Moja na razie najbardziej hardkorowa* wyprawa rowerowa…

W zasadzie to jest chyba ostatnie miejsce, gdzie się jeszcze tym wyczynem nie chwaliłem. Opowiem wam dziś o mojej jak na razie najcięższej wyprawie rowerowej na trasie Dom-Solina, Solina-Dom. Przejechany dystans może już robić wrażenie, wyniósł bowiem prawie 100 kilometrów (dokładniej 98,2). Wyprawa była trochę nieplanowana: nie tak to miało wyglądać.

*Już nieaktualne.

Początek:

To było w maju.

Wyjechałem z domu około godziny 10, przejechałem przez rzekę i skierowałem się na Załuż (nie mylić z Zagórzem). Zatrzymałem się w pobliskiej Biedronce, gdzie nabyłem prowiant (butelkę gazowanej zielonej herbaty i paczkę orzeszków ziemnych w karmelu*). Trochę przed nim odbiłem na tereny Natura 2000, gdzie miałem nadzieję sfotografować żabę, ważkę i łabędzia, ale nie pamiętam, czy coś z tego mi wyszło. Potem pojechałem do Załuża, z niego do Monasterca. Minąłem ruiny zamku w Sobieniu, bo byłem tam już sto razy. Chciałem zająć się mokradłem przy drodze, ale Państwowe Gospodarstwo Wodne zrobiło z nim porządek. Tak więc dojechałem do Monasterca i odbiłem na Bezmiechową.

Tu zaczęły schody, bowiem w Bezmiechowej trzeba było przez 2 czy 3 kilometry jechać pod górę. Nie była ona jakoś specjalnie stroma, ale była to mimo wszystko próba wytrzymałościowa.

Zatrzymałem się przy zjeździe na szybowisko i zjadłem swoje zapasy. Ruszyłem dalej w stronę lasu.

Ten etap podróży trwał długo: dwa razy zatrzymywały mnie imponujące rozlewiska stworzone przez bobry, które dokładnie fotografowałem i raz takie stworzone przez leśników, gdzie w zeszłym roku spotkałem rzekotkę i miałem nadzieję znów ją zastać (nie zastałem).

Z lasu wyjechałem do Olszanicy, skąd miałem zamiar wracać. W tym celu odbiłem na Uherce Mineralne, minąłem browar Ursa Major, produkujący piwo dla turystów oraz znajdujące się za nim ruiny przemysłowe i mały wodospad, bowiem miałem je już obfotografowane z wszystkich stron.

W tym momencie naszła mnie ochota, żeby odbić na Myczkowce, bo to w sumie blisko i może znajdę coś ciekawego. Jak postanowiłem, tak zrobiłem. Faktycznie było ładnie po drodze, ale w sumie nic niezwykłego.

*To może wydawać się niewiele, ale należy zauważyć, że te orzeszki mają prawie 2000 kcal.

Jedziemy do Soliny:

W Myczkowcach doszedłem do wniosku, że jest już godzina 14, a ja w sumie, oprócz kilku kanapek rano i paczki mieszanki studenckiej nic nie jadłem. Uznałem więc, że udam się do Soliny, bo to blisko, a poza tym miejscowość turystyczna więc, tam na pewno kupię jakąś pizze lub kebaba.

Droga do Soliny była już mniej fajna, bowiem dzień z pogodnego zmienił się w deszczowy. Minąłem atrakcję w postaci ogródka biblijnego i drugą, w postaci ruin bunkra (tą drugą, bowiem informacje o nim umieszczono już po tym, jak przejechałem obok niego i musiałbym się wracać o prawie kilometr i potem jeszcze raz podjeżdżać pod górę) i tak dotarłem do punktu widokowego, z którego (tradycyjnie już) nic nie było widać.

Następnie ruszyłem w stronę Soliny.

Solina:

Jeśli ktoś z Was tęskni do lat 90-tych to polecam wizytę w tym mieście. Od tamtych czasów nic się tam nie zmieniło i pewnie nie zmieni. Dodatkowo moja wizyta przypadała jeszcze przed rozpoczęciem sezonu turystycznego, w środku covidowych pustek. Tak więc atmosfera wczesnego kapitalizmu wymieszana z postkomunistyczną siermiengą konkurowała z cmentarnym spokojem.

Moją wizytę w tym mieście zepsuł fakt, że nie wziąłem ze sobą gotówki. Miałem za to kartę płatniczą, co jak mi się wydawało, powinno wystarczyć… Zajechałem do pierwszego baru… A tam nie przyjmują płatności kartą. Do drugie: to samo. Do trzeciego: identycznie. Czwartego: znowu. Piątego: jeszcze raz. Szóstego…

Jest! Cud! Współczesność dotarła i do tego PRL-u!

Patrzę w kartę…

Pstrąg z frytkami: 65 złotych.

Aż tak głodny nie byłem…

Droga na Lesko:

Deszcz przestał padać kilka minut przed tym, jak minąłem zaporę. Niemniej jednak droga zrobiła się jeszcze mniej fajna. Tym razem przeszkodą okazała się naprawdę spora góra. Uczciwie mówiąc nie dałem rady pod nią wjechać. Kolega mówi, że to nie wstyd, bo zdarza się, że samochody też pod tą górę nie dają rady.

Minąłem miejsce, gdzie ponoć są ruiny cerkwii, niestety niewidoczne z drogi, więc ich nie zbadałem i tak sobie jechałem…

W jakiejś dziurze, gdzie nie dociera nawet Sanepid trafiłem na sklep. Ciekawe miejsce, człowiek wchodzi, patrzy, a tam między pułkami kury się pasą… Niemniej jednak kupiłem tam kilka snikersów i Celestynkę o smaku oranżady, co zapewniło mi niezbędną dostawę glikogenu.

Ruszyłem dalej.

Droga na Lesko była dobra, mało ruchliwa, z gładkim asfaltem. Jechało się raźnie. Po drodze natrafiłem na ciekawy obiekt: zrujnowany i porzucony hotel w dawnej cegielni, za którego zdjęcia dostałem 100 lajków na grupie Opuszczone Domy.

Lesko i droga do domu:

Droga do Leska małą pętlą bieszczadzką okazała się łatwa i spokojna. Droga łatwa, po płaskim terenie, dobrze utrzymana, pozbawiona ruchu i w malowniczym terenie. Tak więc jechało się bardzo dobrze.

W Lesku miałem nadzieję uzupełnić kalorie w Słodkim Domu, jednak był już zamknięty. Za to pobliski Ormianin poratował mnie kebabem. Do tego dokupiłem napojów w Biedronce.

Gdzieś w tym momencie zacząłem też korzystać z oświetlenia, bowiem słońce jeszcze w prawdzie nie zaszło, ale już ukryło się za górkami.

Jako, że między Leskiem, a Zagórzem jest spora góra, na którą nie chciało mi się wjeżdżać postanowiłem wypróbować inną drogę: przez Tyrawę Dolną i Górną. Okazało się to złym pomysłem, bowiem tam znajdowała się góra jeszcze większa (oraz całkiem ładny las, bardzo ładne widoki, krzyż na szczycie, który początkowo brałem za miejsce pamięci, a okazał się tagiem z okazji rocznicy Chrztu Polski i malownicze ruiny cerkwi).

Nawiasem mówiąc kilka tygodni później na tej górze sprawdziłem, z jaką maksymalną prędkością może jechać mój rower. Jest to 65 kilometrów na godzinę… Być może da się jechać szybciej, jednak jest to raczej kwestia znalezienia odpowiedniej góry, a nie roweru czy rowerzysty. Przy tej prędkości nie da się ani przyśpieszać (kręcenie pedałami nie przekłada się na ruch kół), ani hamować (grozi to poślizgiem), a wykonywanie jakichkolwiek manewrów jest trudne.

Tak więc: nigdy więcej*.

Droga do Zagórza była głównie z górki, więc dotarcie tam nie było jakimś wielkim wyzwaniem. Z tego miasta natomiast do domu było już blisko.

*Powód takiego pędu był prosty: kupiłem sobie licznik i ciekawiło mnie, jaką prędkość mogę osiągnąć. Wyszło, jak wyszło, a kiedy wyszło okazało się, że nic z tym nie da się zrobić. Powtarzać doświadczenia nie mam zamiaru.

Wnioski:

Prawdę mówiąc nie spodziewałem się, że będę w stanie przejechać aż 100 kilometrów w ciągu jednego dnia (tym bardziej, że w zeszłym roku na dystans 160 kilometrów potrzebowałem aż 3 dni), aczkolwiek nie da się ukryć, że moja siła i wytrzymałość od tego momentu wzrosła. Obecnie dystanse 50 kilometrów robię praktycznie standardowo, raz lub dwa razy w tygodniu.

Pomogły mi też filmiki na Youtube, z których dużo nauczyłem się na temat techniki jazdy.

Co ciekawe po wycieczce byłem też dużo mniej zmęczony, niż po rajdzie na Jurę.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Offtopic, Przygody i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „Moja na razie najbardziej hardkorowa* wyprawa rowerowa…

  1. Velahrn pisze:

    Swoją drogą, nie myślałeś, żeby kupić sobie skutera 50-ki? Nie trzeba prawa jazdy, pali 1,5-2 l/100 km, robi 50 km/h i zwiększył by Ci efektywny zasięg jakoś czterokrotnie.

    • Już kilka osób mi doradzało taki zakup. I faktycznie ma on sens. Problem w tym, że pali benzynę, zamiast kalorii.

      • Velahrn pisze:

        To zależy, co jest twoim celem. Jeśli zrobić mięśnie, to oczywiście, ze rower. Jeśli zrobić zdjęcia, to lepszy pewnie będzie skuter.

        Swoją drogą, są jeszcze rowery elektryczne, gdzie można przesiąść się na napęd elektryczny, gdy osłabniesz. Problem w tym, że są dużo droższe niż skutery (bo jakiegoś używanego Kymco wyrwiesz za 2 tys.)

      • Obecnie jeżdżę już tylko dla sportu. W czerwcu Shutterstock obciął stawki o 80 procent i nawet nie opłaca mi się wrzucać zdjęć (np. w tym miesiącu zarobiłem 8 dolarów).

        Rower elektryczny jest też prawie 2 razy cięższy, niż zwykły.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s