Dlaczego nie napiszę utworu o obecnej sytuacji?

W zasadzie nie planowałem takiego wpisu, ale skoro pojawiły się pytania, to należy na nie odpowiedzieć.

Jak wiadomo Ten, Co Walczy Z Potworami jest powieścią całymi garściami czerpiącą z wydarzeń polskiej sceny politycznej lat 2010-2014. Pytanie brzmi, czy planuję pójść za ciosem i pisać coś więcej na ten temat nasuwa się więc automatycznie?

Odpowiedź niestety będzie krótka: nie planuję.

Jej uzasadnienie będzie bardziej rozbudowane.

Po pierwsze: w tej chwili w ogóle nie planuję nic pisać:

Powód jest taki, że jestem wściekle sfrustrowany i po prostu mam wszystkiego dość. Nie mam ochoty na żadną konstruktywną działalność, ale, gdybyście chcieli np. rabować sklepy, to jestem do usług…

Oczywiście jest to związane (choć nie tylko) z faktem, że Ten, Co Walczy Z Potworami, mimo że stanowił materiał na bestseller, sprzedał się słabo. Wynikło to oczywiście z 1) całkowitego olania marketingu przez wydawnictwo 2) bardzo słabego zatowarowania książki w księgarniach 3) brzydkiej okładki oraz 4) wysokiej, jak na podobne książki, ceny. Do tej pory starałem się nie mówić źle o wydawnictwie, ale ileż można świecić oczami za kogoś, kto przez cztery lata odkładał premierę książki tylko dlatego, że palcem nie chciało mu się przy niej ruszyć?

Co się tyczy Wojny Sztucerowej, to nie udało mi się znaleźć wydawcy. W moim odczuciu to niezła książka, ale coś czuję, że nie sprzedałaby się najlepiej, więc może nie powinienem się dziwić. Jeśli natomiast chodzi o Oficynkę, to w tej chwili jesteśmy na etapie wymieniania się obraźliwymi mailami. Tak więc szanse, by wydawnictwo zdecydowało się opublikować moją kolejną powieść są nader małe.

Zresztą, nawet jeśli, to co z tego? I tak znowu to spierdolą.

Jednak to jest wpisane w rolę społeczną niszowego pisarza fantasy i bym się z tym pogodził.

Problem z tym, że walnęła jeszcze ta epidemia. Akurat planowałem ten rok spędzić bardzo aktywnie: chciałem urządzić dwie, długie wyprawy rowerowe oraz pojechać na wakacje życia. Mam też odłożone pieniądze na zakup profesjonalnego sprzętu fotograficznego.

Skończyło się tym, że mam wizę do Azji Wschodniej, która powoli traci ważność.

Raczej wątpię, czy ruszę tyłek dalej, niż do granic gminy: statystyki zachorowań szaleją, nie wiem, czy mam gdzie jechać, nie wiem, czy kogokolwiek tam zastanę, gdzie będę mógł spać, gdzie będę mógł jeść, ani czy wracając nie zarażę się jakimś paskudztwem i nie umrę, zabiwszy przy okazji wszystkich dookoła. Czy mnie wypuszczą z kraju? Czy w autobusie, którym zamierzam jeździć po Polsce nie będzie zarażony, w efekcie czego nie zamkną mnie na kwarantannie w jakiejś dziurze?

Tak więc raczej sobie odpuszczę.

A miałem właśnie siedzieć w restauracji Indian Palace w Lublinie i przybierać na wadze.

Natomiast jeśli chodzi o ten sprzęt fotograficzny, to pewnie go nie kupię.

Do tej pory uspokajał mnie Shutterstock i niezłe efekty sprzedażowe, ale niestety: 1 czerwca zarząd firmy postanowił nam wszystkim urządzić Dzień Dziecka i zmniejszył wypłacane artystom prowizje o 80 procent.

Tak więc wiecie…

Chwilowo nie mam ochoty nawet patrzeć na pracę twórczą.

Za kilka miesięcy pewnie mi przejdzie.

Sorki za ton, treść i negatywne emocje.

Jeśli już, to będzie to jakaś opowieść o elfach, mieczach i smokach:

Pewnie raczej w stylu „Jednym Zaklęciem” czy „Arivalda z Wybrzeża”, bo prawdę mówiąc takie lubię najbardziej. Może jakieś hig i heroic fantasy z silnym wątkiem przygodowym.

Nie wiem, czy uda mi się to wydać, bo nasi wydawcy raczej nie lubią powieści fantasy (podobnie zresztą, jak science fiction), ale jej pisanie powinno dostarczyć mi sporo radości.

Zresztą, nawet jeśli nie, to – jeśli uznam, że jest ona obiektywnie dobra – to wrzucę ją do netu („Sztucerowa” jest książką, którą mogłaby się podobać lub nie, więc do netu wrzucać jej nie będę). Powinienem też sprawdzić, czy czasem umowa na Gambit mocy nie dobiega końca i albo poszukać innego wydawcy, albo jakiegoś klienta do udostępniania plików, którego można podpiąć pod WordPress.

Ale to za kilka miesięcy: w okresie od marca do maja prawie zamarł rynek książki, wydawcy są stratni i w najbliższych miesiącach raczej nie będą szukać nowych autorów.

Eh…

Ogólnie, to, jak uda mi się zarobić tak z milion złotych na giełdzie, to wezmę połowę, do tego jeszcze tak z 500 tysięcy kredytu, zapłacę jakiejś agencji marketingowej, żeby zebrali mi trzecie tyle na portalach crowdfundingowych i założę własne wydawnictwo. I wtedy będę wydawał polskich pisarzy fantasy.

Tych są setki, tylko nikt ich nie wydaje.

Nie mogą wszyscy być źli.

Po drugie: sytuacja mnie przerasta:

Niestety, ale obecną sytuację polityczną najlepiej podsumowuje widoczny z boku mem.

To, co obecnie się dzieje po prostu przechodzi ludzkie wyobrażenie. Bo kto by sobie wyobraził taką sytuację: kopalnie są zamykane z powodu zarazy, minister chce płacić górnikom postojowe w wysokości 100 procent ich zarobków. Górnicy zapowiadają protesty, bo – jeśli kopalnie wypłacą im takie zasiłki, przy jednoczesnym wstrzymaniu wydobycia – to zbankrutują. Przecież to nie wystarczy być zwykłym kretynem, żeby coś takiego wymyślić.

Ale jest to news, który czytałem dziś rano.

Nie ukrywam, że, kiedy rządy obecnej partii się zaczynały próbowałem je parodiować. Napisałem nawet scenkę, w której bohater (Zielonogórski) rozmawia z pewnym, fikcyjnym politykiem i stwierdza:

– Ja bym to bardzo chętnie zrobił, tylko wie Pan, prawo nie pozwala wymuszać zeznań groźbami, ani torturować zatrzymanych!

Potem była kolejna scenka i kolejna, w trakcie której Zielonogórski odbiera telefon i słyszy:

– Panie majorze! W nocy zmieniliśmy prawo! Teraz może już pan swobodnie mordować i torturować!

Po czym jest następna scenka i kolejna, zaczynająca się od spanikowanego telefonu.

– Dobrze, że pana złapałem! Niech pan jeszcze nikogo nie zabija, ani nie torturuje! W nocy przez pomyłkę przegłosowaliśmy nie tę ustawę, co chcieliśmy!

Na co Zielonogórski się pyta:

– Co? Jaką?

A fikcyjny polityk odpowiada:

– Sami nie wiemy! Właśnie ją czytamy, żeby to sprawdzić! Wie pan, jak to jest, kiedy głosuje się o trzeciej w nocy?!

Wtedy wydawało mi się to całkiem śmieszne.

Niestety kilka dni później Ziobro przez przypadek zalegalizował pedofilię…

Sprawa jest bardzo prosta: co nie wymyślę, nasi rządzący i tak zgotują gorszą farsę. Tym bardziej, że obecnie poziom gniewu w społeczeństwie oraz zmienności jest tak duży, że nie wiadomo, czy na jesieni nie będziemy walczyć ze sobą na barykadach…

Po trzecie: polityka jest efemerydą, a książki pisze się długo:

Doświadczenie z Tym, Co Walczy Z Potworami dobitnie pokazało, że niestety, nawet, jeśli uda mi się znaleźć nowego wydawcę, to może dojść do sytuacji, gdy nie z własnej winy, będę musiał czekać kilka lat na ukazanie się książki.

Niestety, w świecie polityki, podobnie jak w Internecie, nawet kilka dni stanowi wieczność.

Tak więc, jeśli doszłoby do takiej sytuacji, to książka najpewniej byłaby już nieaktualna.

Więcej: nawet zakładając normalny proces wydawniczy (tzn. piszę ją przez jakiś rok, pół roku zajmuje szukanie wydawcy, drugie pół roku prace w wydawnictwie), to nadal istnieją duże szanse, że powieść się zdezaktualizuje.

Tak więc napisanie utworu fantasy, w sytuacji, gdy udaje proces wydawniczy się ciągnie / utwór będzie dobry, ale nie zdołam znaleźć wydawcy jest dla mnie mniej ryzykowne, niż pisanie takiego mocno nacechowanego politycznie.

Aczkolwiek:

W chwili, gdy pisałem te słowa wybuchła afera na Shutterstocku o Black Lives Matter (tzn. jedna baba, protestując przed zmianami w cenniku stworzyła banner Contributors Lives Matter, na co ją najechali, że jak śmie porównywać się do czarnych… Jakiś Hindus chciał jej bronić, więc usłyszał, że ma spierdalać, razem z jego białymi przywilejami. Wtedy do zabawy przyłączyła się banda Tajów, Arabów, czarnych z Afryki, Rosjan, Ukraińców i Latynosów, dla których Szuter był głównym źródłem dochodów, a którzy nagle zostali go pozbawieni i wybuchła wojna USA + Europa Zachodnia vs. Reszta Świata.

O tym chętnie wspomniałbym w jakimś utworze.

Ten wpis został opublikowany w kategorii fantastyka, Fantasy, Książki, Pisanina. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

10 odpowiedzi na „Dlaczego nie napiszę utworu o obecnej sytuacji?

  1. pontifex maximus pisze:

    O tej wojnie z szuterstoka to chętnie bym przeczytał dłuższy felieton. Poza tym – może jakiś self-publishing, oczywiście w formie czysto elektronicznej i najlepiej po angielsku?

  2. Grisznak pisze:

    Zgadzam się z powyższym, ten shutterstock wydaje się wdzięcznym tematem.

  3. A jeszcze jedna rzecz mi przyszła do głowy:

    Jeśli natomiast chodzi o epidemię i jej skutki

    …to nie chcę o niej pisać, gdyż walka z mikrobami powinna zostać powierzona specjalistom, takim jak lekarze. Ja się na tym nie znam i nie chcę wprowadzać zamieszania. Kazik i Edyta Górniak już wystarczająco wiele złego zrobili.

  4. Maks pisze:

    Spokojnie, własnie umorzyli śledztwo w sprawie śmierci Igora Stachowiaka, już na amen, a część Kościoła walczy z inną częścią o nieodpowiedzialną pielgrzymkę na Czarnogórę. Myślę, że na barykady będą wchodzić jeszcze w tym roku, jak źle pójdzie to nawet pod koniec wakacji.

    Zresztą mieszkam w UK, tutaj już to hula.

  5. Lurker pisze:

    Na temat swoich niepowodzeń autorskich mógłbyś napisać jakąś dogłębniejszą analizę – szczególnie, że uporczywie nasuwa się tutaj pytanie:

    Jak treść twojego powyższego wpisu ma się do tego:
    https://fanbojizycie.wordpress.com/2015/04/14/lol-moge-sie-porownywac-z-najlepszymi/

    Z tego, co mi się przynajmniej wydaje, twoja druga pozycja miała o wiele dłuższą i intensywniejszą promocję (przynajmniej w twoim własnym wydaniu) – bo jej fragmenty widziałem w różnych miejscach chyba jeszcze zanim założyłeś cały ten blog tutaj.

    Twoi „fani” czekali więc na nią niecierpliwie przez wszystkie te lata – więc jak w końcu wyszła: to od razu zakupili (i to chyba jeszcze w jakiegoś rodzaju „pre-orderze” na stronie wydawnictwa).

    Od razu rzucili się również do pisania ci pochlebnych recenzji na lubimyczytać.

    W ogóle – oczywistym było, że kupią ją głównie twoi właśni czytelnicy.
    Przecież chyba zupełnie tak samo było z twoją pierwszą pozycją.
    Bo niby „Gambit mocy” kupił ktokolwiek spoza tego grona?

    Więc co się stało, że – jak dzisiaj się przyznajesz – druga ci nie zeszła?

    Przecież grono odbiorców w gruncie rzeczy to samo…

    • Lurker tym razem Ty odpowiedz mi na pytanie: czy Twoim zdaniem wydawca w ten sposób powinien sprzedawać książki, jak miało to miejsce w wypadku Gambitu Mocy i Tego, Co Walczy Z Potworami?

      Gambit Mocy sprzedał się słabo: liczby, o których piszę w tamtym (nawiasem mówiąc ironicznym i sarkastycznym) tekście to mało. W Polsce średnia sprzedaż książki to 3.000 sztuk. „Ten, Co Walczy Z Potworami” sprzedał się podobnie, jak Gambit Mocy.

      Nie wszystkie recenzje Tego, Co Walczy były pisane przez moich znajomych, ale faktycznie stanowią oni nadmiernie reprezentowaną grupę. Wynika to z faktu, że ponad połowę recenzji sam załatwiłem, a pisana była na podstawie egzemplarzy, które osobiście kupiłem na Bonito. Oficynka bowiem do tego stopnia olała sprawę promocji, że nawet mnie nie poinformowali o premierze książki (dowiedziałem się o niej po fakcie, z newslettera księgarni).

      Więc co się stało

      Wysłałem im trzecią książkę. Odpisali, że muszą ją przeczytać. Odczekałem pół roku. Wysłałem list z zapytaniem, czy już przeczytali. Nie otrzymałem odpowiedzi, bo w Oficynce nie mają w zwyczaju odpisywać na maile. Po odczekaniu tygodnia zadzwoniłem raz, potem drugi. Nie odebrali, bo w Oficynce nie ma zwyczaju odbierania telefonów. Zadzwoniłem trzeci raz (normalnie dobicie się do nich zajmuje miesiąc), w rezultacie dostałem mail z pretensjami, napisany w tonie „My tu jesteśmy bardzo zajęci piciem kawy, a Pan nam jeszcze głowę zawraca”. Obraziłem się. Wysłałem im własny mail z pretensjami.

      Chyba też się obrazili, bo nie odpisali.

      Mam nadzieję, że im w pięty poszło.

      • Lurker pisze:

        czy Twoim zdaniem wydawca w ten sposób powinien sprzedawać książki, jak miało to miejsce w wypadku Gambitu Mocy i Tego, Co Walczy Z Potworami?

        Słuchaj – nie będę tego przecież teraz specjalnie szukał, ale z tego, co zrozumiałem z twoich wszelkich wpisów na temat wydawnictwa i twojej w nim kariery, to przecież nigdy nie ukrywałeś, że jest to wydawnictwo małe, niszowe, (sam chyba tego wprost nie powiedziałeś – być może to sobie akurat sam dopowiedziałem – ale w dodatku prowadzone przynajmniej półamatorsko), w dodatku – jedyne, jakie udało ci się namówić na wydanie twojej osoby (i, że uważasz, że lepiej, że w ogóle zdecydował się ciebie wydać ktokolwiek, niż byś w ogóle nie został wydany).

        Być może to również sobie dopowiedziałem – ale z tego, co rozumiałem do tej pory – wasz układ od początku był jasny.
        Kiedyś przeglądałem ofertę tego wydawnictwa i twoja książka była jedyną fantastyką w ich portfolio (i chyba nawet sami o tym pisali).
        W związku z tym – wydawało mi się oczywistym, że zdecydowali się wydać akurat ciebie, kierując się głównie jednak tym, że jednak jakąś tam własną fanbazę wnosisz – i głównie na tobie ma się opierać wszelka ewentualna promocja (w ogóle to chyba sam pisałeś gdzieś tutaj na początku, że w ogóle po to ten blog założyłeś – żeby promować własną osobę i własną twórczość – i w ogóle cały cykl postów promujących Tego, co Walczy po to był tworzony, itd.).

        Czyli podsumowując – że zdecydowali się ciebie wydać głównie jednak dlatego, że nie byłeś dla nich znowu aż takim wielkim ryzykiem.
        I z tonu tamtego twojego pochwalnego wpisu wynikało, że się nie przeliczyli. Wyprzedałeś cały nakład (i w ogóle w innych wpisach przez wszystkie te lata chwaliłeś się, że wcale tak źle ci nie poszło – że cały nakład – a po prostu dodruku raczej nie będzie – ale generalnie to był sukces).

        Wiesz… no orientując się w realiach również wydawało mi się, że to nie jest taki zły wynik (szczególnie, jak na debiutanta) – szczególnie, że w ogóle udało ci się z wydawnictwem, a nie poprzez selfa (czym też się czasem chwaliłeś dla przypomnienia).
        Szczególnie porównując to do wyników tuzów z Ameryki, które raczyłeś przytoczyć.

        Absolutnie nie zakładałem przy tamtym akurat poście, że to ma być sarkazm…
        Jak się okazuje teraz nagle z twojej odpowiedzi powyżej.

        Jeśli już jakąś ironię tam było widać, to raczej wobec amerykańskiego rynku – który to sprzedaje się niewiele lepiej, jak debiutant z Polski.
        No tak przynajmniej to zrozumiałem wtedy.

        I jeszcze raz – o dosyć amatorskim podejściu twojego wydawnictwa (jeszcze raz – co sam zawsze podkreślałeś – raczej nie „topowego”) przecież pisałeś otwarcie do tej pory nie raz. Ale z ogólnego tonu wszelkich twoich dotychczasowych postów wynikało, że od początku zdawałeś sobie sprawę, na jaki układ się pisałeś (bo cieszysz się, że w ogóle ktokolwiek cię wydał) i go – chcąc nie chcąc – akceptujesz.

        P.S.

        Czyli jednak kompletnie się nie zrozumieliśmy.

        Bo teraz okazuje się, że po prostu TY się NA NICH wkurzyłeś w końcu.

        Natomiast z tonu twojego powyższego wpisu wynikało, że to ONI nagle mają pretensje DO CIEBIE o to, że druga książka sprzedała się słabiej. I, że to ONI „zaczęli”. A teraz piszesz, że to TY „zacząłeś”.

        Dlatego zdumiałem się, jak mogło do tego dojść, że tak słabo zeszła.

        Stąd moje zapytanie. 😉

      • Dlatego zdumiałem się, jak mogło do tego dojść, że tak słabo zeszła.

        Zerowy marketing, słabe zatowarowanie w księgarniach, wysoka jak na podobne publikacje cena i brzydka okładka. Do tego wydawca, który nie odbiera telefonów i nie odpisuje na maile.

        I jeszcze raz – o dosyć amatorskim podejściu twojego wydawnictwa (jeszcze raz – co sam zawsze podkreślałeś – raczej nie „topowego”) przecież pisałeś otwarcie do tej pory nie raz. Ale z ogólnego tonu wszelkich twoich dotychczasowych postów wynikało, że od początku zdawałeś sobie sprawę, na jaki układ się pisałeś (bo cieszysz się, że w ogóle ktokolwiek cię wydał) i go – chcąc nie chcąc – akceptujesz.

        Niestety, od tamtego czasu minęło trochę czasu i dojrzałem do myśli, że – co bym nie napisał oraz jakich wysiłków dodatkowo bym nie podjął – Oficynka i tak wszystko zdoła spierdolić.

        Natomiast z tonu twojego powyższego wpisu wynikało, że to ONI nagle mają pretensje DO CIEBIE o to, że druga książka sprzedała się słabiej. I, że to ONI „zaczęli”. A teraz piszesz, że to TY „zacząłeś”.

        Powtórzę jeszcze raz: przez miesiąc dobijałem się mailowo i telefonicznie, żeby dowiedzieć się, czy przeczytali trzecią książkę. Przez trochę ponad 30 dni nikt nie znalazł czasu, żeby odpisać na mail, albo podnieść słuchawkę. Kiedy wreszcie ktoś podjął się ciężkiego zadania odpisania na mail, usłyszałem, że głowę zawracam.

        W ten sposób nie traktuje się ani współpracowników, ani klientów, ani partnerów biznesowych.

        Poczułem się więc obrażony lekceważącym traktowaniem.

    • A jeszcze jedno Lurker, chcę Cię osobiście przeprosić za to, że na Twoje liczne, wcześniejsze pytania odpowiadałem mówiąc prawdę, lecz nie całą. Domyślam się z tonu Twoich wcześniejszych wypowiedzi, że domyślałeś się, że nie otrzymujesz pełni informacji.

      Przepraszam.

      Nie robiłem tego ze złej woli. Po prostu nie chciałem stawiać w złym świetle wydawnictwa, z którym współpracowałem. Bo jest to definitywnie czas przeszły.

      • Lurker pisze:

        Szczerze mówiąc, to nie bardzo w tym momencie się orientuję, za które właściwie pytania mnie przepraszasz.
        Tak dawno pytałem się ciebie o to, czy o tamto – że nawet nie pamiętam, co pominąłeś ewentualnie, czy czego nie dopowiedziałeś.
        Czyli tak czy siak – obrażony nie jestem.

        Co do tego, czego się domyślałem, a co nie – no to chyba swoją interpretację całej twojej współpracy z wydawnictwem wyłożyłem w odpowiedzi kilka minut przed TYM postem tutaj.

        Jednakże tak czy siak – nie zakładałem nigdy, że jest aż TAK źle między wami. Rozumiałem zawsze, że nie chcesz przysłowiowo „srać” na firmę, z którą współpracujesz. Ale jednak twoją aż tak wyraźną „lojalność” wobec wydawnictwa, które zbyt „gorliwe” nie jest, odczytywałem jednak właśnie raczej jako wyraz również tego, że jednak nie jest ci z nim aż tak źle (szczególnie po każdych twoich pochwałach swoich sukcesów na polu sprzedaży) – tj. jak to ująłem wyżej – że wiedziałeś, na co się pisałeś od początku i że jednak to akceptujesz jakoś.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s