzu napisać.

Istota ryżu:

Ocena: 6/10

Ostrzegano mnie przed tą pozycją, ale nie wierzyłem…

Zasadniczo jest to książka o kuchni japońskiej. Traktuje o tym, jak autor innych, podobnych książek robi sobie wycieczkę z rodziną do Japonii, a następnie jedzie do miasta do miasta i je w luksusowych restauracjach bardzo drogie potrawy.

Szczerze?

Nie mam pojęcia kto czyta takie książki i do czego one służą. Większość treści traktuje o synach autora i ich minach robionych na całkiem normalne potrawy i sytuacje. Wartość poznawcza książki jest żadna, tym bardziej, że traktuje ona głównie o kotletach za 1.000 dolarów od sztuki i tym podobnych wynalazkach oraz o orgazmach, jakie autor przeżywał wkładając je do ust.

Jest to taki, kulinarny odpowiednik opowieści o nadludzkich samurajach i ich milion razy kutych mieczach. Bardziej dezinformujący, tworząca legendę dziwacznego kraju, niż informująca.

Książę:

Ocena: 8/10

W odróżnieniu od Sun Tsu ta pozycja jest raczej trudna do czytania, z uwagi na archaiczny, trudny język, dużą ilość zwrotów do czytelnika oraz powoływanie się na sytuację, której kontekst trudny jest do zrozumienia (zwłaszcza, że Machiavelli sam często używa archaicznej nomenklatury lub odwołuje się do martwych mitów historycznych).

Sama książka ma sławę „poradnika sukinsyństwa”, aczkolwiek jest ona dość mocno przereklamowana. Machiavelli swą złą opinię zawdzięcza nowatorskiemu podejściu do tematu. Otóż: większość wcześniejszych książek traktujących o sprawowaniu władzy wychodzi z założenia, że jej celem jest bonum regnum czyli „dobre” lub „prawe rządy”, które spowodują, że państwo, dzięki cnotom moralnym władcy rozkwitnie.

Machiavelli podchodził do tematu realistycznie, wychodząc z założenia, że ludzie są źli i moralne nakazy niewiele im pomagają. Książę natomiast powinien być w sprawowaniu władzy w pierwszej kolejności skuteczny i konsekwentny. Jako, że działo się to w czasach przed liberalnym podejściem, wskazującym równość wszystkich wobec prawa i tegoż prawa niezmienność oznaczało to, że książę wymuszać musi swoją władzę siłą i zjednując sobie ludzi darami. Natomiast uważać musi, by nadmiernie nie przekraczać swoich uprawnień i nie wzbudzić tym gniewu innych…

Owszem, jest w niej kilka rzeczy, które sugerują amoralizm, ale można je też uznać za podyktowany dogłębną znajomością ludzkiej duszy i rozczarowaniem cynizm (jak złote myśli typu „ludzie prędzej zapomną śmierć ojca, niż ojcowizny stratę”).

Zażyła więź:

Ocena: 4/10

Książka traktująca o współżyciu między ludźmi, a zwierzętami przez wieki. Pełna literackich wstawek, nudna i raczej naiwna. Co więcej pełno w niej głupot, dezinformacji i zwykłych zmyśleń.

Przykładowo: na okładce dowiadujemy się, że w książce znajdziemy wiele, niewiarygodnych ciekawostek. I faktycznie, początkowo notowałem je, jednak przestałem, gdy dowiedziałem się, że każdy mongolski wojownik miał łuk o donośności 2.000 metrów, z którego mógł celnie strzelać na dystans 1500 metrów (faktycznie najdłuższy, odnotowany strzał z łuku oddany miał, o ile mnie Google nie myli, miejsce 24 października 1974 roku, a strzała przebyła dystans 1854 metrów, więc w te cudowne zasięgi, ani celność nie wierzę).

Potem pojawiają się liczne inne cuda, każące podać w wątpliwość zarówno wiedzę, jak i kompetencje autora. Przykładowo pisząc o XVIII i XIX wieku autor przytacza ceny niektórych zwierząt przeliczając je na dolary po współczesnych kursach walut. Dowiadujemy się więc na przykład, że pewien biskup kościoła anglikańskiego sprowadził sobie rasowego kota, za którego zapłacił 5 funtów, czyli 8 współczesnych dolarów (faktycznie byłoby to pewnie raczej bliższe kwocie 80 tysięcy współczesnych dolarów).

W innym miejscu autor dziwuje się lękowi, z jakim w XIX wieku podchodzono do wścieklizny, bo przecież rocznie umierało na nią tylko 50 osób (i pewnie ze 2-3 tysiące razy tyle u zwierząt gospodraczych, bo mniej-więcej tyle przypadków współcześnie przypada na jedno pokąsanie człowieka)…

Ogólnie: pozycja beznadziejna, którą raczej odradzam, znów bardziej dezinformująca, niż informacyjna, stworzona przez jakiegoś eksperta bajkopisarstwa…

Ostatnie życzenie:

Ocena: 9/10

Ostatnie Życzenie czytałem relatywnie niedawno, bo w 2017 roku. Od tego czasu żywiłem nadzieję na powrót do Sagi o Wiedźminie, które udało mi się właśnie zrealizować. Jak pisałem w poprzedniej recenzji (której znaczną część przeklejam w tym tekście) ponowna lektura Sapkowskiego ma wadę: mimo wszystko zbyt dobrze pamiętam te książki, żeby były dla mnie jakąś większą niespodzianką. Wada ta nie jest jednak na tyle duża, bym nie podniósł oceny z 8 na 9.

Jak wiadomo dwa pierwsze tomy Sagi (dalej się nie wybieram) to zbiory opowiadań. Te, jak to w zbiorach bywa: mają różny poziom. Opowiadanie „Wiedźmin” jest dobrą, bezpretensjonalną akcją, ale obawiam się na tym jego zalety się kończą. Tak naprawdę mogłoby nazywać się Conan i różnicy nie byłoby wielkiej.

Ziarno prawdy” było i zdecydowanie pozostanie jednym z moich ulubionych, wiedźmińskim opowiadaniem. Jest niesamowicie śmieszne, dobrze miesza mroczną atmosferę z humorem, pozostając lekkim i udanym. „Mniejsze zło” natomiast, na które ludzie mieli takiego fioła i które zdobyło tyle nagród jakoś mnie nie rusza. Owszem, jest technicznie dobre, ale bez przesady.

Kwestii ceny” nigdy nie lubiłem, prócz tego, że rozpoczyna fabułę Sagi jest niestety moim zdaniem taka sobie, a co gorsza nudniejsza niż „Wiedźmin”. Odnoszę też wrażenie, że przedstawia krańcowo różną wizję świata i tego kim są wiedźmini oraz w co wieżą, niż to, co ma miejsce w późniejszych utworach.

Kraniec świata” to moim zdaniem najlepsze opowiadanie Sapkowskiego. Co więcej stanowi w zasadzie pigułkę z jego twórczości. Jest tu humor, akcja, odrobina poważniejszych tematów i poruszane są też kwestie rasowe. „Ostatnie życzenie” to natomiast, mimo że również napisane z humorem i obfitujące w akcję podobało mi się już mniej, może dlatego, że ogólnie nie jestem fanem postaci Yennefer.

Fantazmat Wielkiej Lechii:

Ocena: 7/10

Książka z której dowiadujemy się, że Wielka Lechia nie istnieje. W sumie nie wiem, po co to czytać, bo nie jest to kwestia odkrywcza… Lektura jest dość lekko napisaną analizą źródeł i tekstów, do których odwołują się zwolennicy wiadomego tworu. Teoretycznie ma dostarczyć argumentów w dyskusjach z nimi (ale w sumie po co, skoro wiadomo, że nie są to ludzie, którzy będą słuchać argumentów, bo dla nich liczy się wiara…) oraz ostrzeżeniem dla świata naukowo-wydawniczego o zagrożeniach płynących od nowej fali teoretyków spiskowych.

Prawdę mówiąc po książce nie spodziewałem się cudów i faktycznie nie ma tam ani jednego, nowego słowa, w porównaniu z tym, co już padło w internecie, albo też w „Wielka Lechia. Źródła i przyczyny popularności teorii pseudonaukowej okiem historyka”, choć od tej ostatniej książki napisana jest zdecydowanie łatwiejszym językiem, w dużo bardziej uporządkowany, jaśniejszy sposób i lżejszy do przyswojenia sobie.

Aczkolwiek nie będę ukrywał, że nabyłem ją głównie po to, by wspomóc autora i wesprzeć go w jego krucjacie przeciwko temu tworowi.

Miecz Przeznaczenia:

Ocena: 9/10

Drugi zbiór opowiadań wiedźmińskich. Tym razem tekstów jest sześć, moim zdaniem trzymają nieco wyższy poziom, niż w „Ostatnim życzeniu”. Zbiór otwiera „Granica możliwości”, która długo była moim najbardziej ulubionym tekstem o Wiedźminie, acz dziś stawiałbym ja nieco niżej niż „Kraniec świata”. Jest odrobinę śmieszna, odrobinę tragiczna, odrobinę mądra i porusza ważny problem.

Okruch lodu” nigdy mi się nie podobał, zawsze wydawał mi się odrobinę wymuszony. To dobry tekst, ale dla mnie drugi, najsłabszy w tym zbiorze. „Wieczny ogień” stanowczo bardziej mi się podobał. Porządne, humorystyczne fantasy z dużym, magicznym dodatkiem, takie, jakie lubię.

Trochę poświęcenia” to chyba najsmutniejszy utwór o Geralcie i najbardziej romantyczny. Jednocześnie bardzo dobre, choć strasznie pesymistyczne, przejmująco wręcz smutne opowiadanie. Jedynie jego nastrój sprawia, że nie jest moim ulubionym. „Miecz przeznaczenia” jest niezły, choć prawdę mówiąc nie wiem, za co dostał Zajdla.

Coś więcej” to łącznik między opowiadaniami, a cyklem powieści i tylko tak się broni. Prócz tego opowiadanie jest niestety moim zdaniem dość słabe i nudne. Najsłabsze w zbiorze powiedziałbym.

Oblicze bitwy:

Ocena: 7/10

Słynna książka Johna Keegana, analizująca pole bitwy z perspektywy doświadczenia zwykłego żołnierza i tego, co przeżywał. Pozycja o której goście pokroju Lindysbeige, Skallagrima czy Shadiversyego mówią po cztery razy w filmie…

Szczerze mówiąc?

Spodziewałem się czegoś lepszego.

Podejście faktycznie jest dość nowatorskie, zwłaszcza jak na lata 70-te, gdy Keegan pisał tą książkę. Jednak współcześnie można spotkać się już z książkami lepiej zajmującymi się zagadnieniem, zarówno historycznymi, jak i popularnonaukowymi. Głównym problemem, jaki zarzuciłbym tej pozycji jest bardzo mało wyczerpujący materiał. Czytamy tu bowiem o zaledwie trzech bitwach (Azincourt, Waterloo, Soma), co jest zaledwie wycinkiem tego, co żołnierz, zarówno dawny, jak i współczesny doświadczał.

Uczciwie mówiąc Psychologia Wojny, mimo że dużo bardziej popularnonaukowa bardziej mnie przekonywała do siebie.

Krew Elfów:

Ocena: 9/10

Pierwszy tom właściwej sagi o Wiedźminie. Pozycja dość odmienna od opowiadań, pod wieloma względami różniąca się stylem oraz treścią. O ile więc opowiadania składały się zwykle z krótkich, przygodowych epizodów, gdzie było sporo akcji oraz dużo, często dowcipnych dialogów oraz żywsza akcja, to teraz mamy masę „okruchów życia”, scen codzienności, fabuła rozwija się natomiast powoli i jest bardziej stonowana. Całość często poddana jest zasadzie trójaktowej i cechuje ją jedność czasu i miejsca akcji.

Saga o Wiedźminie ma akcję dużo bardziej skupioną na tym, co w anime nazywa się slice of life, życiu codziennym i budowie relacji między postaciami. Akcja skupia się na Ciri oraz jej związku emocjonalnym z Geraltem i Yennefer. Większą uwagę też poświęcono budowie świata. Zasada jedności miejsca i akcji odeszła w niepamięć: raz, że bohaterowie podróżują, zmieniając lokacje, dwa, że dzięki chaotycznym wizjom doświadczanym przez Ciri fabuła skacze z miejsca w miejsce.

Sapkowski też więcej uwagi poświęca opisom. O ile w opowiadaniach posługiwał się głównie opowieścią i dialogiem, tak teraz dodał ich więcej. W efekcie styl zmienił się, książka stała się dłuższa, choć trudno ją nazwać rozwlekłą. Niemniej jednak opisy nadal są bardzo minimalistyczne i niewielkie.

Czas Pogardy:

Ocena: 9/10

Pierwsza, bardzo mocno krytykowana powieść Sapkowskiego, w latach 90-tych przez wielu uznana za książkę, w której „saga o wiedźminie umarła”. Faktycznie pozycja ta zaczyna się od 150- stronicowej dłużyzny, traktującej głównie o niewiele wnoszących przygodach Ciri i jej wizycie w mieście, co jednak we współczesnych czasach, gdy książki składają się głównie z podobnych dłużyzn, nie powinno ani dziwić, ani przeszkadzać. Potem jednak fabuła rusza z kopyta.

Muszę powiedzieć, że chylę czoła przed Sapkowskim. Można o nim powiedzieć bardzo wiele złego: że to zarozumialec, cham, buc i pijak. Że przepił swój talent. Jednak tymi czterema książkami udowodnił, że stawiać go można wśród najlepszych pisarzy fantastyki, jacy kiedykolwiek chodzili po naszej planecie.

Pokazał też, że można pisać pełne akcji książki bez popadania w banał i pustotę, mądre, bez popadania w dydaktyzm, sceny spokojne, lecz nie nudne (no, chyba, że Ciri znów wybierze się do miasta), wesołe, lecz nie wymuszone i przejmująco smutne jednocześnie oraz opisywać wszelkiego rodzaju przemoc bez pornograficzno-sadystycznego, socjopatycznego zacięcia.

Bardzo dobra pozycja. Czytając takie książki człowiek przypomina sobie, za co lubił ten gatunek.

Największa wada tych pozycji jest taka, że mimo wszystko za dużo z nich pamiętam. Psuje mi to więc ich efekt „wow”. Gdybym czytał je pierwszy raz, to na pewno dałbym im 10/10.

Ten wpis został opublikowany w kategorii fantastyka, Fantasy, Historia, Książki, Przeczytane i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Przeczytane w lutym 2021: Światotwórstwo w fantastyce, Sun Tsu i sporo Sapkowskiego:

  1. DoktorNo pisze:

    „Granica możliwości” to opowiadanie, które moim zdaniem, jest esencją cyklu wieźmińskiego. Nic dziwnego, że jest często adoptowana, choć tylko komiks Polha jest najbardziej wierną.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s