Opowieść o dwóch górach i lokalnej polityce:

To tamte w tle.

Są dwie góry, a między nimi biegnie szlak turystyczny. Jedna góra jest większa, druga mniejsza. Góra większa podlega pod PTTK oddział w Krośnie, druga pod PTTK w moim rodzinnym mieście. Granica oddziałów biegnie dolinką między obydwoma. Jej przebieg można łatwo określić bez żadnych narzędzi, ani map.

Od strony Krosna szlak jest pięknie oznakowany, na skrzyżowaniach znajdują się tabliczki wskazujące kierunek do poszczególnych atrakcji oraz informujące o odległości. Na drzewach co kilkaset metrów umieszczono czerwone i żółte kropki oraz kreski informujące nas o jego przebiegu. Jeśli akurat biegnie on przez łąkę, gdzie nie ma drzew, to w ziemię powbijane są patyki, na których zaznaczono jego przebieg. Na rozstajach, rozgałęzieniach i skrzyżowaniach stoją czytelne kierunkowskazy.

Przebiegu granicy łatwo się domyślić, bowiem gdy wejdzie się na obszar szlaku należącego do mej ziemi rodzinnej oznaczenia nagle znikają.

Góra nr. 1

Oczywiście, gdy tamtędy wędrowałem (gdzieś w okolicach 5 września) nie przejąłem się tym, bo to normalne, że znakarze próbują nas zabić, oznaczeń nie ma, albo też kierują nas w inną stronę, niż przebiega szlak, tudzież można na nich przeczytać, że o szlak dbają wojewodowie nie istniejących już województw. Nie przejmowałem się aż do momentu, gdy dotarłem do skrzyżowania, na którym oczywiście nie było żadnej podpowiedzi (samo skrzyżowanie też nie było oznaczone na mapie). Poszedłem więc tam, gdzie wydawało mi się, że powinienem. W efekcie mało nie utopiłem się w błocie. Przez godzinę maszerowałem, ciągnąc rower po ścieżkach zrywkowych. W końcu dotarłem do ślepego zaułka, wkurzyłem się, i wróciłem po swoich śladach, co pochłonęło mi kolejną godzinę… Jako, że w tym czasie powinienem szlak przebyć wkurzyłem się bardziej, wróciłem na krośnieński odcinek, a z niego do domu.

I teraz tak:

Góra nr. 2.

W trakcie odwrotu zacząłem liczyć mijanych ludzi. Na górze nr 1 (dziwnym trafem dalej nikt nie szedł) natrafiłem na 18 osób, a spędziłem tam około godziny. Przyjmijmy, że doba użytkowa na szlaku ma 8 godzin, a ja trafiłem na godzinę szczytu i statystycznie mamy połowę takiego „obciążenia”. Daje nam to 9 osób na godzinę i 72 na dobę. Razy pięć miesięcy sezonu turystycznego wychodzi to 10.800 turystów. Liczba skromna, moje miejsce pracy obsługuje tyle tygodniowo. Jednak większość z tych ludzi to nie są miejscowi, tylko przyjezdni. Ponadto szlak jest tańszy w utrzymaniu, bo np. nie trzeba go ogrzewać i oświetlać.

Żeby gdzieś przyjechać na jeden dzień trzeba wydać minimum 100 złotych na jedzenie, miejsce do spania, bilety i tym podobne (biletów dojazdowych nie liczę, ale wychodzi to kolejne 50-100 złotych). Jeśli chce się iść na szlak turystyczny, to przyjechać należy najmniej na trzy dni. Czyli 300 złotych. Razy liczba turystów generuje to w lokalnej gospodarce roczny obrót w wysokości 3 milionów 240 tysięcy złotych.

Ładnie jak na jeden z biedniejszych regionów Polski.

Powiedzmy, że pomyliłem się w swoich szacunkach 10 razy.

Nadal ładnie jak na jeden z biedniejszych regionów Polski.

Wydawać by się mogło…

Góra nr. 1 może wydawać się mało górzysta, ale przy bliższym poznaniu okazuje się całkiem zacna.

…że w takiej sytuacji dobrostan szlaków i wędrujących po nich ludzi powinien leżeć na sercu każdej lokalnej szyszce, niezależnie od jej kalibru.

Jednak takie myśli mogłyby rodzić się tylko w bardzo naiwnych głowach. Ktoś doświadczony w kontaktach z władzami ziemi mojej rodzinnej wie, że zadaniem urzędnika jest pierdzenie w stołek. Przykładowo: gdy mój brat rejestrował firmę, to baba z urzędu zadzwoniła do niego i zapytała się go, czy na pewno nie chciałby złożyć papierów w Krakowie i tam płacić podatki. Poinformowała go też, że jeśli zarejestruje się w Krakowie, to dostanie od miasta pół roku darmowych przejazdów komunikacją miejską. Bo Krakowowi zależy, żeby ludzie w nim podatki płacili.

A ona nie będzie musiała pracować, papierków przekładać…

Na poprawę więc nie ma co liczyć.

I dlatego też wszyscy od nas uciekają.

Morału brak. Opowiadam o tym, bo lubię narzekać.

A wiecie co jest za tą górą, która majaczy tam w dali? Słowacja!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Przygody, Wredni ludzie i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

9 odpowiedzi na „Opowieść o dwóch górach i lokalnej polityce:

  1. Maks pisze:

    Trase Gorce – Bieszczady zrobilem lacznie 3 razy w zyciu i takich kwiatkow jest w tym regionie pelno. Moim ulubionym byl moment, nie pamietam juz gdzie, gdzie czerwony i czarny szlak szly dokladnie tak samo miedzy dwoma punktami, ale czerwony mial oznaczenie 45 minut, a czarny 30 minut…

    Byles moze kiedys na Jasielu? To moj ulubiony kemp w Polsce, zawsze sie tam rozbijalismy na dwa dni zeby wyrestowac w fajnym miejscu. W okolicy jest mnostwo starych cmentarzy, glownie prawoslwanych i ruin pegieerow, fajnie sie to zwiedza.

    • Planuję w przyszłym roku. W tym odpada, bo obawiam się, że nie dam rady w jeden dzień, a obecnie z noclegami to straszna loteria. Najdalej dotarłem do Komańczy i Wisłoka Wielkiego.

      • Maks pisze:

        W Komanczy kiedys siostra wziela nas na stopa do Cisnej 😀

        Nie wiem dokladnie skad jedziesz, ale na Jasielu kemp super, dodatkowo za darmo. Jest kilka wiat i budek, wiec od biedy jak pogoda nie jest tragiczna mozesz nawet w nich sie przespac. Jest czysta woda ze strumyka i grzyby w lesie. Dwa razy jak tam bylem (5 lat odstepu) byl nawet ten sam pan pustelnik. Jedyny problem to to, ze najblizsza cywilizacja to Moszczaniec, z buta w te i spowrotem pare godzin.

        A, i jeszcze – Bodajze w Woli Niznej (albo gdzies na odcinku Tylawa – Wola Nizna) na czyjejs posesji jest najgorszy posag JPII jaki w zyciu widzialem – a u mnie w Siechnicach mamy godnego kandydata. Jest koslawy i pomalowany w ohydne pastelowe kolory… zal nie zobaczyc 😀

      • Najwygodniej mi będzie dojechać do Bukowska, następnie przejść przez górę z Woli Piotrkowej na Wisłok Wielki właśnie.

        W tym roku jednak już raczej nigdzie nie pojadę. Kilka dni temu zachciało mi się śliwki kraść od sąsiada, bardzo szybko dopadła mnie karma, w trawie był jakiś gwóźdź i teraz jestem na chorobowym.

  2. miedzianagora pisze:

    Czyżby chodziło o Wilcze Budy (góra nr.2)? 🤔
    Odnośnie miejscowej polityki – czyż to nie na Podkarpaciu znajduje się to słynne miasteczko, gdzie zbudowano dworzec kolejowy, a zapomniano o linii kolejowej??? Może jest to jakiś rodzaj specyficznej mentalności lokalnej (coś jakby „Rosja to stan umysłu”).

    • To Kamień nad Rzepedzią. Ale gratuluję orientacji. Kamień jest na południowy wschód od Tokarni, Wilcze Budy na zachód.

      Z mentalnością to niestety prawda. U nas wiele osób pcha się na stanowiska państwowe po to, żeby zarabiać pieniądze za nic. I to często chodzi o zupełnie śmieszne pieniądze. Przykładowo po wyborach samorządowych mieliśmy gościa, który przepisał się z PiS-u do PO, bo obiecali mu zwiększyć dietę o 50 złotych.

  3. Simplex pisze:

    Czy miejsce zamieszkania autora bloga to tajemnica? Ja pochodzę z Sanoka, więc obstawiam że mieszka w Lesku, Zagórzu lub Brzozowie. Czy trafiłem? 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s