Ja tamtego dziesięciolecia to bym wam nie polecał…

Druga dekada wieku XXI zaczęła się od kryzysu ekonomicznego i skończyła się epidemią (oraz kolejnym kryzysem ekonomicznym). Jeśli natomiast chodzi o to, co było pośrodku to mam poczucie, że zwłaszcza, jeśli porówna się je z latami 90-tymi (kiedy, nie dość, że wiele wspaniałych rzeczy trafiło do polski, to jeszcze wiele innych się zaczęło) oraz 2000-2010 (kiedy masa rzeczy stała się bardzo szeroko dostępnych) wypada blado.

Mam cztery główne hobby: gry komputerowe, fabularne, książki fantasy i anime. W tym dziesięcioleciu doszedł do nich też rower (bo zdecydowanie za mało się ruszałem) oraz książki historyczne (bo w pewnym momencie zauważyłem, że po magisterce zacząłem głupieć). W najbliższym czasie pewnie będę musiał ograniczyć rower (bo za dużo się ruszałem i uszkodziłem lewą stopę). Właśnie z punktu widzenia tych hobby napiszę o mijającym dziesięcioleciu.

Gry komputerowe: Odwrotnie od tytułu

W okolicach 2010 roku media growe uwielbiały rozpisywać się o rychłej śmierci PC, jako sprzętu do gier. Obecnie PC jest największą spośród „dużych” platform, odpowiadającą za około 40 procent rynku gier.

Tak więc nie dość, że nie umarł, to jeszcze ma się bardzo dobrze.

Jeśli chodzi o okres 2000-2010 to nie wspominam go wcale dobrze. Wyszły w nim bowiem dokładnie cztery gry, które mile wspominam: Warcraft II, Disciples 2, pierwszy Dawn of War oraz Kane and Lynch (wyszło też kilka rzeczy, które uważam za dobre średniaki, jak Dragon Age czy Heroes of Might and Magic V). Więcej czasu grałem na emulatorach i w gry retro, niż w nowości.

W tym dziesięcioleciu było dokładnie na odwrót. Owszem, grałem w kilka staroci (np. Heroes of Might and Magic III), ale okres ten dostarczył mi wielu najbardziej granych gier w moim życiu: obydwa nowe XCOM-y (Chimera Squad akurat mi się nie podobał), Endless Legend, Mordhau, Stellaris, Wiedźmin 3 oraz wiele genialnych małych gierek: Mark of Ninja, Legend of Grimrock II, Trine, Shadow Warrior, Shank, Doom (2016), Don’t Starve, Warhammer 40.000: Space Marine, nowe Mortal Kombat-y

Gier tych jest zbyt dużo, żebym mógł w nie pograć. Na przykład od lat stawiam sobie na celu kupienie Total War: Warhammer… Ale po co, skoro mam jeszcze około 30 gier do pogrania w najbliższym czasie, Zjednoczone Gwiezdne Szczepy nie zaprowadziły jeszcze w około 20 procentach galaktyki, a w królestwie Mordhau pozostało jeszcze bardzo dużo wrogów Chrystusa. A poza tym nie jestem ani zadeklarowanym fanem Warhammera ani serii Total War.

Oczywiście można na wiele rzeczy narzekać. Tak więc, jeśli pominąć politykę wielkich korpo oraz znaczenie jakiego nabrały na tym rynku Chiny (co niestety odbija się choćby na tematyce kolejnych produkcji), to w idealnym świecie Bungie Software zamiast Halo robiłoby kolejne części Myth, wymieranie cRPG w połowie lat 90-tych przeżyłby Dungeon Master i Amberstar, a nie Elder Scrolls, cieszylibyśmy się ze Starcraft III i Warcraft V, a poza tym wszyscy zgadzalibyśmy się, że serie Dawn of War i Heroes of Might and Magic z odcinka na odcinek robią się coraz lepsze. Natomiast Cyberpunk 2077 okazałby się niekwestionowanym sukcesem, a akcje spółki kosztowałyby więcej niż bitcoiny w szczycie…

Niemniej jednak nie można mieć wszystkiego.

Anime: jest EKHEM, ale stabilnie:

Niedawno Avellana na Tanuki.pl (Tanuki jeszcze istnieje, ale nasza chwała dawno minęła) próbowała zrobić toplistę najpopularniejszych serii okresu 2010-2020. I okazało się, że większość z niej zajęłyby kontynuacje rzeczy z 2000-2010…

To niestety największy problem tej dziedziny.

Drugi problem z anime polega niestety na tym, że nie mogę oglądać go w pracy. Po prostu pamiętam, co się działo, jak jedna z koleżanek przyniosła Harrego Pottera. Po pracy natomiast wolę jeździć na rowerze. W tym roku w prawdzie miałem trochę więcej czasu, ale wolałem go poświęcić na walkę z książkami.

W efekcie czasy, kiedy oglądałem rocznie po 40-50 serii już się niestety skończyły. Prawdę mówiąc obawiam się, że skończyły się też czasy, kiedy oglądałem rocznie po 5 serii anime.

Jeśli chodzi o ten rynek to można narzekać na wiele rzeczy, jednak praktycznie w każdym sezonie trafiają się serie, które są dla mnie interesujące. Problem polega na tym, że ich nie oglądam.

W razie czego to poradzenie sobie z zaległościami w anime to kwestia jakichś 6 miesięcy. Niemniej jednak w samym tym sezonie było chyba z 5 czy 6 serii (ze dwie dobre i kilka średniaków), które powinny być interesujące. Tak więc naprawdę nie ma na co narzekać.

Literatura fantasy:

I tu zaczynają się schody…

W latach 2000-2010 rocznie dopisywałem do backloga 30-40 książek fantasy (co jest główną przyczyną tego, że obecnie zaczynam dopiero kupować książki, które wyszły w 2017 roku). W roku 2020 dodałem do niej 5 pozycji. Można mówić oczywiście, był on rokiem specjalnym, ale w dużo normalniejszym 2019 było ich zaledwie 7. Co więcej prawie połowa z nich to science fiction.

Tak więc trend jest wyraźny, a rzędy wielkości utrzymane…

Co więcej jestem niemal pewien, że w minionym dziesięcioleciu nie pojawił się żaden cykl na miarę Discworld, Sagi o Wiedźminie, ekspansji Fabryki Słów albo czegoś tego kalibru.

Za każdym razem gdy wygłaszam podobne stwierdzenie jestem zarzucany pytaniami w rodzaju „A co z Grą o Tron (rok wydania 1996), Imieniem Wiatru (2007), Mistborn (2006), Aktami Dresdena (2000), Niecnymi Gentelmenami (2006), Pierwsze Prawo (2006)” i kilkoma innymi cyklami, które łączy to, że żaden nie zaczął się po 2010 roku…

Świat poszedł do przodu:

To, że kupuję coraz mniej książek fantasy jest niestety ich winą. Współczesna literatura fantasy ma bowiem niestety kilka fundamentalnych problemów. Są to:

    • chorobliwa otyłość
    • cykloza
    • oraz język i tłumaczenie

Chorobliwa otyłość:

Po pierwsze, w mojej opinii książki te są zda długie. By posłużyć się przykładami:

    • cykl Królowie Dary Kena Liu, mimo, że liczący na razie tylko 2 tomy, już jest dłuższy, niż cała Saga o Wiedźminie albo Władca Pierścieni z Silmarillionem i Hobbitem na dokładkę.
    • Czerwony Rycerz, pierwszy tom cyklu Syn Zdrajcy jest niemal równy długościom Władcy Pierścieni.
    • Trylogia Ostatnie Imperium Sandersona jest dłuższa niż całe 7 tomów Sagi o Wiedźminie i dwa razy dłuższa od Władcy Pierścieni
    • Niecni Gentlemani są obecnie już dłużsi niż Władca Pierścieni, Hobbit i Silmarillion razem wzięte, a gdy wyjdzie czwarty tom, to prześcigną Sagę o Wiedźminie..

I wymieniać można długo…

Pisarze po prostu przestali pisać zwięźle. Argumentować można, że książka fantasy wymaga miejsca, by autor mógł stworzyć spójny i wiarygodny świat, a ja się z tym oczywiście zgadzam. Niemniej jednak, jeśli przyjrzeć się klasykom gatunku, to zauważymy, że aż tyle tego miejsca nie trzeba. Wręcz przeciwnie: często są to nader zwięzłe książki. Przykładowo:

    • Hobbit liczy 313 stron
    • Czarnoksiężnik z Archipelagu: 154
    • Kolor magii: 202
    • Pan Światła: 286
    • Dziewięciu Książąt Amberu: 126
    • Ostatnie Życzenie: 286
    • Czarna Kompania: 296
    • Mroczna wieża: 271
    • Harry Potter i Kamień Filozoficzny: 318
    • Front Burzowy: 346

To są książki, które wykreowały naprawdę niesamowite uniwersa, które dosłownie zmiatają światy wyobrażone wymienionych wcześniej pisarzy.

Tak więc nie. Nie trzeba tysiąca stron, żeby stworzyć coś niezwykłego.

Cykloza:

Po drugie: nawet ci pisarze, których twórczość lubię, jak Adrian Tchaikovsky, Jim Butcher (jeśli kiedyś zrealizuje swoje marzenia o założeniu wydawnictwa to pewnie będę próbował zdobyć prawa do twórczości któregoś z nich… Zostało im kilka nietłumaczonych w Polsce książek) czy James Correy piszą niestety strasznie rozwlekle. Ich dzieła mają po 9, 10, 16 tomów.

I nie są oni wyjątkiem…

Ci, których nie lubię też piszą długaśne cykle (np. ten potworny Czerwony Rycerz dostanie za kilka dni piąty tom).

Zauważyć należy, że obecnie nie ma już praktycznie książek stand-alone. Jeśli ktoś coś wydaje, to z miejsca musi być to minimum trylogia. Jeśli wychodzi samostojka, to jest to zwykle fuzja kilku, nie dotkniętych chorobliwą otyłością książek (jak np. Belgeriada, Kroniki Amberu, Fionnowarski Gobelin albo Gambit Mocy jakby ktoś pytał się, „dlaczego narzekasz na grubość książek, a sam piszesz tomy po 700 stron”).

Myślę, że jest to główny powód, z którego za 20-30 lat ludzie nadal będą czytać Tolkiena i Ziemiomorze, natomiast o współczesnym fantasy nie będzie pamiętał nikt: gdy minie efekt „wow” nowości zwyczajnie nikomu nie będzie chciało się przebijać przez liczące tysiące ton, średniej jakości cykle…

Język i tłumaczenie:

Trzecim, poważnym problemem tej literatury jest niestety to, że jest bardzo źle pisana i równie źle tłumaczona.

Posłużę się tu przykładem cyklu Królowie Dary na który już wiele razy narzekałem, gdyż 1) jest to książka, która była bardzo wysoko oceniana i 2) pierwsza, z której pamiętałem zrobić notatki 3) relatywnie nowa, bo z 2016 roku.

Weźmy na początek takie oto zdanie:

„Jego głos był tak sztywny, że słowa zdawały się odbijać od ścian niczym pieczone kasztany”.

Co ono znaczy? Jak mam je interpretować?

A tak w ogóle to w jaki sposób pieczony kasztan odbija się od ściany? Bo nie mam żadnych doświadczeń w tej materii. Mnie wychowano tak, że jedzenie się szanuje.

„Nędznicy, których nie było stać na mięso.”

Tutaj mamy do czynienia z ewidentnym błędem tłumacza. W języku polskim są dwa, bliskobrzmiące słowa „Nędznicy” i „Nędzarze”. „Nędznik” oznacza kogoś ubogiego moralnie: drania, przestępcę, sukinsyna, człowieka upodlonego etc. i jest określeniem raczej pejoratywnym. „Ty nędzniku” powiedzieć może szeryf do ściganego przestępcy. Ktoś biedny to natomiast „Nędzarz”.

Słowo „Nędzarz” też nie jest tu nawiasem mówiąc właściwe, bowiem „nędza” oznacza stan, kiedy kogoś nie stać, by zaspokoić swoje podstawowe potrzeby bytowe. Mięso natomiast jest towarem, jakby nie patrzyć dość luksusowym i nadal drogim. Podstawowe potrzeby bytowe zapewniają (zależnie od kultury) chleb, ryż lub kartofle. Samo zdanie (osadzone w kontekście książki) brzmi jak Figurski, który żalił się, że „Nie stać go na sushi”. Właściwsze byłoby więc słowo „biedacy, których nie stać na mięso”. Bieda to bowiem stan, gdy człowieka nie stać na nic, poza zaspokojeniem najbardziej podstawowych potrzeb.

„Jej skóra zgrubiała na tyle, że palce zaczęły przypominać świeżo wygrzebane z ziemi bulwy kolokazji.”

Jedno zdanie, a zawiera aż trzy błędy.

Po pierwsze: kolokazja to ulubione warzywo autora, o którym pisze na każdej stronie. Jest to (tego z książki już się nie dowiemy) typ słodkiego ziemniaka nazywany „taro”, a raczej jego nazwa botaniczna (kolokazja jadalna). Stosowanie jej do warzywa jest równie nie na miejscu tak samo, jakbym powiedział o kimś Ty krokuto cętkowana” zamiast „Ty hieno” albo zamiast „Papryka chili” pisał „Papryka roczna”, albo „Wyka jadalna” zamiast „Bób”.

Zawinił też i pisarz, który stworzył zdanie, które jest zbyt mętne i zbyt mylące. Bo czy jego wydźwięk zmienia fakt, że palce bohaterki wyglądały jak bulwy taro, kartofla, batata czy buraka? I czy zmienia je fakt, że były to bulwy wygrzebane z ziemi świeżo, czy też kilka dni wcześniej? I to, że wygrzebano je z ziemi, a nie z piasku na przykład?

Prawidłowo napisane zdanie to powinno brzmieć:

„Jej skóra zgrubiała tak, że palce przypominały bulwy”.

Ale chodźmy do kolejnego popisu kunsztu literackiego.

„Jakże prosto stali przed swoimi egzekutorami”.

Tutaj mamy do czynienia z błędem, który nazwać można „balduryzmem”, gdyż często trafia się w polskich przekładach gier. Polega on na zastąpieniu wyrazu angielskiego bliskobrzmiącym, ale posiadającym inne znaczenie wyrazem polskim. W tym wypadku chodzi o człowieka, który wykonuje wyroki śmierci, a którego w języku angielskim nazywa się „executioner” zastąpiono egzekutorem, czyli człowiekiem, który zajmuje się albo wykonastwem zapisów testamentu osoby zmarłej, albo też ściąganiem długów. Faktycznie natomiast osoba wykonująca wyroki śmierci to w języku polskim „kat” albo „oprawca”.

Język i tłumaczenie współczesnych książek fantasy są tak okropne, że wielokrotnie łatwiej jest czytać książki popularnonaukowe lub wręcz naukowe. Są one bowiem pisane łatwiej i jaśniej, lepszym językiem.

By nie być gołosłownym pozwolę sobie przytoczyć opis życia miejskiego z drugiego tomu Królów Dary:

Tutaj, w środku Trójnogiego Dzbana, karczmy przycupniętej na obrzeżach miasta, ciepłe wino ryżowe, zimne piwo i arak kokosowy płynęły równie wartko co rozmowy. Płomienie tańczyły w palenisku na drewnianych polanach, napełniając pomieszczenie ciepłym światłem, a gości chętką na toasty. Zamarzająca para wodna na szybach w oknach tworzyła cudowne i skomplikowane wzory, odgradzając wnętrze od światła. Goście siedzieli wokół niskich stołów w pozycji geupa, rozluźnieni i radośni, zajadali się pieczonymi orzeszkami w sosie z kolokazji, które podkreślały smak trunków.

Zazwyczaj artysta zabawiający ludzi opowieścią nie oczekiwałby od nich zaprzestania rozmów. Jednak ten im dłużej mówił, tym mniej głosów dało się słyszeć w tle. W jednej chwili przestały istnieć wszelkie różnice między stajennymi bogatego kupca z Wilczej Łapy, służkami mędrca z Haanu, urzędnikami cesarskimi niskiego szczebla wymykającymi się popołudniem z biura, robotnikami odpoczywającymi po uczciwej porannej pracy, właścicielami sklepów, którzy udali się na chwilę przerwy, oddawszy swoje przybytki we władanie żon, pokojówkami i matronami załatwiającymi sprawunki w mieście i spotykającymi się z przyjaciółkami – wszyscy stali się jedynie zafascynowanymi słuchaczami gawędziarza stojącego na środku karczmy.

Oraz inny z „Sapiens: Od zwierząt do bogów” Yuvala Noaha Harariego:

„W roku 1500 niewiele miast liczyło więcej niż 100 tysięcy mieszkańców. Większość budynków stawiano z mułu, drewna i słomy, a trzypiętrowa budowla była drapaczem chmur. Ulice były nieutwardzone, zryte koleinami drożnymi, latem tonęły w kurzu i pyle, a zimą w błocie, po którym przechadzali się ludzie, przemieszczały konie, kozy, kury i kołatało kilka furmanek. Najczęściej spotykanymi dźwiękami miasta były głosy ludzi i zwierząt, sporadycznie przeplatające się z młotkiem i piłą. O zachodzie słońca miasto pogrążało się w mrokach, pośród których gdzieniegdzie migotała świeczka lub kaganek.”

Który z tych opisów jest krótszy, plastyczniejszy, jaśniejszy i żywiej działa na wyobraźnię? Oraz dlaczego ten, który pochodzi z książki bądź co bądź naukowej, a nie ten z bądź co bądź rozrywkowej?

Zabójcze połączenie:

Oczywiście argumentować można, że grafomania była zawsze i zawsze istnieli tacy pisarze jak chociażby Howard.

Pomijając fakt, że bynajmniej nie uważam Howarda za grafomana (tylko pisarza bardzo nierównego) należy zauważyć, że najdłuższy utwór Howarda, czyli Godzina Smoka liczył sobie 255 stron.

Czymś zupełnie innym jest przeczytać 255 stron grafomanii, a czym innym 10 tomów, każdy po 1000 stron. Czy chociaż jeden tom długości 1.000 stron.

Można powołać się na przykład R. A. Salvatore, który pisze książki mniej-więcej równie wartościowe, co Miles Cameron. Jednak ten pierwszy posiada umiejętność (liczba pojedyncza, bo chyba nic więcej nie umie) pisania zwięźle…

Gry fabularne:

Gry fabularne w Polsce:

Moim zdaniem z Grami Fabularnymi nie jest dobrze. Ich rynek (przynajmniej w Polsce) dostał bardzo mocno po głowie w okolicy roku 2010 i nie podniósł się do tej pory. W tym momencie nie jest już w prawdzie aż tak źle, jak było jeszcze niedawno, ale stwierdzenie, że „lepiej już było” jest tu nadal aktualne.

Pomijając Zew Chtulhu, który zawsze leżał poza moim obszarem zainteresowań (absolutnie nie czuję tego systemu, ani tego, co jest w nim fajne) moim zdaniem trzy systemy spośród wszystkich ostatnio wydanych miałyby szansę zdobyć taką popularność, jaką miały kiedyś Warhammer albo Dungeons and Dragons 3 ed. Owe systemy to:

    • Witcher: Gra Fabularna
    • Warhammer 4 edycja
    • oraz Dungeons and Dragons 5 edycja

Niestety wszystkie one tą szansę (moim zdaniem, bo zaznaczam, że nie jestem jasnowidzem) przegrały. Tak więc:

Witcher: Gra Fabularna jest po prostu złą grą.

Warhammer 4 edycja, mimo że nie jest grą aż tak okropną jak Witcher, to jednocześnie nadal nie jest grą dobrą. W ogólnym rozrachunku powiedziałbym, że w grę tą mogą grać tylko dwa typy ludzi: albo zaślepieni fani Młotka, dla których święte jest wszystko to, co ma na sobie trademark Warhammer, albo jego równie zaślepieni hejterzy, którzy mogą grać we wszystko, żeby tylko nie było pierwszą, drugą lub trzecią edycją…

Jest to gra pełna dziwnych decyzji designerskich oraz dziwacznych zasad (jak np. pieniądze, które znikają po sesji). Co więcej, napisana w ten sposób, że osoba, która nie miała wcześniej absolutnie nic wspólnego z Warhammerem czytając podręcznik zwyczajnie nie będzie rozumiała co fajnego ludzie w nim kiedyś widzieli.

To już nie jest świat Gortreka i Feliksa, nie jest to świat Battla, wewnętrznych wrogów, większych runów śmierci, Burzy Chaosu ani nawet trzewiczkowej Jesiennej Gawędy. Góry Krańca Świata, Pustkowia Chaosu i inne takie znikły z podręcznika, zastąpione przez wieś Rottfurt, gdzie w tajemniczy sposób giną owce i miasteczkiem Stimmigen znanym z bardzo smacznych jabłek…

Jeśli chodzi o ostatni tytuł, to pomijając moje znużenie tematem, wynikające z tego, że w DeDeki gram od 20 lat, Dunegons and Dragons 5 edycja jest zdecydowanie najlepszą grą na tej liście. Jej problem polega na czymś innym: jest też zdecydowanie za droga. Co więcej mam wrażenie, że równanie Cena – Wartość Dla Klienta niekoniecznie wychodzi tutaj na korzyść tej drugiej.

Po prostu za 600 złotych można kupić tyle innych fajnych rzeczy (np. tyle gier na Steamie, że wystarczy do kolejnej generacji), iż nie jestem pewien, czy warto ją wykładać.

Tak więc nie sądzę, żeby któreś z nich zyskała w Polsce taką popularność, jak kiedyś trzecia edycja.

Nadmierne skupienie na mechanice:

Jeśli natomiast chodzi o pozostałe gry fabularne, to mają one moim zdaniem dwa problemy. Po pierwsze: nadmierne skupienie się na mechanice ORAZ skupienie się na niewłaściwych częściach mechaniki. To znaczy: nadmiernie rozbuchane mechaniki podstawowe.

O co mi chodzi? Otóż: mechanikę można najogólniej podzielić na dwa rodzaje: podstawową i drugorzędną. Mechanika podstawowa to wszystko, co pozwala w daną grę grać: zasady ruchu, testów, walki, odzyskiwania zdrowia i innych zasobów etc.

Zasady drugorzędne to natomiast wszystkie czynniki poboczne typu „Ile obrażeń zadaje miecz? Jak działa klasa Wojownika? Jak działa magia?”

Otóż: moim zdaniem zasady podstawowe we współczesnych grach fabularnych są zdecydowanie zbyt rozbudowane, by były one przystępne dla graczy.

Jak już pisałem sto razy: jest taka gra, która nazywa się Next War i która jest symulatorem bitwy na poziomie brygady. Została ona najpierw napisana dla wojska USA, a potem wydano jej komercyjną wersję. Next War bardzo mocno opiera się na statystykach skuteczności prawdziwej broni. Całość jednak została przystosowana do umysłowości wojskowych, tak więc zasady są relatywnie proste (choć parę rzeczy można by jeszcze poprawić). Niemniej jednak:

    • Dungeons and Dragons 5 ed ma mechanikę podstawową o jakieś 30 procent dłuższą niż cała instrukcja do Next War
    • Warhammer 4ed: ma mechanikę podstawową o 230 procent dłuższą niż cała instrukcja do Next War
    • Dark Heresy: ma mechanikę podstawową o ponad 320 procent dłuższą cała instrukcja do Next War
    • teoretycznie bardzo proste Fate: Core System ma mechanikę podstawową o 110 procent dłuższą cała instrukcja do Next War
    • również teoretycznie proste Dungeon World ma mechanikę o 50 procent dłuższą niż cała instrukcja do Next War.

I mówimy tutaj tylko o mechanikach podstawowych.

Ogólnie o problemie napiszę kiedyś w przyszłości, gdy zakończę lekturę Dungeon World i uzupełnię ją o Blades in the Dark.

Niemniej jednak nie jest to moim zdaniem dobrym kierunkiem rozwoju.

Fandom i co o nim myślę:

Pytano mnie o tym jak patrzę na sytuację w fandomie. Otóż: moja przygoda z fandomem RPG w dużej mierze zakończyła się w roku 2019 albo 2018. Zakończenie to wyglądało tak:

Pewnego słonecznego dnia wyszedłem z pracy wkurwiony. Nie dość, że baba, z którą byłem na piętrze urządziła sobie 4 godzinną przerwę obiadową, to jeszcze musiałem przez resztę dnia słuchać o tym, jak mój kolega odwiózł swojego kuzyna do akademika w odległym mieście. W akademiku tym ujrzał Murzyna i teraz dziwi się (cytat) „jak to możliwe, że takie zwierzę dostało się na studia” bo (znowu dosłowny cytat) „nie jest to rasa znana z inteligencji”.

Tak więc już dość mocno zły i przygnębiony siadam przy kompie i wchodzę na Facebooka, w nadziei, że zobaczę coś co humor mi poprawi.

A tak wielki coming-out pewnego Guru:

„Przyznaję się: jak byłem mały grałem w Warhammera” czy coś takiego.

Tak więc dałem mu bana. Znaczy się: cofnąłem lajka i kazałem nie wyświetlać więcej jego postów.

To wyrzuciło mi gościa, który przepraszał, że jako dziecko czytał Belgeriadę.

Tak więc jemu też dałem bana.

Wtedy zaczęło mi wyrzucać podpowiedzi innych fanpejdżów o RPG, a ja je banowałem po kolei, tym razem już bez czytania.

Zrobiłem wyjątki tylko dla Panie i Panowie Zagrajmy W RPG, Tworzenie Gier Fabularnych Według Jagmina oraz Błękitnego Świtu (potem jeszcze zapisałem się do Dungeons & Dragons 5e Polska).

Tak więc pojęcia nie mam, co się dzieje w polskim fandomie i szczerze mówiąc nie mam ochoty się dowiadywać.

Ekspansja na Youtube:

Z tego co widzę ludzie podniecają się tym całym Baniakiem i jego kanałem na Youtube. Jedni go z jakiegoś powodu nie lubią, inni traktują jakby był mesjaszem RPG. Ja osobiście go nie oglądam, gdyż a) zwykle gra w gry, które mnie nie interesują jak Dark Heresy czy Tales from the Loop b) te jego filmy są strasznie długie…

Jednak czy Baniak jest nową nadzieją RPG?

Baniak ma trochę poniżej 34 tysięcy subskrypcji. Nie wiem, jak się liczy youtubowe suby, ale jeśli tak, jak lajki na Facebooku to jest to po prostu dość popularny blogger. Owszem, ma o rząd wielkości lajków więcej, niż większość czołówki bloggerów erpegowych, ale w innych fandomach ludzie potrafią mieć po 100 tysięcy a nawet 1 milion lajków…

Natomiast co do jego „tajemnicy”, to odniosłem wrażenie, że polega ona na tym, że on po prostu gra w gry, które lubi, zamiast brać udział w krucjacie przeciwko fanom tego czy innego systemu, którzy zajęli Ziemię Świętą…

Pierwsza niepokojąca postawa:

Natomiast z tego, co widzę na PiPie oraz tych nielicznych obszarach gdzie nadal występuję to istnieją dwie niebezpieczne tendencje. Po pierwsze: część osób traktuje światek RPG jako grę o sumie zerowej. To znaczy, że jeśli ktoś gra na przykład w Warhammera to nie gra w tym czasie w Fate, Dungeon World albo Blades in Dark.

Co prowadzi do jasnego wniosku, że grając w Warhammera szkodzi się wymienionym systemom.

Nie jest to prawda, świat tak nie działa, różne gry apelują do różnych ludzkich potrzeb. Jeśli chcecie, żeby Wasza gra odniosła sukces, to musicie spróbować wyjść poza RPG-ową bańkę i pokazać szerokiemu światu jej zalety…

Druga niepokojąca postawa:

Druga rzecz, która mi się nie podoba to ta nagonka na Warhammera, która wiąże się z powyższym/ Niektórzy ludzie zdają się chyba myśleć, że nabijając się z fanów tego systemu pomagają innym grom RPG.

Otóż: po pierwsze (w moim odczuciu) fandomu gier fabularnych nie stać na wojnę.

Po drugie: jak pisałem wyżej różne gry odpowiadają na potrzeby różnych ludzi. Tak więc jedyne, co można osiągnąć walcząc z fanami Warhammera to zniechęcić ich do ich gry. Jednak nie spowoduje to, że zaczną oni automatycznie grać w coś innego. Oznaczać to będzie, że przestaną grać w Warhammera.

Czyli w ogólnym rozrachunku liczba RPG-owców w Polsce zmniejszy się.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Anime, fantastyka, Fantasy, Gry komputerowe, Książki, RPG i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

14 odpowiedzi na „Ja tamtego dziesięciolecia to bym wam nie polecał…

  1. Gal pisze:

    Co się stało gdy koleżanka przyniosła do pracy Harry’ego Pottera?

    • Przyszła inna koleżanka o ksywce „Inkwizycja” i spytała, czy one na pewno czytają takie satanistyczne książki. One, że tak. To tamta czy czytają je swoim dzieciom. One, że oczywiście. Ona, że to przecież szatańska książka. One, żeby przestała pierdolić. Ona, że wie lepiej, bo ksiądz w kościele mówił. One, żeby skończyła robić z siebie idiotkę. Na to naszły dwie inne fundamentalistki, zaczęły na siebie się drzeć i kłóciły się przez trzy dni, a potem przez miesiąc się do siebie nie odzywały.

      • Suchy pisze:

        „Ona, że to przecież szatańska książka. One, żeby przestała pierdolić. Ona, że wie lepiej, bo ksiądz w kościele mówił. ”

        Przypomniało mi to „Dobre rady pana ojca” z Sarmatia Kaczmarskiego.
        Konkretnie to fragment :

        „Cudzoziemskich ksiąg nie czytaj,
        Czego nie wiesz – księdza pytaj.”

        Naprawdę współczuję i podziwiam cierpliwość. Ja nie mam takiej tolerancji dla ludzkiej głupoty.
        Obyś znalazł jakąś sensowną robotę w tej nowej dekadzie.

      • To akurat był dość łagodny odpał. Kiedyś napiszę o tym notkę (i pewnie nikt mi nie uwierzy).

  2. Maks pisze:

    Oj problem literatury fantasy XXI wieku jest kosmiczny i im dlaej w las tym gorzej. Nie tylko z pojedynczych serii mozna robic wieze w pokoju, to ten trend jest juz tak mocno osiedzialy, ze nowi pisarze ZACZYNAJA od wielotomowych „epickich” serii. Pamietam twoj wpis o tym Czerwonym Rycerzu i porownanie tej ksiazki do ktorejs z Andersonowych (Trzy Serca albo Zlamany Miecz, nie pamietam, a nie znam fabuly Rycerza zeby skojarzyc). To idealnie pokazuje problem – w starszych ksiazkach podobne historie pisalo sie na 200-300 stron, a nie 600-1000. Wczoraj skoncyzlem czytac Zapomniane Bestie z Eld – ksiazka ma troche ponad 200 stron, a jest zdecydowanie lepsza niz wiekszosc XXI-wiecznej literatury fantasy jaka przeczytalem. I to nie jest tak, ze nie ma tam dokladnie wykreowanego swiata, ktoremu wspolczesni autorzy poswiecaja czesto ponad polowe swojej uwagi, tylko jest po prostu swietnie i zwiezle napisana. No ale wspolczesny czytelnik widac to lubi, ale gdzie oni znajduja czas na czytanie tych tomiszczy to ja nie wiem.

    Co do RPGow, to jako ze mieszkam w Szkocji juz od lat obcy jest mi polski fandom. Ale jakis rok temu czy cos dolaczylem do PiPy i masakra… poziom stulejarstwa tam jest ogromny. Jakos znam grupy angielskojezyczne z wieksza iloscia czlonkow, w ktorych nie ma takich inb.

    Co do gier komputerowych sie nie wypowiem, bo od polowy 2012 roku do Black Friday 2020 nie mialem na czym grac. Teraz dopiero sobie nadganiam. Co do anime, to w tym roku w zasadzie obejrzalem tylko jedna nowa serie – bardzo dobre Dorohedoro, a to i tak tylko dlatego, ze jestem fanem mangi.

  3. Siman pisze:

    „Warhammer 4 edycja, mimo że nie jest grą aż tak okropną jak Witcher, to jednocześnie nadal nie jest grą dobrą. W ogólnym rozrachunku powiedziałbym, że w grę tą mogą grać tylko dwa typy ludzi: albo zaślepieni fani Młotka, dla których święte jest wszystko to, co ma na sobie trademark Warhammer, albo jego równie zaślepieni hejterzy, którzy mogą grać we wszystko, żeby tylko nie było pierwszą, drugą lub trzecią edycją…”

    Gram w 4 ed. mimo że grałem drzewiej w edycje 1 i 2 dobrze się bawiąc, więc nie jestem hejterem, fanbojem też nie bardzo, bo nigdy nic poza erpegiem i Total Warem z tego uniwersum nie sięgałem, regularnie grywam w wiele innych gier (w tym Bladesy oraz 5 ed. dedeczków).

    Nie bardzo rozumiem ogólny hejt na tę edycję. Ma ona jedną poważną wadę: jest zdecydowanie przeładowana wyjątkami mechanicznymi, zwłaszcza w testach podstawowych, raz się rzuca tak, a jak masz zdolność X to krytyki śmiak, a jak Y to odwracasz kości, a jak Z to liczysz jedności jako liczbę sukcesów, idzie się w tym srogo pogubić. Tu masz rację.

    Poza tym bardzo dobry, sensowny system. Oczywiście znam starsze edycje i to na pewno mnie biasuje, ale zasadniczo gramy by the book (Reikland i przygody prostego chłopstwa), nierzadko w oficjalne przygody, bardzo przyjemnie się to łupie. System jest lepiej zbalansowany niż poprzednie, ładnie wypakowany tymi mechanikami drugorzędnymi o których wspomniałeś – talenty, umiejętności i skompletowane profesje po prostu przyjemnie się gromadzi, lepiej niż w poprzednich edycjach. Mechanika jest, owszem, przeładowana, ale wygładza większość bolączek starych edycji, więc koło trzeciej-piątej sesji (zależy czy jesteś graczem czy MG) poziom komplikacji przestaje przeszkadzać, a mechanika całkiem dobrze śmiga. Nie jest to ideał, ale nawet grając btb zgrzytam zębami mniej niż przy powiedzmy Dark Heresy, która wygładzała starą mechanikę WFRP znacznie słabiej.

    Pieniądze znikają po przygodzie (a dokładniej: w przerwie czasowej pomiędzy przygodami), a nie co sesję i działa to ZNAKOMICIE. Absolutnie świetna mechanika, bo dobrze wspiera to o czym jest gra – a gra jest o małorolnych chłopach czy innych szczurołapach ratujących okolicę przed zwierzoludźmi, Chaosem i tym podobnymi elementami przyrody, ale pozostając małorolnymi szczurołapami. Więc przepadający hajs bardzo dobrze trzyma w ryzach zasady poziomu życia i powoduje, że rzeczony chłop z garncem złota naprawdę się zastanawia co z tym fantem zrobić, a nie automatycznie awansuje na obładowanego szpejem awanturnika, co to się liczbą pierścieni na palcach licytuje z lokalną szlachtą i kupcami korzennymi.

    • Nie bardzo rozumiem ogólny hejt na tę edycję.

      Absolutnie świetna mechanika, bo dobrze wspiera to o czym jest gra – a gra jest o małorolnych chłopach czy innych szczurołapach ratujących okolicę przed zwierzoludźmi, Chaosem i tym podobnymi elementami przyrody, ale pozostając małorolnymi szczurołapami.

      Myślę, że tutaj masz odpowiedź. Mi na przykład ta gra dużo bardziej podobała się, gdy opowiadała o Szczurołapie, który zostaje sławnym Rozbójnikiem i znajduje miecz z Większym Runem Śmierci.

      • Siman pisze:

        Ale to w sumie też możesz.

        Różnica była taka, że w poprzednich edycjach mogłeś zaczynać jako Cyrkowiec, który ma 65% szans na potknięcie się o własne nogi, a skończyć po 15 sesjach jako Fechmistrz, który ma 30% szans na potknięcie się o własne nogi ORAZ miecz z Większym Runem Śmierci.

        W tej edycji zaczynasz jako chłop małorolny, który ma na starcie „tylko” 30% szans na zjebanie w swojej specjalizacji, a jak kończysz po 30-40 sesjach możesz zostać tym tam Rycerzem Zakonnym, który tylko na krytycznych porażkach cokolwiek spartoli i ma miecz najlepszej jakości z szeregiem dopałów mechanicznych, które gorzej brzmią, ale wcale nie są dużo gorsze niż sprzęt magiczny poprzednich edycji (no, może poza pierwszą).

        Dłuższy rozpęd w rozwoju postaci, więcej drobnych bonusów do zebrania po drodze, które powodują większe zamieszanie w mechanice oraz lepszy balans w międzyczasie – tak bym podsumował tę edycję w jednym zdaniu w porównaniu do poprzednich.

  4. Siman pisze:

    A biorąc pod uwagę liczbę premier rocznie to nie wiem czy nie jesteśmy już na poziomie przełomu wieków. Jeśli nie, to zbliżamy się tam bardzo szybko. Wydawnictw na pewno jest więcej i o dziwo większość jest w stanie utrzymać rentowność z tego co widzę. Systemów też chyba więcej, ale zazwyczaj mniej dodatków per system. Trzeba by to dobrze policzyć, żeby ustalić jak nam idzie w porównaniu do „złotych czasów”, ale na pewno są to wartości porównywalne w skali.

    Na pewno jest 10x lepiej niż dziesięć lat temu, kiedy opóźniona dwa lata premiera czegokolwiek była świętem.

  5. Wiktor pisze:

    Mało kojarzysz z tych starszych gier. Okres 2000-2010 to choćby Mount&Blade czyli RPG konno, w średniowieczu i bez magii (!), które jeszcze przed końcem dekady dostaje tryb wieloosobowy. Pomysł zyskuje na popularności (Mordhau jedno z wielu).
    W naszym kącie Europy zaczyna się szaleństwo wraz z premierą pierwszej i drugiej części gry Gothic. Właściwie wciąż trwa: https://www.youtube.com/watch?v=EZjmS6uCea4&ab_channel=KronikiMyrtany
    Wtedy też działa Troica i dostajemy ich istnie rolplejowe Arcanum i Vampires Bloodlines. Star Wars powiększa się o kolejne części kultowej serii Jedi Knight, powstają oba KOTORy i ciekawe Republic Commando. Wydane zostają obie części Neverwinter Nights, które szczególnie błyszczą w dodatkach. Lata te dają nam ultraklimatycznego Stalkera. Powodzenie święcą kolejne części Total War. Dostajemy świetne przeniesienie Fallouta w trójwymiar, a pod koniec dekady pojawia się fantastyczne New Vegas. Z horrorów otrzymujemy mocne Silent Hill 2, Penumbry i Amnesię. Narodziły się dwie serie skradankowe: Hitman i Splinter Cell.
    Wspomnieć wypada Starcraft 2, Aliens vs Predator 2, Half Life 2, Portal, Mass Effect czy Morrowind.

  6. Wiktor pisze:

    Co do książek to generalnie się zgadzam, ale do pytań „Co z…” , z tytułów po 2010 dorzuciłbym Archiwum Burzowego Światła (choć bez szału, i cykon, właściwie to ja nawet nie bardzo to lubię) i Czasomierze (nie czytałem, ale ponoć b. dobre).

    • „Archiwum” to ciekawy przykład, bo pochodzi z 2010. Zależnie od dobrej lub złej woli można je więc umieścić albo w tym, albo w tamtym dziesięcioleciu… „Czasomierze” natomiast chyba bardzo trudno uznać za fantasy…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s