Dlaczego w Polsce można zrobić Wiedźmina 3, ale nie film na jego miarę?

Najczęściej udzielaną odpowiedzią jest bieda: w Polsce nie ma odpowiednich budżetów i pieniędzy. Nawet, gdyby udało się je zebrać, to jest to inwestycja jednorazowa, bowiem pieniądze te nie mają szans się zwrócić.

W moim odczuciu nie jest to prawdą.

Wiedźmin 3 posiadał większy budżet, niż 7 najdroższych polskich filmów ostatnich 30 lat razem wziętych. Więc się da. Pieniądze te wyłożył w całości CD-Project (firma, która zaczęła się od straganu na giełdzie) z zysków z wcześniejszych produkcji. Więc na kulturze da się zarabiać. I to dobrze.

Odpowiedź musi leżeć więc gdzieś indziej.

Po pierwsze: nie tylko CD-Project:

Pomijając giełdowe wyceny, które mogą, lecz nie muszą odzwierciedlać realnej sytuacji firmy należy zauważyć, że nie jest on w branży wyjątkowy, a przynajmniej pod tym względem, że nie jest to jedyna, polska firma gammingowa, tworząca projekty, które są droższe lub mają takie same budżety, jak budżety polskich superprodukcji.

Projekty o porównywalnych lub wyższych kosztach realizują co najmniej także następujące studia: Techland, CI Games, 11 Bit Studio, People Can Fly oraz Flying Wild Hog, a być może też kilka innych firm, które wypadły mi z głowy.

CD-Project jest z nich oczywiście najsławniejszy, ale bynajmniej nie znaczy to, że jedynym. Przeciwnie: środki na produkcje wielkości Wiedźmina 1 lub Wiedźmina 2 potrafi zebrać kilka instytucji w naszym kraju. Dzieje się to więcej niż raz i przynosi sukces. Można więc powiedzieć, że proces ma charakter powtarzalny.

Dlaczego coś takiego nie jest możliwe w świecie filmu?

Fenomen CD-Projectu:

Albo zwykłego biznesu?

Niedawno Gazeta Prawna opublikowała artykuł pod tytułem „Po 30 latach kapitalizmu w Polsce mamy tylko jednego globalnego czempiona. Dlaczego akurat CD Project? w którym zestawia firmę z takimi lokomotywami gospodarki, jak KGHM, spółki energetyczne, czy innymi firmami, typowanymi wcześniej na możliwych czempionów, jak Black Red White, który w latach 2000-2010 był typowany na Polską Ikeę i któremu wróżono taką samą, globalną ekspansję, jak tej ostatniej firmie.

Odpowiedź na pytanie, dlaczego CD Project radzi sobie dużo lepiej niż te firmy, a w szczególności, dlaczego jest lepiej wyceniany na giełdzie jest prosta: żadna inna firma w Polsce nie ma szans zaliczyć się do czystej czołówki w swojej branży na świecie. W wypadku CD Project jest to na tyle realne, że część ludzi jest gotowa zaryzykować swoje pieniądze w zakładzie, że tak się stanie. Stąd jego wielkie wyceny na giełdzie.

Co wiecej KGHM i inne firmy wydobywczo-górniczo-energetyczna oraz znaczna część polskiego biznesu mają duży udział Skarbu Państwa, co powoduje, że uwikłane są w politykę oraz w finansowanie nadwyraz kosztownych projektów społecznych rządu. Nie piję tutaj akurat do PiS-u, mimo że gardzę nim tak samo, jak PO. Po prostu jak świat długi i szeroki firmy z udziałem skarbu państwa zawsze są uwikłane w politykę rządów i ich projekty specjalne. Bo po to rząd je posiada, by mieć z czego te dwie rzeczy finansować. Polska specyfika polega na tym, że działają w kraju, którego Skarb Państwa już raz udowodnił, że nie będzie dzielił się zyskami z inwestorami, wprowadzając specjalny podatek od kopalin (którego głównym celem było zlikwidowanie nadwyżek finansowych KGHM i podobnych spółek, by te nie musiały wypłacić ich inwestorom w formie dywidendy).

Polska Energetyka też raczej nie zdominuje świata z prozaicznej przyczyny: żyjemy w kraju, który kupuje większość prądu od sąsiadów.

Jeśli chodzi o Black Red White to nie stanie się on nową Ikeą z prozaicznej przyczyny: Ikea już jest. I buduje swoją pozycję od roku 1943. Tak więc jedyne, co BRW można zrobić to walczyć na rynkach, których jeszcze nie zajęła (czyli tych przynoszących mniejsze zwroty), konkurować ceną lub jakością (co ponownie przekłada się na mniejsze zwroty) lub postawić na R&D, na co jednak Ikea ma więcej pieniędzy… Albo też korzystać z faktu, że jest w Polsce i ma dostęp do taniej siły roboczej.

Owszem, może zdarzyć się geniusz biznesowy, który ją pokona, jednak zarząd BRW już udowodnił, że nie składa się z geniuszy.

Konkurencyjność Black Red White w pierwszym dziesięcioleciu polegała przede wszystkim na taniej sile roboczej. Jednak jest to zaleta, z której nie da się korzystać wiecznie. Przeciwnie: im bardziej będzie się poprawiać jakość życia w Polsce, tym trudniej będzie tanią siłę roboczą zebrać. Już obecnie tania siła robocza jest 3 razy droższa, niż w roku 2000…

Przykład ten jest o tyle istotny, że większość polskiego biznesu nie tworzy własnej jakości, a po prostu kopiuje zachodnie rozwiązania, które jeszcze się w Polsce nie pojawiły. Czasem zdążą ufortyfikować się na tyle, żeby zdobyć pozycję dominującą (np. Allegro) przed tym, jak pierwowzór pojawi się na polskim rynku, czasem nie (np. Nasza-Klasa), a czasem są w stanie konkurować ceną (np. Black Red White) z obcymi konkurentami. Jednak oryginalności w nich niewiele.

I tym sposobem powracamy do tematu:

Pierwszy problem z polskimi superprodukcjami…

…polega właśnie na braku oryginalności.

Wystarczy kliknąć na znajdującą się na Wikipedii listę 38 najdroższych, polskich filmów nakręconych po roku 1989, by zauważyć, że większość z niej (22 pozycje) składa się z ekranizacji lektur (Quo Vadis, Ogniem i Mieczem, Przedwiośnie, Stara Baśń) i filmów propagandowych (Katyń, Smoleńsk, Wałęsa: Człowiek z Nadziei, Kler).

No niestety, przy takim repertuarze nie należy spodziewać się sukcesu międzynarodowego. Po prostu zagraniczna widownia nie będzie się rajcować polskimi lekturami szkolnymi (bo mają własne), ani przebrzmiałymi tragediami narodowymi (bo na świecie jest całe mnóstwo innych, świeżych).

Filmy te są profilowane pod polską widownię, często na polityczne zamówienie. Potrzebne są też nie widzom, ale politykierom właśnie.

Drugi problem z polskimi filmami:

To potworne błędy realizacyjne. Po części wynika to z faktu, że dysponują one bardzo małymi budżetami (przykładowo: polski Wiedźmin miał budżet o około połowę niższy, niż pojedynczy odcinek Wiedźmina od Netflixa), acz nie wyjaśnia to wszystkiego. Tym bardziej, że wiele z tych błędów zawiera niemal podstawowe błędy. Scenariusze są kiepskie, lub (jak w wypadku Wiedźmina) wręcz ich nie ma. Widziane wydarzenia nie układają się w logiczną całość (jak w wypadku Przedwiośnia), nierzadko filmy są kręcone tak, jakby reżyser oczekiwał, że przed ich obejrzeniem widz zapozna się ze scenariuszem, jak w XVII-wiecznej operze (gdzie wydarzenia sceniczne były tylko ilustracjami do treści sztuki, którą widzowie poznawali, czytając wcześniej program). Aktorzy nie potrafią grać, a przynajmniej nie na potrzeby kina i telewizji: zamiast udawać emocje, deklamują z pamięci scenariusz, jak w teatrze. Nie potrafią korzystać z rekwizytów, nie potrafią dzielić między siebie wypowiedzi, krzycząc jeden przez drugiego. Dialogi są sztuczne, napisane przez ludzi, którzy nie znają języka polskiego, a w szczególności współczesnego, przez co poszczególne zwroty używane są w innym znaczeniu, niż faktycznie je mają… Reżyserzy nie potrafią rozplanować scen, te często są dalekie od elementarnych zasad kompozycyjnych. Praca kamery nie istnieje, podobnie montaż. Nawet najdroższe superprodukcje posiadają sceny, które wyglądają na prywatę reżysera (jak przydługa scena z kąpiącą się w jeziorze Skorupko w Ogniem i Mieczem, która powstała chyba tyko dlatego, ze Hoffman chciał obejrzeć młode cycki).

Wymieniać można długo.

Sorki, ale o ile na efekty specjalne i kostiumy faktycznie można wydać spore pieniądze (jednak np. kinówki Herkulesa miały budżety niższe, niż Wiedźmin, a wychodziły strawniej), tak o ludzi potrafiących pisać po polsku nie jest trudno.

A mimo to w polskim przemyśle filmowym ich brakuje.

Trzeci problem z polskimi superprodukcjami:

Polega na tym, że (co nie powinno nikogo dziwić) większość nigdy się nie zwróciła. Na liście tej znajduje się w prawdzie kilka filmów, które przyniosły dochody (np. Ogniem i Mieczem, Kler), jednak większość przyniosła straty. Nie należy zresztą się temu dziwić: ludzie po prostu nie chcą oglądać propagandy. A już na pewno za nią płacić.

Fakt ten prawdopodobnie jest jednym z głównych powodów, dlaczego w Polsce nie da się zrobić filmu na miarę Wiedźmina 3, ani nawet Frostpunka tak nawiasem mówiąc. Po prostu będąc osobą mającą w portfolio zbiór kasowych porażek i może jeden, dochodowy film, trudno jest przekonać inwestorów, że finansowanie twojej działalności ma sens.

Tym bardziej, że w Polsce powstają takie filmy, jak Wiedźmin, które po prostu pokazują, że ich twórcy nie mają nawet szacunku do wyłożonych na nie pieniędzy. Bo owszem, można przymknąć oko na gumowe potwory i szereg innych rzeczy, bo przecież film powstawał za kroplę tego, co na zachodzie.

Jednak nie wyjaśnia to, dlaczego film był sieczką niezwiązanych ze sobą, chaotycznych scen ułożonych bez żadnego porządku. Żeby napisać scenariusz nie potrzeba wielkich pieniędzy. Wystarczy talent, długopis i ryza papieru.

Lub – w wypadku scenariusza do Wiedźmina – rozum i godność człowieka.

Widząc taki rezultat nikt nie wyłoży pieniędzy na film z prostej przyczyny: bo będzie wiedział, że nikt nie ma zamiaru się z nimi liczyć.

Myślę, że po prostu nikomu nie zależy:

Należy zauważyć też pewną, fundamentalną różnicę między światem gier komputerowych, a filmów. Firmy takie, jak CD-Project czy Techland zakładane były przez marzycieli, którzy uczyli się swojego rzemiosła piracąc gry na giełdzie. Znają więc biznes od podszewki.

Ludzie odpowiedzialni za polskie superprodukcje to ludzie, którzy wyrobili swoją pozycję albo jeszcze za komuny, albo w pierwszych dwóch dziesiecioleciach po jej upadku. Swojego rzemiosła natomiast uczyli się na szkołach filmowych (wyjątkiem jest Patryk Vega: zaczynał jako pirat komputer i kręci filmy, które zarabiają… przypadek? Nie sądzę!), które powstały, by uczyć przyszłych propagandzistów.

Ustrój się zmienił, ale nie należy się dziwić, że propagandzista kręci propagandę, tak samo, jak nie trzeba się dziwić, że lekarz leczy…

A jako, że jest na takie wzięcie, to nie należy się dziwić, że ludzie je kręcą, zamiast szukać innych nisz.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Filmy, Gry komputerowe, Wredni ludzie i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

9 odpowiedzi na „Dlaczego w Polsce można zrobić Wiedźmina 3, ale nie film na jego miarę?

  1. pontifex maximus pisze:

    Z czego nasuwa mi się porównanie, że te co bardziej cenione ze współczesnych polskich filmów (jak „Bogowie” czy ponoć „Córki dancingu”) dają się porównać do niezłych indyków. Indyki dzisiaj wcale nie muszą mieć przyzerowych budżetów, są po prostu niszowe w porównaniu do produkcji pierwszej linii.

    Pytanie: czy uprawnione jest stwierdzenie, że udany polski film współczesny jest jak „This War of Mine”? Chyba jeszcze nie, chociaż zastanawiam się, czy to nie będzie raczej pochwała gry niż krytyka filmu.

    Porównanie muzyczne: dobry współczesny polski film jest jak ta czaderska piosenka jakiegoś egzotycznego zespołu, właśnie puszczona przez didżeja w późnonocnej radiowej audycji dla koneserów. Współczesny polski film standardowego wzoru to natomiast disco polo.

    • „”””Z czego nasuwa mi się porównanie, że te co bardziej cenione ze współczesnych polskich filmów (jak „Bogowie” czy ponoć „Córki dancingu”) dają się porównać do niezłych indyków. Indyki dzisiaj wcale nie muszą mieć przyzerowych budżetów, są po prostu niszowe w porównaniu do produkcji pierwszej linii.””””

      Tylko, co ciekawe, to właśnie te produkcje zarabiają. I to całkiem dobrze. „Bogowie” mieli budżet 60 milionów złotych i próg rentowności 600 tysięcy sprzedanych biletów. Sprzedali 2,2 miliona biletów i mieli 40 milionów złotych przychodu. „Córki Dancingu” miały 9 milionów złotych budżetu, mówi się o 90 milionach dolarów przychodu…

  2. Siman pisze:

    Nie, nie i jeszcze raz nie.

    To jest argumentacja redundantna: polskie filmy są kiepskie i źle się sprzedają, ponieważ źle się sprzedają i są kiepskie.

    To można łatwo sprawdzić rozszerzając pole weryfikacji: w ilu krajach na świecie poza Ameryką powstają gry AAA z ogólnoświatową sprzedażą, a w ilu poza Hollywood powstają duże międzynarodowe blockbustery? Pierwsze pytanie daje dosyć długą listę: Polska, Niemcy, Francja, Szwecja, UK, Kanada, Chiny, Japonia, Korea, sporadycznie także Rosja, Czechy i Finlandia. W drugim pytaniu lista zawiera właściwie Francję (raz na dekadę) oraz UK, przy czym większość filmów tych ostatnich to i tak koprodukcje hollywoodzkie, więc można liczyć jako pół punktu. Widać dosyć rażącą dysproporcję. Jeśli weźmiemy pod uwagę sprzedaż na rynku wewnętrznym to dochodzą Chiny, Indie i Rosja, ale żadne z nich nie jest w stanie przebić się ze swoimi produkcjami poza własny kraj na skalę większą niż 10-15% wewnętrznego box office’u. Czyli nawet tam, gdzie są budżety, umiejętności i chęci nie ma siły przebicia.

    Wynika to z kilku przyczyn:
    – Najprostszą jest logistyka: gry są sprzedawane w sieci, pierwszym rynkiem blockbusterów jest kino. Nawet jeśli spora część gier AAA nadal ma duży udział sprzedaży fizycznej to sklepy nie są kinem – na półkach zmieści się na raz kilka setek tytułów, które można uzupełniać na bieżąco, w kinach dziennie najwyżej kilkadziesiąt seansów, które według zasady Pareto i tak zajmą najgłośniejsze tytuły puszczane kilka razy zamiast kilka mniejszych. W tak wąskim gardle dystrybucyjnym silniejszy wygrywa.

    – Piramida skali biznesu jest dużo bardziej równomiernie rozłożona w świecie gier niż filmów. W branży gier mamy firmy od kilku do kilknastu tysięcy osób i odpowiadające im skale projektów, każda ma swoją niszę rynkową. Firma może iść po tej drabince bez przeszkód jeśli ma na siebie pomysł i przejść np. od drogiej budżetówki jaką był Wiedźmin 1 do GTA V-bis jakim jest Cyberpunk. Albo od średnich indyków do gier premium indie albo triple-I jak 11 bits. W branży filmowej to jest nie do zrobienia – jest drobnica albo giganci i niewiele pośrodku. Przepaść między lokalnymi krajowymi potentatami a Wielką Piątką Hollywood jest nie do przeskoczenia dla każdego poza Chińczykami (a im też nie idzie wchodzenie z nimi w konkurencję międzynarodową). Nawet jeśli komuś się powiedzie (patrz: Nietykalni), to nie tworzy bazy, która pozwala budować pozycję międzynarodową.

    – Uwarunkowania historyczne – gry rozrosły się do skali wielkiego biznesu dużo później niż filmy. Rynek filmowy był kształtowany jeszcze w czasach, kiedy bariera eksportowa była wysoka dla każdego dzieła kultury. Większość rynków wykształciło się w tych warunkach, szkoły filmowe, filozofie twórcze oraz gusta odbiorców rozwijały się lokalnie z wyjątkiem Hollywood i przejściowo paru innych (jak włoska kinematografia lat 60-tych i 70-tych). Wytworzyło to pewien hermetyzm każdego rynku, którego w świecie gier nie ma w takiej skali – oczywiście istnieje podział na gry azjatyckie i zachodnie, ale w świecie filmowych rozdrobnienie jest większe, filmy francuskie mają inną specyfikę niż brytyjskie czy polskie itd.

    – Problem języka – w grach dubbing jest drugorzędny wobec gameplay’u, nikt nie oczekuje powalających kreacji aktorskich, to raczej bonus nawet w przypadku CoDów czy Cyberpunka. W filmach aktorzy to centralny element dzieła, a aktorzy mówią w swoich językach. Jeśli mówią po angielsku na tyle, żeby to sprzedać na ekranie, czyli perfekcyjnie i bez akcentu, to wolą robić karierę w Hollywood, niż kontynuować ją w kraju. A to prowadzi nas do…

    – Drenaż talentów – z powyższych powodów pozycja Hollywood jest tak mocna, że każdy kto chce zrobić międzynarodową karierę filmową ciągnie do Ameryki. Polska ma np. rzeszę świetnych zdjęciowców, ale oni wszyscy emigrują, jeśli wracają to okazjonalnie. Budowanie lokalnego zespołu artystów światowej klasy jest trudniejsze, jeśli wszyscy artyści emigrują jak tylko osiągną klasę światową. W grach nie ma aż takiego problemu.

    – Hollywood jako hub – tu trochę zaprzeczę temu co sam napisałem – w gruncie rzeczy w ciągu ostatnich dwudziestu lat tak naprawdę rynek filmowy się bardzo umiędzynarodowił – ale to dlatego, że umiędzynarodowiło się samo Hollywood. Tzn. zawsze tworzyli go imigranci, ale kiedyś film hollywoodzki oznaczał że powstawał w studiu w Kalifornii przez ludzi, którzy mieszkali nie dalej niż odległość godziny samochodem. Obecnie oznacza to tylko tyle, że firma ma swoją oficjalną siedzibę w tym miejscu. Większość produkcji jest zupełnie oderwana od lokacji. W Czechach czy Węgrach co roku kręci się trzy-cztery blockbustery – przez przylatujące na dwa-trzy tygodnie ekipy, nasi południowi sąsiedzi udostępniają infrastrukturę, studia, zwolnienia podatkowe i krajobrazy. Całe zaplecze – efekty specjalne, kostiumy, rekwizyty – tworzą firmy z całego świata. Nawet finansowanie i produkcja od dawna nie jest już wyłącznie w rękach amerykanów. Lokalne firmy filmowe z dużą ambicją nie tworzą własnych produkcji – wspierają na zlecenie amerykańskie. Tylko czołówka listy płąc – główni aktorzy, reżyser, zdjęciowiec – zazwyczaj rzeczywiście są mieszkańcami Hollywood (zazwyczaj jako imigranci), ale bardziej z powodu prestiżu i snobizmu niż konieczności.

    Dzieje się wiec to samo co na rynku gier – jedną produkcję tworzy kilka-kilkanaście firm i ich oddziałów z całego świata, ale ze względu na wszystkie powyższe czynniki wszystkie nadal tworzą pod „parasolem” gigantów zlokalizowanych w Hollywood. W grach takie zjawisko nie występuje, siedziba producenta może znajdować się gdziekolwiek, a więc też i w Warszawie.

    Realnie Polacy nie tworzą kinowych hitów, ponieważ nasz rząd obudził się wiele lat później od reszty środkowej Europy i nie oferował zwolnień podatkowych, które pozwoliły Czechom i Węgrom stać się lokalnymi potentatami produkcji kinowej. Natomiast megaprodukcji produkcji całkowicie made in Poland nie stworzylibyśmy nigdy nie ważne jak zdolni i zdeterminowani byliby nasi filmowcy, bo takie są realia tej branży.

    • No to po kolei, wszystkie nasze superprodukcje:

      – Quo vadis: film z potencjałem do bardzo dobrego. Niestety, rozbijają go pozbawione wyczucia, kiczowate sceny (np. święty Piotr z finału, odwracający się, by wrócić do Rzymu i idący ulicami współczesnego miasta).

      -Karol. Papież, który został człowiekiem: film o wyraźny nacechowaniu politycznym, by zachować grzeczność.

      -Bitwa pod Wiedniem: film o wyraźnym nacechowaniu politycznym. Ogólna, reżyserska nieudolność połączona z dydaktyzmem na poziomie socrealistycznej gadzinówki.

      -Karol. Człowiek, który został papieżem: film o wyraźnym nacechowaniu politycznym.

      -Jeszcze jeden dzień życia: nie oglądałem. Ponoć dobre.

      -1920: Bitwa warszawska: film o wyraźnym nacechowaniu politycznym, ale mógł być dobrym filmem wojennym. Niestety całość zabija naiwny, napisany na kolanie scenariusz.

      -Miasto 44: znów film o wyraźnym nacechowaniu politycznym, który mógłby być dobrym filmem wojennym, gdyby reżyser nie uparł się uczynić go obrazem „zrozumiałym dla współczesnej młodzieży”, z którą raczej nie miał za dużo do czynienia. W efekcie razi kiczem i sztucznymi scenami (np. pocałunki w ogniu karabinów maszynowych).

      -Hiszpanka: nie masz w językach elfów odpowiednich słów, które oddałyby, jak gówniany jest to film. Za to w Polskim znalazłoby się ich sporo. Kuleje głównie dziwaczne aktorstwo, scenariusz, reżyseria.

      -Ogniem i Mieczem: zbędne sceny, rozbijające tempo (np. Skorupko kompiąca się w jeziorze) i rwany montaż, durnowate poczucie „humoru”. Film jednak w sumie niezły.

      -Jeszcze dzień życia: znów nie oglądałem, ale ponoć niezły.

      -Twój Vincent: bardzo dobrze zrealizowany film z bardzo złym scenariuszem.

      -Janosik. Prawdziwa historia. Dziwaczny film, w zasadzie nie wiadomo, co to miało być: film kostiumowy? Jego dekonstrukcja? Etnograficzny paradokument?

      -Chopin. Pragnienie miłości. Znów: nie oglądałem, ale ponoć niezły,

      -W ciemności. Nie wiem, czy to można nazwać polskim filmem, ale tak się składa, że akurat dobry.

      -Przedwiośnie. Bardziej zlepek scen, niż film. Produkcja, której nie da się zrozumieć bez znajomości książki. Rwany montaż, słabe aktorstwo, słaby, źle napisany scenariusz, słaba reżyseria.

      -Wołyń. Film o wyraźnym nacechowaniu politycznym, ale bardzo dobry.

      -Wiedźmin: znów: bardziej zlepek scen, niż film. Jego największą wadą jest totalny brak scenariusza.

      -Zimna wojna: film bardzo dobry.

      -W pustyni i w puszczy (2001): nie oglądałem.

      -Wałęsa: Człowiek z nadziei: film o wyraźnym nacechowaniu politycznym.

      -Katyń: Film o wyraźnym nacechowaniu politycznym.

      -Kamerdyner: film okropnie chaotyczny, w którym trudno domyślić się nawet, kto jest głównym bohaterem. mnożenie postaci, tylko po to, by pokazać kolejnych celebrytów…

      -Pokot: dobra ekranizacja kiczowatej książki…

      -Sponsoring: festiwal banałów. Czas poświęcony na jego obejrzenie był czasem zmarnowanym.

      -Dywizjon 303: Historia Prawdziwa. Film o wyraźnym nacechowaniu politycznym, co widać w szczególności w czarno-białej wizji świata: każdy Polak dobry, każdy Anglik czeka tylko, żeby zdradzić, a wojna to świetna zabawa…

      -Tajemnica Westerplatte: Film o wyraźnym nacechowaniu politycznym. Taki sam kicz, jak Dywizjon 303, tylko w drugą stronę, tym razem celem było ośmieszyć jeden z większych, polskich mitów narodowych.

      -Popiłuszko. Miłość jest w nas. Film o wyraźnym nacechowaniu politycznym. Nie oglądałem, ale ponoć nienajgorszy.

      -Eter: film równie nudny, co słabo zagrany.

      -Stara baśń: mimo drewnianego aktorstwa to mógłby być dobry film, gdyby nie ingerencje w oryginalny materiał (przybycie Wikingów, zamiast Niemców, pojedynek z Czempionem Khorne’a, samobójstwo Wikingów), które zmieniają go w idiotyczny kicz.

      -Historia Roja. Film o wyraźnym nacechowaniu politycznym. Scenariusz stanowi luźny zlepek scen. Razi czarno-biała wizja świata, kartonowe charaktery postaci, aktorstwo jak z jasełek i nadęte, pompatyczne, sztuczne dialogi.

      -Kler. Film o wyraźnym nacechowaniu politycznym. IMHO straszny kicz. Osobiście uważam się za antyklerykała, jednak tą produkcję trudno traktować inaczej, niż jako zbiór pomówień.

      -Letnie przesilenie: znów nie oglądałem, ale ponoć dobry.

      -Fotograf: średni thriller. Da się obejrzeć, ale są setki lepszych.

      -Jack Strong, miał być „film o wyraźnym nacechowaniu politycznym”, wyszedł kiepski thriller, który miałby szanse być średnim, gdyby nie sztuczne dialogów o niczym, które miały być głębokie, a brzmią jak pijackie filozofowania o geopolityce. Całość dobija drewniane aktorstwo (aczkolwiek, dzięki owym dialogom, nie bardzo jest co grać).

      -Zemsta: film bardzo nierówny. Z jednej strony wreszcie produkcja pozwalająca naszym aktorom robić to, co najbardziej lubią: grać jak w teatrze. I część faktycznie to robi i wychodzi to dobrze. A część nawet tego nie robi, jak Buzkowa… I wychodzi źle.

      – Smoleńsk: film-symbol.

      Problemem naszych filmów nie jest brak pieniędzy. Przeciwnie: podobne pieniądze miały na swoje powstanie całkiem fajne filmy: Sneach, Lock, Stock and Two Smoking Barrels, pierwszy Terminator, Amelia, większość komedii kryminalnych i obyczajowych.

      Główne problemy to:
      -propagandowy charakter
      -reżyseria
      -scenariusz
      -aktorstwo
      -montaż
      I naprawdę, dopóki z tym nie zrobi się problemu, to niezależnie, gdzie by je kręcić i ile pieniędzy na to wydać, to w niczym to nie pomoże.

      • Siman pisze:

        Ale dalej mylisz skutek z przyczyną.

        Inwestowanie w filmy w rodzaju Snatcha czy Terminatora ma sens o tyle, że film ma zawsze szansę przebić się do amerykańskich kin (Terminator), albo sprzedać się na DVD lub do telewizji (Snatch). Przy czym film po angielsku bez żadnej obróbki może trafić do co najmniej 6 anglojęzycznych krajów (USA, Kanada, UK, Irlandia, Australia, Nowa Zelandia), gdzie oczywiście sam rynek amerykański wystarczy do szczęścia na tym poziomie budżetu. A tłumaczenie z angielskiego jest łatwe i powszechne, więc szansa na sprzedaż (kinową, płytową lub telewizyjną) do krajów Europy czy Azji jest spora, tym bardziej że widzowie są przyzwyczajeni do filmów z tego kręgu kulturowego.

        Francuzi mają ciężej (dlatego mniej ich filmów się przebija), ale nadal można sprzedać film Belgom, Szwajcarom albo Kanadyjczykom, poza tym francuski jest jednym z najpopularniejszych języków drugiego wyboru, tłumaczenie wciąż jest relatywnie łatwe.

        Polska kinematografia ma bardzo niewielkie szanse trafić do kin poza Polską – wyjątkiem są filmy mocno artystyczne i autorskie jak np. Zimna Wojna. W kinie popularnym jedynym odbiorcą jest Polak, który ma mały portfel, niską aktywność kulturalną* i stanowi znacznie mniejsze liczbowo grono niż widz francusko- lub anglojęzyczny. Inwestowanie w kino w Polsce się po prostu nie opłaca, bo poziom Kleru to absolutna górna granica przychodów – a to okolica 100-150 mln zł, gdzie tego typu fenomen zdarza się raz na dekadę, bardziej prawdopodobny jest przedział 20-50 mln zł, a nawet 10-20.

        Tymczasem budżety dużych, widowiskowych produkcji zaczynają się dopiero na tym poziomie. Szansa na wtopę finansową jest gigantyczna. Wobec tego można albo robić filmy bardzo tanie w produkcji, ale łatwe do wypromowania (komedie romantyczne, slapstickowe thrillery w stylu Vegi operujące na tanim szoku i kiczu), albo ciągnąć hajs z dotacji państwowych, a widownię nakręcać szkołami – stąd wysyp filmów historycznych, ekranizacji wielkich polskich powieści i im podobne. W obu przypadkach jakość realizacji jest drugorzędna w powodzeniu produktu, a może wręcz przeszkadzać, bo podnosi budżet.

        Innymi słowy – inaczej się podchodzi do tworzenia, jeśli masz szansę – nawet jeśli niewielką – w przypadku sukcesu zarobić dzięsiecio-, czasem stukrotność budżetu oraz zostać miedzynarodową gwiazdą branży (jak w przypadku niszowej produkcji kinowej w USA i UK, a także produkcji gier w Polsce i nie tylko), a inaczej, jeśli w najlepszym przypadku budżet ci się zwróci z lekką górką i napiszą o tobie pochlebnie lokalni recenzenci, których i tak nikt nie czyta.

        *chociaż akurat jeśli chodzi o kino to dosyć szybko nadrabiamy dystans – obecnie mamy ok. 1.6 biletów rocznie per capita i przegoniliśmy już Niemcy czy Austrię pod tym względem, gdzie jeszcze dekadę temu oscylowaliśmy wokół jednego biletu. Patrz tutaj:
        https://www.statista.com/statistics/458680/cinema-admissions-per-capita-in-european-countries/

  3. DoktorNo pisze:

    Mam ochotę obejrzeć raz jeszcze „Superprodukcje” Machulskiego po przeczytaniu tej notki…

  4. skowronpisze pisze:

    Ciekawy artykuł 😛

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s