Przeczytane 2020: 144 książki, komiksy i podręczniki do RPG:

(Te ostatnie zostały zebrane w oddzielnym wpisie niżej). Jest to wynik rekordowy, blisko trzykrotnie przekraczający moje normalne, roczne wyniki czytelnicze (ale co innego można było robić w tym roku, prócz czytania książek?). Było tego tak dużo, że sam zbiorczy tekst ma 60 stron (nie, ja tego nie będę poprawiał, ja to wrzucę tak jak leci…)

Jeśli ktoś jest zainteresowany takim podsumowaniem, to zapraszam.

1634: Bavarian Crisis:

Ocena: 6/10

Teoretycznie, przynajmniej z tego, co zrozumiałem, powinna być to bezpośrednia kontynuacja powieści 1633, zrozumiała bez znajomości innych powieści z tego, bardzo rozgałęzionego cyklu.

Niestety spełnia ona wszystkie obawy, które miałem w związku z tą serią: czyli jest trudna do zrozumienia bez innych książek, które wyszły trochę wcześniej i mniej-więcej w tym samym czasie. Jako, że cykl liczy obecnie około 30 utworów, których akcja często toczy się równolegle oznacza to, że spotka go z mojej strony taki sam los, jak Malazjańską Księgę Poległych oraz Koło Czasu: zmęczę to, co mam i przestanę go czytać, bo życia mi szkoda.

Problemem książki są liczne odnośniki do innych tomów, które należą do tego samego cyklu: nagłe pojawianie się postaci, które występują w książkach toczących się z boku, niekoniecznie nawet chronologicznie starszych. Akcja też kształtowana jest przez wydarzenia, które toczą się gdzieś z boku, na kartach innej powieści. Tak więc, by rozumieć wydarzenia należy albo stale posiłkować się wikią, albo czytać trzy czy cztery tytuły jednocześnie.

Niestety, ten tom specjalnie do tego drugiego zadania nie zachęcał. Lektura miała trochę ponad 1000 stron, przy czym większość to przygotowania do wesela, podróże z miejsca na miejsce, pozycjonowanie wojsk, ploteczki, słuchanie opery i inne sceny, które posiadają niewielki ładunek dramatyczny i nie sprzedają nam żadnych informacji. Dopiero w połowie książki akcja zaczyna nabierać rumieńców znacząco przyśpieszając…

Jednak ile osób dotrwa tak daleko?

1634: Baltic War:

Ocena: 7/10

Kolejny tom serii 1632, którą niedawno wznowiło jedno z polskich wydawnictw.

Dwa lata temu pewno, amerykańskie miasteczko cofnęło się w czasie, w efekcie czego banda rednecków pojawiła się w Niemczech w czasach wojny trzydziestoletniej. W efekcie od dwóch lat trwa tam budowanie demokracji tradycyjnymi metodami…

Tym razem problemem demokracji jest koalicja angielsko-duńsko-francuska, która próbuje zagrozić zarówno Amerykanom, jak Niemcom oraz ich głównemu sojusznikowi, królowi Szwecji Gustawowi Augustowi.

Co gorsza już jakiś czas temu skończyła się nowoczesna amunicja. Na szczęście jednak Amerykanie są pomysłowi i powoli budują kartaczownice oraz flotę parowców…

Szczerze?

Mocno już się pogubiłem w tym cyklu i jego chronologii.

O ile sama akcja książki nadal jest żwawa i interesująca, to trudno mi ją odnieść do wydarzeń z innych tomów. Jak mówiłem: cykl jest za długi, zbyt rozgałęziony, a ja mam za mało należących do niego pozycji (całości natomiast raczej nie kupię).

1635: Eastern Front:

Ocena: 7/10

Od poprzedniego tomu mamy spory skok czasowy. Demokracja jest jeszcze bardziej zagrożona, niż wcześniej, bowiem nad-redneck Mike Stern, przegrał wybory, a prezydentem Europejskich Stanów Zjednoczonych został jeden z Wettynów, wysunięty na kandydata przez konserwatywno-arystokratyczne stronnictwo. Stern jednak nie znikł całkowicie z życia publicznego, bowiem został mianowany generalem przez Gustawa Adolfa. A generałów potrzeba, bo wymieniony monarcha wyrusza na podbój Polski.

Ogólnie to w tym tomie maszerują, strzelają do siebie i walczą na szable. Demokracja ma bardzo trudno, bowiem w prawdzie są elekcje, ale szlachta gnębi chłopów, tak husaria jest tak niesamowita, że husara trudno zabić nawet z nowoczesnej broni. Prócz tego: ile można czytać opisów bitew?

Książka kończy się jednak zwrotem akcji, którego nie przewidywałem i który zachęcił mnie do lektury następnego tomu.

1636: Saxon Uprising:

Ocena: 7/10

Jak pisałem: cykl opowiada o wiosce amerykańskich Rednecków przeniesionych do czasów Wojny Trzydziestoletniej i zaprowadzających w Europie demokrację na sposób George Busha Juniora. Po bardzo nieprzyjemnych wydarzeniach z poprzedniego tomu Amerykanie zostają odcięci od swojego głównego sojusznika: Gustawa Adolfa. Buntuje się też szlachta, której władza i przywileje zostały mocno ograniczone.

Cykl wraca do swoich korzeni i początkowych zalet. Akcja jest więc szybka, mamy tu do czynienia z brawurowo przeprowadzoną intrygą i kontr-intrygą połączonymi z pełnymi akcji scenami działań militarnych. Czyta się fajnie, tym bardziej, że pojawia się tu też sporo krwistych, nie pozbawionych wad, ale koniec końców bohaterskich postaci. A prawdę mówiąc wolę czytać o ludziach, z którymi mogę sympatyzować.

Innymi słowy: tom ten mógł naprawić moją opinię o cyklu, nawet mimo to, że – by do niego dotrwać – musiałem przebić się przez 2.500 stron najwyżej średniego military fiction.

Niestety, zaraz po nim nastąpiło Ottoman Onslaught, gdzie akcja znów wlecze się jak smród po gaciach. O tym jednak napiszę w następnym miesiącu.

1636: Ottoman Onslaught:

Ocena: 6/10

Ostatnia książka anglojęzyczna kupiona przed rokiem 2020, a jednocześnie ostatni tom cyklu Ring of Fire, jaki zamierzam kupić. Wrogowie zewnętrzni zostali pokonani, a zbrojna opozycja wewnątrz Stanów Zjednoczonych Europy rozbrojona. Wydawałoby się więc, że powinien zapanować pokój. Niestety, na Europę rusza turecka nawała. I co gorsza ma to miejsce wcześniej, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać. Dawni wrogowie muszą połączyć siły, by mieć choć cień szans na przetrwanie.

Ogólnie rzecz biorąc książka ta podobała mi się bardziej, niż kilka poprzednich w tym cyklu, jednak widać już, że ten zmierza donikąd. Nie sądzę, by w następnych tomach można było się spodziewać więcej, niż pojawiania się kolejnych wrogów, z którymi bohaterowie będą się rozprawiać.

Co więcej: cykl powoli wpada w coś co nazywam „syndromem maszynki do mięsa”. Tak więc, jako, że większość bohaterów z początku już się wykruszyła i nie ma kogo zabijać dla zwiększenia dramatyzmu, do gry zaczynają wchodzić nowe postacie, stworzone tylko po to, by było kogo zabijać…

Obawiam się, że po prostu nie ma sensu tego czytać dalej. Tym bardziej, że liczące 600 stron pozycjonowania do bitew czyta się umiarkowanie ciekawie.

Angielski Łucznik 1350-1515

Ocena: 8/10

Kolejna książeczka z serii Warrior, tym razem z ładnymi ilustracjami i sensowną treścią. Traktuje o jednej z najsłynniejszych, obok rycerstwa grup średniowiecznych wojowników: angielskich łucznikach. A pośrednio także o całej organizacji angielskiej armii od XIV do XVI wieku. Bo prócz łuczników, zbrojnych (tzn. ludzi z wyposażeniem rycerskim, niezależnie od ich klasy społecznej) i billmanów tam po prostu nikogo więcej nie było.

Poznajemy więc szczegóły uzbrojenia żołnierzy, dowiadujemy się skąd brali drewno na łuki, jak byli rekrutowani, jak przemieszczali się po polu walki, a jak między bitwami, ile zarabiali, a nawet skąd brali żywność.

Całość okraszona jest jednymi z lepszych pod względem graficznym (wyraźnymi, z ostrymi konturami, o dużym nasyceniu barw) ilustracjami w cyklu. Pozycja, którą zdecydowanie polecam.

Anioły śmierci:

Ocena: 7/10

Przenosimy się do świata fantasy, w którym ludzie żyją pod butem elfoidalnej, nieśmiertelnej, magicznej rasy. Poznajemy młodego żołnierza imieniem Rik, walczącego wraz z grupą przyjaciół pod komendą owych istot. Równowadze tego świata zagraża czarodziej-renegat, który znalazł sposób, by przebudzić mroczne bóstwo z przeszłości. Jednocześnie Rik i jego przyjaciele, osoby dalekie od świętości i raczej nie dające nazwać się wzorem moralnej czystości, znajdują sposób, by zarobić na sytuacji duże pieniądze…

Książka jest całkowicie wyzutą z ambicji powieścią fantasy, traktującym o czarach i zabijaniu potworów, a jednocześnie bardzo dobrym czytadłem. Ma wszystko, co potrzeba tego typu lekturze: sympatycznych bohaterów, których (raczej proste) motywacje można zrozumieć i utożsamić się z nimi, dużo jest też scen akcji, a świat przedstawiony trzyma się kupy.

Autor nie pieści czytelnika, bardzo naturalistycznie opisując zarówno sceny walki, jak i życie żołnierzy oraz dołów społecznych tego świata. Brak w nim naiwności, jest natomiast dużo realizmu. Na zaletę zasługuje też zwięzły styl książki. Zajmuje ona jakieś 300 stron, a dzieje się w niej więcej, niż w wielu innych na siedmiuset…

Ogólnie rzecz biorąc: pewnie więcej do lektury Aniołów Śmierci nie wrócę. Jednak lektura mi się podobała.

Armia Aleksandra Wielkiego:

Ocena: 6/10

Jak nietrudno zgadnąć jest to jeszcze jeden osprey. Tym razem traktuje on o jednej z najbardziej znanych formacji w dziejach świata, czyli wojsku Aleksandra Wielkiego, młodego Macedończyka, który zawojował świat.

Tytuł, jeśli uwzględnimy jego treść jest nieco mylący: książka koncentruje się głównie na kawalerii, trochę miejsca poświęcone jest piechocie, pozostałe formacje pomocnicze natomiast zostały pominięte, mimo że widnieją na ilustracjach.

Ogólnie armia ta wywarła na mnie raczej negatywne wrażenie. Jej trzon składał się z towarzyszy i paziów, głównie młodzieńców z najlepszych domów, którzy wysyłani byli na dwór królewski, by żyć w towarzystwie synów i konkubin władcy.

Przypomina to trochę zwyczaje z okresu średniowiecza, uwiecznione w opowieściach o Królu Arturze, aczkolwiek sądząc z opisu bliższe było to do bandy dresiarzy z bogatych domów, którzy wozili się po dzielnicy w samochodach rodziców.

Aczkolwiek to nie wina książki, tylko raczej ludzi, których ona opisuje.

Armia austro-węgierska w I wojnie światowej (1):

Ocena: 7/10

Prawdę mówiąc I wojna światowa to nie moja bajka, jednak zdecydowałem się kupić tą książeczkę z tej przyczyny, że dwaj moi pradziadkowie walczyli w tym wojsku. Sporo bitew toczyło też ono w mojej okolicy.

Ogólnie, to książeczka ta nie sprawiła, że zakochałem się w tematyce. Przeciwnie, mimo że napisana jest ona dość fachowo, to raczej mnie ona wynudziła. Powodem jest, że – paradoksalnie – koncentruje się na elementach, na których najbardziej koncentrowali się wojskowi okresu: na kroju i kolorach mundurów oraz liczbie i jakości ozdób.

Książeczka utwierdziła mnie też w mojej pogardzie dla Austro-Węgier i wiernopoddańczej postawy, którą wobec Cesarza żywi część mieszkańców Podkarpacia. Rysuje wizję państwa opanowanego przez zdziecinnienie i nieudolność oraz armii, gdzie dowódcy wysyłają swym żołnierzom depesze, że „powinni walczyć dzielniej”.

Armia austro-węgierska w I wojnie światowej (2)

Ocena: 7/10

Kontynuacja powyższej, dotycząca wiadomej armii. Niestety, jako, że nie była to najmądrzej dowodzone wojsko świata i nie należało ani do najnowocześniejszego, ani najlepiej zarządzanego państwa na świecie, to trudno oczekiwać tu informacji o militarnych przełomach.

Miast tego skupia się na głównym problemie, jakie miało dowództwo: stworzenie taniego i estetycznego munduru w warunkach coraz większych braków zaopatrzeniowych. Co oczywiście się nie udało.

Prócz tego mamy studium głupoty i nieudolności, w rodzaju oficerów, którzy mimo zakazów ozdabiali mundury kolorowymi szarfami, srebrem i złotem, wskutek czego byli masowo wybijani przez snajperów…

Armie cesarskie wojny trzydziestoletniej: Piechota i Artyleria:

Ocena: 7/10

Ponownie Austria, tym razem okres największego rozkwitu Habsburgów i wojna trzydziestoletnia. Książka opisuje powstanie regularnej wojskowości w wiadomym kraju oraz technikę militarną XVI wieku. Skupia się natomiast oczywiście na piechocie oraz działach.

W odróżnieniu od zeszytu o Gustawie Auguście tym razem pozycja nie próbuje demitologizować, podchodzi do tematu w sposób bardzo tradycyjny. W efekcie książce trochę brakuje ducha.

Mam też pewne wątpliwości co do stylu ilustracji. W tym i następnym tomie są one tworzone za pomocą technik komputerowych, co niestety dość mocno widać. Tak więc, o ile część jest bardzo ładna i fajnie wygląda to inne wypadają po prostu średnio (zwłaszcza ilustracja przedstawiająca Wallensteina z następnego tomu wypada średnio, wyraźnie widać, że jest to obrazek jakiegoś jeźdźca, któremu w photoshopie doklejono cudzą twarz).

Armie cesarskie wojny trzydziestoletniej: Kawaleria

Ocena: 7/10

Tom drugi, koncentrujący się na jeździe i dragonach (co do których autor, podobnie jak współcześni, nie jest pewien, czy byli piechotą, czy kawalerią).

Jego poważną wadą jest dość mało konkretny charakter i pewna mitologizacja. Autor pisze np. że późne zbroje jazdy potrafiły ważyć nawet i 40 kilogramów, ale w taki sposób, że nie jestem pewien, czy chodzi mu o pełne komplety pancerzy maksymiliańskiej, czy też o zwykły kirys kirasjerów…

Podobnie na ilustracjach dotyczących polskich najemników, dość licznie walczących w armiach Habsburgów widzimy husarię. Problem w tym, że zarówno z książki, jak i ze źródeł historycznych wynika, że najemnikami była lekka, nieregularna jazda, a nie husaria.

Armia Gustawa Adolfa I: Piechota:

Ocena: 7/10

Niezbyt ładny Osperey o wojskach tego szwedzkiego króla, którego nasi przodkowie (tzn. może wasi, moi byli kowalami, murarzami, małorolnymi chłopami i drobnymi handlarzami, na co mam silne, historyczne dowody, a nie jakąś tam wąsatą, zapijaczoną i tonącą w długach szlachtą) pokonali pod Kircholmem. Zwycięstwo to, w którym kiepsko uzbrojona i dowodzona armia szwedzka została rozgromiona przez świetne oddziały polskie wywarło równie wielkie wrażenia na Szwedach, co na nas. O ile u nas zaowocowało przekonaniem o wyższości polskiego stylu walki nad zachodnim, trwające po dziś dzień, tak w Szwecji było impulsem do głębokiej reformy uzbrojenia.

Efekty tej reformy stworzyły legendę Gustawa Augusta, króla-wojownika i geniusza wojskowości, który uratował niemiecki protestantyzm, oraz który „jedną bitwę wygrał, drugą przegrał, a w trzeciej zginął”.

Ogólnie: dowiedziałem się z obu tych książeczek bardzo dużo na temat XVI i XVII wiecznej sztuki wojennej, mocno zmieniło się moje pojęcie tego, jak działał muszkieter*, wyobrażenie na temat rajtarii** czy też o momencie pojawienia się jegrów*** w armiach zachodnich. Niemniej jednak zaskoczenie mnie wiedzą na ten temat nie jest trudne: nie lubię wczesnej nowożytności i niestety ch(…)a się na niej znam, więc łatwo mnie zaskoczyć.

*Jak się okazuje muszkieterzy zaczynali strzelając z broni o kalibrze 8, który z czasem spadał w okolice kalibru 12. Jako, że muszkiet jest bronią gładkolufową jej kaliber nie jest liczony przekrojem lufy, a liczbą kul, jakie można odlać z funta ołowiu (czyli im większa liczba, tym mniejszy kaliber broni), tak samo, jak we współczesnej broni myśliwskiej. Obecnie największym, masowo produkowanym kalibrem jest 12. Kaliber 8 to kula na dinozaury…

**Rajtarzy byli uzbrojonym w szable, pistolety i lekki pancerz jeźdźcami. Do tej pory myślałem zawsze, że ich zadaniem było wykonywanie karakolu, tzn. podjeżdżanie do przeciwnika i strzelanie. Okazuje się jednak, że polegało na rozbijaniu wroga w walce wręcz.

***Słowo „jegr” oznacza dosłownie „strzelca” lub „łowcę”. Uzbrojeni byli w gwintowane karabiny, znacznie droższe, mniej szybkostrzelne i bardziej skomplikowane od muszkietów, ale jednocześnie posiadające znacznie większy zasięg skuteczny (porównywalny do współczesnych karabinów). Walczyli w luźnym szyku, nękając przeciwnika na duży dystans. Byłem przekonany, że pojawili się w okresie amerykańskiej Wojny o Niepodległość. Jak się okazuje: obecni na polach walki byli już w XV wieku…

Armia Gustawa Adolfa II: Kawaleria:

Ocena: 7/10

W tytule brakuje „kawaleria i artyleria”, bowiem w dużej mierze właśnie o niej traktuje ta książeczka.

Ogólnie rzecz biorąc o tej książce, w zestawieniu z poprzednią, jeszcze trudniej powiedzieć coś więcej, niż o ospreyach w ogóle. Po prostu drugi tom. Tak więc należy traktować ją jak przedłużenie wcześniejszej recenzji.

Tym, co na mnie wywarło największe wrażenie w owej lekturze to jej kontrast z cyklem Ring of Fire (te wszystkie książki z cyklu 163X) oraz tamtejszym przedstawieniem Szwedów i ich króla. Czytając tą pozycję, w szczególności o dokonaniach Finów (u Flinta bardzo wyidelizowanych i szlachetnych), z punktu widzenia wiele bardziej obiektywnego historyka, nie mogłem po prostu nie otrzeć łezki politowania nad naiwnością biednego Amerykanina.

Armie Holenderskie wojny osiemdziesiącioletniej 1568-1648, Tom 1: Piechota

Ocena: 8/10

I jeszcze jeden Osprey. Tym razem tematem jest organizacja wojska, jaką zbuntowane prowincje Niderlandów wystawiły do walki ze swoimi hiszpańskimi zwierzchnikami. Koncentruje się na piechocie, pochodzącej głównie z zaciągu miejskiego, która uzbrajana i umundurowana na koszt państwa, a także na jego koszt ćwiczona stała się jednym z zaczątków regularnych, stałych armii czasów nowożytnych.

Książeczka ma jednak kilka wad. Pierwszą z nich jest umiarkowanie na mój gust atrakcyjna szata graficzna. Drugą: nadmierne skupienie na szczegółach stroju i takich elementach, jak ozdoby czy stylistyka sztandarów, czyli elementów ważnych dla modelarzy i odtwórców, a nie kanapowych generałów, takich jak ja.

Armie holenderskie wojny osiemdziesięcioletniej Tom 2: Kawaleria, artyleria i inżynierowie:

Ocena: 6/10

Kontynuacja książeczki, którą opisywałem kilka miesięcy temu. Traktuje o przemianach obyczajowo-militarnych, które dla wielu historyków wyznaczają zaczątek nowożytnych sił zbrojnych. Mimo, że wiele rzeczy jest ciekawych, nierzadko ciekawszych, niż w pierwszym tomie, bowiem to zmiany jakie zaszły zarówno w kawalerii jak i artylerii oraz powołanie profesjonalnych służb zabezpieczenia faktycznie zmieniły obraz wojny, to w oczy rzuca się niewiedza i niestety niekiedy niekompetencja autora. Za pozycję odpowiada osoba, która jest z zawodu bardziej dziennikarzem, niż historykiem i niestety popełnia typowe dla tego zawodu błędy: od dążenia do sensacji poczynając po pisaniu o rzeczach, na których się nie zna (cały czas nie wiem, co to są „kuloodporne zbroje”.

Ilustracje natomiast są niezłe. Nie najlepsze, widać po nich oraz po jakości druku, że nie powstawały do współczesnej publikacji, jednak są nadal szczegółowe, dynamiczne i estetyczne. Wypadają zdecydowanie lepiej, niż sama treść książki.

Armia macedońska po Aleksandrze:

Ocena: 7/10

Osprey. Co powiedzieć można więcej, prócz zarysowania treści? Tym razem książka skupia się na wojskowości Macedończyków po śmierci ich najsławniejszego króla. Pozycja jest w zasadzie powtórzeniem poprzedniej, bowiem zmiany, jakie się dokonały były niewielkie. Tym razem jednak bardziej skupia się na piechocie, która w poprzednim tomie została potraktowana raczej po macoszemu, niż kawalerii, która poprzednio dominowała, a tym razem omawiana jest nader skrótowo.

Jeśli natomiast chodzi o ilustracje, a w szczególności plansze poglądowe, to te są dobre. Nie są to w prawdzie najlepsze ilustracje z osprejów, ale z całą pewnością należą do górnej półki.

Armia spartańska:

Ocena: 7/10

Książeczka Ospreya, która niewątpliwie mnie rozczarowała, aczkolwiek niekoniecznie z uwagi na treść. Raczej dlatego, że spodziewałem się po Spartanach czegoś więcej.

Pozycja traktuje o wojskowości Spartan. Nie tylko o jej głównej bazie, czyli słynnych wojownikach z głównego miasta (którzy zawsze byli raczej nieliczni, ich liczba nigdy nie przekroczyła 4-5 tysięcy), ale też wojsk pomocniczych, jak zawodowi najemnicy czy osiadli w Sparcie cudzoziemcy.

Ogólnie przedstawiony w książce obraz nie licuje za bardzo z legendą. Armia ta okazuje się zdumiewająco prymitywnie uzbrojona, bardzo konserwatywna, odrzucająca większość wynalazków militarnych swojej epoki, a z drugiej strony pełna głupich pomysłów (typu żołnierze, których zadaniem było bieganie za kawalerią…), a jadącą głównie na perwersjach i dobrym public relations.

Nie zmienia to faktu, że warto było tą pozycję przeczytać.

Armie średniowiecznych Niemiec (1000-1300):

Ocena: 8/10

Bo trzeba znać wroga…

Jak widać po okładce jest to kolejny Osprey, tym razem traktujący o wojskowości naszych zachodnich sąsiadów, kraju, z którym mamy liczne zaszłości, a o którym mam wrażenie w sumie niewiele wiemy…

Książka traktuje o systemie wojskowym Niemiec w okresie między XI a XIV wiekiem. Czasy te były równie skomplikowane, co ustrój społeczny tego państwa (które czasem było zlepkiem księstw, czasem królestwem, a czasem cesarstwem). Poznajemy w rezultacie bardzo liczne typy wojowników, jacy tworzyli siły zbrojne tego państwa: od kojarzonych ze średniowieczem rycerzy, przez wolnych chłopów i ministeriałów (niewolników wyszkolonych w rzemiośle wojskowym) po takie egzotyki, jak oddziały Saracenów, których władcy niemieccy tysiącami wynajmowali w trakcie swych konfliktów z papiestwem…

Pomimo raczej średnich (tzn. nie najgorszych, jakie w tej serii widziałem, ale też nie najlepszych, tylko takich z gatunku „mogą być”) ilustracji jest to chyba najciekawszy i najfajniejszy w czytaniu Osprey jaki do tej pory kupiłem. Generalnie dziś kojarzymy Niemców z hasłem order must sein (pol. „porządek kusi być”). Niewiele osób pamięta, że przed Bismarckiem utożsamiano ich raczej z określeniem „furiosa teutonica insania” (pol. „furia obłąkanych niemiaszków”). I właśnie coś takiego wychodzi z tej książki: opis czegoś bardzo dziwnego, chaotycznego, a jednocześnie bardzo złożonego,pstrokatego i przez to ciekawego…

Armie wczesnego Rzymu:

Ocena: 7/10

Dość stary i co za tym idzie nie najlepiej ilustrowany Osprey, traktujący o wojsku Rzymu z czasów, nim jeszcze stało się sławne.

Rzym zaczynał bowiem jako miasto Latynów, podporządkowane z czasem przez Etrusków, zawikłane w walki z licznymi ludami. Jego sztuka wojenna rozwijała się długo: począwszy od pierwszych, prymitywnych metod walki społeczeństw plemiennych z okresu brązu, przez adaptację greckiej i macedońskiej falangi, na konfliktach z Celtami i Sabinami oraz przysposobieniu ich metod walki kończąc.

W sumie więc lektura była ciekawa, dotykała mało znanego, choć interesującego tematu. Nie będę więc ukrywał, że wzbudziła moje duże zainteresowanie.

Stąd wyższa, niż wskazywałyby na to ilustracje ocena.

Atlas Sztuki Wojennej W Średniowieczu 768-1487:

Ocena: 10/10

Kolejny raz w tym roku trafiam na pozycję, która „w dawnych czasach” stałaby się moją ulubioną książką. Raczej wątpię, by nadmiar innej lektury, życie i wszechobecne luki czasowe (doba powinna mieć minimum 48 godzin) pozwoliły mi kiedyś wrócić do tej książki… Jednak, gdyby trafiła ona w moje ręce kiedy chodziłem do liceum, to pewnie zaczytałbym ją na śmierć.

Książka jest wydawnictwem popularnonaukowym. Opowiada o sztuce prowadzenia wojen w dawnych czasach, oczywiście (jak większość takich wydawnictw) skupiając się na świecie anglosaskim. Przedział, jakim się zajmuje to okres od zjednoczenia Francji przez Karolingów, po angielską Wojnę Dwóch Róż. Po drodze mamy oczywiście najazdy Wikingów, budowę angielskiego imperium na kontynencie, krucjaty bliskowschodnie i północne, najazdy tatarów, wojny z heretykami i tak dalej i tak dalej…

Składa się z trzech elementów. Pierwszym z nich są, jak łatwo zgadnąć mapy poszczególnych teatrów wojennych i kampanii. Tych jest całe mnóstwo, obejmujących różne obszary, mapy fizyczne, ukształtowanie miejsc, odwzorowania terenu, drogi przemarszu, plany twierdz…

Po drugie: mamy do czynienia z bardzo skrótowymi niestety, ale esencjonalnymi opisami przyczyn, przebiegu, zaangażowanych sił, stosowanej taktyki oraz rezultatów poszczególnych kampanii. Tekst jest raczej skrótowy i daleki od wyczerpującego, ale pozwala sobie wyrobić opinię.

Po trzecie, z tyłu książki otrzymujemy skrótowe omówienie stosowanych w epoce metod walki, uzbrojenia, jego ewolucji, roli piechoty i kawalerii.

Ogólnie: bardzo fajna pozycja. Szkoda, że trzeba jej szukać na Allegro i w antykwariatach za jakieś, chore pieniądze.

Bitwy: Historia wojen i konfliktów:

Ocena: 8/10

Ostatni prezent urodzinowy, jaki dostałem od babci, która kilka miesięcy później umarła… Babcia wiedziała, co kupić wnuczkowi, aczkolwiek wstyd się przyznać, że książka ta leżała u mnie na kupce wstydu przez wiele lat (niestety, nie mogłem zabrać jej do pracy z uwagi na panoszące się tam wówczas pozerstwo).

Książka jest atlasem popularnonaukowym, opisujących 5.000 lat udokumentowanej historii rozlewu krwi. Składa się z ponad 600 haseł przedmiotowych opisujących tło, przebieg i rezultaty największych, a przynajmniej najsławniejszych bitew, toczonych na wszystkich, zamieszkanych przez ludzi kontynentach i oblewających je wodach. Brakuje kilku, moim zdaniem ważnych starć, niemniej jednak książka i tak jest bardzo pojemna.

Pozycja daje więcej, niż ogólne pojęcie o najważniejszych starciach, a jednocześnie jest bardzo dobrym, przekrojowym ujęciem. Zaletą jest wiele ilustracji: prób rekonstrukcji, fotografii zabytków, dzieł sztuki i planów. Ogólnie, jak pisałem: babcia wiedziała, co kupić wnukowi.

Bestiariusz tolkienowski:

Ocena: 6/10

Wiedziałem, że przepłacam, tak samo, że nie należy się po tym dziele spodziewać cudów. Tak więc w sumie, to nie powinienem narzekać.

Książka jest omówieniem wszystkich, opisanych przez Tolkiena stworzeń, wliczając w to zwierzęta jak i rośliny. Oraz niestety przeokropnym laniem wody. Tak więc pojawiają się w niej takie hasła, jak „muchy” albo „komary”. Także pozostałe hasła są mnożeniem ponad miarę. Przykładowo autor pisząc o orkach rozbija wiedzę o nich na hasła glamhothowie, gobliny, gorguny, hobgobliny, irchowie, jeźdźcy na wilkach, orkowie, snagowie, uruk-hai i urukowie, gdzie większość z nich to regionalne lub archaiczne nazwy tych samych istot. W ten sposób potraktowane zostały nawiasem mówiąc nie tylko orki, ale każda inna rasa Śródziemia.

Wiąże się to z powtarzaniem cały czas tych samych informacji, pochodzących zarówno z Władcy Pierścieni jak i Silmarilionu w zasadzie do pożygu.

Książka jest bogato ilustrowana, niestety w stylu lat osiemdziesiątych i wczesnych dziewięćdziesiątych. Mamy więc ogromną ilość czarno-białych ilustracji, tak brzydkich, że mogą przyśnić się po nocy (zwłaszcza hobbity wyglądają koszmarnie, jak wyrwane z jakiegoś horroru o opuszczonym szpitalu, w którym możono głodem niedorozwinięte dzieci) oraz sporą ilość kolorowych plansz, na których znajdują się obrazki utrzymane w konwencji typowej dla okresu sztuki nowoczesnej (tzn. prędzej można się po nich domyślić, od jakich substancji uzależniony był autor, niż tego, co przedstawiają).

Ogólnie: może nie za dobrze, ale jako-tako.

Biorąc pod uwagę, jakie ceny to dzieło uzyskuje na Allegro, to raczej nie warto.

Bóg urojony:

Ocena: 1k10 / 10

Prawdę mówiąc nie wiem, co mam myśleć o tej książce. Autor jest naukowcem, piszącym o genetyce oraz ewolucji i znanym ateistą. Książka ta jest natomiast jego próbą zmierzenia się z wiarą i tejże wiary krytyką.

Z wieloma jego tezami, jako inny ateista osobiście się zgadzam. Co więcej autor potrafi je wyłożyć jasno, przejrzyście i dużo bardziej z jednej strony kulturalnie, a z drugiej dobitniej, niż ja bym potrafił. Przelewa się przez niego taki typowo angielski stoicyzm połączony ze stanowczością.

Z drugiej strony natomiast wiele rozdziałów znacznie osłabia odbiór książki lub wręcz o niej źle świadczy. Tak więc, kiedy autor przedstawił szereg badań naukowych dowodzących nieskuteczności wiary i cudów albo rozprawił się z kolejnymi dowodami na istnienie Boga (czy bogów) i samymi korzyściami płynącymi z wiary, to potem przechodzi do rozdziałów traktujących o moralnym przykładzie płynącym z religii.

I stanowią one takie gimbusowskie nabijanie się „Córki Lota! Hahaha! Jakie śmieszne!” na poziomie tygodnika „Nie!”. Kiedy to miniemy dochodzimy do poglądów, które w zasadzie można odczytywać jako pochwałę ideologii alt-rightowych, a później kwestii molestowania, która jest właściwie samozaoraniem. Bo o ile jeszcze od biedy mogę kupić argument, że ksiądz łapiący ministrantów za sikuraki jest zupełnie innego typu dewiantem, niż gwałciciel i morderca dzieci, to pomysł, że kościół jest biedną ofiarą współczesnego polowania na czarownice jest zwyczajnie głupi.

Ogólnie rzecz biorąc pozycja bardzo nierówna, której nie mogę z czystym sercem polecić nawet innym ateistom.

Bohater wieków:

Ocena: 7/10

Chyba już załapałem, o co chodzi z popularnością Sandersona: jeśli ktoś całe życie czytał pisarzy pokroju Kenów Liu, Milesów, Cameronów czy Johnów Marco, to nic dziwnego, że pisarz ten może być dla niego objawieniem. Bo to jednak jest jedna lub dwie kategorie wyżej. Co nie znaczy, że książka ta przekonała mnie do kontynuowania przygody z Sandersonem.

Bohater Wieków to sprawnie napisana książka, która jednakże byłaby lepsza, gdyby skrócić ją o jakieś 400 stron. Sporo wątków wydaje się bowiem całkowicie niepotrzebnych (np. wszystko to, co dzieje się wokół Pierwszego Obywatela) i tak naprawdę niewiele wnosi. Odsłaniane jest też wiele tajemnic, aczkolwiek odnoszę wrażenie, że okazują się ona zaskakujące głównie dlatego, że autor retconował kilka rzeczy.

Nadal nie podoba mi się też ilość republikańskiej propagandy wylewającej się z kart książki i jakiegoś takiego dziwnego podejścia do moralności: jeśli urządzasz polityczne czystki, ale bez popierniczonych, sadystycznych ekscesów, to w sumie jesteś całkiem cacy. Dopiero jak ci bije w perwersje, to wtedy stajesz się złym człowiekiem.

Ogólnie to odnoszę wrażenie, że ten świat nie za bardzo trzyma się kupy. Mgliści i Zrodzeni Z Mgły w ogóle znikli gdzieś z radarów. Ostatniemu Imperatorowi do bycia sukinsynem nie wystarczy, że niewolił narody, mordował ludzi, prowadził czystki etniczne oraz prześladowania religine (zwłaszcza, że Pierwszy Obywatel też mordował, a przy bliższym poznaniu okazał się całkiem sympatyczny) i tak dalej i tak dalej. Musiał do tego odpalić jakieś durne pomysły, od których Hitler by zwymiotował…

Niemniej jednak: książka jest napisana dość zręcznie, bez jakichś, odbierających rozum głupot. Czytałem dziesiątki gorszych, jednak przygodę z twórczością Sandersona już chyba zakończę.

Bramy południa:

Ocena: 6/10

Drugi tom cyklu Spirala. Tym razem nasz bohater leci do Tajlandii, by na Pacyfiku zmagać się z ciemnymi siłami, które uniemożliwiają mu ucywilizowanie Bali. Przyjdzie mu też zmierzyć się z przeszłością, a w szczególności z dziewczyną, którą kiedyś kochał, a którą porzucił, czym „wyrządził sobie ogromną krzywdę”.

Większość zarzutów, które odniosłem do poprzedniego tomu można odnieść także i do tego. Jednocześnie bohater, mimo że opisywany jako postać pozytywna okazuje się straszną, egoistyczną świnią, czego autor w żaden sposób nie zauważa. Tak straszną, że staje się dobrym kandydatem na najbardziej antypatyczną postać numer trzy…

Ogólnie: niezbyt dobra fantastyka przygodowa. Czytałem w prawdzie gorsze, ale to jedyny powód dla wysokiej oceny.

Ps. Trochę dziwnie mi się czyta o bohaterze, który wybija połowę panteonu i dwie trzecie kleru realnie istniejącej i aktywnej, choć niezbyt popularnej religii. Ciekaw jestem, czy autor miałby odwagę zmierzyć się z wyznaniem, którego wierni mieszkają blisko niego?

Brudne gry:

Ocena: 6/10

Piąty tom cyklu Dzikie Karty. Cyklu co do którego od dawna nie jestem pewien, czy powinienem go rzucić, czy kontynuować jego lekturę. Z jednej strony od pierwszego tomu chyba niczym mnie on nie oczarował. Z drugiej: niczym mnie też specjalnie ani nie znudził, ani nie zdenerwował, ani nie obrzydził.

Akcja tego tomu zaczyna się równolegle do poprzedniego, zatytułowanego „Wyprawa asów”. Podczas, gdy najsilniejsi mutanci dotknięci wirusem dzikiej karty wyruszają na tourne dookoła świata w Dżokerowie rozgrywa się brutalna wojna gangów, a azjatyccy przestępcy toczą wojnę z mafią.

Prawdę mówiąc, jak zwykle, cykl ten jest bardzo nierówny. O ile wątki Modułowego i Croyda mi się podobały, tak wątek liderki mafii, podobnie jak całego jej towarzystwa uważam od dawna za naiwny, głupi i nudny. I jak łatwo zgadnąć z niezbyt wybrednego słownictwa: moja opinia o nim się nie poprawiła pod wpływem lektury tego tomu. Postać Yoemana lubiłem, ale autorzy musieli dokonać jego dekonstrukcji, zmieniając go w osobnika bez kręgosłupa moralnego i w sumie niezdecydowanego. Na jego tle nawet Wielki I Potężny Żółw, przeżywający kolejny ze swych egzystencjalnych problemów (mam nadzieję, że już ostatni) jawi się silną osobowością.

Słowem: kolejny nierówny tom nierównego cyklu.

Crecy: Trium długiego łuku:

Ocena: 8/10

Problem z serią Campaign od Ospreya jest taki, że często te książeczki okazują się nudne (zwłaszcza, jeśli biorą na warsztat wojny, o których niewiele wiadomo, lub też gdy próbują na 100 stronach omówić konflikty, które ciągnęły się latami, albo odwrotnie, takie, które skończyły się jednodniową orgią przemocy). Tak więc zaskoczyło mnie, jak ciekawą lekturą była ta pozycja.

Bitwa pod Crecy jest pierwszą z owianych legendą bitew wojny stuletniej. W starciu tym stanęły przeciwko sobie armia uchodząca podówczas za najlepszą w Europie oraz wojsko blisko trzykrotnie mniej ludnego i biedniejszego kraju, który całą kampanię planował oprzeć na uciekaniu przed wrogiem i nękaniu jego ziem, w nadziei, że ten będzie chciał pertraktować. Po jednej stronie 40, a po drugiej 12 tysięcy żołnierzy. Jednak, wskutek złego dowodzenia, nadmiernej pewności siebie oraz sporów między żołnierzami Francuzom udało się swoją przewagę zaprzepaścić. Anglicy natomiast zasłynęli bezwzględnością.

Autor stara się pisać obiektywnie, odbrązawiając liczne mity, którymi starcie narosło w szczególności w Anglii. Niemniej jednak czasem posuwa się za daleko, w szczególności pisząc o genuańskich kusznikach. Sposób ich potraktowania trudno wyjaśnić bowiem inaczej, niż albo antypatią króla Francji, albo sporami z nim…

Niemniej jednak dobra książka, która była ciekawą lekturą.

Czarodzieje:

Ocena: Nie podejmuje się wystawiać.

Pod wieloma względami była to najoryginalniejsza książka fantasy / urban fantasy, jaką czytałem w ostatnich latach. Niestety, jednocześnie była to jeden z tych przedstawicieli gatunku, którzy mi się najmniej podobali.

Głównym problemem lektury był protagonista, Quentin, chyba najbardziej antypatyczny i nieogarnięty człowiek, o którym czytałem. Tak nieogarnięty, że miałem ochotę przenieść się do książki i przywalić mu pałką teleskopową w kolano.

Quentin określany jest w książce „kujonem”, co pewnie w wersji angielskiej brzmiało „nerd” (choć trafniejszy byłby termin „dork”), jednak polska nazwa jest trafna. Jest bowiem żywą kserokopiarką, która w prawdzie ma dobre oceny, ale (cytuje) „nikogo nie zna, niczym się nie interesuje”. Jest nieogarnięty do tego stopnia, że Werter sprawia przy nim wrażenie człowieka sukcesu, a do tego obrzydliwym, mającym takie rozrywki, jak sikanie do wandy w trakcie kąpieli i patrzenie (cytuje) „jak mocz rozpływa się w wodzie wielką, żółtą plamą”.

Bohater trafia początkowo do szkoły czarodziejów, gdzie uczy się magii, stając się jednym z najlepszych studentów i poznając miłość swego życia, jednak nie podoba mu się tam, bo generalnie jest to człowiek, któremu nic się nie podoba. Fantazjuje więc o Fillory (takiej nie chronionej copyrightami Narni), magicznej krainie, o której bajki czytał w dzieciństwie.

Po ukończeniu szkoły trafia do Nowego Jorku, szczęśliwego miejsca, gdzie (znów cytuję bohatera) „mają narkotyki, prawdziwe narkotyki”. Panująca tam idylla nie trwa długo, bowiem „z nieznanych przyczyn” porzuca go tam miłość życia (imho jeśli się ćpa kokę na przemian z amfą tak intensywnie, że przez tydzień nie zauważa się, że baba zniknęła, to nie ma co się dziwić).

Potem bohaterowie znajdują drogę do Fillory. Tam jednak Quentinowi również się nie podoba, kraina bowiem okazuje się jednak (co za rozczarowanie) prawdziwym światem, zamieszkanym przez prawdziwych ludzi, mających prawdziwe problemy. Tak więc nasz bohater odmawia jej realności (!!!), nawet pomimo tego, że wypad do krainy fantasy pochłania życia trzech osób…

Dopiero po powrocie do „świata prawdziwych ludzi”, znajduje wytchnienie „w prawdziwym życiu”. To ostatnie w wydaniu Quentina wygląda tak, że zostaje zainstalowany przez kolegów-czarodziejów w biurze korporacji, wśród magicznie zmanipulowanych pracowników. W efekcie więc może spędzać całe dnie w swoim gabinecie grając w gry komputerowe i oglądając filmy pornograficzne…

Nie wiem, czego mnie to miało nauczyć.

W książce nie podoba mi się też wyraźnie kontekstowy poziom mocy magicznych postaci. Quentin w jednym rozdziale jest w stanie biec przez całą Antarktydę do Bieguna Południowego lub też udać się w lot na księżyc (co z tego, że przerwany w połowie), w drugim natomiast nie jest w stanie pokonać głupiego goblina…

Co wymaga więcej energii?

Jednak największym problemem jest skrajnie antypatyczna postać bohatera. I dobrze. Dzięki temu z kolejki wypadły mi następne dwa tomy powieści o tym panie. Mam na półce np. jeszcze dwa nieczytane Pratchetty i Władcę Pierścieni w oryginale. Tak więc zaoszczędzony czas na pewno nie zostanie zmarnowany.

Dark Lord of Derkholm:

Ocena: 8/10

Pewien świat fantasy nawiedzany jest przez hordy turystów, przybywających do niego co roku, by zgładzić Mrocznego Władcę, a po drodze rabujących, plądrujących i grabiących. Jako, że powoli zaczyna w nim brakować czarnoksiężników, na nowego Czarnego Pana wybrany zostaje pewien, niedoceniany przez kolegów badacz magii. On i jego rodzina muszą przygotować się na najazd psychopatów z mieczami…

Książka jest takim bezpretensjonalnym fantasy z gryfami, smokami, czarodziejami i elfami, napisanym trochę na poważnie, a trochę na śmiesznie, jakie bardzo lubię, a jakiego w zasadzie dzisiaj się już nie pisuje. Autorką jest natomiast kobieta odpowiedzialna za utwór, z którego Miazaki zrobił Ruchomy Zamek Haru, tak więc pozycja jest warta polecenia jako przyjemna lektura na kilka wieczorów. Kolejną zaletą jest dość prosty, łatwy do przyswojenia język, co jest nie bez znaczenia, tym bardziej, że nie ma ona polskiej wersji.

Wadą (czy raczej: cechą mogącą być odczytywaną na różne sposoby) jest fakt, że książka pisana jest raczej dla dzieci. Tak więc fabuła jest dość prosta i zaledwie kilku wątkowa, jednak zawiera na tyle ciekawe i sympatyczne, barwne postacie, że potrafi wciągnąć w swój tok.

Dwa lata, osiem miesięcy i dwadzieścia osiem nocy:

Ocena: nie podejmuję się

Fabuła: dawno, dawno temu księżniczka dżinów miała romans z Awerroesem, który zakończył się wydaniem mu na świat ogromnej ilości nieprawego potomstwa. To rozpierzchło się po świecie. Dzisiaj dżiny wracają na świat, a potomkowie owej księżniczki muszą zmierzyć się z mrocznymi dżinami i podsycaną przez nie religijną histerią.

Nieco mniej dawno temu dostałem tą książkę w prezencie, bowiem ktoś uznał ją za powieść fantasy. Faktycznie jest to przedstawiciel realizmu magicznego, który za pomocą bajkowych środków opowiada o konflikcie racjonalizmu z religią. Oraz oczywiście o tym, że religia jest zła. Domyślić się tego można było zresztą po nazwisku autora: Salmana Rushide (tego od „Szatańskich wersetów”). Nie wypadało jednak nie przeczytać.

Ogólnie rzecz biorąc muszę powiedzieć, że książka podobała mi się i wywarła na mnie spore wrażenie. Niekoniecznie może z powodu głębi przemyśleń autora i jego spojrzenia na świat, bo te w sumie nie zawierają niczego nowego.

Jednak bardzo podobał mi się jego styl oraz to, jak ta książka jest napisana i przetłumaczona. Niestety dużo lepiej, niż większość pisarzy fantasy. Aczkolwiek to nie jest wielka sztuka.

Dzieje Kartagińczyków. Historia nie zawsze ortodoksyjna:

Ocena: 7/10

Bardzo dobre, choć trochę przestarzałe i nie zawsze pisane naukowym językiem opracowanie naszej wiedzy o Kartaginie. Niestety trudno powiedzieć, by tą moją wiedzę jakoś bardzo wzbogaciło. Wprost przeciwnie: dowiedzieć się z niego można raczej tego, ile nie wiemy niż tego co wiemy. Kartagina jawi się bowiem jako kraj wytarty wręcz z historii.

Co gorsza nawet to, co wydawałoby się nam, że wiemy, a przynajmniej uchodzi za pewniki, autor podważa. Przykładem takiej może być imperium handlowe Kartaginy, co do którego autor bardzo przekonująco argumentuje, że nigdy nie istniało. Miast niego istniało po prostu zwykłe imperium, utrzymujące miasto pracą przymusową i daninami, a nie handlem.

Dlaczego więc niska ocena? Niestety książka nie zaspokoiła po prostu mojego głodu wiedzy. Zostawiła po sobie natomiast uczucie pustki, którego pewnie nigdy nie zdołam zaspokoić.

Ewangelie + Dzieje Apostolskie:

Ocena: może nie żartujmy

Zachęcony lekturą wyżej wymienionej książki oraz przeczytanymi o niej opiniami w prawej stronie internetu zapragnąłem skonfrontować ją ze źródłami. I faktycznie (niespodzianka): nie wszystko w nich wygląda tak, jak mówi się w kościele. Przykładowo, sądząc po stopniu wyeksponowania kultu maryjnego w naszym kraju można by podejrzewać, że Matka Boska była bardzo ważną postacią w Nowym Testamencie (a faktycznie ten głównie o niej milczy).

Niektórzy mówią, że lektura Biblii u ateistów i ludzi niezbyt mocno wierzących zwykle tylko bardziej popycha ich do niewiary (zresztą nie tylko ich „Sam nie wierzyłbym w ewangelię, gdyby autorytet kościoła mi tego nie nakazywał” – że zacytuję świętego Augustyna). Inni twierdzą, że często prowadzi do gorszących scen, gdy ci zaczynają z niej szydzić. Przykładem może być na przykład młody Churchill, który (zmuszony do lektury Biblii) ponoć co kilka stron wybuchał śmiechem i krzyczał „Cholera! Jakim ten Bóg jest skurwysynem!”.

Chciałbym uniknąć czegoś takiego i wykazać się dużą dyplomacją, bowiem lektura ta wywarła na mnie ogromne wrażenie (acz raczej nie dokonała przemiany duchowej). Na przykład trudno mi było nie współczuć Jezusowi, który wydał mi się bardzo smutną postacią, mocno skonfliktowaną ze swoim otoczeniem i przede wszystkim rodziną, która bynajmniej nie wydaje się dostarczać mu wsparcia.

Uderzyło mnie także kilka innych, rzadko poruszanych tematów: konflikty między świętymi Piotrem i Pawłem oraz rozłam, jaki wśród wiernych sprokurowali, albo gorszący wręcz stosunek tego pierwszego do pieniędzy.

Ogólnie: ciekawa lektura, na którą warto było poświęcić czas. Niewątpliwie stałem się dzięki niej bogatszy.

Fairests vol. 3, 4 i 5:

Ocena: 6/10 (trzeci 8/10)

Podobnie jak Wieczna Wojna także Baśnie Na Wygnaniu należą do tych wyjątkowych komiksów, które nie tylko uważam za świetne, to jeszcze musiałem je posiadać w swojej kolekcji. Niestety miłość ta niekoniecznie przenosi się na ich spinnoff czyli właśnie Fairests. Dlatego też komiksy te leżą na mojej kupce wstydu w zasadzie od początku istnienia tego bloga.

Fabuła Fairests dość luźno powiązana jest z fabułą Baśni Na Wygnaniu, a skupia się na postaciach kobiecych, zwykle potraktowanych wcześniej przez autorów jako trzecioplanowe. Wyjątkiem jest tom trzeci, który opowiada o Księciu Uroczym i w zasadzie zamyka jego historię.

Komiksy są dokładnie takie, jak pierwsze dwa tomy tej pod-serii, czyli takie, jak się obawiałem. Historie są więc nadmiernie skrótowe, do tego stopnia, że często nie sposób zrozumieć dlaczego doszło do jakiegoś zwrotu akcji, o poczuciu emocjonalnego zaangażowania nie wspominając. W szczególności bohaterowie planu drugiego dostają za mało miejsca, byśmy wykształcili o nich jakieś emocje. Najlepszym przykładem może być zła siostra Kopciuszka, której cała rola polega na tym, że wyskakuje na bohaterkę z karabinem, po czym zostaje jej odcięta głowa. I naprawdę mamy w takiej sytuacji coś poczuć? Satysfakcję z pokonania wroga? Nienawiść? Smutek? Co gorsza wszystkie historie (oprócz Księcia Uroczego, który dostaje drugi już redemption arc) polegają głównie na zeszmaceniu sympatycznych postaci i sprawieniu, by były one smutne…

Ogólnie to nie polecam. Słaby dodatek eksploatujący dobrą serię i psujący wrażenia, jakie po sobie zostawiła.

Fellowship of the Ring:

Ocena: 10-2 za pogański język psujący zabawę z lektury/10

Jakieś dwa lata temu Tablis wszedł mi na ambicję czytając Władcę Pierścieni w oryginale. Oczywiście nie mogłem być gorszy, więc kupiłem anglojęzyczną wersję książki.

Jaki koń jest każdy widzi… Pierwsze, co rzuca się w oczy podczas lektury, to jakość wydania: jestem pewien, że właśnie ta wersja pierwsza się rozleci. Lektura okazała się dużo mniej trudna, niż się spodziewałem: Tolkien posługuje się raczej nieskomplikowanym, bardzo nowoczesnym (wielokrotnie bardziej, niż w polskich tłumaczeniach) językiem, którego co więcej używa do nader jasnej komunikacji. Momentami trzeba jednak czytać powieść niezwykle uważnie, bowiem część postaci (a zwłaszcza hobbity) używają niektórych słów niepoprawnie albo je wręcz przekręcają. Po przybyciu drużyny do Lothlorien język wyraźnie się archaizuje.

Jedyną trudnością czytelniczą jaką miałem (i która trochę psuła mi lekturę) były opisy przyrody, które wymagają dość dużego obeznania z nazewnictwem właściwym dla różnych przedstawicieli flory i (rzadziej) fauny, ze szczególnym wyróżnieniem drzew, elementów anatomii roślin czy też wreszcie różnych szczegółów ukształtowania terenu.

Poza tym jest to mój ulubiony, stary, dobry Władca Pierścieni.

Francja Kapetyngów:

Ocena: 9/10

Bardzo dobra pozycja, traktująca o bardzo erpegowej (a w zasadzie: dwóch erpegowych) epokach w dziejach Francji.

Kapetyngowie byli rodem, który objął władzę we Francji po tym, jak odsunięto od niej dziedziców Karola Wielkiego. Ich ród wybrano celowo, gdyż nie miał on większych ambicji w ani w polityce zagranicznej, ani wewnętrznej i dla wielkich panów okazał się wygodny. Tak więc pierwsze stulecia ich władzy były w zasadzie okresem rozbicia dzielnicowego Francji i rządów warlordów, do których grupy sami kapetyngowie się zaliczali (aczkolwiek bynajmniej nie byli najpotężniejszymi). Żeby było ciekawej, załapali się oni też na najazdy Węgrów, Arabów oraz szczyt znaczenia Wikingów.

Drugi okres przypada na szczęśliwą kampanię wojenną, gdy udaje im się podbić Normandię oraz późniejsze dojście do władzy bardzo niepopularnych i raczej nieudolnych, za to niezwykle bogatych królów.

Pozycja bardzo ciekawa, którą gorąco polecam. Niestety, z tego, co zauważyłem jest raczej trudno dostępna. Sam szukałem ją kilka miesięcy na Allegro.

PS. Muszę zauważyć, że nasi władcy mieli wyraźne problemy PR-owe. Weźmy takiego Bolesława Śmiałego i wielkie halo z powodu poćwiartowania biskupa. Jeden z Kapetyngów miał taką akcję, że – gdy go biskup denerwował – kazał swoim ludziom zabarykadować wejścia do katedry i podłożyć ogień. W efekcie zginął nie tylko purpurat, ale też 1.500 postronnych. I nic temu władcy się nie stało.

PS 2. Jak się okazuje, na mocy papieskiej bulli z XIV wieku Francuzów można zabijać nie popełniając grzechu, bowiem, jak dowiedli uczeni teologowie, nie mają oni dusz.

Game Mechanics: Advenced Game Design

Ocena: 9/10

Pozycja poświęcona tworzeniu mechaniki w grach, skupiająca się przede wszystkim na grach komputerowych, aczkolwiek mająca też zastosowanie i w grach klasycznych (autorzy zresztą zaraz na początku wyszczególniają czym się poszczególne gatunki gier od siebie różnią i na co należy kłaść w nich nacisk). Książka skupia się na budowaniu mechanik emergentnych i progresywnych, różnicach między nimi oraz cechami wspólnymi. Prócz nich znajdziemy też informacje o budowie wewnętrznej ekonomii gry (dotyczącej zarówno elementów strategicznych, jak i zarządzaniem takimi wartościami, jak zdrowie postaci, liczba naboi czy czas gry), mechanikami progresji postaci, integracją mechaniki z poziomami oraz symulowaniem jej działania i balansowania jej.

Sporo miejsca poświęcone jest też temu, czy i w jakim stopniu gry powinny symulować życie, oraz co należy w trakcie symulacji pomijać (autorzy dzielą tu gry na dwie kategorie: edukacyjne i treningowe, oraz typowe gry rozrywkowe).

Pozycja ma dwie wady, które postanowiłem zignorować. Po pierwsze: stanowi rozszerzenie książki Tworzenie gier: podstawy, tak więc wiele elementów, które zostały opisane wcześniej tym razem zostało pominiętych. Po drugie: jest w niej stosunkowo mało matematyki. Kilka rozdziałów poświęcono natomiast omówieniu działania darmowego systemu analitycznego, który autorzy stworzyli, a który ma dokonywać owych obliczeń za designerów.

Ogólnie jednak jestem z tej lektury zadowolony. Sporo się z niej nauczyłem i sporo tej wiedzy wykorzystam do psucia gier i szkodzenia im. Warto było wydać na nią pieniądze.

Gniew Tiamath:

Ocena: 8/10

Ósmy, przedostatni tom cyklu Expanse (i ostatni na razie wydany). Tym razem skupiony jest na starciu między Lakończykami, a Ruchem Oporu. Obcych i ich technologii nie ma za wiele, jest za to atmosfera konspiracji, walki i oporu, a także konfliktu między ludźmi i ich celami.

Tom automatycznie na tym zyskuje, a padający trup, dotykający też zdawałoby się „święte krowy” tylko pomaga, nadając akcji nieprzewidywalności oraz dramatyzmu.

O ile poprzednie dwa tomy były dla mnie mocnym rozczarowaniem i świadczyły o tym, że cykl zatraca się i mocno leci w dół, tak ten uratował dla mnie tą serię. Więcej: pod wieloma względami uważam go za jeden z najlepszych w całym zbiorze. Aczkolwiek niestety nie dorównuje pierwszym dwóm.

Grecki okręt wojenny:

Ocena: 8/10

Kolejny Osprey, tym razem traktujący o słynnych trierach (zwanych też triremami), greckich, wiosłowych okrętach wojennych. W krótkiej, przystępnej formie mamy tu omówione wszystkie, główne zagadnienia związane z tego typu jednostkami: ich budowę, rekrutację i życie załogi, sposoby wykorzystania w bitwie… Mimo niewielkiej objętości książka jest bardzo szczegółowa, omawia temat dogłębnie, włącznie z rodzajami używanego na kadłuby drewna.

W odróżnieniu od pozostałych traktujących o Grecji ta książka okazała się bardzo ciekawa. W szczególności uderzający jest techniczny prymitywizm i brak wyrafinowania tych okrętów. Z jednej strony mamy więc lud znany z żeglarstwa, a z drugiej statki budowane wedle najbardziej łopatologicznych metod, wykonane tak, że ledwie pływają i żeglarzy, którzy boją się stracić ląd z oczu…

Nie licuje to z powszechnym wizerunkiem Greków, jako ludu wynalazców i filozofów. Niemniej jednak właśnie z tego powodu jest to ciekawe.

Hoplita grecki:

Ocena: 7/10

Pamiętacie jak byłem zły, bo zwiedzający ukradli mi w pracy książkę? To właśnie o tej pisałem (i musiałem ją kupić ponownie). Pozycja traktuje oczywiście o hoplitach: greckiej, ciężkozbrojnej piechocie, która w okresie klasycznym była podstawą sił zbrojnych takich państw-miast, jak Ateny, Sparta czy Teby.

Lektura ta nie była dla mnie szczególnie ciekawa: pozycja w dużej mierze jest powtórzeniem tego, co napisano już w Armii Spartańskiej oraz w Wojownik Spartański. Niemniej jednak w tym tomie mamy do czynienia z szerszym spojrzeniem na temat, dotykającym także innych państw-miast.

Trochę budzi zgorszenie fakt, że autor wciska ciemnotę, gdy dochodzi do kwestii homoseksualizmu, który jego zdaniem miał „nie być w Grecji powszechny”. Faktycznie dawna Hellada nie była homoseksualnym rajem, jak to czasem piszą lewicowi ideologowie, jednak akceptacja takich zachowań oraz ich powszechność były bardzo duże, znacznie większe niż w wieku XIX i znacznej części XX.

Oprawa graficzna tomu nie zawodzi, aczkolwiek widać, że nie jest to najnowsza pozycja. Mimo to może ona budzić pewne kontrowersje, a nawet obrzydzenie niektórych osób. Gołe, męskie tyłki świecą bowiem na połowie ilustracji.

Inaczej o średniowieczu:

Ocena: 9/10

Książka mogłaby być też zatytułowana „niektóre powody, z których nie lubię Francuzów”.

Jest to długi felieton mediewisty, w którym rozprawia się z popularną, ale też niestety żywą nawet i w kręgach akademickich wizją średniowiecza jako epoki ciemnoty, głodu, wojen, plag, okrucieństwa, barbarzyństwa i zniewolenia. Celnie wylicza błędy w tego typu myśleniu, punktując zmiany w ustrojowe, jakie dokonały się w czasie oraz liczne przeobrażenia, które od niedawna wyciągamy na świat.

Wadą książki jest fakt, że jest ona nakierowana na francuskiego czytelnika i związana z francuską specyfiką. W Polsce nie było wielu zjawisk o których pisze autor, jak potępienia dorobku średniowiecza czy niszczenia zabytków, bowiem zostały one uznane za nic nie warte (Francuzom po dziś dzień zdarza się zresztą rozwalać np. kościoły romańskie). U nas takie rzeczy działy się głównie rękami zaborców (albo dotyczyły zabytków nowożytnych), sama epoka natomiast, jako okres świetności państwa polskiego cieszyła się sporą estymą.

Mimo to umieściłbym tą pozycję wysoko na liście lektur obowiązkowych pasjonatów historii.

Szkoda tylko, że ani nie jest ona wznawiana, ani łatwo dostępna. Nawet na Allegro pojawia się rzadko, a kwot jakich ludzie za nią żądają raczej nie jest warta.

Jak czytać obrazy:

Ocena: 9/10

Książkę kupiłem, by mieć jakąś pigułkę wiedzy, która powiedziałaby mi, co ja właściwie robię w mojej pracy. Jest to niewielki albumik, zawierający reprodukcje 50 znanych (ale nie oklepanych) obrazów oraz ich omówienie. Książeczka próbuje nas nauczyć, na co zwracać uwagę, by rozumieć sztukę: zarówno tą klasyczną, jak i nowoczesną…

Jeśli chodzi o tą ostatnią, to nie poprawiła ona specjalnie mojej opinii o niej.

Kupiłem ją, by dostać taką niedużą pigułkę podstawowej wiedzy, która usystematyzowałaby to, co gdzieś tam z boku usłyszałem od różnych ludzi. I faktycznie coś takiego dostałem. Temat co więcej okazał się niezmiernie fascynujący. Może nie na tyle, bym nagle zaczął kupować albumy z reprodukcjami oraz podręczniki do historii sztuki. Bardziej w ten sposób, w jaki interesujący okazuje się jakiś żuk pokazany w programie przyrodniczym.

Prawdę mówiąc nie jestem specjalnym miłośnikiem ani sztuki, ani jej historii, a moja wrażliwość jest w tym temacie niewielka. W efekcie trudno mi oceniać tą pozycję. Niemniej jednak autorce udało się pokazać, że o temacie można mówić interesująco, pokazując wiele ciekawostek i szczegółów, a sama tematyka warta byłaby poznania.

Gdybym był innym człowiekiem, to prawdopodobnie zachęciłaby mnie do głębszego zajęcia się tematem. Niestety jestem jaki jestem i bardziej niż zawiłości estetyki frapują mnie teoretyczne aspekty średniowiecznego rozwalania głów i budowania fortun.

Jak czytać zamki?

Ocena: 10/10

Książka popularnonaukowa i album architektoniczny w jednym. Pozycja traktuje o budowaniu zamków w różnych regionach (koncentruje się oczywiście na Anglii, jednak mamy do czynienia też z bardzo bogatym przekrojem zamków kontynentalnych oraz pochodzących z innych stron świata, w tym także i spoza Europy), czasach i potrzebach.

Książka skupia się na różnych detalach architektonicznych, jak rozmieszczenie pokoi mieszkalnych i pomieszczeń gospodarczych, różnych typach sprzętów oraz umocnień. Poznajemy też najogólniej różne mody, jakie panowały w budownictwie zamkowym na przestrzeni wieków oraz różnych ich typach. Całość jest bogato ilustrowana rysunkami poglądowymi, które pozwalają łatwo wyobrazić sobie o czym mowa.

Przy okazji otrzymujemy też omówienie rozmaitych zamków nietypowych: budowanych jako więzienia, dla celów propagandowych lub też raczej jako rezydencje, niż warownie, a także potworki, w rodzaju zamku zbudowanego tak, żeby można było w sądzie udowodnić, że nie jest to fortyfikacja, tylko zwykły dom z fosą, murem obronnym i wieżami, albo inny, w którym mieszkało sześć zwaśnionych ze sobą i mocno rozgałęzionych rodów, uprawiających architektoniczną samowolkę…

W efekcie dostajemy zarówno wielką pigułę wiedzy, jak i bardzo ciekawą lekturę, a także ogromny zbiór ciekawostek i kuriozów. To jedna z najlepszych książek popularnonaukowych, jakie kupiłem (a w tym roku mam do nich szczęście). Prawdopodobnie wrócę jeszcze do tej lektury i to kilka razy, bowiem to naprawdę świetna pozycja.

Jedwabne szlaki:

Ocena: 4/10

Jest to książka dla dzieci, oparta na publikacji tego samego autora, noszącej ten sam tytuł. Trafiła do mnie trochę przez przypadek: zmylił mnie właśnie tytuł oraz kolorystyka okładki, przez co nabyłem ją, zamiast jej doroślejszej kuzynki.

Ta pomyłka nie ma jednak związku z moją oceną.

Po prostu uważam tą książkę za słabą.

Jak można dowiedzieć się z przedmowy publikacja ta stawia sobie bardzo trudne, a wręcz niewykonalne zadanie: próbuje nie tylko połączyć dzieje świata w jedną, spójną całość, ale też przedstawić w sposób przystępny dla dzieci. Niestety wychodzi z niej dokładnie to samo, co z wszystkich takich prób: chaotyczny zbiór niepowiązanych ze sobą dat i faktów. Treść książki wygląda mniej więcej tak: „753 rok przed naszą erą: legendarna data założenia Rzymu. W tym czasie w Chinach uprawiano ryż, a w Meksyku puszczano po wodzie kaczki.” Oczywiście stosuję tu hiperbolę, ale właśnie mniej-więcej taką wartość poznawczą książka sobą reprezentuje.

Powód jest prosty: historia odległych miejsc nierzadko na siebie nie oddziaływała. Przykładowo: tak samo, jak na historię Polski w zasadzie nie miał wpływu np. upadek królestwa Aragonii albo Księstwa Burgundii (a większość osób, nawet nie wie o ich istnieniu), mimo że były nam geograficznie bliżej niej niż wymienione trzy.

W efekcie książka ta mnie nie oczarowała. Przeciwnie: wywołała we mnie wrażenie zamętu i chaosu, z którego nic nie wynikało. Nie sprezentowałbym jej młodemu czytelnikowi.

Jeździec Karolingów 786-987:

Ocena: 8/10

Pierwszy z nowej transzy Osprejów*. Tym razem pozycja traktuje o konnych wojownikach Karola Wielkiego i innych królów wczesnośredniowiecznej Francji. Tom teoretycznie ma opowiadać o wojowniku, faktycznie bardziej skupia się na życiu codziennym, co samo w sobie też jest ciekawe. Autor rozprawia się z wieloma mitami, które dominowały w tradycyjnej historiografii (dominacja ciężkiej jazdy w czasach karolińskich, silne wykorzystanie strzemion), a które okazały się nie mieć uzasadnienia w świetle współczesnych znalezisk archeologicznych.

Na wspomnienie zasługują też ilustracje. Akurat w tym tomie znajdują się jedne z lepszych, jakie w omawianych wydawnictwach widziałem. Dynamicznych, z wyraźnymi konturami i dużym nasyceniem barw.

Ogólnie: bardzo dobry przypadek, z którego zakupu jestem zadowolony.

Kapelusz pełen nieba*:

Ocena: 7/10

Drugi tom pod-cyklu o Tiffany Obolałej, oraz ostatni tom Świata Dysku, którego zarówno wcześniej nie czytałem, jak i nie miałem do tej pory w kolekcji. I szczerze mówiąc nie było warto. Bowiem to właśnie jest ta książka, którą mógłbym nazwać „najbardziej generycznym Pratchettem”.

Tiffany staje więc przed kolejnym konfliktem z gatunku Nowoczesność vs. Tradycja, oraz z typowo Pratchettowskim potworem: Ulnikiem (taką żywą ideą szukającą nośnika), wchodząc w kolejny Pratchettowski konflikt na poziomie jednostka vs. instytucja i wolność vs. tyrania. Żadna z tych rzeczy nie zawiera ani jednej myśli innej, niż te, które pojawiają się we wcześniejszych lub późniejszych książkach, a rozwiązanie też już jakbym gdzieś widział…

Ogólnie: podobnie jak Nacja książka ta zapewne mogłaby się podobać komuś, kto dopiero zaczyna przygodę z twórczością pisarza. Niemniej jednak dla kogoś, kto przeczytał wszystkie (lub przynajmniej większość) Pratchettów to nie będzie porywająca lektura.

Zupełnie, jakby nie miał pomysłu, albo coś takiego…

*Przyjemności kupowania książek z drugiej ręki: w tej znajdowała się karteczka „Dla Kochanie. Czytaj”. Coś czuję, że nie była to miłość do grobowej deski.

Kobold Guide to Game Design:

Ocena: 4/10

Kilka lat temu napisałem, że moim zdaniem gry fabularne są o 20 lat do tyłu i z boku w stosunku do całej reszty świata gier, za co sporo osób się na mnie obraziło. Jeśli oprzeć by swe wrażenia wyłącznie na tej książce, to należałoby powiedzieć, że byłem wówczas nadmiernie optymistyczny.

Publikacja ta jest zbiorem esejów o tym, jak pisać gry fabularne, stworzonych przez tuzy światka tychże (w większości wywodzące się spośród twórców Dungeons and Dragons). Czytamy tutaj więc teksty takich postaci jak Ed Greenwood (twórca settingu Forgotten Realms), Monte Cook (jeden z głównych autorów trzeciej edycji systemu), Keith Baker (twórca Eberronu), Rob Heinsoo (jeden z głównych twórców czwartej edycji) i kilku innych, mniej znanych.

Czytając książkę możemy dowiedzieć się wielu ciekawostek, z których niektóre faktycznie mogą okazać się pomocne (np. że WotC balansując grę celuje, by normalnie zdawalność testów wynosiła 50%, 40% gdy gra ma być bardzo grin and gritty, a gdy ma być bardzo heroic to 60%… prócz tego uśrednione wyniki rzutów na kostkach, ale już bez informacji o krzywej gausa i nierównym rozkładzie prawdopodobieństwa przy użyciu puli kości, oraz koncepcja „mechanik kluczowych”, na tym ciekawe dane się jednak kończą). Większość to jednak informacje w rodzaju tego, przy jakiej piosence najlepiej pisze się Monte Cookowi („Moonlight Shadow” Mike Olifield’a) i inne banały.

Do tego dochodzi wiele bzdur, od których niekiedy człowiek zaczyna się zastanawiać, czy panowie autorzy w ogóle mają oczy (Pathfinder jako zwięzły system, Advanced Dungeons and Dragons jako przykład nieskomplikowanej mechaniki). Greenwood w ogóle pisze nie na temat. Bardziej wychodzi mu tekst o tworzeniu miast i dungeonów rodem z jakiejś Magii i Miecz, niż o grach… Atmosfera odrealnienia przybiera pełnię siły dopiero w momencie, kiedy panowie zaczynają gadać o cRPG i grach MMO. Widać od razu, że nie znają ich nawet ze słyszenia…

Na tym tle esej Monte Cooka o tym, że nikt nie zdefiniował jeszcze, co to znaczy „balans” (co ciekawe w poprzednich trzech książkach o game designu były spójne definicje „balansu” i „sprawiedliwości” zasad) i w sumie dobrze, bo gry fabularne balansu nie potrzebują nie brzmi nawet jak kpina…

Wiecie co jest najśmieszniejsze w tym wszystkim? Że ci goście od gier komputerowych, których książki od jakiegoś czasu sobie czytam mieli wiele ciekawsze spostrzeżenia na temat gier fabularnych i samego Dungeons and Dragons, niż autorzy odpowiedzialni za ukształtowanie tego systemu, zatrudnieni u jednego z największych wydawców gier fabularnych na świecie.

Kocioł:

Ocena: 8 – 2 za starość / 10

Stara powieść military / political fiction traktująca o wojnie między Polską, Wielką Brytanią i USA, a blokiem państw europejskich pod wodzą Francji i Niemiec.

W pierwszej kolejności należy powiedzieć, że książka została napisana już dość dawno temu, bo na przełomie lat 80-tych i 90-tych, w czasach, gdy świat wyglądał inaczej, a ludzie mieli inne o nim wyobrażenia i lęki związane z przyszłością. Akcja toczy się natomiast pod koniec dekady. Tak więc Polska nie jest jeszcze częścią ani NATO, ani Unii Europejskiej, kupiła sporo amerykańskiego sprzętu, jednak jest to inny sprzęt, niż nabyliśmy w rzeczywistości. Na naszym kontynencie kwitną natomiast kryzysy i nacjonalizmy, a Rosja gospodarczo nieistnieje. Pełno w niej także kulturowych stereotypów, przy czym ponownie są to stereotypy z innej epoki (np. we Francji nacjonaliści prześladują biednych, muzułmańskich emigrantów).

Fabuła rozkręca się raczej powoli, ale gdy to następuje dostarcza satysfakcjonującej porcji strzelanin, wybuchów i bohaterskiego poświęcenia. Pod względem intelektualnym nie jest to lektura, która zostawiłaby w człowieku jakąś głębszą myśl, ale ogólnie rzecz biorąc stanowi ona dobrą rozrywkę na kilka długich, jesiennych wieczorów.

Dla mnie jednak ciekawszym było śledzenie, jak zmienił się przez te lata świat i wyobrażenia o nim. Żyjemy dziś na zupełnie innej planecie, niż autor Kotła.

Kolor magii:

Ocena: 8/10

Pierwszy i chyba jeden z najsłabszych „Światów dysku”, powrót czytelniczy po prawie dwudziestu latach. Na szczęście słaby Pratchett nadal wciąga nosem większość swojej konkurencji.

W tym tomie po raz pierwszy spotykamy wielkiego maga, lingwistę, obieżyświata i surwiwalistę Rincewinda, który, w towarzystwie prekursora ruchu turystycznego Dysku i jednocześnie mimowolnego sprawcy wielkiej, światowej rewolucji społecznej: Dwukwiata wyrusza na pierwszą, ze swych sławnych podróży…

Kolor magii” dość poważnie różni się od późniejszych tomów „Świata dysku”, jest bardziej parodią fantasy, takiej, jaką była w latach 80-tych, gdy powstawał, a nie niezależną, satyryczną książką. Mamy tu więc dużo naśmiewania się z Conana, Zobaczyć Lankmark i Umrzeć czy Elryka, a niewiele jeszcze charakterystycznych dla przyszłego Dysku elementów, albo krytyki społecznej. To dopiero ma nadejść.

Niemniej jednak, gdy przeczytałem pierwsze kilkadziesiąt stron zastanawiałem się „jak mogłem zapomnieć, że ta książka jest fenomenalna”. I faktycznie, była bardzo dobra. Niestety późniejsze strony trochę straciły poziom, schodząc w kierunku prozy nadal dobrej, ale ciągle jeszcze wymagającej rozwinięcia przez autora talentu.

Niemniej jednak nie żałuję tej lektury. Wręcz przeciwnie, była ona niezwykle odświeżająca.

Kondotierzy 1300-1500: Niesławni włoscy najemnicy:

Ocena: 8/10

Po stylistyce okładki łatwo rozpoznać, z czym mamy do czynienia. I tak, jest to następny Osprey. Tym razem traktuje on o Kondotierach, zawodowych dowódcach najemników, którzy na przeszło trzy stulecia zdominowali italską sztukę wojenną.

Lektura jest bardzo ciekawa, bowiem dotyka wyjątkowo barwnego okresu i rodzaju wojska. Tak więc Kondotierzy po prostu zgarniali z całego kontynentu zawodowych żołnierzy, często rekrutując każdego, kto miał dobrą opinię, kombinując armię ze szwajcarskich pikinierów, włoskich kuszników, arabskiej, tureckiej i bałkańskiej lekkiej jazdy, angielskich łuczników, niemieckich rycerzy…

Wszystko to wymieszane było z włoskich, proto-renesansowym, systematycznym podejściem i próbami stworzenia z tego naukowej systematyki. Oraz okraszone ogromnymi sumami pieniędzy najbogatszego regionu Europy (sam Mediolan miał większe, roczne dochody, niż całe Cesarstwo Niemieckie). Razem daje to strasznie interesujący okres, który doskonale nadawałby się na setting do gry fabularnej.

Konkwistador 1492-1550

Ocena: 5/10

Jak widać jest to następna książeczka z wiadomego wydawnictwa zajmującego się publikowaniem albumowych pozycji popularno-naukowych. Niestety tym razem należy ona do publikacji starych, a co za tym idzie kiepsko ilustrowanych. Nie jest to grzech, którego bym nie wybaczył, gdyby treść była wysokiej jakości.

Jeśli chodzi o tą ostatnią, to spodziewałem się, jak w większości książek z serii Warrior omówienia „jednostki”, jej wyposażenia, zwyczajów, taktyki, pochodzenia żołnierzy etc. Otrzymałem natomiast bardzo skrótowy i lekko fabularyzowany opis podboju Meksyku (inne działania konkwistadorów pominięto). O ich ekwipunku czy metodach działania jest niewiele. Wychodzi więc, że to trochę nie na temat. Wybaczyłbym, gdyby ilustracje były ładne.

Niestety, jako, że zarówno ilustracje, jak i treść mają taką sobie, to mamy deadly combo.

Królowie Dary:

Ocena: 6/10

W innych okolicznościach potraktowałbym tą książkę w sposób bardziej wyrozumiały (co nie zmienia faktu, że niezbyt mi się ona podobała i uważam ją nawet nie za średnią, co raczej średniacką), ale niestety, lektura takich utworów, zaraz po tym, jak człowiek naczytał się Pratchettów jest jak cios w mordę.

O książce tej słyszałem wiele dobrego, w szczególności, że jest to „oryginalne fantasy gdzie technologia zastępuje magię”.

Otóż: zacznijmy od tego, że Królowie Dary nie są powieścią fantasy, a mam też poważne wątpliwości, czy stanowią powieść w ogóle. Powodem, dla którego mam wątpliwości co przynależności gatunkowej Królów Dary jest niechronologiczna fabuła. Pod wieloma względami książka ta przypomina bardziej zbiór przypowieści, legend lub baśni, w rodzaju Księgi Tysiąca I Jednej Nocy, niż powieść. W książce bowiem pojawiają się dziesiątki postaci, z których część związana jest z naszymi bohaterami, a inni po prostu żyją w tych samych czasach. Mają one swoje przygody, jednak ani bohaterowie nań nie oddziałują, ani też oni nie oddziałują na bohaterów. Tak więc śledzimy jeden wątek, nagle następuje przerwa, akcja przenosi się tysiące kilometrów dalej i dowiadujemy się, że tam ktoś żył, o kim przez – powiedzmy – 400 stron powieści nic nie wiedzieliśmy. Przez jakiś czas o nim czytamy, potem ten ktoś albo znika bez śladu i wpływu na fabułę, albo nie…

Jeśli chodzi o przynależność do gatunku fantasy, to moje wątpliwości wynikają z tego, że rzeczona książka nie spełnia naczelnego postulatu fantastyki. Ten brzmi:

Pisać o tym, czego nie ma tak, jakby istniało naprawdę.

Oznacza to, że powieść fantasy, mimo że pełna jest obiektów, których nie ma w naszym świecie zachowuje jednocześnie realizm psychologiczny zdarzeń oraz taki ciąg zdarzeń przyczynowo-skutkowych. Mogą się w niej pojawiać nadludzkie moce, potwory, bogowie i herosi… Jednak nadal są oni opisywani w sposób realistyczny.

Tutaj realizm zdarzeń wygląda tak:

(Bohaterowie w dwie osoby szturmują zamek) W zamkowym garnizonie znajdowało się dwustu ludzi. Tamtego dnia Mata zabił stu siedemdziesięciu trzech, pozostałych dwudziestu siedmiu pokonał Phin Zyndu.

I należy zauważyć, że ciągle mówmy tu o zwykłych ludziach, a nie jakichś półbogach.

Jeśli chodzi o realizm psycholochologiczny: głównym bohaterem jest Kuni Garu, człowiek który strasznie mi się nie spodobał, bo aż za dużo takich znam z reala (gdzie też mnie wkurwiają). Zaczyna on książkę jako taki typowy przedstawiciel złotej młodzieży, który zamiast uczyć się pije. Potem, by wywrzeć wrażenie na swej wybrance serca znajduje pracę w administracji okupującego jego kraj państwa, w rezultacie czego zaczyna budzić ogólny szacunek, bowiem zajmuje się organizowaniem zsyłek na roboty przymusowe. Skazańcy go jednak lubią, bowiem „rozmawia z nimi czasem i nie każe zakuwać w łańcuchy”, ponadto, w odróżnieniu od innych kolaborantów, nie bierze w niewolę członków bogatych rodzin, by wymusić na ich krewnych okupy (zsyła tylko biedaków, łaskawca jeden). Potem, gdy pewnego dnia więźniowie mu pouciekali, nasz bohater, któremu za fakt ten grozi kara śmierci, postanawia najpierw zostać bandytą, a potem dołączyć do rebelii przeciwko cesarzowi. Następnie, gdy rebelia wygrywa, ale cały czas nie zapanowuje sprawiedliwość słuchamy, jak nagle zaczyna gadać o tym „czy po to przelewaliśmy krew?”, „gdzie się podziały nasze ideały?”.

Nie widać tu żadnej konsekwencji.

Ogólnie to czyta się to momentami jak propagandową laurkę dla Chińskiej Republiki Ludowej.

Jeśli chodzi o same zjawiska niezwykłe: w tym przypadku sterowce, unoszące ludzi latawce, łodzie podwodne i cudowna, ziołowa mikstura rozmiękczająca kamienie, to nie pełnią one funkcji normalnego elementu świata przedstawionego, jak w fantasy, tylko bardziej omenów, uzasadniających moralną wyższość bohatera i baśniowych instrumentów fabularnych. Takie jak w baśniach, gdzie np. Zły Brat spotyka żebraka i go ignoruje, a dobry brat daje mu miedziaka, i odkrywa, że jest on dobrym czarodziejem w przebraniu, od którego dostaje magiczny stoliczek i kije-samobije. Tak samo tutaj: dobrze potraktowana starowinka okazuje się znać sekret rozmiękczania kamieni, a żebrak: budowniczym okrętów powietrznych.

Nie podoba mi się też język, pełen kalek z angielskiego i balduryzmów. Czytamy na przykład taki opis stracenia:

Jakże prosto stali przed swoimi egzekutorami.

Otóż: w Polsce można być co najwyżej egzekutorem długów. Ludzi zabija natomiast kat albo oprawca. Owszem, istnieje angielskie słowo executioner, ale jest to tak zwany false friend i nie jest ono synonimem egzekutora. Ten ostatni owszem, przeprowadza egzekucje, ale nie skazańców, a wyroków sądów w sprawach majątkowych… Może więc np. ściągnąć dług, albo pilnować wykonania spadku…

Krucjaty w basenie Morza Bałtyckiego:

Ocena: 8/10

Osprey traktujących o wyprawach krzyżowych przeciwko Prusom, Litwinom, Łotyszom i Rusinom. Traktuje o sztuce wojennej Skandynawów, Zakonu Krzyżackiego oraz wymienionych ludów tubylczych. Natomiast o samym przebiegu walk jest stosunkowo niewiele (co nie dziwi, gdyż były one chaotyczne i długotrwałe, trudno też w nich odnaleźć jakiś porządek).

Nie wiem dlaczego, ale ta pozycja wydała mi się dużo lepsza i ciekawsza od pozycji traktujących o Grekach. Być może tematyka jest bliższa sercu, aczkolwiek podejrzewam, że chodzi raczej o bogatszy arsenał i większą złożoność tematu. Oraz fakt, że tematyka z jednej strony dotyka trochę naszej historii, a z drugiej traktuje o wydarzeniach o których rzadko się wspomina.

Ogólnie: bardzo dobra pozycja traktująca o interesującym temacie oraz wyjaśniająca go w przystępny sposób. Czyli to, co w tej serii najbardziej lubię.

Kuchnia królów Polski:

Ocena: 8/10

Następny, wieloletni lokator kupki wstydu. Jest to książka kucharska sygnowana przez szefa kuchni i odtwórcę historii, inspirującego się kuchnią zamku w Malborku (który, od upadku zakonu krzyżackiego stał się polskim zamkiem królewskim i wielokrotnie naszych królów gościł). Zawarte w niej przepisy są inspirowane kuchnią średniowieczną, ale na dobrą sprawę nasi władcy wielu z nich nie mogli jeść, bowiem często zawierają składniki, których nie mogli posiadać (np. ziemniaki).

Same przepisy w dużej mierze wyglądają na dość proste, aczkolwiek trudno powiedzieć, żeby były tanie, co więcej używają dość wyszukanych i kosztownych składników (raki, złoto spożywcze, drogie gatunki mięs), niemniej jednak są ciekawe. Sporo tu rzeczy, które można by podać miłośnikom wyszukanej kuchni.

Znów, jak kilka razy pisałem: jeśli kogoś interesuje tematyka, albo szuka inspiracji do powieści fantasy lub czegoś podobnego, to polecam, gdyż daje pewne wyobrażenie.

Kulinarne tradycja Korei:

Ocena: 7/10

Od razu powiem, że Kulinarne tradycje Japonii tej samej autorki w swoim czasie bardziej przypadły mi do gustu. Nie zmienia to faktu, że książka wydaje się kompetentnie napisaną historią kuchni koreańskiej od czasów najdawniejszych po współczesność. Znajdziemy w niej też wiele barwnych fotografii oraz kilka ciekawych przepisów, jednak główną wartością jest właśnie aspekt kulturowo-historyczny.

Niestety ten właśnie, mimo z całą pewnością wysokiej wiedzy merytorycznej autorki niezbyt mi przypadł do gustu. O ile bowiem lubię czytać o historii kuchni, tak w wypadku Korei ta niezbyt mnie zaciekawiła. Pod tym względem choćby wymienione już Kulinarne tradycje Japonii czy przytaczane niżej Tradycje kulinarne Chin wypadają zdecydowanie lepiej.

Lancknechci (1486-1560):

Ocena: 8/10

Tym razem poznajemy dzieje jednej z najbardziej charakterystycznych jednostek wojskowych przełomu średniowiecza i wczesnej nowożytności: słynnych, niemieckich żołnierzy zaciężnych.

Zawartość książeczki jest łatwa do odgadnięcia dla każdego, kto miał już styczność z serią wydawniczą, albo czytał wcześniejsze raporty z lektury: geneza powstania, historia, szczegóły stroju i uzbrojenia, ważne bitwy, przyczyny schyłku formacji… Do tego dochodzą życiorysy dwóch najemników, których losy okazały się możliwe do prześledzenia.

Jak zwykle w środku znajduje się kilka kolorowych plansz. W tym akurat tomie są one raczej dobre. W serii były już lepsze, co nie znaczy, że można na nich z przyjemnością zawiesić oka (oprócz obrazka o lancknechtach rabujących wioskę… W nim jeden z żołnierzy ma tak głupią minę, że psuje całość).

Ps. Ciekawostka. Ogólnie to w literaturze trwa spór, czy lancknechci swą nazwę zawdzięczają temu, że byli to „knechci z lancami”, czy faktowi, że rekrutowano ich z ludności Niemiec („knechci krajowi” od „land” czyli „kraj”) czy też temu, że byli piechotą i chodzili po ziemi („land”), w odróżnieniu od kawalerii (rittern – „jeźdźcy”).

Legionista rzymski:

Ocena: 8/10

Punkt ten będzie zbiorczą recenzją następujących pozycji wydawnictwa Osprey:

    • Legionista Republiki Rzymskiej 298-105 przed Chrystusem
    • Legionista Rzymski 109-58 przed Chrystusem
    • Legionista Rzymski 58 przed Chrystusem – 69 po Chrystusie
    • Legionista Rzymski 69-161
    • Legionista Rzymski 161-284
    • Legionista Rzymski 284-337

Bo nie widzę tu sensu rozdrabniać się na każdą z nich z osobna. Wymienione pozycje traktują o kolejnych fazach rozwoju legionów rzymskich. Począwszy od obywatelskiej armii, która chroniła Republikę, przez jej przeobrażenie w zawodowe siły wojskowe w trakcie Reformy Mariusza, na jej okresie szczytowego rozwoju za cesarza Augusta i stopniowym upadku.

Treść poszczególnych książek różni się tylko subtelnościami: szczegółami wyposażenia, treningu czy organizacji, co nie zmienia faktu, że czyta się je i analizuje bardzo ciekawe. Twórcom udało się uniknąć nudnego powtarzania informacji, a udało przedstawić się je w sposób pozwalający z zainteresowaniem śledzić przemiany.

Jeśli chodzi natomiast o ilustracje to te są dziełami Angusa McBride, generalnie uznawanego za najlepszego z rysowników zatrudnianego przez Ospery oraz Sean’a O’Brogain-a, który w niczym mu moim zdaniem nie ustępuje.

Lewes i Evesham 1264-1265: Szymon z Monford i Wojna Baronów:

Ocena: 7/10

Osprey z cyklu Campaing traktujący o niezbyt istotnej i niezbyt ważnej kampanii, posiadającej jak się okazuje spore znaczenie dla tożsamości narodowej Anglików. Ja osobiście nigdy o nich nie słyszałem, co było jedną z przyczyn nabycia tej książki. Drugą była chęć zapoznania się z jakimś skrótowym omówieniem angielskiej wojskowości przed wojną stuletnią i epoką długiego łuku.

Ogólnie: w zasadzie pierwsze zdanie opisuje książkę.

Sama treść nie jest zbyt ciekawa, opisuje dwie kampanie, które raczej trudno nazwać decydującymi dla losów świata, w których zwycięzcy okazali się raczej mniej nieudolni od przeciwnika, niż zdolniejsi czy przebieglejsi. Aczkolwiek kilka pomysłów z okresu kontrofensywy sił królewskich (np. pomysł sformowania rycerskich szwadronów śmierci, które miały przebić do przywódców buntu i ich wykończyć) faktycznie jest ciekawych i wartych zapamiętania.

Moje kontrowersje budzi natomiast pomysł odwzorowywania tego, jak bitwy musiały przebiegać na podstawie obecnego ukształtowania terenu. Bo oczywiście, jak wiadomo rzeki płyną ustalonymi, żelbetonowymi rynnami, nie zmieniając koryta, stoki zbocz nie ulegają erozji, a drzewa nie zarastają łąk, ani też się ich nie wycina…

Macedoński piechur:

Ocena: 7/10

Ponownie Osprey, tym razem traktujący o dokonaniach, genezie i rozwoju podstawy armii macedońskiej: wzorowanych na Greckich, lecz nieco ulepszonych, zbrojnych we włócznie piechurach.

Ogólnie historia jest trochę jak ze starego sword and sorcerry: lud z pogranicza, uważany za barbarzyński, składający się głównie z górskich pasterzy, nawykłych do porzucania rodzin i długich wędrówek, jego wielki reformator, pomysł na dwukrotne wydłużenie włóczni i militarna dominacja…

Sama treść książki nie jest szczególnie porywająca: jakoś średnio mi pasuje atmosferą ta cała Grecja, a co więcej analiza dorobku materialnego, dokonywana w tej książce jasno świadczy o tym, że prymitywizm wychodził tam z każdego zakątka (np. armie greckie miały specjalnie wyznaczonych żołnierzy, których zadaniem była ciągła opieka nad palącą się lampką oliwną, bo nie znano sensownego sposobu rozniecania ognia w terenie). Tak więc: znów ocena średnia.

Machiny wojenne: Zapomniana technika wojskowa:

Ocena: 10/10

Wydana prawie 20 lat temu, ilustrowana książka popularnonaukowa traktująca o machinach oblężniczych, począwszy od wież oblężniczych i taranów, po mosty desantowe, balisty, manubalisty, kusze wałowe, katapulty barobalistyczne, wykorzystujące przeciwwagę i sprężystość drewna, po pluteje i prażnice.

Treści nie ma zbyt wiele, jednak jest ciekawa, skupiona głównie na konkretach i zawiera całkiem sporo, prawdopodobnie brzmiących ciekawostek (w tym wzór pozwalający obliczać donośność machiny miotającej) oraz nieco tła historycznego i użytkowo-praktycznego (w tym informacje na temat donośności oraz wagi współczesnych rekonstrukcji machin).

Główną zaletą książki jest jednak masa ilustracji, zarówno będących fotografiami rekonstrukcji i modeli, jak i przedrukami ilustracji z traktatów, czy też wreszcie współczesnych obrazków poglądowych, w kolorze i ze szczegółami.

W skrócie: gdybym ciągle był w wieku licealnym, ta byłaby jedną z moich ulubionych.

Manzikert: Złamanie potęgi Bizancjum:

Ocena: 7/10

Książeczka traktuje o jednej z najważniejszych bitew w dziejach: starciu między podówczas upadającą już, ale nadal znaczącą potęgą, jaką było Bizancjum, a stopniowo rosnącymi w siłę Turkami. W zasadzie roztropna taktyka Bizantyjczyków powinna dać im zwycięstwo. Niestety tak nie było: próba wycofania się na noc do obozu zmieniła się w wybuch paniki, który doprowadził do totalnej rzezi oraz niewoli cesarza. Z efektów tej klęski państwo nie podniosło się już nigdy.

Wadą książki jest fakt, że bitwa, mimo iż ważna, jest słabo udokumentowana w źródłach. Wspominające o niej przekazy pisane były po latach, przez ludzi, którzy nie widzieli jej na oczy, a co więcej obrosły plotkami i mitami.

Efekt jest taki, że w książce pełno jest „może”, „prawdopodobnie” i „chyba”, a niewiele pewnych stwierdzeń. Utrudnia to jej odbiór, gdyż wychodzi na to, że w zasadzie nic o tym wydarzeniu nie wiemy.

Mroczna wieża: Roland:

Ocena: 10/10

Pierwszy tom cyklu. Jakoś do tej pory nie miałem okazji zabrać się za Mroczną Wieżę, gdyż zawsze miałem coś innego do czytania (a poza tym wolę tolkienowskie klimaty). Książka jest bardzo dziwna. Opowiada o tym, jak to Człowiek W Czerni ucieka przez pustynię, a ściga go rewolwerowiec. Świat, który przemierzają jest dziwaczny: są w nim zapyziałe miasteczka, ruiny technicznej cywilizacji, dzieciaki z innego świata, demony, czarnoksiężnicy i mutanci.

Narracja pod wieloma względami przypomina utwory Sapkowskiego, ale King rzadziej (lub prawie w ogóle) nie odwołuje się do poczucia humoru, za to dużo bardziej eksploatuje motywy grozy, dezorientacji, obrzydzenia oraz lowercraftowskiego horroru.

Ogólnie rzecz biorąc lektura ta wywarła na mnie piorunujące wrażenie i sięgnę po nią jeszcze zapewne kilka razy (najpierw jednak muszę skończyć ten cykl, a zamierzam go smakować powoli). Jej lektura była prawdziwą przyjemnością tak odmienna jest od większości tego co czytałem. Nie tylko w kwestiach świata przedstawionego, tworzonego tak, by było dziwniej (choć mam silne wrażenie, że wizja Kinga, w odróżnieniu od tej większości autorów New Weird trzyma się kupy… lub przynajmniej służy jakiemuś, estetycznemu celowi), ale też zastosowanych rozwiązań narracyjnych i stylu pisarskiego.

Dobra pozycja. Obok Szardrika chyba najlepsza, jaką czytałem w tym roku.

PS. Upiornie podoba mi się to powiedzonko „świat poszedł naprzód”. Używane jest w taki sposób: bohaterowie wędrują przez pustynie i dowiadujemy się np. że „kiedyś biegł tędy szlak dyliżansów, ale świat poszedł naprzód” i dyliżanse już tamtędy nie jeżdżą…

Muszkieter z zamkiem lontowym:

Ocena: 6/10

Trochę się pomyliłem z zakupem tej książki, myślałem bowiem, że będzie o tych muszkieterach od Dumasa, a okazało się, że traktuje o angielskich…

Książka przenosi nas do epoki w dziejach wojskowości, której nie lubię: wczesnej nowożytności. Tak więc śledzimy, jak armia z dobrze opłacanych i zmotywowanych ochotników zmienia się w ludzi, których zmusza się do służby za śmieszne pieniądze.

Po prostu: nie mieli pieniędzy, więc zmniejszyli żołd tak, że nikt nie chciał służyć (przykładowo za zdobycie sztandarów wroga żołnierzom wypłacano nagrodę w wysokości 8 pensów… Za pensa można było kupić dwie butelki piwa lub jedną prytę…). Tak więc wprowadzono prawo, że każdy okręg ma dostarczyć określoną liczbę żołnierzy. W efekcie więc władze zaczęły wysyłać do wojska ludzi, którzy sprawiali problemy: skazańców, włóczęgów, alkoholików…

Skończyła się epoka ochotników, srebra i przemocy. Zaczęła się epoka żandarmów, drakońskich kar i ludzi, którym łamano życia.

Niemniej jednak to akurat jest ciekawe. Mniej ciekawe są natomiast nieładne ilustracje oraz fakt, że książeczka traktuje temat dość nudno, jest nieco jałowa i bezpłodna.

Myśl tysiąckrotna:

Ocena: 7/10

Trzeci tom cyklu Książę Nicości, który to cykl niezbyt przypadł mi do gustu i raczej nie będę do niego wracał.

Po tomie drugim, w którym zrobiło się dość interesująco niestety książka wróciła do maniery z tomu pierwszego, to jest okropnego przegadania, skupieniu się na postaciach, które w sumie nie mają wiele do powiedzenia (Esmet, Achmanian) oraz możliwym udziwnianiu wszystkich nazw. Ogólnie to powieść byłaby dużo lepsza, gdyby pozbyć się tych postaci i skupić się wyłącznie na Kellhusie i postaciach z jego najbliższego otoczenia.

Byłaby też lepsza, gdyby leksykon nazw i pojęć, który zajmuje jej ostatnie 100 stron umieścić od razu w pierwszym tomie, a nie w ostatnim. Tym bardziej, że te są nader skomplikowane i tak naprawdę bez niego lekturze towarzyszy dezorientacja. Gdyby był w pierwszym tomie, to od razu rozumiałbym wszystkie subtelności i różnice, to, czym magia Gnozy różni się od magii Anagogii i tak dalej i tak dalej, to łatwiej byłoby mi wychwycić wszystkie subtelności lektury…

A tak…

Cóż, umiarkowanie mnie ona bawiła.

Post Scriptum:

Egzemplarz „Myśli tysiąckrotnej”, który został skasowany ze zbiorów Biblioteki Publicznej Miasta Warszawy. Tak się zdarzyło, że tkwiła w nim karta biblioteczna, z której wynikało, że książkę nabyto w roku 2007, skasowano w 2019. W tym czasie wypożyczono ją dokładnie jeden raz.

Mimo wszystko trochę to smutne.

Nacja:

Ocena: 7/10

Jest sobie alternatywna wersja Ziemi, na niej alternatywna wersja Pacyfiku, na którym znajduje się tytułowa Nacja, czyli duża, kamienna wyspa, na której żyje pewien tubylczy lud. Pewnego dnia wyspa i otaczający ją archipelag zostają zniszczone przez potężne tsunami. Niedobitki, jakie przetrwały gromadzą się nań, próbując odbudować swoje życie i społeczeństwo. Tubylcy i biali jednoczą siły, by przetrwać… Wpływ kultury tych drugich powoduje, że autochtoni muszą zrewidować i ponownie przemyśleć swoje spojrzenie na wiele spraw…

W zasadzie to mam mieszane uczucia co do tej książki. Pomijając utyskiwania na, które umieściłem już w innej notce jej największym problemem jest fakt, że traktuje dokładnie o tym samym, o czym traktuje pewnie z połowa książek Pratchetta: o konflikcie tradycji z nowoczesnością, konieczności ochrony tejże tradycji oraz wyznaczenia granic konserwatyzmowi…

Co więcej autor nie wysuwa tu żadnych, nowych wniosków. To książka, która mogłaby wręcz walczyć o tytuł najbardziej generycznego utworu Terrego Pratchetta i zająć drugie miejsce (kandydat na miejsce pierwsze opisany jest niżej).

Niemniej jest zręcznie napisana, a dla kogoś, kto wcześniej nie miał do czynienia z twórczą tego pisarza mogłaby wydawać się świeża.

Niedokończone opowieści:

Ocena: 8/10

Czyli opracowany przez Christophera Tolkiena zbiór notatek, esejów i utworów, nad którymi pracował jego ojciec, tym razem wydany w jednym tomie (istnieje też dwutomowe wydanie).

Większość treści zbioru stanowią szkice Upadku Gondolinu i opowieści o Dzieciach Hurina. Pierwszy utwór nie przypadł mi do gustu, bowiem całkiem niedawno przeczytałem sam Upadek i zwyczajnie było to masło maślane. Dzieci Hurina wydają mi się natomiast dość poważnie różnić od wersji ostatecznej, która wyszła kilka lat temu (albo ja nic z niej nie pamiętam). Jest to jednak bardzo interesujący utwór, straszna szkoda, że Tolkien nigdy go nie skończył. Awanturniczo-przygodowa konwencja, do tego antybohater i fatalizm, aż bije. Potwornie ponure, a przy tym nieprzegięte.

Później mamy kilka esejów i innych materiałów, o różnym stopniu przydatności. Mi do gustu przypadły informacje o Galadrieli oraz różne teorie na jej temat i różne wersje jej sojuszu z Feanorem, działania Nazguli w przededniu Władcy Pierścieni, opisy Palanthirów, a także eseje na temat czarodziejów. Ogólnie rzecz biorąc nie żałuje wydanych pieniędzy. Lektura późna, lecz przydatna.

Niemiecka piechota zmotoryzowana i grenadierzy pancerni w II wojnie światowej:

Ocena: 4/10

Chyba najnudniejszy Osprey, jaki czytałem, autentycznie żałuje wydanych na niego pieniędzy. O piechocie zmotoryzowanej dowiedziałem się bardzo niewiele, by nie powiedzieć, że zupełnie niczego.

Książeczka skupia się bowiem na kwestii umundurowania i jego przemian wraz z upływem czasu. Poza tym nie ma w niej prawie nic innego. A zmiany te też nie są fascynujące (tu dodano guzik, tam zmieniono materiał…).

Może modelarze i odtwórcy mieliby z niej pożytek. Dla mnie była to wyjątkowo nużąca i nieprzydatna do niczego lektura.

Niemiecki pionier 1939-1945:

Ocena: 8/10

Pionierzy to tzw. saperzy szturmowi, żołnierze wyszkoleni do usuwania przeszkód w trakcie walki, likwidacji umocnień i zdobywania fortyfikacji. Poza tym wykonywali typowe prace saperów, jak udrożnianie dróg, budowa przepraw, obozowisk i fortyfikacji…

Ogólnie rzecz biorąc przerąbane było być takim pionierem. Nie dość, że w normalnych okolicznościach na ich barki spadała ogromna ilość pracy, z której zwykli żołnierze byli zwolnieni, to dodatkowo w trakcie walki wykonywali bardzo niebezpieczne zadania. Co więcej, gdy wyznaczano im zadanie bojowe ich sekcje lub drużyny oddawane były pod rozkazy dowódców plutonów zwykłych strzelców, którzy nie dość, że często nie rozumieli specyfiki ich pracy, to jeszcze, nie chcąc ryzykować życia swoich żołnierzy traktowali ich jak mięso armatnie.

Niemniej jednak książeczka bardzo skutecznie przybliżyła mi zadania wyznaczane saperom w trakcie walki i ich funkcje. Jej lektura była pożyteczna i satysfakcjonująca.

Opowieści biblijne + Opowieści ewangelistów:

Ocena: 9/10

Jest to zbiorcze wydanie dwóch książek zebranych w jednym tomie. Stanowią one omówienie wybranych ksiąg starego oraz nowego testamentu. Pisane są w prosty sposób: najpierw historia biblijna, którą następnie autor konfrontuje z wiedzą, jaka była dostępna w roku 1963. Ta oczywiście przez ten czas znacznie się pogłębiła, tak więc książki tej nie można traktować jako wyroczni. Na wiele pytań co do których autor stwierdza, że „zapewne na zawsze pozostaną bez odpowiedzi” odpowiedzi już mamy, niektórych spraw się tak nie stawia, jak on stawiał i tak dalej i tak dalej…

Niemniej jednak współcześnie trudno szukać aktualnej pozycji, która podejmowałaby temat. Tym bardziej, że język książki jest bardzo przystępny, a sama jej treść skłania czytelnika do stawiania licznych pytań i szukania nań odpowiedzi. Pokazuje nam też, że świat nie zawsze jest taki, jak go sobie wyobrażamy.

Bardzo szkoda niestety. Gdyby bowiem nie to, że pozycja ta jest stara i nie posiada więcej wznowień (ciekawe czemu?), to kupowałbym ją w prezencie dla dzieci znajomych. Tak jednak pozostaje mi tylko ją polecić. Tym bardziej, że na Allegro można nabyć tą akurat pozycję dosłownie za grosze.

Oswoić bessę:

Ocena: 6/10

Poradnik inwestycyjny o zachowaniu się podczas rynkowego dołka. Czyli lektura na współczesne, ciężkie czasy.

Czy mi pomogła?

Tak, ale wyłącznie zabić nudę. Faktycznie znajdujące się w niej informacje to w zasadzie podstawy inwestowania, które znaleźć można w każdym, w miarę żetelnym poradniku giełdowym, a nie tylko tych dotyczących giełdy. Opisano w nim kilka strategii, które trudno nazwać odkrywczymi oraz kilka spostrzeżeń i rad, które udzielić mógłby każdy z odrobiną rozumu i wyczucia.

Jednak, we współczesnej, trudnej sytuacji, gdy giełda leci w dół i wszystko się sypie pomogła mi utrzymać morale. To mniej-więcej tyle, ile oczekiwałbym od poradnika kupionego w taniej książce za 10 złotych…

Za zaletę należy poczytać jej też uczciwe podejście. Autor przedstawia bazowe techniki i jasno stwierdza, że takimi właśnie są. Nie próbuje też sprzedać jakichś własnych mega-odkrywczych, tajnych chwytów, które miałyby pozwolić stać się bogatym w pięć minut, a po prostu objaśnia temat takim, jakim jest.

Pasterska Korona:

Ocena: 10/10

Ostatni tom Świata Dysku, stanowiący coś w rodzaju pożegnania autora zarówno ze światem realnym, wyimaginowanym, jak i z czytelnikiem. Powieść z jednej strony totalnie nie-dyskowa, z drugiej: absolutnie, całkowicie dyskowa. Jeden z najlepszych powieści napisanych przez Pratchetta, świadczącym o jego niebywałym talencie, a biorąc pod uwagę, że pisał to w chwili, gdy alzheimer znacznie już ograniczył jego władzę umysłową: świadectwo zwycięstwa Ducha nad Materią.

Co więcej: utwór bardziej wzruszający, niż śmieszny.

Zaczyna się od wydarzeń raczej smutnych, w wyniku których Tiffany Obolała musi objąć nieformalne stanowisko następczyni najbardziej szanowanej czarownicy świata. Przy okazji otrzymujemy paradę postaci z poprzednich tomów, w tym wielu takich, o których wydawało się, że Pratchett o nich dawno zapomniał lub wręcz wyrzucił z kanonu…

A jednak wracają.

Problem jest typowy dla twórczości autora: kolejna grupa istot zostaje zmuszona do zmierzenia się z nowoczesnym światem, który inne istoty, głównie bohaterowie poprzednich tomów, budowali przez lata. Muszą też znaleźć w nim swoje miejsce.

Tym razem jednak finał jest bardzo odległy od tego, co w poprzednich tomach. Z jednej strony: stanowi to rodzaj zerwania z tradycją. Z drugiej: kropkę na „I” stworzonym przez wcześniejsze książki.

Pozycja bardzo dobra, można wręcz powiedzieć, że doskonała.

Żałować można po jej lekturze tylko jednego: że to już ostatnia.

Poitiers: Król Francji w niewoli:

Ocena: 8/10

Osprey traktujący o kolejnej, tym razem bardziej wyrównanej i nie zawierającej tak wielu błędów taktycznych bitwie Wojny Stuletniej. Oczywiście bitwa kolejny raz okazała się zwycięska dla Anglików, a dla Francji katastrofą.

Samo starcie i jego tło należą do bardzo ciekawych i dobrze udokumentowanych, tak więc autor potrafi o nich wiele powiedzieć. Niestety znaczna część informacji powtarza się z tymi z Crecy, Trium Długiego Łuku, z czego pisarze zdają sobie sprawę. Tak więc w wielu miejscach pozycja odsyła do tego tytułu, przez co samodzielnie jest niezrozumiała.

Mi to nie przeszkadzało, gdyż mam obydwie te broszurki. Jednak dla kogoś innego może to być problemem.

Mimo to lektura bardzo mi się podobała, jest to jeden z ciekawszych i lepiej napisanych Ospreyów jakie czytałem.

Pole śmierci:

Ocena: 6/10

Reportaż traktujący o pierwszej bitwie Wojska Polskiego stoczonej po II wojnie światowej: starciem między naszymi Błękitnymi Hełmami, a Czerwony Khmerami.

Tytuł trochę mnie rozczarował. W zasadzie to lepszym tytułem byłoby „Kim byli czerwoni Khmerzy”, bowiem to właśnie o nich oraz o ich dojściu do władzy oraz metodach jej sprawowania jest większość treści. Całkiem sporo miejsca poświęcono też podróży autora do Kambodży.

O samej bitwie jest może półtorej strony. Choć prawdę mówiąc trudno się temu dziwić. Samo starcie nie było długie, trwało może 30 minut. Stacjonujący niedaleko żołnierze błękitnych hełmów nie pomogli naszym, częściowo dlatego, że sami musieli bronić własnych żyć, częściowo (co można wyczytać między wierszami) dlatego, że mieli ich w pogardzie…

Polska dla Polaków: Kim byli i są polscy nacjonaliści:

Ocena: żaden język elfów i krasnoludów nie zna słów odpowiednich by wyrazić, jakie to gówno, ale w polskim jest ich całkiem sporo

Kiedy pisałem magisterkę musiałem sięgnąć po kilka książek wydanych w ZSRR w okresie krótko po Wielkiej Czystce i najgorszym stalinizmie. I wiecie co? Nawet z nich nie wylewało się tyle zakłamania, wybielania ponurej rzeczywistości i nachalnej propagandy, jak z tej pozycji. Tamci przynajmniej byli przynajmniej spójni w tym co mówili, czego o autorach tej książki nie można powiedzieć. Tak więc na jednej stronie piszą oni, że:


„Praca koncentruje się na polskim ruchu narodowych, ruchu demokratycznym, egalitarnym i wszechpolskim”.

A kilka stron dalej wybielają morderstwo Gabriela Narutowicza.

Albo piszą takie wypociny:

„Nacjonalizm to samorealizowanie się jednostki w wolności tak, aby jej osiągnięcia przynosiły korzyści jej samej, ale także całej zbiorowości. Wyraża się przekonaniem, że ze wspólnoty tradycji, instytucji i wierzeń wynika możliwa do zdefiniowania wspólnota interesów. Owa z kolei wspólnota zapewni harmonijny rozwój wewnętrzny narodu, a stosunki z narodami ościennymi ułoży sobie według zasad polegających na wzajemnym szacunku”.

Tak jasne.

Lub też kolejny kwiatek:

„Im mniejszy jest udział religii i tradycji w życiu narodu, tym skrajniejszy nacjonalizm.”

A dosłownie 10 stron dalej cytowany jest Roman Dmowski i jego słynne:

„Polak to katolik.”

Warto zauważyć, że w książce praktycznie nie ma przypisów. Cała, licząca 550 stron pozycja obywa się zaledwie 182 takowymi. Całe bloki tekstu obywają się bez takowych. Może wydawać się to niezbyt istotne, ale w pracy historycznej przypisy mają kluczową rolę: wskazują, z jakich dokumentów lub opracowań autor zaczerpnął swoją wiedzę. Przykładowo (liczące prawie dokładnie tyle samo stron, co omawiana książka) dorosłe wydanie Jedwabnych Szlaków ma ich 2137, natomiast Upadek Cesarstwa Rzymskiego Heather’a 668, a odnosi się do epoki, z której pozostało nam niepomiernie mniej źródeł i dokumentów pisanych, o świadkach wydarzeń nie wspominając.

Sądząc po bazie bibliograficznej, jaką przedstawili nam autorzy po prostu nie można udowodnić, że nie wysysają oni swoich tez z dupy.

Jest to jedna z najgorszych, jeśli nie najgorsza książka, jaką czytałem w swoim życiu. Tak zła, że serio wstydzę się zarówno posiadać ją na półce, jak i faktu, że jej autorzy dostali ode mnie pieniądze. Razi mnie też jej hipokryzja, bowiem pisali ją nacjonaliści, czyli ludzie, którzy teoretycznie powinni szanować historię Polski.

Książka jest tak zła, że dosłownie nie wiem, co z nią zrobić. Najchętniej bym ją wyrzucił, ale boję się, że ktoś ją znajdzie i będzie zatruwać umysły.

Jedyne, co mnie w niej cieszy, to fakt, że ci Muszyńscy wymienieni jako współautorzy nie są moją rodziną.

Poskromienie samurajów:

Ocena: 8/10

Książka jest próbą zmierzenia się z legendą i kulturą samurajów, podjętą przez japońskiego uczonego pracującego w USA. Zajmuje się z jednej strony analizą dziejów zjawiska, jakim sama w sobie była klasa samurajów. Z drugiej z mitami i nieporozumieniami jakie, w szczególności w świecie anglosaskim, wokół niej narosły. W szczególności zajęty jest polemiką z książką „Chryzantema i miecz” Ruth Benedict.

Ogólnie pozycja jest ciekawa, zajmuje się głównie pojęciem samurajskiego honoru, spełnianej przez tą warstwę roli oraz jego znaczenia w kontekście osobistym, relacji wasal-suweren oraz człowiek-władza.

Dowiedzieć się z niej można sporo o tym, jakimi ludźmi byli wiadomi wojownicy w rzeczywistości, w oderwaniu od sensacyjnych opowieści, które budziły zdziwienie i konsternacje w samej, dawnej Japonii, tak chętnie eksplorowanych przez kino.

Jeśli ktoś interesuje się kulturą Japonii i nie boi się akademickiego języka, to polecam.

Potworna:

Ocena: 2/10

Do lektury tej pozycji zachęciła mnie pozytywna recenzja na pewnym, nieistniejącym już blogu literackim oraz wysokie oceny w internecie (choćby 8,3/10 na Lubimyczytać). Niestety były one mylące.

Potworna jest bowiem z całą pewnością najgorszą książką, jaką przeczytałem w tym roku i jednocześnie jedną z najgorszych, jakie czytałem w swoim życiu.

W zasadzie już od pierwszych stron czułem, że z tą pozycją jest coś nie tak, ale zauważyłem co konkretnie dopiero po kilkudziesięciu stronach: autorka nie używa zdań wielokrotnie złożonych. Nie ma tu bardziej skomplikowanego zwrotu niż „wstałam z łóżka i uczesałam włosy”. To dałoby się jeszcze wybaczyć, gdyby nie fabuła i zachowanie postaci. Ta pierwsza jest tak grubymi nićmi szyta, że już od pierwszych stron człowiek nie chce wierzyć, że czyta faktycznie to, co czyta i oczekuje drugiego dna, którego oczywiście tu nie ma. Jeśli chodzi o postacie i logikę działań oraz konsekwencję ich działań, to takowych nie ma. Już sama bohaterka jest postacią skrajnie głupią, która po prostu ma pusto w głowie. Absolutnie nie widać, żeby zachodziły w niej jakiekolwiek procesy myślowe. Na szczęście żyje w krainie, gdzie jest to normą. Oto co noc zakrada się do tajnego szpitala i porywa z niego jedną pacjentkę. Jaką to reakcje wywołuje? Czy lokalni wzmacniają straże, zabijają okna deskami, by nie mogła wejść, przenoszą placówkę w inne miejsce lub wzywają wiedźmina? Nie! Nie robią z tym nic! Sorki, ale ludzie się tak nie zachowują. W zasadzie to chyba nawet pierwotniaki się tak nie zachowują!

Tłumaczyć to można tym, że książka jest pisana dla dzieci, ale jest to tłumaczenie głupie. Wskazać mogę wiele innych utworów napisanych dla czytelnika z tej samej grupy wiekowej, które posługują się lepszym językiem, mają bardziej wiarygodne postacie i konsekwentniejsze fabuły. Dark Lord of Derkholm, żeby daleko nie szukać, Hobbit, Harry Potter, Ronja, Córka Zbójnika – to tylko kilka, które przyszło mi do głowy na poczekaniu.

Przekazy rodzinne o sztuce wojny:

Ocena: 4/10

Jest to zbiór dwóch traktatów japońskich mistrzów szermierczych, utrzymany w polemicznym tomie, starających się nadać duchową głębię sztuce walki na miecze. W skrócie można powiedzieć, że treść pierwszego streszcza się do:

Jak uczył Budda: Samuraj powinien być maszyną do zabijania bezmyślnie wykonującą każdy rozkaz”.

Drugi natomiast do:

Co ty mówisz człowieku! Budda wcale tak nie uczył!”

Ogólnie rzecz biorąc: mało interesująca, nudna lektura, z której nie dowiedziałem się ani niczego wartościowego, ani nawet śmiesznego.

Psychologia wojny:

Ocena: 8/10

Bardzo interesująca pozycja traktująca o zachowaniu żołnierzy na polu walki (oraz o tym, na jakim poligonie był autor oraz kogo tam poznał), napisana prostym, przejrzystym językiem.

Jej zawartość i wyciągane wnioski streściłem już przy innej okazji. Generalnie traktuje o całym, ludzkim aspekcie walki, czyli tym, co gry często pomijają (a o czym nierzadko opowiada Lindysbeige na swoim youtubowym kanale), jednak zebranym w jednym miejscu i skondensowane.

Jest to bardzo ciekawa, inspirująca lektura, która porusza wiele ciekawych tematów i osobiście nie żałuję wydanych na nią pieniędzy. Niemniej jednak wolałbym książkę napisaną ciężej, skupiającą się bardziej na danych, a mniej na anegdotkach o kontaktach towarzyskich badacza.

Return of the King:

Ocena: 8/10

Trzeci tom Władcy Pierścieni, tylko tym razem czytany po angielsku. Co mam o nim powiedzieć? Czytałem stosunkowo niedawno (ze trzy lata temu) tłumaczenie Skibniewskiej i książka zapadła mi w pamięć lepiej, niż znaczna większość współczesnych lektur, tak więc żaden szczegół mnie nie zaskoczył. Do języka już się przyzwyczaiłem. Słownictwa opisów przyrody nadal nie opanowałem i nadal przeszkadza mi ono w immersji w świat przedstawiony dzieła…

Niemniej jednak, po zakończeniu lektury muszę powiedzieć, że polscy tłumacze, w szczególności Skibniewska (o Frącach się nie wypowiadam, gdyż jeszcze nie czytałem ich wersji… Czeka ona spokojnie w kolejce na przyszłe lata) wykonali kawał naprawdę dobrej roboty. Nawet Łoziński, bowiem nie jest to łatwa do tłumaczenia książka, tym bardziej, że autor często zmienia styl i manieryzmy językowe, budując na tej podstawie jej atmosferę.

Warto przeczytać, by docenić ich pracę.

Rok naszej wojny:

Ocena: 4/10

Eksperymentalne new weird, które – jak czytamy na okładce – w swoim czasie było najbardziej obiecującym debiutem (w dziale fantastyki oczywiście) literackim w Wielkiej Brytanii.

Jeśli tak było w rzeczywistości, to jesteśmy w… No cóż, bardzo nieprzyjemnym, ciemnym i śmierdzącym miejscu.

Przenosimy się do Czterech Krain, w których trzy rasy toczą wojnę z Insektami. W walce tej przewodzi nieśmiertelny cesarz, wspierany przez krąg trzydziestu nieśmiertelnych. Obserwujemy ją z oczu głównego bohatera, noszącego tytuł Komety nieśmiertelnego i narkomana Janta. Jant jest jednym z najsłabszych elementów książki, niskofunkcjonalnym nałogowcem, którego osobowość totalnie rozpada się wskutek używek: zawodzi w powierzonych mu zadaniach, okrada przyjaciół… Gdyby nie było Quentina z Fillory niewątpliwie przyznałbym mu tytuł najbardziej antypatycznego bohatera roku.

Fabuła nie jest ciekawa, a momentami wręcz szkodliwa społecznie. Jak pisałem: autor (czy autorka, nie potrafię rozstrzygnąć, na Wikipedii pisze, że to facet, na okładce, że baba, na zdjęciach wygląda tak, że mógłby być jednym i drugim) nie radzi sobie z liczbami, nie radzi sobie z logiką świata oraz z budowaniem nastroju. W efekcie Insekty są chyba najbardziej bezpłciowym wrogiem, o jakim czytałem. Co ciekawe w książce pojawia się kilka wątków pobocznych, które w zasadzie mają większy potencjał fabularny (np. walka bardki imieniem Jaskółka o przyjęcie jej w krąg nieśmiertelnych czy konflikt między parą innych nieśmiertelnych). Tak naprawdę można byłoby z nich zrobić całą książkę. Dostają jednak zbyt mało światła, w efekcie czego brzmią, jak nudne plotki z pracy.

Autor(ka) nie radzi sobie ze skalą i liczbami. Nie potrafi budować nastroju: każe nam płakać za jakimiś szklanymi rzeźbami, jakimiś monumentami, które widzimy pierwszy raz. Zupełnie nie czuć grozy czy okrucieństwa wojny. Bardziej brzmi ona jak jakaś zabawa dla szlachty, niż nadciągająca apokalipsa… Do tego wypisuje straszliwe głupoty o właściwościach realnie istniejących przedmiotów.

Całość kończy morał (to jest ten element szkodliwy społecznie) „szanuj narkomanów, bo w ich majakach może kryć się prawda, która pozwoli uratować ludzkość”.

Ta… Jasne…

Ogólnie: żałuję 12 (w sumie to 24, bo kupiłem od razu też i drugi tom) złotych zmarnowanych w Taniej Książce na zakup tej powieści.

Rzymska ciężkozbrojna konnica:

Ocena: 6/10

Kolejny Osprey, tym razem poświęcony ciężkiej kawalerii pomocniczej Rzymu, czyli wywodzącym się z wschodnich prowincji Katafraktom. Byli to bardzo ciężko uzbrojeni jeźdźcy, nierzadko, pod względem masy wyposażenia porównywani z późnośredniowiecznymi rycerzami (na których mit katafraktów często promieniuje). Faktycznie jednak nie jest to do końca trafne porównanie, bowiem wyposażenie rycerzy nigdy nie doszło do poziomu używanego przez ich „konkurentów”. Pancerze katafraktów były bowiem prawdopodobnie około dwukrotnie cięższe, niż najcięższe zbroje bojowe stosowane w średniowiecznej i wczesnonowożytnej europie.

Ilustracje stoją na bardzo wysokim poziomie. W prawdzie widać na nich zastosowanie grafiki komputerowej, jednakże jest to mniejsze zło, w porównaniu z tym, jak wyglądają niektóre starsze Ospreye.

Niestety książka nie wywarła na mnie zbyt dużego wrażenia, bowiem tak naprawdę o katafraktach nie dowiedziałem się z niej zbyt wiele. Autor bowiem, zamiast skupić się na nich, ich rekrutacji, szkoleniu, wyposażeniu bojowym, metodom walki i sukcesom bardzo dużo miejsca poświęcił na spór leksykalny o to, czy jednostka pojawiając się w źródłach pod różnymi, często przekręconymi nazwami jest tym samym typem żołnierzy, czy też nie (pewnie jest, bo w starożytności nie mieli ani jednolitej ortografii, ani tym bardziej Polskiej Normy Projektowania I Produkcji Uzbrojenia I Sprzętu Wojskowego, która ujednolicałaby nazewnictwo).

Tak więc niestety wystawiam niższą ocenę.

Rzymska konnica pomocnicza (14-193):

Ocena: 7/10

Myślę, że wszyscy domyślają się co to jest po samym obrazku okładki. Ocena obniżona, bo brzydkie obrazki. Główne plansze graficzne zostały wykonane w jakiejś dziwnej technice, w wyniku której są strasznie rozpikselowane.

Książka traktuje natomiast o rzymskiej konnicy pomocniczej. Rzymianie mieli taki sposób prowadzenia wojen, że – jeśli ktoś szybko im się poddał w trakcie podboju – stawał się „sprzymierzeńcem”. Otrzymywał w rezultacie szereg przywilejów: nie był bity, jego miasta nie palono i nie grabiono, a ludności nie zmieniano w niewolników. W zamian za te łaski miał dostarczyć kontyngent wojskowy. Docelowo Rzymianie starali się bowiem, by każda dostarczona przez nich armia składała się z jednego legio (legiony) piechoty, finansowanego przez stolicę, wspieranego przez alae auxilia (szwadron pomocniczy) wystawiony przez tubylców. Zazwyczaj byli to wojownicy, z których najbardziej znany był dany lud: łucznicy lub procarze, czasem wojownicy z uzbrojeniem narodowym.

Najbardziej jednak Rzymianom zależało na kawalerii. Sami bowiem nie byli zbyt dobrymi jeźdźcami, a co więcej utrzymanie konnych było bardzo drogie.

I właśnie o takich gościach, którzy stanowili główną kawalerię Cesarstwa Rzymskiego, jest ta książka.

Samolubny gen:

Ocena: 7/10

Bardzo głośna książka popularnonaukowa, która zapewniła autorowi pozycję jednego z najbardziej rozpoznawalnych biologów, odbiła się też echem daleko poza światem akademickim, wywołując rozmaite etyczne, moralne, filozoficzne i teologiczne dyskusje. W efekcie na głowę autora sypały się liczne gromy, często bardziej z uwagi na warstwę obyczajową, a nie merytoryczną.

Ogólnie rzecz biorąc mam dość mocno mieszane uczucia na jej temat. Z jednej strony podobała mi się z uwagi na wyważony, logiczny i spokojny, bardo elegancki wywód, który zachwycił mnie samym stylem prowadzenia. Dawkins posiada umiejętność wyjaśniania rzeczy trudnych w łatwych do zrozumienia słowach. Tak więc sama lektura była nader przyjemna.

Problem w tym, że z książki nie dowiedziałem się w sumie niczego nowego. Większość obecnych w niej tez jest dość stara (zresztą „Gen” pochodzi z lat 70-tych więc nic dziwnego). W efekcie zostały one powtórzone już miliony razy w innych pozycjach naukowych i popularnonaukowych które czytałem. Tak więc większość, jeśli nie wszystkie tezy, jakie stawia autor były mi już wcześniej znane.

Słodko-kwaśna historia:

Ocena: 4/10

Książka miała być omówieniem historii wietnamskich lokali gastronomicznych w Polsce oraz oczywiście dziejów tejże mniejszości. Faktycznie jest mało strawnym zbiorem bzdur. Jako, że krótki przykład starczy za tysiąc słów pozwolę sobie takowy przytoczyć:


Tep bien – mrożony kryl. Pasta krewetkowa jest wytwarzana właśnie z kryli, a nie jak sugeruje nazwa krewetek. W Polsce mrożone kryle były łatwo dostępne w czasach realnego socjalizmu. W Trzeciej i Czwartej Rzeczypospolitej nie opłacało się już niczego łowić za oceanem. Dlatego niektórzy zamiast sieci rybackiej chcą zainstalować nad Wisłą i Bałtykiem tarczę, która ma wychwycić wszystko, co lata nad naszymi głowami.

Co ma piernik do wiatraka?

A tak w ogóle o co chodzi?


I tak jest przez całą książkę. Zupełnie nie polecam. Zmarnowany czas i pieniądze.

Słownik Wiedzy Tajemnej:

Ocena: 10/10

Wydałem na tą książkę 250 złotych i było warto.

Wymieniona pozycja jest kompilacją słownika napisanego przez żyjącego na przełomie XVIII i XIX wieku najpierw okultystę, a potem nawróconego chrześcijanina. W oryginale zbierała całą „wiedzę” epoki dotyczącą spraw nadprzyrodzonych. Wydanie polskie zostało jednak okrojone do 1/3 długości.

Książka jest zbiorem haseł dotykających wysokiej magii magów i alchemików, ludowych guseł, folkloru, podań i legend. Mamy w niej wszystko: od przepisu na kamień filozoficzny poczynając, na wirujących stolikach kończąc. Ogólnie: stek bzdur i pierdół, ale niczego więcej się nie spodziewałem.

Lektura nader ciekawa, żywa, nie dająca się ująć w słowa, obrazująca nam niezwykły świat, który już na szczęście się skończył.

Suma wszystkich ludzi:

Ocena: 4/10

Pierwszy tom cyklu Władcy Runów, który ujrzeć można w prawie każdej Taniej Książce, jak zalega na półkach. Zaciekawiło mnie, dlaczego tak to wygląda… I teraz już wiem.

Mamy tu do czynienia z fantasy w stylu niedawno zmarłego Goodkina. Przenosimy się do pewnej krainy, gdzie istnieją trzy typy magii: klasyczny elementalizm, szamanizm polegający na wywoływaniu duchów żywiołów oraz tytułowa magia run. Ta ostatnia jest najważniejsza dla fabuły, pozwala bowiem przenosić z dawców na biorców tzw. Dary czyli talenty poszczególnych ludzi takie jak siła, uroda, metabolizm, zmysły czy rozum…

Dodatkowo światu temu zagraża inwazja straszliwych potworów z piekła rodem, ale ten ostatni fakt z jakiegoś powodu jest bez znaczenia dla fabuły…

Książka ma dwa istotne problemy. Pierwszym są infodumpy. Autor uwielbia rozpisywać się nad każdym szczegółem tego świata, tak więc jak tylko pojawi się nowa postać, lokacja czy czar to zaczyna pieprzyć. Po czym pieprzy i pieprzy, aż piana wystąpi mu na usta (a przynajmniej tak to sobie wyobrażam)… Przykładem może być pewien rycerz, który pojawia się pod koniec książki, dostaje 10 stron życiorysu, przeżyć z dzieciństwa i wczesnej młodości, a gdy tylko wrócimy do teraźniejszości zostaje zabity.

Drugi problem to potworny relatywizm moralny bohaterów. Książka opowiada o konflikcie dobrych Władców Run ze złym Wilczym Władcą. Między jednymi i drugimi istnieją spore różnice, które postanowiłem ująć w tej tabelce:

Zły Władca Run

Dobrzy Władcy Run

Odbiera ludziom Dary setkami

Odbierają ludziom Dary setkami

Zmienia Darczyńców przeciwnika we własnych

Standardowo mordują Darczyńców przeciwnika

Morduje kobiety, dzieci i starców.

Mordują kobiety, dzieci i starców.

Zabiera Dary wilkom i innym zwierzętom

Ograniczają się do ludzi

Płaci za Dary złotem

Biorą Dary za darmo

Jego rodzinę zabili skrytobójcy

Nasyłają na siebie hurtowo skrytobójców

Odbiera dary niewolnikom i jeńcom

Gnębią własny lud

Toczy wojny zaborcze.

Toczą wojny zaborcze.

Ja kupiłbym, gdyby ci cali książęta-wampiry zostali przedstawieni jako straszni ludzie robiący straszne rzeczy. Jednak obmalowywanie jednego jako szczególnego okrutnika, a pozostałych jako spokojnych ludzi, w chwili, gdy wszyscy robią to samo budzi mój sprzeciw.

Szakal z Nar:

Ocena: 4/10

Druga książka w tym miesiącu, której lekturę porzuciłem.

Prawdę mówiąc nie spodziewałem się wiele po tym tytule: ot, dość typowego fantasy, ale dostałem niestety jeszcze mniej…

Książka ta ma trzy, poważne problemy, które sprawiają, że przemęczyłem zaledwie 200 stron (z 800). Pierwszym z nich jest więc ekspozycja. Tak więc przenosimy się do jakiejś krainy, gdzie toczy się jakaś wojna. Autor każe nam śledzić poczynania jakiegoś księcia, który, wraz z grupką jakichś przyjaciół z jakiegoś powodu w niej walczy. Nie wiemy dlaczego. Tak naprawdę nie wiemy z kim (jakimś odłamem jakiegoś obcego ludu, który to fragment z jakiegoś powodu uznawany jest przez fanatyków) w obronie jakiejś grubej ryby, przeciwko komuś równie ważnemu. Jak mówiłem: nie wiemy dlaczego. Tak naprawdę nie wiemy nawet, jak nasz bohater wygląda. Nie wiemy, czy jego wrogowie są odrębnym narodem czy rasą, ani jak wyglądają. Mimo to autor każe nam śledzić losy bohatera i rozpaczać po utracie bliskich, których tylko imiona znamy… Ja rozumiem, że porzuciłem lekturę po 200 stronach i poznamy te szczegóły później… Ale z drugiej strony: w 200 stronach Pratchett zdołał zmieścić cały „Kolor magii”, Tolkien: doprowadzić Bilbo do Miasta na Jeziorze, a Sapkowski wiedźmina w niewolę u elfów… Więc człowiek mógłby oczekiwać, że pozna choć trochę szczegółów…

Po drugie: istnieją duże rozbieżności między wysyłanymi przez autora sygnałami. Przykładowo: w jednej ze scen bohater i jego towarzysze wjeżdżają do miasta i pozostają nierozpoznani. Spotykani ludzie nie rozpoznają go, mimo że przedstawia się imieniem i nazwiskiem, brany jest za wędrownego kupca. Podobnie traktują go inni żołnierze, musi się wylegitymować na spotykanym posterunku…

A w następnej scenie dowiadujemy się, że jest on uważany za najważniejszego dowódcę obrońców…

I serio: nikt w tym kraju nie wie, jak on wygląda, oraz jak ma na imię i nazwisko? Nawet wojskowi? Nawet inni oficerowie?

Po trzecie: postacie są idiotami, zachowującymi się skrajnie głupio i irracjonalnie. Objawia się to na dwa sposoby: po pierwsze ich ignorancją w sprawach całego świata. Przykładowo główny przez pół roku nie zdawał sobie sprawy, że inny z głównodowodzących tą armią poległ w przegranej bitwie (a ponoć jest jednym z głównych wodzów!). Po drugie: tępym uporem, w efekcie którego potrafią ignorować rzeczy, które mają bezpośrednio przed oczami. Przykładowo inna postać, bohaterka uciekająca przed wojną postanawia „A pójdę sobie do takiego tam miasta”. Wszyscy mówią jej „Kobieto! To głupi pomysł! Tam jest jak w Kabulu za czasów Talibanu! Tam baby nie mają żadnych praw! Będziesz niewolnicą pierwszego, który położy na tobie rękę! Od razu sprzedadzą cię do burdelu!”, ale ta nadal brnie w swoje…

Nie dlatego, że musi. Po prostu uparła się, żeby z miliona możliwości wybrać akurat tą jedną, która przypadkiem jest też najgorsza!

Poszła!

I zgadnijcie co się stało?

Główny też zachowuje się jak Roland w Wąwozie Orreaga, gotów zgubić siebie i wszystkich swoich podwładnych, byle tylko zrobić na złość.

Takim postaciom po prostu nie da się współczuć, ani kibicować. Dlatego też rzuciłem tę książkę.

Szardrik:

Ocena: 9/10

Książka, która chodziła za mną bardzo długo, równie długo się przed nią broniłem, a która okazała się jedną z najlepszych pozycji, jakie czytałem w przeciągu kilku ostatnich lat.

Powieść ta została napisana przez Richarda Adamsa, stosunkowo słabo u nas znanego pisarza fantastyki i powieści dla dzieci, który zdobył sławę publikacją „Wodnikowe Wzgórze”. W naszym kraju, jeśli mnie pamięć i internety nie mylą wydano zaledwie trzy jego pozycje (aczkolwiek nie jestem pewien, czy Wodnikowe Wzgórze i Opowieści Z Wodnikowego Wzgórza nie są tą samą pozycją).

Fabuła: w dalekim kraju żyje plemię oddające boską cześć niedźwiedziowi. Jednak na terytorium tego akurat ludu niedźwiedzie dawno już wymarły. Pewnego dnia jednak młody myśliwy natyka się na ogromnego przedstawiciela tego gatunku. Traf chce, że jest to człowiek bardzo religijny, który niedługo zostanie ogłoszony nowym prorokiem…

Krótko: poziom zabobonu jak w „Nieprzyjacielu Boga” Cornwella.

A mrok ludzkiej natury tak bardzo…

W odróżnieniu jednak od wielu innych autorów Adams nie popada w nihilizm, aczkolwiek nie da się ukryć, że jego opinia o ludziach nie jest dobra. Potrafi jednak znaleźć konstruktywne rozwiązanie i kompromis. Książka bardzo mocno traktuje jednak o tematach wiary, religijności, zabobonu, duchowości, granic między nimi, dobrych intencjach, mniejszym źle i tym podobnych rzeczach.

Niestety powieść ta ma i wady. Adams nie jest zbyt dobry w pisaniu dialogów, a te niekiedy bywają sztuczne. Bardzo też lubi opisy przyrody i czasem potrafi bredzić nieskładnie o krajobrazie przez kilkanaście stron… To sprawia, że momentami powieść źle się czyta.

Sztuka oblężnicza w świecie rzymskim:

Ocena: 4/10

Jeden z najgorzej ilustrowanych, jeśli wręcz nie najgorzej ilustrowany Osprey w mojej kolekcji. Oraz jednocześnie jeden z najnudniejszych.

Jak łatwo zgadnąć książka opowiada o metodach oblężniczych stosowanych w czasach starożytnego Rzymu. Niestety wnioski z niej sunące nie są szczególnie odkrywcze, przeciwnie, da się je streścić w kilku zdaniach: „prowadzono oblężenia, starano się brać miasta głodem, budowano przed murami rampy albo wieże oblężnicze lub strzelano do nieprzyjaciela z katapult i różnych takich”.

I mniej-więcej taki poziom głębokości i szczegółowości treści otrzymujemy.

Jeżeli natomiast chodzi o ilustracje, to są po prostu brzydkie, wykonane jakąś, bardzo starą techniką, polegającą na nakładaniu na siebie kolorowych kropek. W efekcie wyglądają bardziej jak pixel-arty, niż rysunki. I to raczej kiepskie pixel-arty.

Ściana burz:

Ocena: 4/10

Drugi tom „Królów Dary”, wobec których jak być może ktoś pamięta miałem dość chłodny stosunek. Kontynuacja natomiast wyszła jeszcze gorsza, głównie z powodu, że tak powiem: strony formalnej. Otóż: w czasie między dwoma tomami Ken Liu oduczył się pisać. Nie jest to wielka strata dla literatury fantasy, bowiem w moim odczuciu nie był to nowy Tolkien, jednak w rezultacie pozycja jest niestrawna i niestety nudna.

W książce jest masa problemów, a dwustronicowa ekspozycja nie jest tylko najbardziej opasłym z nich. Prócz tego przyjdzie nam czytać dziesiątki niewiele wnoszących dialogów o brzmieniu takim, jak ten:

– Dokąd pojedziemy?

– Do miasta!

– A do jakiego?
– Do stolicy!

Dialog ten nie jest dosłownym cytatem, tylko stylizacją. Ma jednak znaczącą przewagę nad faktycznymi pogadankami z książki: na przykład nie ciągnie się przez pięć stron. Problemem jest też to, że autor żywi dziwną estymę dla zupełnie groteskowych sformułowań. Przykładowo o jednej z postaci można się dowiedzieć, że (tym razem cytat dosłowny):

„Jego głos był tak sztywny, że słowa zdawały się odbijać od ścian jak pieczone kasztany.”

Gdyby ktoś mi wytłumaczył o co chodzi w tym porównaniu, to byłby to dobry uczynek. Bo naprawdę nie rozumiem.

Szwankuje też polskie tłumaczenie i redakcja. W innym miejscu dowiadujemy się na przykład, że rodzinę bohaterki tworzyli:

„Nędznicy, których nie było stać na mięso”.

Czego oczywiście jej współczuję. Pragnę jednak przypomnieć, że w języku polskim słowo „nędznik” nie oznacza człowieka żyjącego w nędzy, tylko „łajdak, drań, łachudra”. Człowieka żyjącego w nędzy oznacza natomiast słowo „nędzarz”.

Taktyka walk ulicznych w II wojnie światowej:

Ocena: 8/10

Osprey traktujący, jak łatwo zgadnąć o doktrynach głównych armii (Niemcy, Brytyjczycy, Amerykanie i Rosjanie) w walkach ulicznych w czasach drugiej wojny światowej. Traktuje też o rozwoju i zmianach podejścia do walk w nich.

Jest to dość ciekawe zagadnienie, tym bardziej, że w zasadzie wszystkie armie podeszły do zagadnienia zupełnie nieprzygotowane (i nie ma się czemu dziwić, żaden inny konflikt w przeszłości w takim stopniu nie dotknął miast). Musiały więc rozwijać ją w biegu.

Mimo to książka okazała się bardzo interesująca, tym bardziej, że teren walk po prostu jest ciekawy. Dowiadujemy się więc tutaj o metodach podchodzenia do budynków, taktykach ich szturmowania, metodach ich fortyfikowania oraz dobierania miejsc do obrony, przebijaniach się przez ściany, burzenia sufitów etc. Barwne, ciekawe i porywające dla każdego domorosłego taktyka. Polecam.

Taktyka wsparcia ogniowego w II wojnie światowej:

Ocena: 8/10

Broń wsparcia to wszystko to, co w grach bitewnych nazywane jest „bronią ciężką”, tak więc ręczne i ciężkie karabiny maszynowe, moździerze, działa piechoty i przeciwpancerne oraz takież granatniki rakietowe.

Broszurka ta traktuje o metodach ich użycia w wiadomym konflikcie. Jest mocno techniczna, przez co jej czytanie nie jest tak lekkie i fascynujące jak wielu poprzedniczek, jednak zawiera sporo wiedzy. Teraz, jeśli będę musiał odeprzeć Niemców za pomocą batalionu piechoty będę wiedział, jak to zrobić i gdzie umieścić karabiny maszynowe, a gdzie moździerze…

Ogólnie rzecz biorąc: jeśli jesteście szurniętym wojnistą i planujecie podbić świat, to książeczka ta będzie się wam podobała.

Taktyka zimowa i górska w II wojnie światowej:

Ocena: 8/10

Broszurka traktuje o walkach w zimie (i rzadziej w górach), czyli czymś, czym II wojna światowa zasłynęła, a czego żadna armia nie opanowała. W ogólnym rozrachunku najlepiej poszło chyba Rosjanom, którym, mimo pierwszych klęsk, udało się pobieżnie przeszkolić może z połowę żołnierzy liniowych, a bardzo źle Niemcom, którzy do końca wojny upierali się, że „nie ma żadnych, specjalnych taktyk walki w zimie, ani potrzeby ich opracowania”. Wyniki średnie uzyskali natomiast alianci zachodni, którym do końca wojny zwykle udawało się unikać walk w zimie i górach.

Książka więc traktuje o czymś, czego w zasadzie, poza nielicznymi oddziałami górskimi nie było. Te natomiast wykorzystywano głównie w charakterze saperów, do kopania przejść w śniegu oraz rzadziej ubezpieczania pozostałych oddziałów na nartach.

Sporo jest o rozmaitych, głupich pomysłach: od ściągania instruktorów narciarstwa z Indii, po porady dla żołnierzy, że na mrozie mogą zbudować igloo, albo ogrzać się machając rękoma…

The Two Towers:

Ocena: 8/10

Czyli „Dwie wieże” Tolkiena w wersji oryginalnej. Wydanie jak mówiłem nieszczególne, książka wydaje się delikatna i grożąca rozpadem. Fabuły chyba nie będę streszczał, bowiem każdy ją zna, jeśli nie z wcześniejszej lektury, to na pewno z filmu.

Jak pisałem przy okazji poprzedniego tomu Tolkien posługuje się dość prostym, zrozumiałym językiem, aczkolwiek akurat w tym tomie wyraźnie archaizuje. Dla kogoś obeznanego z grami cRPG, anime lub grami fabularnymi nie jest to problem, bowiem ich twórcy i tłumacze też często posługują się tą manierą. Hobbity mówiące niepoprawną angielszyzną z przedmieść były dużo trudniejsze do zrozumienia.

Problemem jest natomiast ogromna ilość opisów przyrody, bowiem konieczne do nich słownictwo nie jest nadmiernie eksploatowane. W efekcie często musiałem zaglądać do słownika, by sprawdzać, o czym mowa.

To niestety psuło mi immersję. Lektura w języku polskim byłaby dużo przyjemniejsza. Tłumacze, co by o nich nie mówić zrobili dobrą robotę.

Theory of Fun for Game Design:

Ocena: 9/10

Książka, a w zasadzie artykuł będący jednym z fundamentów współczesnego designu zachodnich gier wideo oraz filozofii komputerowych gier indie. Oryginalnie został opublikowany w 2004 roku, liczy sobie (z pominięciem przypisów i ilustracji) 113 stron. Wywołała dość duży ferment w branży i jej percepcja jest raczej szeroka (np. znajduje się na liście książek polecanych młodym Mistrzom Podziemi w 5 edycji Dungeons and Dragons).

Autor w książce zajmuje się takimi tematami, jak funkcjonowanie mózgu, wzorce nauki w grach, tym, czym gry są, tym, czym nie są, odwiecznym sporem między graniem, a opowiadaniem historii oraz etycznymi aspektami rozgrywki. Wszystko to, mimo że niepozbawione eurydycji napisane jest prostym, bardzo przystępnym językiem, który łatwo jest zrozumieć.

Mimo, że cena, jaką amerykański wydawca żąda za tą książkę nijak ma się zarówno do jej grubości, jak i jakości wydania, to nie żałuje tych pieniędzy.

Tolkien dzieciom:

Ocena: 8-2 za okładkę/10

Pozycję tą kupiłem, gdyż zależało mi na jednym wierszu, w wersji, jaką czytałem w podstawówce („Skarb” ze strony 129). Jednak, jako, że nie jest to pozycja szczególnie długa przeczytałem ją całą. Składa się z trzech elementów: zbioru wierszy (których, prócz „Skarbu” sobie darowałem, bo nie jestem wielkim miłośnikiem poezji) oraz opowiadań „Rudy Dżill i jego pies” oraz „Kowal z Polesia Większego”.

Kowal” jest utworem dziwnym, którego jak nie rozumiałem w podstawówce, tak nie rozumiem i dzisiaj…

Rudy Dżill i jego pies” to natomiast jeden z najlepszych utworów fantasy jakie powstały. Jest to prześmieszny, humorystyczny utwór traktujący o gburowatym rolniku oraz jego przejściach z olbrzymami, smokami, rycerzami i królami. Jednocześnie stanowi całkowite zerwanie z podniosłą tematyką, z jakiej zasłynął Tolkien. Śmiałem się z niego do rozpuku i przy pierwszej okazji do niego powrócę.

Tradycje kulinarne Chin:

Ocena: 9/10

Gdy otworzyłem paczkę uznałem, że akurat ta książka pewnie mi się nie spodoba. Na tle konkurentek posiadających świetne zdjęcia i efektowne okładki, ten wydany na marnym papierze i kiepsko wydrukowany tomik nie wyglądał zachęcająco. Faktycznie jednak lektura napisana jest przez sinologa, który ma za sobą dziesięciolecia podróży do Chin okazała się najlepiej merytorycznie przygotowana i najciekawsza.

Książka ta jest prawdziwym repozytorium wiedzy kulinarnej o Chinach. Poznajemy w niej więc jej historię od czasów najdawniejszych oraz zwyczaje żywieniowe mieszkańców poszczególnych regionów oraz mniejszości zamieszkujących ten kraj. Wszystko opisane jest szczegółowo i bogato.

Książkę zamyka spis przepisów. Ma on kilka wad: przepisy wydają się niekiedy dość siermiężne (aczkolwiek wydaje się, że może to oddawać realia kraju bądź co bądź komunistycznego), co więcej autor często używa nazw odbiegających od przyjętych u nas nazw handlowych, co nieco dezorientuje czytelnika.

Wieczna Wojna:

Ocena: 9/10

Wydanie komiksowe. Czytałem je kilka razy, zwykle pożyczone od krewnych i znajomych, raz czy dwa także w Empiku. Gdzieś tak na wiosnę kupiłem sobie własne wydanie. Teraz przeczytałem.

Jak zauważałem już wiele setek razy: nie jestem fanem komiksu jako sztuki wyrazu i kupuje je nader rzadko. Tutaj mamy jednak do czynienia właśnie z taką sytuacją wyjątkową. Wieczna Wojna jest bowiem jednym z najlepszych tego typu dzieł, jakie w swoim życiu czytałem.

Komiks opowiada Williamie Mandeli (a w zasadzie jest jego monologiem), rekrucie wcielonym do wojsk kosmicznych, który ma brać udział w walce z obcymi mordującymi ziemskich kolonistów. Wróg jest daleki, tak więc większość mieszkańców Ziemi, ani nawet kolonii nigdy go nie spotyka. Wojna toczy się bardzo długo: podróże międzygwiezdne odbywają się z prędkościami relatywistycznymi, więc na ziemi mijają lata (a często całe pokolenia), nim żołnierze dotrą do celu. Zmieniają się też obyczaje, a sami walczący stają się coraz bardziej oderwani od społeczeństwa i mu obcy.

Całość jest bardzo dobrze narysowana. Kiedy pierwszy raz czytałem Wieczną Wojnę w ósmej klasie podstawówki wywołała na mnie bardzo duże wrażenie swoją stroną wizualną. Mimo, że pod kilkoma względami się zestarzała, a niektóre przedstawiane tam technologie obecnie są mało już wiarygodne, to nadal robi pod tym względem wielkie wrażenie. Bardzo polecam ten komiks.

Wieża węży:

Ocena: 7/10

Drugi tom Aniołów Śmierci. W leżącym na granicy, buforowym państewku umiera prawowity władca. Na miejsce wysyłane są znaczne siły wojskowe, by upewnić się, że jego następcą zostanie odpowiednia (z punktu widzenia królestwa, w którym żyją bohaterowie) osoba. Zadanie może okazać się trudne, bowiem lokalni wcale nie chcą, by ktoś z zewnątrz wybierał im królów. Co więcej jeden z ich czarnoksiężników zdobył władzę nad legendarną Wieżą Węży, artefaktem wymarłej rasy jaszczuroludzi…

Książkę tą można opisać po prostu jako „to samo, ale więcej”. Jest to przyjemna, rozrywkowa, acz nie ogłupiająca (co stanowi wyjątek w czasach, gdy „rozrywka” stała się usprawiedliwieniem dla ignorancji i niestaranności) lektura, kontrastująca z tonami długaśnych, pretensjonalnych i społecznie naiwnych książek fantasy, z jakimi zmuszony byłem mierzyć się w mijających latach.

Wojownik spartański:

Ocena: 7/10

Książeczka bardzo podobna tematyką do Armii Spartańskiej, którą czytałem w zeszłym miesiącu, jednak o ile Armia opisywała też kontyngenty sojuszników, podporządkowanych miast i najemników walczących obok Spartiatów, tak Wojownik traktuje wyłącznie o samych obywatelach Sparty.

W zasadzie tematyka jest dość łatwa do przewidzenia: wychowanie, wyszkolenie, uzbrojenie, taktyka, osiągnięcia, przyczyny upadku (Spartan od początku było mało, ich styl życia był bardzo wymagający, a nawet na wygranych wojnach giną ludzie… W efekcie część uznała, że ma gdzieś życie wojownika i zajęła się rolnictwem, reszta zaś poginęła na wojnach).

Książka ogólnie rzecz biorąc wartościowa, tym bardziej, że autor nie popada w zachwyt nad Spartanami i ich dokonaniami, za to potrafi spojrzeć krytycznie. Niemniej jednak temat jest tak naprawdę mało odkrywczy, a sama treść stanowi takie masło maślane. Tak więc ocena średnia.

Wolni Ciut Ludzie:

Ocena: 10/10

I jeszcze jeden Pratchett, tym razem pierwszy tom z cyklu o Tiffany Obolałej oraz jeden z nielicznych, których jeszcze nie czytałem. I jedna z takich książek, za które lubię fantastykę.

Jak mówiłem: po raz pierwszy spotykamy tu Tiffany Obolałą, rezolutną dziewczynkę, która chciałaby w przyszłości zostać czarownicą. Oraz śledzimy jej karierę w stronę tego, ważnego i wymagającego wielu wyrzeczeń i często niebezpiecznego zawodu. A przy okazji czytamy o jej konfrontacji z niebezpieczną Królową Elfów.

Podobnie jak Kolor Magii także Wolni Ciut Ludzie są relatywnie mało Discworldowi, tak naprawdę akcja tego tomu mogłaby być osadzona gdzieś w Kornwalii i być fantasy bliskiego zasięgu. Relatywnie też mało to humoru, a z całą pewnością nie wychodzi on na pierwszy plan i nie dominuje opowieści.

Więcej jest za to kwestii obyczajowych.

Nadal jest to jednak świetna książka.

W pogoni za porankiem:

Ocena: 6/10

Książkę tą polecił mi znajomy, pisząc, że bardzo przypomina Akta Dresdena. I faktycznie napisana jest w bardzo podobnym stylu, z punktu widzenia łobuzersko nastawionego, głównego bohatera, który próbuje w ten sposób opowiedzieć nam o swoich przygodach. Niestety na tym podobieństwa się kończą.

Gdyby nie sposób narracji należałoby powiedzieć, że mamy do czynienia z archetypicznym przedstawicielem młodzieżowej fantastyki z okresu przed-Potterowskiego. Oraz odpowiedzią na pytanie, „dlaczego nikt przed-Potterowskich książek młodzieżowych nie chciał czytać?

Największym problemem książki jest główny bohater, człowiek, który przez swe osiągnięcia i cechy powinien zdaje się wydawać się pociągający i stawiany jako cel do naśladowania. Jednak z racji na liczbę jego zalet: jest inteligentny, wykształcony, odważny, wielkoduszny, ciężko pracujący, współczujący, charyzmatyczny, budzi zainteresowanie kobiet, a do tego jest też wysportowany, ponadprzeciętnie silny, zamożny i ma masę wolnego czasu (ma też wady: zniszczył związek z kobietą swojego życia, „czym wyrządził sobie straszną krzywdę”) trudno się z nim utożsamiać.

Po tym, jak jego sekretarka zostaje porwana przez przybyłe z krainy czarów mutanty wyrusza na statku pirackim na Karaiby walczyć z masami wrogów, którzy będą potykać się o własne nogi. Wygra z nimi natomiast dzięki imponującej kolekcji zalet.

Ogólnie: pamiętam tą książkę z liceum, gdyż mieliśmy ją w naszej Bibliotece Miejskiej. Nie przeczytałem, jej wtedy, bo po opisie na okładce uznałem, że musi być głupia. Jak widać kiedy byłem młodszy, to byłem mądrzejszy.

Post Scriptum: W trakcie lektury cyklu zauważyłem ciekawą rzecz. Tak więc:

    • okładka 1 tomu pasuje do treści tomu nr 3.
    • okładka 2 tomu pasuje do treści nr 1.
    • okładka 3 trzeciego nr 2.

Ciekaw jestem, co grafik miał na myśli?

Wzlot Persopolis:

Ocena: 7/10

Siódmy tom cyklu Expanse, moim zdaniem już dość mocno odchodzący od tego, czym książka była na początku. To znaczy: space operą, w której faktycznie „science” znajdowało równowagę z „fiction”. Podobnie jak we Wrotach Abaddona oraz Gorączce Ciboli na pierwszy plan wychodzą obcy, spychając w tył społeczeństwo przyszłości i jego problemy.

Tym, co mi się nie podoba to takie już dość tandetne rozwiązania w rodzaju nieśmiertelnych i niezniszczalnych krążowników z samoleczącymi się pancerzami, potrafiących zawieszać prawa fizyki i dysponujących magicznymi laserami.

Także za wiele kompetencji przypisywanych jest bohaterom. Nagle okazuje się, że Holden i reszta są postaciami jeszcze bardziej niezwykłymi: to oni dokonują odkryć, zauważają rzeczy, których nikt inny nie zauważa, wymyślają plany lepsze, niż ktokolwiek inny… Przeciwnicy natomiast starają się potykać o własne nogi, by tylko im zadanie ułatwić umieszczając w swoich zabezpieczeniach rozmaite luki, tylko po to, by dało się je wyzyskać.

Wyprawa asów:

Ocena: 6/10

Czwarty tom cyklu „Dzikie karty” podobnie, jak poprzednie składający się z opowiadań o superbohaterach i mutantach. Po krwawych wydarzeniach z trzeciego tomu pozycja zarażonych wirusem dzikiej karty zaczyna się chwiać. By ściągnąć ich z widoku rząd USA organizuje delegację, w trakcie której najbardziej charakterystyczni Asowie i Dżokerzy mają objechać większość krajów świata i zbadać, jak wygląda tam sytuacja takich, jak oni…

Jak w większości zbiorów opowiadań także i tutaj mamy do czynienia zarówno z utworami gorszymi, jak i słabszymi. Aczkolwiek powiedzieć muszę, że jakoś żaden z nich nie utkwił mi w pamięci. Niektóre były średnie na plus. Inne trochę powyżej średniej, kilka poniżej… Większość to dość typowe opowieści w rodzaju „zabili go i uciekł” czy raczej „wpadł w tarapaty, ale dzięki swoim supermocom się wydostał”.

Ogólnie mam problemy z tym cyklem: po pierwszym tomie, który podobał mi się bardzo nie trafiłem w nim na nic szczególnie godnego uwagi. Jednocześnie poziom nie spada na tyle nisko, by spowodować, żebym rzucił całkowicie cykl.

Year of the Griffin:

Ocena: 8/10

Kontynuacja Darklord of Derkholm, aczkolwiek pisana z punktu widzenia innej postaci: jednej z córek głównego herosa, która w poprzednim tomie była bohaterką drugoplanową, a teraz udaje się na magiczny uniwersytet uczyć się magii. Niestety szkoła ta nie jest Hogwartem, aczkolwiek grono pedagogiczne ma godne tej ostatniej uczelni, a co gorsza tonie w długach.

Powieść należy do jednego z moich ulubionych, a obecnie niestety dość rzadkich już, lekkich i humorystycznych powieści fantasy. Tak więc poznajemy grupę sympatycznych oryginałów, każdego z własnym pomysłem na życie, którym przychodzi stoczyć walkę z życia tego problemami.

Nie ma tu wielkich dramatów i okrucieństwa ala Gra o Tron, ani nawet satyry społecznej Terrego Pratchetta, jednak nadal jest to przyjemna książka, podobna w tonie nieco do takich utworów jak Głos dla Księżniczki, albo Jednym Zaklęciem. Czyli przyjemna, zabawne i wesoła lektura na kilka wieczorów.

Zabójca Królowej:

Ocena: 6/10

Trzeci tom cyklu o Aniołach Śmierci i niestety nie ostatni (czwarty nie został wydany w Polsce, a na Amazonie też trudno go dostać). Po tym, jak w poprzednim nasz heros wsławił się bohaterstwem z wyrzutka stał się członkiem elity. Niestety prócz otwarcia licznych, nowych drzwi powoduje to też, że staje się celem zawiści innych. Co więcej wrogowie królestwa ruszają do kontrataku…

Jak wspominałem: jest to niezbyt ambitne, ale przyjemne w czytaniu fantasy o żołnierzach walczących w czarodziejsko-muszkieterskiej wojnie. Niemniej nadal jest to przyjemna lektura o wciągającej akcji, dających się zrozumieć bohaterach i dobrze skonstruowanym świecie.

Jedyną wadą jest fakt, że urywa się strasznym clifhangerem, którego niestety pewnie nie uda mi się uzupełnić.

Zadziwiający Maurycy i jego edukowane gryzonie:

Ocena: 10/10

Pratchett u szczytu mocy twórczych, aczkolwiek książka leżąca dość mocno z boku cyklu o świecie Dysku.

Przez krainę podróżuje bardzo nietypowa gromada: inteligentny kot, stado równie rozumnych szczurów oraz głupawy z wyglądu dzieciak. Razem fingują plagi, które ostatnia z wymienionych postaci rozwiązuje. Koniec końców docierają do miasta, które faktycznie cierpi z powodu nadmiaru gryzoni… Ma to być ich ostatnie oszustwo…

Książka jest „typowym” Terrym Pratchettem i jak często u tego pisarza, pod płaszczykiem dość błahej i komediowej historii stawia ważne pytania o życie, śmierć, wiarę, społeczeństwo i tożsamość.

Podczas lektury niejednokrotnie się też uśmiałem, niejednokrotnie (zwłaszcza przy końcówce) się też wzruszyłem. Bardzo dobra lektura. Żałuję, że nie wziąłem się za nią wcześniej.

Zamki w chmurach:

Ocena: 6/10

I trzeci tom wiadomego dzieła. Tym razem bohater będzie zmagał się ze zdradą ze strony niedawnych sojuszników oraz przeniesie swe neokolonialne zapędy z egzotycznych stron do Europy Środkowej. Przy okazji dowiadujemy się też, dlaczego jest tak wyjątkową osobą, a jego potęga zostaje jeszcze tylko wzmocniona.

W sumie to trudno mi napisać coś więcej o tej książce. Bohater biega, walczy, zachowuje się łobuzersko, jest źle rozumiany przez inne postacie, ale koniec końców wychodzi na jego i zwycięża straszne zło.

Jak już wspominałem: pod wieloma względami przypomina to Akta Dresdena, tylko protagonista nie ma uroku Dresdena, a książka nie zawiera tylu świetnych pomysłów i sprytnych idei na rozwiązanie sytuacji. Bardziej opiera się na sile głównego bohatera i nieporadności jego wrogów, niż sprycie, taktyce i strategii.

Zapomniane bestie z Eldu*:

Ocena: 9/10

Andrzej Sapkowski poleca i wie, co robi.

Na odciętej od świata górze, w otoczeniu licznych, magicznych bestii żyje sobie czarodziejka, córka potężnego maga i wnuczka jeszcze potężniejszego. Pewnego dnia, do bram jej domostwa puka uciekający przed wrogami rycerz, który oddaje jej pod opiekę niemowlę, będące dziedzicem tronu pewnego królestwa.

Zapomniane bestie z Eldu” to chyba najlepsza książka, jaką przeczytałem w tym miesiącu oraz jedna z najlepszych, jakie przeczytałem w tym roku. To częściowo nastrojowa opowieść ala Tanith Lee, a częściowo o emocjach i zdobywaniu mądrości ala „Czarnoksiężnik z Archipelagu”. Bardzo szkoda, że w Polsce ukazało się tak mało utworów tej pisarki.

Generalnie jest w niej wszystko, co lubię w fantasy: baśniowość, klasyczna, „normalna” magia, magowie, niezwykłe istoty, konflikt na poziomie człowiek vs. człowiek. Powieść jednak przede wszystkim traktuje o emocjach: macierzyństwie, strachu, lęku przed wrogami, konfliktu między ludźmi, w których ulokowało się swoje uczucia. Ogólnie otrzymujemy więc bardzo frapującą baśń.

*W środkudedykacja „Wszystkiego najlepszego syneczku.

Zaginione królestwa:

Ocena: 7/10

Pozycja traktująca o państwach, które istniały, ale istnieć przestały i popadły w zapomnienie, zarówno mieszkańców swych dawnych terenów jak i całej historiografii. Pozycja skupia się głównie na historii nowożytnej (XVII wiek i wyżej), tylko trochę miejsca poświęca średniowieczu, starożytność natomiast całkiem pomija.

Styl pisania jak to u Normana Daviesa: autor z jednej strony zżyma się na kolegów, że lekceważą całe rozdziały historii, z drugiej sam przedstawia je bardzo po łebkach, waląc teoriami, które wyszły z użycia jeszcze, jak ja byłem na studiach.

Samych tych królestw też mogłoby być więcej. Sam jeden wskazałbym kilka ważnych elementów z okresu średniowiecza: arabską i normańską Sycylię, republiki kupieckie Włoch (napisano kilka słów o Florencji, ale jedynie w kontekście wojen napoleońskich), Państwo Krzyżackie, Chanat Tatarski na Krymie…

Tak więc: taka trochę przekrojowa, ale niekoniecznie bardzo rozwijająca opowieść.

Zimne dni:

Ocena: 8/10

Czternasty tom cyklu o Harrym Dresdenie. Nasz bohater musi dopełnić przysięgi złożonej Mab, królowej Dworu Zimy i wstąpić na jej służbę. Zostaje mu też zlecona pierwsza misja ze strony tejże władczyni… Która to misja, jak łatwo zgadnąć, nie do końca mu się podoba…

Muszę powiedzieć, że podziwiam Jima Butchera. Po napisaniu tylu tomów o jednym bohaterze, których akcja toczy się też w jednym uniwersum cały czas ma pomysły, co by tu jeszcze pokazać czytelnikowi.

I pokazuje.

Otrzymujemy więc następną, doskonałą, pełną niespodziewanych zwrotów akcji oraz pomysłowych rozwiązań opowieść. A jednocześnie poznajemy kolejne obszary tego świata. Całość kończy się natomiast w ten sposób, że człowiek nie może doczekać się następnych tomów…

Zimowa opowieść:

Ocena: 7/10

Pozycja 36 w Kanonie Sapkowskiego. Prawdę mówiąc moim zdaniem nie bardzo spełnia ona warunki przynależności do gatunku fantasy, ani nawet baśni. Jest to raczej przedstawiciel realizmu magicznego.

Po lekturze pozostały mi raczej mieszane uczucia. Z jednej strony była to książka bardzo dobrze napisana, a przy tym piękna. Z drugiej: skorzystała by, gdyby miała 200, maksymalnie 250 stron.

Zimowa opowieść” składa się bowiem głównie z pięknych, kunsztownych i wysmakowanych opisów. Czytanie ich sprawia przyjemność i jest satysfakcjonujące. Jednak jest ich po prostu zbyt wiele. W efekcie czytanie książki sprawia wrażenie, jak jedzenie krówek (tych strasznie słodkich cukierków).

Zjedzenie jednej krówki jest doznaniem dla zmysłu smaku i przyjemnością, jednak spożycie już pięciu sprawia, że człowiek jest zasłodzony, tak więc uporanie się z całą paczką wydaje się wręcz niemożliwością.

A teraz wyobraźcie sobie, że ktoś, po tym, jak zjedliście tą paczkę, do was przychodzi i mówi „Cieszę się, że tak wam te krówki smakują, bo mam ich jeszcze ciężarówkę”. I takie właśnie wrażenie towarzyszy lekturze tej pozycji.

Zmienne oblicze ziemi: Nowe spojrzenie na starą planetę:

Ocena: brak

Pewnego pięknego dnia czytałem artykuł na Wikipedii albo w czymś takim, odnoszący się do przeszłości geologicznej naszej planety i uznałem, że byłoby fajnie widzieć o niej coś więcej. Zapytałem się więc na Facebooku, w odpowiedniej grupie, co polecają. Poradzono mi tą książkę…

Kupiłem ją kilka miesięcy później. Zacząłem czytać….

I wychodzi na to, że jednak nie byłoby fajnie.

Właściwie nie wynika to z jakichś większych wad tej lektury (stąd brak oceny), co raczej z tego, że zastosowany został nieodpowiedni czytelnik. Wyszło na to, że jednak ta tematyka nie jest dla mnie pociągająca. Czytałem więc i czytałem, oczy mi się kleiły, czułem się jak na nudnej lekcji z przedmiotu, o którym wiem, że w żaden sposób mi się w życiu nie przyda. Jak w trakcie jakiegoś wykładu o piśmie technicznym lub czymś takim…

Jest to absolutnie subiektywne uczucie, które w żaden sposób nie świadczy o jakości książki.

Niemniej jednak nie dałem rady jej przeczytać.

Życie w średniowiecznym zamku:

Ocena: 1k6+4

Mam trochę mieszane uczucia wobec tej książki.

Gdybym był w liceum i wpadła mi w ręce prawdopodobnie stałaby się moją ulubioną lekturą, na równi z Władcą Pierścieni oraz Rękopisem Znalezionym W Smoczej Jaskini Andrzeja Sapkowskiego. Obecnie jednak mam bardziej wyczerpujące opracowania na temat w swojej biblioteczce…

Które jednak pisane są językiem tak specjalistycznym, że ich czytanie powoduje ból głowy, są tak grube, że można nimi zabić i nieprzejrzyste, że lepiej działają na sen, niż niejeden lek dostępny tylko na receptę.

Tutaj natomiast mamy jasno, zwięźle, na temat i prostym językiem. Dowiadujemy się więc skąd pochodzą zamki oraz jak rozwijały się przez wieki, kim byli ich panowie, a kim panie, jak sprawdzały się na wojnie, jak wyglądał typowy dzień życia w zamku oraz jak wyglądał typowy rok w takim…

Ale żeby nie przesłodzić: mam kilka zarzutów co do jakości tekstu. Zwłaszcza pierwszy rozdział bije po oczach angielskim nacjonalizmem i pojawiają się w nim prawdziwe kocopoły. Na przykład autorzy piszą, że w XI wieku kultura francuska była dominująca i wyznaczała trendy tego co modne, przez co ludzie Wilhelma Zdobywcy używali go zamiast angielskiego. Otóż: nie jest to prawdą. Ludzie Wilhelma Zdobywcy po prostu przypłynęli z Francji, więc po jakiemu mieli mówić?

Tak więc książka ma zarówno wady jak i zalety. Jedną z tych drugich jest leksykon najbardziej interesujących zamków znajdujących się na szerokim rozstrzale geograficznym (lista została uzupełniona też przez polskiego wydawcę o nasze zamki). Tak więc, jeśli ktoś ma pieniądze, to może zaplanować sobie wycieczkę…

Autorzy napisali też książki Życie w średniowiecznym mieście oraz Życie w średniowiecznej wsi, które też sobie kupię.

Ten wpis został opublikowany w kategorii fantastyka, Fantasy, Historia, Książki, Przeczytane, science fiction i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s