Przeczytane we wrześniu 2020: Pratchett, Sanderson, Dawkins i inni:

We wrześniu udało mi się przeczytać ponownie bardzo dużą porcję, bo aż 12 książek (i ponownie na liście tej nie ma Dark Crusade). Oczywiście, jak w poprzednich miesiącach także i w tym trochę oszukiwałem, skupiając się głównie na lekturze pozycji krótkich więc na liście znajduje się więc aż 6 broszurek od wydawnictwa Osprey (byłoby siedem, ale jedną ukradli mi w pracy zwiedzający).

Tak nawiasem mówiąc, to prawdopodobnie ostatni lub przed ostatni miesiąc z takimi wynikami czytelniczymi (choćby dlatego, że skończyły mi się Ospreye, a kupka wstydu też zipie już resztkami sił). I bardzo dobrze, bowiem pisanie tak długich notek czytelniczych to istna mordęga (a fakt, że WordPress wepchnął mi gardło nowy interfejs użytkownika, też mi życia nie ułatwia)…

W tym miesiącu lista przeczytanych pozycji wygląda następująco:

Nacja:

Ocena: 7/10

Jest sobie alternatywna wersja Ziemi, na niej alternatywna wersja Pacyfiku, na którym znajduje się tytułowa Nacja, czyli duża, kamienna wyspa, na której żyje pewien tubylczy lud. Pewnego dnia wyspa i otaczający ją archipelag zostają zniszczone przez potężne tsunami. Niedobitki, jakie przetrwały gromadzą się nań, próbując odbudować swoje życie i społeczeństwo. Tubylcy i biali jednoczą siły, by przetrwać… Wpływ kultury tych drugich powoduje, że autochtoni muszą zrewidować i ponownie przemyśleć swoje spojrzenie na wiele spraw…

W zasadzie to mam mieszane uczucia co do tej książki. Pomijając utyskiwania na, które umieściłem już w innej notce jej największym problemem jest fakt, że traktuje dokładnie o tym samym, o czym traktuje pewnie z połowa książek Pratchetta: o konflikcie tradycji z nowoczesnością, konieczności ochrony tejże tradycji oraz wyznaczenia granic konserwatyzmowi…

Co więcej autor nie wysuwa tu żadnych, nowych wniosków. To książka, która mogłaby wręcz walczyć o tytuł najbardziej generycznego utworu Terrego Pratchetta i zająć drugie miejsce (kandydat na miejsce pierwsze opisany jest niżej).

Niemniej jest zręcznie napisana, a dla kogoś, kto wcześniej nie miał do czynienia z twórczą tego pisarza mogłaby wydawać się świeża.

Manzikert: Złamanie potęgi Bizancjum:

Ocena: 7/10

Książeczka traktuje o jednej z najważniejszych bitew w dziejach: starciu między podówczas upadającą już, ale nadal znaczącą potęgą, jaką było Bizancjum, a stopniowo rosnącymi w siłę Turkami. W zasadzie roztropna taktyka Bizantyjczyków powinna dać im zwycięstwo. Niestety tak nie było: próba wycofania się na noc do obozu zmieniła się w wybuch paniki, który doprowadził do totalnej rzezi oraz niewoli cesarza. Z efektów tej klęski państwo nie podniosło się już nigdy.

Wadą książki jest fakt, że bitwa, mimo iż ważna, jest słabo udokumentowana w źródłach. Wspominające o niej przekazy pisane były po latach, przez ludzi, którzy nie widzieli jej na oczy, a co więcej obrosły plotkami i mitami.

Efekt jest taki, że w książce pełno jest „może”, „prawdopodobnie” i „chyba”, a niewiele pewnych stwierdzeń. Utrudnia to jej odbiór, gdyż wychodzi na to, że w zasadzie nic o tym wydarzeniu nie wiemy.

Psychologia wojny:

Ocena: 8/10

Bardzo interesująca pozycja traktująca o zachowaniu żołnierzy na polu walki (oraz o tym, na jakim poligonie był autor oraz kogo tam poznał), napisana prostym, przejrzystym językiem.

Jej zawartość i wyciągane wnioski streściłem już przy innej okazji. Generalnie traktuje o całym, ludzkim aspekcie walki, czyli tym, co gry często pomijają (a o czym nierzadko opowiada Lindysbeige na swoim youtubowym kanale), jednak zebranym w jednym miejscu i skondensowane.

Jest to bardzo ciekawa, inspirująca lektura, która porusza wiele ciekawych tematów i osobiście nie żałuję wydanych na nią pieniędzy. Niemniej jednak wolałbym książkę napisaną ciężej, skupiającą się bardziej na danych, a mniej na anegdotkach o kontaktach towarzyskich badacza.

Potiers: Król Francji w niewoli:

Ocena: 8/10

Osprey traktujący o kolejnej, tym razem bardziej wyrównanej i nie zawierającej tak wielu błędów taktycznych bitwie Wojny Stuletniej. Oczywiście bitwa kolejny raz okazała się zwycięska dla Anglików, a dla Francji katastrofą.

Samo starcie i jego tło należą do bardzo ciekawych i dobrze udokumentowanych, tak więc autor potrafi o nich wiele powiedzieć. Niestety znaczna część informacji powtarza się z tymi z Crecy, Trium Długiego Łuku, z czego pisarze zdają sobie sprawę. Tak więc w wielu miejscach pozycja odsyła do tego tytułu, przez co samodzielnie jest niezrozumiała.

Mi to nie przeszkadzało, gdyż mam obydwie te broszurki. Jednak dla kogoś innego może to być problemem.

Mimo to lektura bardzo mi się podobała, jest to jeden z ciekawszych i lepiej napisanych Ospreyów jakie czytałem.

Kapelusz pełen nieba*:

Ocena: 7/10

Drugi tom pod-cyklu o Tiffany Obolałej, oraz ostatni tom Świata Dysku, którego zarówno wcześniej nie czytałem, jak i nie miałem do tej pory w kolekcji. I szczerze mówiąc nie było warto. Bowiem to właśnie jest ta książka, którą mógłbym nazwać „najbardziej generycznym Pratchettem”.

Tiffany staje więc przed kolejnym konfliktem z gatunku Nowoczesność vs. Tradycja, oraz z typowo Pratchettowskim potworem: Ulnikiem (taką żywą ideą szukającą nośnika), wchodząc w kolejny Pratchettowski konflikt na poziomie jednostka vs. instytucja i wolność vs. tyrania. Żadna z tych rzeczy nie zawiera ani jednej myśli innej, niż te, które pojawiają się we wcześniejszych lub późniejszych książkach, a rozwiązanie też już jakbym gdzieś widział…

Ogólnie: podobnie jak Nacja książka ta zapewne mogłaby się podobać komuś, kto dopiero zaczyna przygodę z twórczością pisarza. Niemniej jednak dla kogoś, kto przeczytał wszystkie (lub przynajmniej większość) Pratchettów to nie będzie porywająca lektura.

Zupełnie, jakby nie miał pomysłu, albo coś takiego…

*Przyjemności kupowania książek z drugiej ręki: w tej znajdowała się karteczka „Dla Kochanie. Czytaj”. Coś czuję, że nie była to miłość do grobowej deski.

Bohater wieków:

Ocena: 7/10

Chyba już załapałem, o co chodzi z popularnością Sandersona: jeśli ktoś całe życie czytał pisarzy pokroju Kenów Liu, Milesów, Cameronów czy Johnów Marco, to nic dziwnego, że pisarz ten może być dla niego objawieniem. Bo to jednak jest jedna lub dwie kategorie wyżej. Co nie znaczy, że książka ta przekonała mnie do kontynuowania przygody z Sandersonem.

Bohater Wieków to sprawnie napisana książka, która jednakże byłaby lepsza, gdyby skrócić ją o jakieś 400 stron. Sporo wątków wydaje się bowiem całkowicie niepotrzebnych (np. wszystko to, co dzieje się wokół Pierwszego Obywatela) i tak naprawdę niewiele wnosi. Odsłaniane jest też wiele tajemnic, aczkolwiek odnoszę wrażenie, że okazują się ona zaskakujące głównie dlatego, że autor retconował kilka rzeczy.

Nadal nie podoba mi się też ilość republikańskiej propagandy wylewającej się z kart książki i jakiegoś takiego dziwnego podejścia do moralności: jeśli urządzasz polityczne czystki, ale bez popierniczonych, sadystycznych ekscesów, to w sumie jesteś całkiem cacy. Dopiero jak ci bije w perwersje, to wtedy stajesz się złym człowiekiem.

Ogólnie to odnoszę wrażenie, że ten świat nie za bardzo trzyma się kupy. Mgliści i Zrodzeni Z Mgły w ogóle znikli gdzieś z radarów. Ostatniemu Imperatorowi do bycia sukinsynem nie wystarczy, że niewolił narody, mordował ludzi, prowadził czystki etniczne oraz prześladowania religine (zwłaszcza, że Pierwszy Obywatel też mordował, a przy bliższym poznaniu okazał się całkiem sympatyczny) i tak dalej i tak dalej. Musiał do tego odpalić jakieś durne pomysły, od których Hitler by zwymiotował…

Niemniej jednak: książka jest napisana dość zręcznie, bez jakichś, odbierających rozum głupot. Czytałem dziesiątki gorszych, jednak przygodę z twórczością Sandersona już chyba zakończę.

Zapomniane bestie z Eldu**:

Ocena: 9/10

Andrzej Sapkowski poleca i wie, co robi.

Na odciętej od świata górze, w otoczeniu licznych, magicznych bestii żyje sobie czarodziejka, córka potężnego maga i wnuczka jeszcze potężniejszego. Pewnego dnia, do bram jej domostwa puka uciekający przed wrogami rycerz, który oddaje jej pod opiekę niemowlę, będące dziedzicem tronu pewnego królestwa.

Zapomniane bestie z Eldu” to chyba najlepsza książka, jaką przeczytałem w tym miesiącu oraz jedna z najlepszych, jakie przeczytałem w tym roku. To częściowo nastrojowa opowieść ala Tanith Lee, a częściowo o emocjach i zdobywaniu mądrości ala „Czarnoksiężnik z Archipelagu”. Bardzo szkoda, że w Polsce ukazało się tak mało utworów tej pisarki.

Generalnie jest w niej wszystko, co lubię w fantasy: baśniowość, klasyczna, „normalna” magia, magowie, niezwykłe istoty, konflikt na poziomie człowiek vs. człowiek. Powieść jednak przede wszystkim traktuje o emocjach: macierzyństwie, strachu, lęku przed wrogami, konfliktu między ludźmi, w których ulokowało się swoje uczucia. Ogólnie otrzymujemy więc bardzo frapującą baśń.

**Dedykacja „Wszystkiego najlepszego syneczku.”

Samolubny gen:

Ocena: 7/10

Bardzo głośna książka popularnonaukowa, która zapewniła autorowi pozycję jednego z najbardziej rozpoznawalnych biologów, odbiła się też echem daleko poza światem akademickim, wywołując rozmaite etyczne, moralne, filozoficzne i teologiczne dyskusje. W efekcie na głowę autora sypały się liczne gromy, często bardziej z uwagi na warstwę obyczajową, a nie merytoryczną.

Ogólnie rzecz biorąc mam dość mocno mieszane uczucia na jej temat. Z jednej strony podobała mi się z uwagi na wyważony, logiczny i spokojny, bardo elegancki wywód, który zachwycił mnie samym stylem prowadzenia. Dawkins posiada umiejętność wyjaśniania rzeczy trudnych w łatwych do zrozumienia słowach. Tak więc sama lektura była nader przyjemna.

Problem w tym, że z książki nie dowiedziałem się w sumie niczego nowego. Większość obecnych w niej tez jest dość stara (zresztą „Gen” pochodzi z lat 70-tych więc nic dziwnego). W efekcie zostały one powtórzone już miliony razy w innych pozycjach naukowych i popularnonaukowych które czytałem. Tak więc większość, jeśli nie wszystkie tezy, jakie stawia autor były mi już wcześniej znane.

Wojownik spartański:

Ocena: 7/10

Książeczka bardzo podobna tematyką do Armii Spartańskiej, którą czytałem w zeszłym miesiącu, jednak o ile Armia opisywała też kontyngenty sojuszników, podporządkowanych miast i najemników walczących obok Spartiatów, tak Wojownik traktuje wyłącznie o samych obywatelach Sparty.

W zasadzie tematyka jest dość łatwa do przewidzenia: wychowanie, wyszkolenie, uzbrojenie, taktyka, osiągnięcia, przyczyny upadku (Spartan od początku było mało, ich styl życia był bardzo wymagający, a nawet na wygranych wojnach giną ludzie… W efekcie część uznała, że ma gdzieś życie wojownika i zajęła się rolnictwem, reszta zaś poginęła na wojnach).

Książka ogólnie rzecz biorąc wartościowa, tym bardziej, że autor nie popada w zachwyt nad Spartanami i ich dokonaniami, za to potrafi spojrzeć krytycznie. Niemniej jednak temat jest tak naprawdę mało odkrywczy, a sama treść stanowi takie masło maślane. Tak więc ocena średnia.

Macedoński piechur***:

Ocena: 7/10

Ponownie Osprey, tym razem traktujący o dokonaniach, genezie i rozwoju podstawy armii macedońskiej: wzorowanych na Greckich, lecz nieco ulepszonych, zbrojnych we włócznie piechurach.

Ogólnie historia jest trochę jak ze starego sword and sorcerry: lud z pogranicza, uważany za barbarzyński, składający się głównie z górskich pasterzy, nawykłych do porzucania rodzin i długich wędrówek, jego wielki reformator, pomysł na dwukrotne wydłużenie włóczni i militarna dominacja…

Sama treść książki nie jest szczególnie porywająca: jakoś średnio mi pasuje atmosferą ta cała Grecja, a co więcej analiza dorobku materialnego, dokonywana w tej książce jasno świadczy o tym, że prymitywizm wychodził tam z każdego zakątka (np. armie greckie miały specjalnie wyznaczonych żołnierzy, których zadaniem była ciągła opieka nad palącą się lampką oliwną, bo nie znano sensownego sposobu rozniecania ognia w terenie). Tak więc: znów ocena średnia.

***Między „Wojownikiem Spartańskim”, „Macedońskim Piechurem” wypadałoby jeszcze dla porównania przeczytać „Hoplitę Greckiego”, ale to właśnie była ta książka, którą mi ukradli.

Krucjaty w basenie Morza Bałtyckiego:

Ocena: 8/10

Osprey traktujących o wyprawach krzyżowych przeciwko Prusom, Litwinom, Łotyszom i Rusinom. Traktuje o sztuce wojennej Skandynawów, Zakonu Krzyżackiego oraz wymienionych ludów tubylczych. Natomiast o samym przebiegu walk jest stosunkowo niewiele (co nie dziwi, gdyż były one chaotyczne i długotrwałe, trudno też w nich odnaleźć jakiś porządek).

Nie wiem dlaczego, ale ta pozycja wydała mi się dużo lepsza i ciekawsza od pozycji traktujących o Grekach. Być może tematyka jest bliższa sercu, aczkolwiek podejrzewam, że chodzi raczej o bogatszy arsenał i większą złożoność tematu. Oraz fakt, że tematyka z jednej strony dotyka trochę naszej historii, a z drugiej traktuje o wydarzeniach o których rzadko się wspomina.

Ogólnie: bardzo dobra pozycja traktująca o interesującym temacie oraz wyjaśniająca go w przystępny sposób. Czyli to, co w tej serii najbardziej lubię.

Grecki okręt wojenny:

Ocena: 8/10

Kolejny Osprey, tym razem traktujący o słynnych trierach (zwanych też triremami), greckich, wiosłowych okrętach wojennych. W krótkiej, przystępnej formie mamy tu omówione wszystkie, główne zagadnienia związane z tego typu jednostkami: ich budowę, rekrutację i życie załogi, sposoby wykorzystania w bitwie… Mimo niewielkiej objętości książka jest bardzo szczegółowa, omawia temat dogłębnie, włącznie z rodzajami używanego na kadłuby drewna.

W odróżnieniu od pozostałych traktujących o Grecji ta książka okazała się bardzo ciekawa. W szczególności uderzający jest techniczny prymitywizm i brak wyrafinowania tych okrętów. Z jednej strony mamy więc lud znany z żeglarstwa, a z drugiej statki budowane wedle najbardziej łopatologicznych metod, wykonane tak, że ledwie pływają i żeglarzy, którzy boją się stracić ląd z oczu…

Nie licuje to z powszechnym wizerunkiem Greków, jako ludu wynalazców i filozofów. Niemniej jednak właśnie z tego powodu jest to ciekawe.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantasy, Historia, Książki i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Przeczytane we wrześniu 2020: Pratchett, Sanderson, Dawkins i inni:

  1. Lurker pisze:

    1. Co do Manzikerta.

    Piszesz, że treść pełna jest takich stwierdzeń, że „chyba”, itd.
    Tak więc sprawia to wrażenie typu, że „tak naprawdę to nic nie wiadomo”.

    Ale czy przynajmniej obraz bitwy odmalowywany przez tą pozycję sam w sobie – pomimo tych wątpliwości – jest jasny, klarowny, zrozumiały, wyczerpujący, wiarygodny, itd. ?

    2. Oraz czy przynajmniej obrazki są zadowalające?

    3. Co do Krucjat Północnych.

    Byłem przekonany, że kiedyś już pozycję ową recenzowałeś.
    I twoja ocena nie była tak przychylna. Coś w stylu, że „dużo chaotycznych walk, bez ładu i składu, co czyni ją męczącą i nudną” – czy jakoś tak. Zresztą o chaotyczności walk wspominasz również i w tymże tutaj wpisie.
    Ale szukam, szukam, nie znajduję nigdzie.
    Czytałeś jeszcze raz – zmieniłeś zdanie – i zrecenzowałeś na nowo, usuwając tamtą recenzję?

    Czy mi się tylko wydaje?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s