Rok 2019: podsumowanie lektury:

Jak co roku pora na podsumowanie lektury i zbiorczy tekst ze wszystkimi opiniami o przeczytanych książkach.

W tym roku lektura przekroczyła ponad 60 pozycji i była wyjątkowo bogata. Na liście znalazły się książki fantasy, science fiction, podręczniki do gier fabularnych, naukowe i popularnonaukowe pozycje historyczne i psychologiczne, a nawet przewodniki turystyczne.

III Rzesza na haju:

Ocena: 7/10

Krótka książeczka skupiająca się na omówieniu wpływu środków odurzających, głównie metaamfetaminy na losy i wojenny wysiłek Niemiec w trakcie II wojny światowej.

Lektura jest raczej zwięzła, skupia się natomiast głównie na tematyce sensacyjnej, czyli znajomości Hitlera z jego nadwornym lekarzem i głównym dostarczycielem dragów, doktorem Morelem. Zbyt często też w mym odczuciu szafuje porównaniami z Breaking Bad.

To, co naprawdę ciekawe, czyli percepcja narkotyków przez społeczeństwo oraz ich wpływ na przebieg działań wojennych zostały potraktowane nadmiernie skrótowo, a autor pozwolił sobie na zbyt wiele daleko idących wniosków. To, że amfetamina w Niemczech była tania jak barszcz (5 fenigów za tabletkę, kubek kawy: 15, przez co bywała używana jako zastępstwo kawy właśnie), szeroko dostępna, a na dywizję Wehrmachtu wydawano jej 20.000 tabletek nie oznacza na przykład, że Rommel koniecznie akurat jej zawdzięczał swe niesamowite tempo natarcia we Francji.

Szkoda też, że autor nie poszedł trochę bardziej w historię gospodarczo-społeczną. Wychodzi bowiem na to, że jest to temat bardzo ciekawy. Niemcy przed I wojną światową byli głównym producentem kokainy i morfiny, na potrzeby ich przemysłu istniały ogromne plantacje w Peru, a regulacje w handlu środkami uzależniającymi wprowadzone przez Ligę Narodów uznały, za wymierzoną w nie złośliwość. Wychodzi też na to, że całkiem przypadkiem wywołały powojenną plagę narkotykową.

Amber: Pięcioksiąg Corwina:

Ocena: 9/10

Tak, to wydanie z okropną okładką.

Jest to trzeci raz, gdy czytam Amber (czwarty, jeśli liczyć podejścia nieskuteczne). Mimo wszystko, po entym czytaniu książka okazuje się ciut słabsza, niż ją zapamiętałem.

W zacisznym szpitalu psychiatrycznym na Ziemi przytomność odzyskuje książę Corwin, potomek rodu królewskiego Amberu i (przynajmniej we własnej opinii) prawowity dziedzic jego tronu. Jako, że władca krainy, król Oberon wiele lat temu zaginął, Corwin będzie musiał stanąć do walki o schedę po nim, mierząc się zarówno ze swoimi krewniakami, jak i mrocznymi siłami wypełzłymi z Cieni. A walka toczyć będzie się o wysoką stawkę. Amber jest bowiem platonicznym ideałem, pierwszym i jedynym, prawdziwym światem. Wszystkie inne są natomiast tylko jego odbiciami.

Lektura dostarcza nam tego, co najlepsze w fantastyce: niezwykłych światów, dziwacznych stworów, tajemnych mocy, spisków, walk, postaci o złożonych motywach i skomplikowanych, choć nakreślonych często tylko z grubsza charakterach.

Wadą książki jest natomiast fakt, że niestety jest to pięć powieści zebranych w jednym tomie. Tak więc nie należy się dziwić, że autor średnio co 150 stron rekapituluje i streszcza wcześniejsze wydarzenia. Co nie jest najbardziej fascynującym fragmentem książki.

Amber: Pięcioksiąg Merlina:

Ocena: 6/10

Największym problemem tej książki jest fakt, że jej główny bohater, Merlin jest skończonym idiotą. Bo jak można nazwać człowieka, który kilkakrotnie zlekceważył zamach na własne życie? I to taki ewidentny, jak podłożona w mieszkaniu bomba lub strzelający do niego snajper?

I niestety, właśnie ta cecha charakteru głównego bohatera bardzo mocno rzutuje na przebieg całej akcji. Merlin chodzi, ufa ludziom, którym nie powinien, ci go zdradzają, potem jeszcze raz ich spotyka, ci przekonują go, by raz jeszcze im zaufał, by ponownie go zdradzić… A wszystko to przy akompaniamencie niekończących się napomnień bohatera, że w Amberze i Dworcach Chaosu nie należy ufać nikomu.

No niestety, fabuła jest dość chaotyczna, w dużej mierze streszcza się do „zabili go i uciekł”, a gdyby nie ufność Merlina połowy zwrotów akcji dałoby się uniknąć.

Armie Kastylii i Aragonii 1370-1516:

Ocena: 7/10

Książeczka Ospreya traktująca o wojsku hiszpańskim walczącym w trakcie Rekonkwisty, kupiona do kompletu ze „Zdobyciem Granady”, które omawiałem w zeszłym miesiącu.

Co tu dużo mówić? Mamy krótki rys historyczny, sporo zdjęć artefaktów oraz, w środku książki, barwne plansze przedstawiające wojowników z epoki, ich ekwipunek i stroje, wszystko bogato oznakowane i opisane.

Lektura była dla mnie pociągająca, bo o wojskach hiszpańskich akurat wiem niewiele. Tak więc taka pigułka wiedzowa była dla mnie jak znalazł. I cieszę się, że ją przeczytałem.

Armie średniowiecznej Polski (966-1500):

Ocena: 6/10

Kolejny Osprey, z którego nie jestem zadowolony.

Nie wiem czemu, ale część polskich badaczy historii zachowuje się tak, jakby pisanie w przystępny sposób stanowiło co najmniej grzech ciężki, przez który nie idzie się do nieba. Nie inaczej jest w tym wypadku. Mamy więc krótką, popularyzatorską pozycję, przez którą jednak bez tony opracowań nie idzie się przebić.

Przykładowo: jeśli Anglosasi o uzbrojeniu potrafią pisać tak „na przedstawieniach z epoki miecze przedstawiane są z zaokrąglonymi końcówkami, dlatego też uważa się, że mogły nie nadawać się do pchnięć”, tak współautor tego dzieła, pan Sarnecki pisze tak „sądząc po ilustracjach z epoki najpopularniejsze były miecze w guście XVIII A, wedle typologii Oakeshotta”.

Jeśli potraficie, bez zaglądania do pomocy naukowych zrozumieć o jaki typ miecza chodzi autorowi, to gratuluje. Oprócz was potrafią to trzy osoby w Polsce.

W ten sposób po prostu nie pisze się pozycji popularyzatorskich.

Za to obrazki świetne.

Battle Cry of Freedom:

Ocena: 10/10

Nie jestem fanatykiem Wojny Secesyjnej, ale swego czasu Grisznak uwziął się, żeby mnie na tą lekturę namówić, bowiem, rzekomo ma być to najlepsze opracowanie…

I faktycznie. Jest dobre, wciągające, napisane z jajem, aczkolwiek trochę ciężko przetłumaczone, przez co niezbyt łatwo się czyta.

Książka jest publikacją z dziedziny historii społecznej (tzn. bardziej skupia się na tym, jak żyli i co myśleli ludzie, a nie na donośnych osiągnięciach i życiorysach pomnikowych postaci) i jak warunki społeczne wpłynęły na przebieg wojny. Zaczyna się na całe dekady przed wybuchem konfliktu i dojściem do władzy Abrahama „Nie pozwolę, by czarnuchy rozpleniły się na północy” Lincolna.

Tak więc śledzimy rosnący rozdźwięk między gospodarką i sposobem życia stanów północnych i południowych, coraz bardziej sabotujących próby rozwoju północy, oraz rosnącego na tej ostatniej gniewu. Pojawiające się pęknięcia, owocujące w końcu aktami przemocy, po których następuje wielki rozłam i wybuch.

Następnie czytamy o wojnie, długiej, krwawej i męczącej obie strony. Następnie obserwujemy zawalenie się kolosa, na glinianych nogach, jakim była gospodarka Konfederacji (kraju, który 90 procent swojej bawełny przerabiał na północy) i nagłe rozpędzenie się gospodarki Północy, wyzwolonej z więzów narzucanych przez południe. A potem stopniowy upadek moralny Konfederacji w oczach zwykłych obywateli (ogromne braki gospodarcze Konfederatów doprowadziły do tego, że ich żołnierze w desperacji po prostu kradli wszystko, co im w ręce wpadło, a na samym południu ludność bardzo odczuła wojnę, bo ceny zwyczajnie zwyżkowały).

I koniec końców nieuchronną katastrofę.

Brakuje trochę opisu dochodzenia kraju do siebie po konflikcie.

Niemniej jednak jest to lektura z całą pewnością godna polecenia. Nauczyła mnie ona zupełnie inaczej patrzeć na Amerykanów i kulturę ich kraju. Wytłumaczyła niektóre rzeczy, wyjaśniła, że inne kwestie, które brałem za nieuctwo takim nie są oraz sprawiła, że rzeczy, które wcześniej mi się nie podobały teraz nie podobają mi się dużo bardziej.

Naprawdę polecam, bowiem, mimo trudnego języka jest to rzecz godna polecenia.

Birthgrave:

Ocena: 8/10

Debiutancka powieść Tanith Lee, wpisana do kanonu przez Andrzeja Sapkowskiego.

Powiem uczciwie: miała baba talent. Książka ma kilka wad, wynikających głównie z braku doświadczenia autorki oraz nadmiernego przyśpieszenia akcji i wprowadzenia do niej deus ex machina pod koniec opowieści, jednak jest naprawdę dobra.

Historia opowiada o losach tajemniczej kobiety, która pewnego dnia budzi się nie pamiętając niczego. Wędruje ona przez świat w poszukiwaniu utraconej tożsamości, stając się elementem machinacji innych ludzi, głównie mężczyzn. Tak więc bohaterka staje się kapłanką, uzdrowicielką, boginią, władczynią, uciekinierką i niewolnicą, mimo że próbującą wziąć los w swoje ręce, to nadal będącą zakładniczką sytuacji.

Pozycja jest napisana dość mocno w stylu fantastyki sword and sorcerry, wykorzystując jej charakterystyczne elementy: brutalnych, barbarzyńskich wojowników, upadłe cywilizacje pradawnych ras, dawnych, mrocznych bogów, dekadenckie kultury etc. przy czym pisana jest na opak. Tym razem bowiem głównym bohaterem nie jest jakiś osiłek, tylko kobieta, zmuszona do życia w tym świecie. Lee udaje się na szczęście uciec od kinder-femizmu typowego choćby dla Mercedess Lackey i kreuje bogatą emocjonalnie, wciągającą opowieść.

Cyberpunk 2020:

Ocena: 7/10

Klasyczny podręcznik do klasycznej gry fabularnej. Wróciłem do niego z prostej przyczyny: rok 2020 jest już raczej niedaleko i fajnie byłoby go przywitać porównując jak jest, a jak miało być.

W grze przenosimy się do mrocznego i ponurego świata teraźniejszości, gdzie telefonia komórkowa działa tylko w miastach 100.000+, aby wysłać maila do obcego województwa potrzeba zamówić połączenie międzymiastowe, a usługi pocztowe zostały w całości zastąpione przez faxy. Ludzie natomiast zabijają się na ulicach.

Niestety Cyberpunk jest systemem, który bardzo mocno rozmija się z tym, co zapamiętałem. Przedstawioną w nim wizję świata trudno zaakceptować, a sam podręcznik przeczytać bez zgrzytania zębów. Całe partie książki należałoby napisać od nowa, w wielu miejscach zupełnie edytując wizję. Co ciekawe, paradoksalnie opis wirtualnej rzeczywistości, który napisany jest tak, że trudno zrozumieć, o co w nim dokładnie chodzi, wypada najlepiej. Omówione w nim technologie są tak muzealne i oderwane od tego, jak faktycznie wygląda Internet, że jakiś dzieciak wychowany na Sword Art Online mógłby faktycznie uwierzyć, że ma do czynienia z technologiami jutra.

Natomiast, jeśli ktoś szuka systemu do strzelanin w klimacie kreskówek lat 90-tych (np. coś ala Motomyszy z Marsa) to jest to gra jak znalazł dla niego. Cyberpunk prezentuje odpowiedni poziom społecznej naiwności.

Delirium’s Mistress:

Ocena: 9/10

Czwarta, przedostatnia książka z cyklu o Płaskiej Ziemi, w zasadzie kończąca opowieść. Po wydarzeniach z poprzedniego tomu władcy demonów Azhrarnowi rodzi się córka. Pogrążony w waśni z Panem Szaleństwa początkowo ją ignoruje. Dziewczyna jednak dorasta i udaje się w świat.

Książka łączy w sobie wątki z poprzednich tomów. Wraca więc część postaci, jak Król Śmierci czy mag Zhirek o wymienionych już wcześniej nie wspominając.

Twórczość Tanith Lee jest trudna do streszczenia. Autorka pisze w sposób, który można nazwać by wręcz poetycki, kolejne rozdziały pisane są w dziwnym stylu, nieco pośrednim między Biblią, a Opowieściami Tysiąca I Jednej Nocy. Wydarzenia opowiadają o córce Azhrarna, będącej tytułową Panią Zauroczenia. Jest ona owocem niespełnionej i tragicznej miłości, sama nie jest ani demonem, ani człowiekiem. Ojciec próbuje uczynić ją ziemską boginią, jednak kończy się to interwencją prawdziwych bogów…

Trochę przypomina to też odwrócony Silmarilion, bowiem opowieść dociera do tego samego etapu, co twórczość Tolkiena. Wielkie Moce, rozczarowane światem koniec końców odwracają się do niego. W zasadzie zamyka to wszystkie wątki wcześniej poruszone w cyklu.

Dilvish Przeklęty:

Ocena: 7/10

Zbiór opowiadań fantasy, w rodzaju takich, jakich dziś się już w zasadzie nie pisze. Jedzie więc sobie bohater przez świat, co jakiś czas napadają go potwory lub spotyka inne przygody, z których wychodzi zwycięsko dzięki swojej odwadze, sprytowi, pomysłowości i pomocy lojalnych przyjaciół.

Literatura czysto rozrywkowa, bezpretensjonalna, nie próbująca udawać czegoś, czym nie jest i lekka.

Jednocześnie zręcznie napisana, z pazurem, przez co czytelnik daje się porwać akcji. Dobra lektura do pociągu lub na jeden lub dwa jesienne wieczory, kiedy w internecie nuda, a w telewizorze nic się nie dzieje.

Akurat to wydanie, które mam w swoim zbiorze niekoniecznie jest najlepsze. Traci trochę z uwagi na przekład, w którym jest dużo niezręczności i polskawe tłumaczenie, rzecz niestety częstą we wczesnych latach 90-tych. Wersja ISA pod tym względem była lepsza.

Dzika kuchnia:

Ocena: 9/10

Łukasz Łuczaj jest, przynajmniej w pewnych kręgach, postacią kultową. Stanowi też połączenie zaangażowania i (jeśli wierzyć krążącym o nim legendom) poważnie przekraczającego normę społeczną entuzjazmu z (co w owych kręgach nieczęste) faktyczną wiedzą o świecie przyrody (czemu nie trudno się dziwić, bo gość ma doktorat z biologii). Ta książka natomiast stanowi przewodnik po jadalnych roślinach dziko żyjących spotykanych w naszym kraju.

Książka składa się z trzech elementów. Pierwszym jest opis poszczególnych roślin, wraz z fotografiami, sposobami wykorzystania, potencjalną możliwością pomyłki, krótkim opisem historii użycia i statusem prawnym zbioru. Opis ten uzupełniają barwne fotografie.

Po drugie: co jakieś pięćdziesiąt stron Łuczaj opowiada jakąś anegdotkę lub dzieli się z nami jakimiś przemyśleniami. Anegdotki te nie są może jakoś szczególnie porywające, ale tworzą obraz autentycznego, aczkolwiek raczej nieszkodliwego wariata.

Po trzecie: każda z roślin otrzymuje dwa lub trzy przepisy poświęcone sobie. Powiem krótko: po wojnie atomowej będzie się jadło… Ogólnie rzecz biorąc te przepisy często są najmniej atrakcyjnym elementem. Część z nich jest niestety mało fantazyjna typu „zrób jajecznicę i posyp ją jakimś chwastem”, albo „chiński stir-fry i dodaj jakiegoś innego badziewia”. Co zaś do pozostałych, to faktycznie musiałyby najpierw wybuchnąć bomby, żeby zachęcić mnie do włożenia tego do garnka.

Niemniej jednak pozycja jako taka była bardzo interesująca. Jedyne, co w jej lekturze żałuję, to tego, że książka leżała na mojej kupce wstydu tyle lat…

Dungeons and Dragons 5 ed: Podręcznik Gracza:

Ocena: 8,5/10

Wciąż nie zdecydowałem się, czy pisać recenzje teraz, czy za kilka miesięcy, jak wyjdzie komplet.

Pierwszy z trzech podręczników wchodzących w skład nowej podstawki do Dungeons and Dragons. Podręczniki do gier RPG są bardzo kompleksowymi publikacjami, w związku z czym trudno jest je opisać w kilku zdaniach. Mimo to spróbuję. Otóż: jest to najlepszy Podręcznik Gracza do DeDeków, jaki miałem w rękach. Swoim schematem i wyglądem przypomina poprzednie wydania, do poprzednich edycji gry, jednakże system został od nowa przemyślany i zaprojektowany.

Jak pisałem już kilka razy: podręcznik wywarł na mnie dokładnie odwrotne wrażenie, niż ten do czwartej edycji. O ile bowiem czwórka wyglądała dla mnie, jakby ktoś wziął wszystkie te cechy trójki, których nie lubiłem i postanowił wokół nich zbudować system, tak piątka wygląda, jakby wydestylowano zalety gry.

Zmian jest bardzo dużo. Pierwszą jest wzbogacony repertuaru ras i klas. Wybór generalnie obejmuje kanon ukształtowany przez poprzednie edycje. Ludzie obeznani z polskim wydaniem trójki zdziwią się jednak na obecność Drakonów i Diabelstwo oraz załapanie się Czarownika (Warlock) do podręcznika podstawowego. Oczywiście każdą z ras i klas mocno przerobiono, zmieniając ich cechy i zasady specjalne (np. Paladyn nie musi już dłużej być dobry). Co więcej teraz każda z klas i większość ras ma kilka wariantów. Tak więc możemy na przykład grać elfem leśnym lub mrocznym, albo wybierając Łotra zostać złodziejem, skrytobójcą lub mistycznym sztukmistrzem.

Mocno pozmieniano też zasady testów i walki. O ile poprzednie edycje były wręcz barokowe, jeśli chodzi o ich rozbudowanie i poziom szczegółowości, tak edycja piąta jest bardzo skrótowa. Znikły więc tysiące modyfikatorów, a na ich miejsce pojawiły się Ułatwienia i Utrudnienia. W chwili gdy mamy jedno z nich podczas testu rzucamy dodatkową kostką k20 i w zależności od kontekstu zachowujemy lepszy lub gorszy wynik.

Znikła też Bazowa Premia Do Ataku oraz setki umiejętności. Obecnie postacie mają Premię Z Biegłości zależne od ich poziomu doświadczenia (ale jednakowe dla każdej klasy). Dodają ją do wyników testów na umiejętności i użycie broni oraz narzędzi, w których postacie mają Biegłość.

Kolejną istotną zmianą jest system zaklęć. Po pierwsze: znacznie przerzedzono ich ilość. O ile na przykład Mag miał w trzeciej edycji dostęp do około 320 zaklęć, tak obecnie jest to tylko około 210 (liczyłem je ręcznie, więc mogłem się machnąć o kilka). Znikły głównie zaklęcia słabe, z których i tak nikt nie korzystał (np. Wymazanie, pozwalające zmienić treść widzianego przez siebie tekstu), dublujące się (jak różne typy magicznej miny-pułapki), posiadające kilka wariantów i poziomów mocy, jak różne wersje Ręki Bigby’ego (teraz zlane w jeden czar), choć nie oszczędzono też kilku mocnych (np. Wezwania Potworów). Starano się też bardziej zindywidualizować listy zaklęć, tak więc niektóre czary nie mogą być już rzucane przez niektóre klasy (np. Mag nie może już rzucić Wezwania Roju, które teraz jest ekskluzywnym czarem Druida, Zaklinacz korzysta z innej listy czarów niż Mag etc.).

Sam system zaklęć także zmieniono. Nadal mamy ograniczoną liczbę czarów z każdego poziomu, jakie możemy rzucić, jednak teraz nie musimy już zapisywać, które z nich są przygotowane. To znaczy: nie musimy już zapisywać, że mamy gotowe np. 2 kule ognia i 1 przyśpieszenie, tylko wybieramy, które czary rzucamy w razie potrzeby.

Zmienił się też styl graficzny podręcznika, w moim odczuciu na lepsze. Po raczej nieokreślonym i mało charyzmatycznym stylu graficznym z poprzednich części gra stała się bardziej kolorowa i bardziej bajkowa. Co więcej, o ile poprzednie edycje nie bardzo chyba wiedziały czym chcą być: poważnym fantasy w stylu Jacka Vance lub Tolkiena, czy też takim z dwuostrzowymi toporami, New Weird czy bajką Disneya, heroicznym systemem, gdzie bohaterowie gołą pięścią mogą złamać miecz, czy też takim, w którym koniecznie trzeba liczyć ile procent ciała zakrywają osłony i znać trzynaście kategorii rozmiarów potwora. Obecnie system wie już o czym chce być: Hi-menem, Avatar the Last Airbender i poważniejszymi odcinkami Adventure Time. Niekoniecznie jest to moja wymarzona stylistyka, ale lepiej to niż było.

Era lotnictwa wojskowego:

Ocena: 8/10

Książka kupiona nawet nie z powodu zainteresowania wojną, a raczej dlatego, że mam już pełną bibliografię tego autora na półkach. Dokupiłem więc ten tytuł do kolekcji. Okazał się jednak całkiem interesującą lekturą.

Książka jest wędrówką po historii lotnictwa, począwszy od jego początków i eksperymentów z balonami obserwacyjnymi za czasów Napoleona i Wojny Secesyjnej, niekoniecznie najbardziej udanych, kończąc na konfliktach współczesnych, jak Wojna w Afganistanie.

W odróżnieniu od większości autorów Craveld nie wyznaje wiary w dominującą rolę lotnictwa, zwraca uwagi na jego problemy, w tym w szczególności trudności w zastępowaniu utraconych samolotów (jego zdaniem straty poniesione w wyniku bitwy, w której dwa państwa pierwszego świata musiałyby użyć całego swego potencjału powietrznego odbudowywane byłyby przez 10 lat) i nie zawsze dużą skuteczność.

Powoduje to, że spojrzenie jest świeże, odmienne od dominujących przekonań.

Frankijski podbój Saksonii:

Ocena: 6/10

Kolejna ospreyówka, tym razem traktująca o kampanii Karola Wielkiego przeciwko Sasom Kontynentalnym. Była to jedna z najcięższych lub wręcz najcięższa kampania w karierze tego władcy: przeciwnik był bitny i buntowniczy, teren dziki, lesisty i bagienny, a co więcej wojna nie żywiła siebie samej…

Książka pod względem treści jest interesująca, aczkolwiek rozbita. Podbój Saksonii składał się z licznych etapów: Sasi najpierw najeżdżali Franków, potem byli podbijani, buntowali się, byli podbijani ponownie… Przez co wydarzenia rozgrywają się na przestrzeni wielu lat i łatwo się w nich pogubić.

Niestety kupiłem ją głównie dla obrazków i pod tym względem się rozczarowałem. W książce jest niewiele barwnych plansz, a te które są po prostu nie są zbyt ładne.

Gorączka Ciboli:

Ocena: 8/10

Cibola to miasto w USA, które powstało podczas Gorączki Złota i wkrótce później umarło.

Holden, dzięki pomocy Śledczego otworzył tunel podprzestrzenny Budowniczych i ludziom dany został dostęp do tysięcy układów słonecznych. Każdy z nich zawiera co najmniej jedną planetę zdatną do podtrzymania życia, bo to właśnie takich poszukiwali Budowniczowie. Oraz, prócz tego: całkiem nie wiadomo co. Na jedną z nich wyrusza ekspedycja naukowa sponsorowana przez chciwą korporacje. Pech chce, że wcześniej zdołali się tam już osiedlić dzicy lokatorzy. Konflikt zdaje się nieunikniony, więc ONZ wysyła na planetę Holdena w charakterze mediatora.

W kilku słowach: LOL! Jaka piękna katastrofa!

W zasadzie wszystko, co mogło pójść źle oczywiście się wydarza. Co więcej, kiedy wreszcie udaje się coś osiągnąć okazuje się to tylko preludium do jeszcze gorszych nieszczęść. Całość to totalna improwizacja.

Gorączka klimatem przypomina mocno „Niezwyciężonego” Lema. Podobnie jak on mamy tu do czynienia z badaniem obcej planety, która ma swoje tajemnice, a wszystko, co się nań znajduje jest zupełnie dalekie od tego, do czego przywykliśmy.

Przy czym tym razem ogromną rolę odgrywa znana zasada „jak coś może się zepsuć, to na pewno się zepsuje”.

Gry Nemezis:

Ocena: 8/10

Piąty tom cyklu Expanse. Nasza drużyna powraca z misji na Illusie i postanawia wziąć sobie urlop. Jej członkowie rozlatują się po całym Układzie Słonecznym, każdy w swoim kierunku. Nie wiedzą, że do tej pory niezbyt ważna frakcja ekstremistów planuje wejść na scenę polityki w wielkim stylu.

Książka różni się trochę od poprzednich. Tym razem Holden i spółka, mimo że odgrywają ważną rolę w wydarzeniach zostają odstawieni nieco na boczny tor i zamiast stanowić centralne postacie stają się jedynie współuczestnikami, bohaterami drugoplanowymi i obserwatorami. I dobrze. Wszystkie wydarzenia mające miejsce w Układzie Słonecznym nie mogą przecież toczyć się dzięki pomocy kilku bohaterów na statku kosmicznym. Taka zmiana optyki dobrze wpływa na książkę. Nie pozwala przejść do porządku dziennego ze zwykłą niezwykłością bohaterów.

Ogólnie tom bardzo mi się podobał. Expanse trzyma równy, wysoki poziom.

Indianie Ameryki Północnej:

Ocena: 8/10

Książka wybitnego polskiego archeologa traktująca o tubylczych ludach Ameryki. Niezbyt długa, jednak treściwa. Autor ucieka od języka naukowego, w efekcie czego lektura jest łatwa i zrozumiała nawet dla laika, ma charakter raczej popularyzatorski, niż sensu stricte naukowy. Owszem, ma to wady (np. do tej pory nie wiem, co autor miał na myśli pisząc o „gigantycznych jaguarach słoniożernych”), jednak pozycja zyskuje na przejrzystości.

Widać w prawdzie, że autor jest archeologiem (przez co bardzo dużo miejsca poświęca temu, kto jakie miał groby), jednak zdobywamy podstawową wiedzę na temat ludów zamieszkujących kontynent. Poznajemy więc losy Indian Pueblo, koczowników z obszarów prerii, mieszkańców wschodniego i zachodniego wybrzeża…

Książka jest jednak mimo wszystko smutna, poznajemy bowiem świat, który rozpadł się w zasadzie w kilka dziesięcioleci i przeszedł w niebyt.

Dużą wadą książki jest natomiast jej sposób wydania. Jest bardzo słabo sklejona, już wypadła z okładek, a jeśli kiedyś do niej wrócę, to najpewniej rozpadnie się całkowicie.

Jak upadają giganci?

Ocena: 6/10

Bardzo, bardzo popularnonaukowa pozycja ekonomiczna. Książka zajmuje się zagadnieniem tego, w jaki sposób wielkie firmy przenoszą się do krainy wiecznych łowów. Jest to temat, który mocno mnie interesuje z prostej przyczyny: żeby wiedzieć, kiedy uciekać. Nie powiem, lektura rozjaśniła mi umysł w kilku kwestiach oraz potwierdziła niektóre moje przypuszczenia.

Niemniej jednak wolałbym coś cięższego i bardziej skomplikowanego. W tej pozycji natomiast mamy za dużo ekonomicznego gwiazdorstwa, prób oczarowania czytelnika i mesjanizmu ekonomicznego. Takie trochę „idźcie za mną, a staniecie się bogaci”.

Trochę zastanawia mnie, dla kogo pisze się książki w tym stylu. Faktycznie dla zarządu wielkich firm? Czy może raczej dla ulicznych inwestorów, którzy w pięć minut chcieliby być bogaci (czy raczej w cudowny sposób uniknąć strat)?

Jak uczy się mózg?

Ocena: 8/10

Bardzo ciekawa pozycja napisana przez niemieckiego psychologa i neurologa, a poświęcona procesowi nauki i kształtowania się naszej osobowości. Jest to pozycja popularnonaukowa, jednak przez większość swej objętości (o tym dalej) sprawia wrażenie rzetelnej i wartościowej. Dowiadujemy się więc z niej bardzo dużo o naszych procesach poznawczych i ich efektach. Oraz, jak zwykle w książkach psychologicznych, poznajemy też masę ciekawostek na różne tematy (od przypadku faceta z metalowym prętem w głowie, po wyniki łowieckie pewnego indiańskiego plemienia).

Ogólnie rzecz biorąc polecam tą lekturę osobom ciekawym świata. Poznajemy więc z niej działanie neuronów, zdolności odczuwania i współodczuwania naszego ciała, to, w jakim wieku uczymy się szybciej, a w jakim potrafimy najlepiej syntetyzować naszą wiedzę, ile potrafimy, bo rozumiemy, jak coś działa, a ile, bo po prostu potrafimy…

Nie podobały mi się jednak ostatnie rozdziały poświęcone telewizji i grom komputerowym („uczenie przez naśladownictwo i uczestnictwo”). O ile autor przez większość książki rozpisywał się, ile potrzeba danych, by móc wyrobić sobie pogląd, że przypadki jednostkowe nic nie znaczą, jaka próba jest potrzebna, by móc zaryzykować kategoryczny sąd i tak dalej i tak dalej, tak, kiedy przechodzi do współczesnych mediów okazuje się nagle, że rygorystyczne zasady wnioskowania nie są jednak konieczne, a pojedyncze przypadki i dowody anegdotyczne wystarczają, by wyrobić sobie opinie.

Książka byłaby dużo lepsza, gdyby nie ten ostatni rozdział.

Każde martwe marzenie:

Ocena: 7/10

Prawdę mówiąc umiarkowanie rusza mnie cykl Wegnera. Czytam te książki, nawet mi się podobają, ale gdybym musiał, to z pożaru ratowałbym inne. Tom piąty jest natomiast moim zdaniem strasznie nierówny. Przez pierwsze 200 stron Wegner bardzo przynudza. Widzimy bowiem scenę spotkania cesarza ze szpiegami, w trakcie którego to spotkania dochodzi do rekapitulacji wszystkich wcześniejszych wydarzeń. Większość przedstawionych tam danych powinniśmy pamiętać z poprzednich tomów, więc jak łatwo zgadnąć przyjemność i wartość lektury są tu żadne.

Potem akcja rusza i robi się ciekawie. Co więcej dochodzi do kilku takich zwrotów, których się nie spodziewałem. Mamy więc opowieść o ponurych żołnierzach, będącą czymś pośrednim między twórczością Glena Cooka, jesiennym Warhammerem, a książkami nieco już zapomnianego autora, jakim jest Feliks Kress. Aczkolwiek moim zdaniem Wegner pisze lepiej od Kressa i jest strawniejszy od Cooka.

Niestety popada w te same tarapaty, które były udziałem Kressa. Moim zdaniem jednak powinien nieco oszczędniej szafować opisami przemocy i wszelkich możliwych okropności, bowiem nadużywa ich na tyle, że w zasadzie przestają one na czytelnika działać. Czytając cykl zwyczajnie zobojętniałem na kolejne tragiczne i przejmujące wydarzenia. Krwawe bitwy? A czego się spodziewali? Kanibalizm, ludobójstwo? O panie! Ze szwagrem po pijaku nie takie rzeczy robilim! Praca niewolnicza dzieci? Co narzekacie? Przecież mogli was zeżreć niewdzięczne bachory!

Ogólnie rzecz biorąc dobra pozycja, ale moim zdaniem do wybitności sporo jej brakuje.

Knight ot the Demon Queen:

Ocena: 6/10

Trzeci tom cyklu „Zguba smoków”. Pierwsza część została umieszczona przez Andrzeja Sapkowskiego w jego słynnym kanonie. I faktycznie, w swoim czasie, na tle innych książek fantasy z epoki (czyli z lat 80-tych), w której dominowało conanowskie sword nad sorcerry mogła się wyróżniać. Zwłaszcza, że trochę inaczej podchodziła do tematu smokobicia.

Niemniej jednak od tego momentu wyszło całkiem sporo fantasy rewizjonistyczna, jak (by daleko nie szukać) Saga o Wiedźminie Sapkowskiego właśnie. I na dzień dzisiejszy Zguba Smoków tak naprawdę jest dość typowy. Nie czymś, czego czytanie boli. Ale raczej pospolitą pozycją.

Jeśli chodzi o tom trzeci (i pośrednio drugi), to przykrym jest to, jak autorka powoli, lecz skutecznie rozbiera to, co w pierwszym tomie jej powieści było fajnie, stopniowo przerabiając ją na dość pospolite, pozbawione pazura portal fantasy.

Kradzież historii:

Ocena: 6/10

Ponoć wybitna pozycja, zmieniająca sposób patrzenia na historię. Tak więc: europejska historiografia ma tendencję do zawłaszczania historii i pisania jej przez własny pryzmat, tak, jakby wszystko inne służyło tylko celowi wydźwignięcia cywilizacji zachodu na piedestał. Takie zawłaszczenie widać choćby w tradycyjnej periodyzacji i liczeniu lat od narodzin Chrystusa (na co Chińczycy albo Hindusi mogliby i pewnie mają własne spojrzenie).

Liczyłem na to, że autor naświetli problem w jakiś, ciekawy sposób. Problem polega na tym, że kiedy studiowałem, a było to dobrych kilka lat przed wydaniem tej książki, rzeczy o których pisze autor były w zasadzie wiedzą podręcznikową. Tak więc nie dowiedziałem się z tej pozycji niczego nowego.

Być może faktycznie w kręgu anglosaskim nadal pisze się historię w sposób, z którym autor polemizuje. Jeśli tak, to znaczy, że są nieźle zapóźnieni.

Kraina przemian:

Ocena: 7/10

Powieść z uniwersum Dilvisha, będąca kontynuacją poprzedniej książki. Bohater, w pościgu za swym odwiecznym wrogiem dociera do jednej z jego twierdz. W skutek działającej w środku potężnej magii tereny oddzielające fortecę od świata zewnętrznego cały czas się zmieniają. Czeka go więc sroga przeprawa…

Ponownie: fantasy rozrywkowe w typie takich, jakich dziś się już nie pisze, z elfami i zbrojnymi w miecze wojownikami.

W moim odczuciu powieść jest o jedno oczko słabsza, niż opowiadania. W dużej mierze dlatego, że zajmuje więcej miejsca, w efekcie czego staje się trochę bardziej monotonna: bohater wpada z jednych tarapatów w drugie, a końca nie widać. Niemniej jednak i tak była to przyjemna, zajmująca lektura.

Marchia Cienia:

Ocena: 4/10

Strona 600. Autor Conana Barbarzyńcy strzelił sobie w głowę. Hobbit Bilbo drugi raz wraca do domu ze swej wielkiej podróży. Merry i Pipin ocknęli się w niewoli Uruk-hai. Poznaliśmy Merlina, bohatera drugiego pięcioksięgu Amberu. Harry Potter właśnie walczy z bazyliszkiem. Ziemiomorze skończyło się sto stron temu, a za kilka chwil stracą Neda Starka…

…a ja nadal nie wiem, o czym jest ta książka.

Tad Williams jest autorem z którym nigdy nie było mi po drodze. Owszem, podobała mi się jego „Pieśń łowcy”, ale „Pamięć, Smutek, Cierń”, mimo że ma licznych fanów zanudził mnie niemal na śmierć. Po całkiem niezłych „Brudnych ulicach nieba” postanowiłem się z nim jednak przeprosić.

I był to błąd.

Problemem książki jest fakt, że podzielona jest na nadmiernie dużą liczbę wątków. Otrzymujemy więc 10 punktów widzenia, każdy z nich oderwany od siebie i opowiadający inną historię, które nie za bardzo się zbiegają. Same w sobie wydają się ciekawe. Mamy więc księcia i księżniczkę ludzkiego państwa, demoniczne dziecko i jego opiekunów, kobietę-generał elfów, jakąś niewolnicę z haremu, kapitana gwardii, kupca ograbionego po drodze, stajennego nękanego przez tajemnicze wizje stajennego z karczmy i jeszcze kilka innych postaci. Efekt jest taki, że autor zdołał każdej z nich poświęcić po pięćdziesiąt stron, w efekcie czego na razie historia żadnej z nich się nawet nie zaczęła.

Za to wynudziłem się jak jeszcze nigdy. Nawet lektura „Nauk pomocniczych historii” była ciekawsza.

Cykl ma cztery tomy, trzy pozostałe chyba sobie daruję.

Mity nordyckie:

Ocena: 6/10

Neil Gaiman. Kolejny geniusz współczesnego fantasy który rozminął się z Zegarmistrzem…

Jest to trzecia książka (czwarta, jeśli wliczyć Dobry Omen) tego pisarza, którą czytam (po Amerykańskich Bogach i Gwiezdnym Pyle). Zahaczyłem też o komiks Sandman, nad którym tak wszyscy się rozpływali. I jakoś żaden z nich nie wywarł na mnie szczególnego wrażenia.

Nie inaczej było i z tą książką. Mamy tu do czynienia ze zbiorem nordyckich mitów w wersji dziecięcej, bardzo mocno ugrzecznionej i wypranej z wszystkich subtelności oraz dwuznaczności. Do tego stopnia, że „Heroje północy” Jerzego Rosa są przy niej książką dla dorosłego czytelnika.

Razi mnie też poważny rozdźwięk między deklaracjami, a tym jak przedstawiane są postacie. Loki ma być rzekomo taki sprytny, a portretowany jest w zasadzie jako krętacz, któremu powinno się zabronić myśleć, bo jak coś wymyśli, to tylko na szkodę własną i otoczenia. Thor: ma być rzekomo wielce szlachetny, a faktycznie, jeśli głębiej się zastanowić to wychodzi z niego sadysta i psychopata mordujący dla zabawy.

Ogólnie mam takie samo uczucie, jak przy poprzednich książkach Gaimana: nie rozumiem czym wszyscy się tak zachwycają.

Monster Manual: Księga Potworów:

Ocena: 6+1k4 / 10

Ech, gro… Gdzieś ty była 20 lat temu?

Podręcznik, o którym trochę nie wiem, co myśleć. Z jednej strony ucieleśnia on wszystkie moje obawy i powody, z których nie kupowałem podręczników, gdy wychodziły po angielsku (po za jednym: byłem wtedy w diabła biedny, a one w diabła drogie). Z drugiej, jest to pozycja obiektywnie niezła, a przynajmniej wiele lepsza od tej do 3 edycji.

Jak łatwo się domyślić jest to bestiariusz do piątej edycji Dungeons and Dragons. Spotykamy w nim większość, jeśli nie wszystkie, tradycyjne dla tej gry monstra.

Podręcznik ma w stosunku do wcześniejszych, w tym najlepiej chyba w Polsce (a przynajmniej mi) znanej, trzeciej edycji systemu wiele zalet i wad.

Pierwszą z zalet jest dużo lepsza selekcja materiału. Tego jest trochę mniej, niż w trzeciej edycji. Tak więc o ile w 3 edycji bestiariusz liczył 164 hasła przedmiotowe i trzy dodatki, tak tutaj mamy 149 haseł przedmiotowych i dwa, cieńsze dodatki. Z podręcznika wyleciało wiele dziwacznych potworów, typu Przetrawiaczy, Mohrg’ów czy Rastów, oraz kategorie spamujące (jak, Elf, Krasnolud czy Niziołek), którymi i tak nikt nie grał, a wróciło wiele klasycznych, jak Licze (i Demilicze), Banshee, Hakowate Poczwary czy Rycerze Śmierci (oraz kilka dziwacznych klasyków, po których nikt nie płakał, jak Mykanidy). Znacząco przerzedzono liczbę opisanych w podręczniku zwierząt i owadów (ale powiedzmy sobie szczerze: za Ogromnymi, Czarcimi Żukach Jelonkach Rogaczach i tak nikt nie będzie tęsknił), usunięto też Szablony. Przywrócono i wprowadzono do gry natomiast całkiem spory zestaw ludzkich przeciwników.

Drugą z zalet jest dużo czytelniejszy, estetyczniejszy układ tekstu. Opisy fabularne, znacznie bardziej rozbudowane, niż wcześniej, są teraz wyraźnie lepiej rozdzielone od statystyk przeciwników.

Do wad mimo wszystko spamujący charakter niektórych potworów, których obecność wcale nie gwarantuje ciekawych wyborów, jak wszystkie odmiany wężo / smoko / jaszczuroludzi, praworządni źli ryboludzie, chaotyczni źli ryboludzie i tak dalej i tak dalej… Dochodzą też stworzenia, które mocno pokrywają się swoimi funkcjami. Czym bowiem tak naprawdę różni się np. Coathl od Pisklęcia Złotego Smoka? Jakich nowych wyborów dostarcza? Obaj są posłańcami bogów i sojusznikami sił dobra oraz potrafią polimorfować się w ludzi…

Zaletą jest natomiast fakt, że większość potworów została znacznie wzmocniona. Nawet głupie gobliny są niemal dwukrotnie silniejszym przeciwnikiem, niż w trzeciej edycji, a walka z nimi bardziej pamiętna.

Wadą, przynajmniej w moim odczuciu jest jednak fakt, że większość potworów, mimo że ma więcej HP, to jednocześnie ma mniej specjalnych zdolności i niezwykłych ataków (przykładowo smoki nie mają już zdolności używania magii, ale można je nadal w nie wyposażyć jako zdolność opcjonalną).

Morska straż:

Ocena: 6/10

Szósty tom „Cieniów pojętnych„. Kolejny, o którym należy napisać, że jest on „najsłabszy z dotychczasowych”.

Panuje pokój. Ten fakt postanawiają wykorzystać pewne siły, atakując statki handlowe Kolegium. Mistrz Wojny Stenwold Maker wyrusza więc na morze, by zwalczać piractwo. Tam przeżywa wiele przygód, które jednak niewiele posuwają fabułę do przodu.

Tom ma blisko 700 stron i sporo w nim akcji, ale prawdę mówiąc dałoby się ją zredukować 300-400. Większość wydarzeń nie ma wiele wpływu na świat ani postacie. Ot, Stenwold zostaje uprowadzony ze swojego statku, a potem, przez następne 500 stron jest porywany przez kolejnych, operetkowych bandziorów, jak klasyczna damsel in distress. Koniec końców zostaje odbity i wraca na ląd. Wtedy akcja zdecydowanie przyśpiesza i przez ostatnie kilka rozdziałów dzieje się więcej, istotnych rzeczy, niż przez resztę książki.

Ogólnie rzecz biorąc: średnie to.

Mroczni Władcy Nocy:

Ocena: 6/10

Wiecie, dlaczego pierwsza edycja Warhammera była lepsza lepsza od drugiej? Bo była napisania chłodno, rzeczowo i zwięźle. W efekcie w kilku zdaniach przekazywano to, co w II edycji pochłania cały dodatek.

Problemem z tym dodatkiem polega na tym, że można byłoby go stosować wręcz jako przykład info dumpu. Nie jest szczególnie gruby, składa się bowiem tylko ze 142 stron. Jednak faktyczne informacje to morze 20 stron. Większość treści to dane typu: jak wampiry postrzegane są w kulturze starego świata oraz kto i ile o nich napisał książek oraz sztuk teatralnych. Życiorysy postaci martwych od kilku tysiącleci. Wypowiedzi słabo poinformowanych idiotów. I tym podobne bzdury.

Jest kilka rzeczy przydatnych, jak garść profesji, kilka, niezbyt odkrywczych zaklęć dla nekromantów czy też parę nowych, całkiem fajnych potworów. Jednak to trochę mało.

Mrok, który nas poprzedza:

Ocena: 6/10

Książka ta mogłaby stanowić ilustrację do artykułu „jak upewnić się, że powieść nie odniesie sukcesu”. Bo obawiam się, że bardzo słaba okładka, w połączeniu z takim sobie tłumaczeniem i niezbyt porywającym stylem autora stanowią combo dość zabójcze.

Przenosimy się w czasie do pseudośredniowiecznego świata fantasy, w basen lokalnego Morza Śródziemnego. Trwają tam przygotowania do lokalnego odpowiednika pierwszej krucjaty. Wysłannicy lokalnego odpowiednika papieża, cesarza Bizancjum, kilka różnych typów czarnoksiężników oraz posłańcy jakiegoś lokalnego Saurona konkurują o kontrolę nad przebiegiem wydarzeń. Do tego dochodzi jeszcze lokalny odpowiednik mentata z Diuny, próbujący uśmiercić innego mentata, będącego całkiem przypadkiem jego ojcem.

W książce denerwowały mnie dwie rzeczy. Po pierwsze: autor z tłumaczem prześcigają się w wymyślaniu możliwie najdziwniejszych nazw na możliwie najbardziej prozaiczne rzeczy (np. w tym świecie nie gra się w kości tylko w sztony). Po drugie: głupota, bo nie sposób tego inaczej nazwać niektórych scen. Bo jak inaczej nazwać sytuację, gdy rzekomo szalony cesarz rozkazuje zgładzić wszystkie ptaki w pałacu, bo został przez nie osrany, ale w końcu odwołuje swój wyrok po tym, jak jego doradca przekonuje go, że to przynosi szczęście…

No nie jest to najlepsza książka fantasy w moim zbiorze.

Nas niewielu:

Ocena: 7/10

Książę Roger wraca z Marduka na Ziemię tylko po to, by odkryć, że podczas jego nieobecności miał miejsce zamach stanu, on jest ściganym przestępcą, a jego matkę spiskowcy uwiezili w pałacu. Niemniej jednak przymusowe wakacje na obcej planecie nauczyły go nie tylko, jak być mężczyzną, ale też organizować zamachy stanu.

W mojej subiektywnej ocenie książka jest lepsza niż trzy poprzednie. Tym razem przynajmniej walki są równiejsze. Dochodzi więc do starcia małej, acz zdeterminowanej grupki z dużą, dobrze uzbrojoną, ale pozbawioną morale organizacją. A nie, jak wcześniej: starć wielotysięcznych hord dzikusów z oddziałem dysponującym bronią energertyczną, który to oddział musi wyłącznie stać i strzelać…

Wadą książki jest natomiast duża liczba bardzo szczęśliwych zbiegów okoliczności. Bohaterowie podejrzani są o każdą możliwą zbrodnie? Ale cóż to! Nagle okazuje się, że w tym wszechświecie prócz ludzi i Mardukan żyją też kosmici będący telepatami i empatami, którzy potrafią wyczuwać kłamstwo… I tak dalej i tak dalej…

Jeśli mam być szczery, to zarówno Ringo jak i Weberowi zdarzało się pisać lepsze książki.

Night’s Sorceries:

Ocena: 8/10

Piąty, ostatni tom cyklu o płaskiej ziemi. Tym razem przychodzi nam śledzić losy nie demonów, lecz śmiertelników, z których losem wyższe potęgi sobie igrają.

Pozycja nadal przypomina Opowieści Tysiąca I Jednej Nocy, aczkolwiek przypowieściowy styl ewoluuje w stronę pełnoprawnych opowiadań. Zmiana perspektywy i nakierowanie się bardziej na świat śmiertelnych niestety, przynajmniej w moim odczuciu, nieco odebrało książce unikatowości. Zamiast czegoś nowego dostajemy bowiem nieco zbyt dosłowne naśladownictwo.

Ciekawy jest jednak efekt gaśnięcia magii, podobny nieco do Tolkienowskiego. Tym razem jednak czary i niezwykłe zjawiska nie odchodzą z tego świata wskutek zniszczenia Jedynego Pierścienia czy utraty źródeł mocy. Powodem stają się z jednej strony zbyt duże szkody poczynione przez Panów Nocy oraz ich oponentów. Z drugiej: rosnącym znudzeniem i rozczarowaniem śmiertelnikami. Po tym, jak od ludzi odwrócili się bogowie okazuje się, że demony też prędzej czy później będą miały dość i zamkną się w sobie.

Pozostaje tylko biedna Azhriaz… Ale ona przecież jest martwa.

On zimny, ona gorąca:

Ocena: 0

Avellana na Tanuki kazała mi być dyplomatyczna, będę więc musiał pewnie wystawić temu dziełu jakieś 6/10. Tu jednak nie ma nade mną władzy wyższej, niż polski Kodeks Prawa Cywilnego, tak więc mogę pisać prawdę.

Generalnie lubię chamski humor. Czytam Boli blog i Oglaf widziałem wszystkie odcinki Blok Ekipy i Kapitana Bomby, kupiłem nawet kubek z Rick and Morty. Niemniej jednak czegoś tak chamskiego, wulgarnego i przy tym głupiego jeszcze nie widziałem.

Przenosimy się do krainy fantasy, gdzie elfy wymordowały orków, bo były zazdrosne o rozmiar ich penisów. Na świecie ostał się już tylko jeden zielonoskóry. Oraz pewna zboczona elfka, która pragnie, by porządnie ją tym potworem wymłócił.

Istnieje tylko jeden problem.

Ork uznaje wyłącznie miłość romantyczną.

Ogólnie: manga jest mniej więcej taka, jakbyś wziął dialogi z jakiegoś, wyjątkowo pozbawionego wyczucia porno, usunął wszystko to, co w porno fajne i co sprawia, że ludzie je oglądają (cycuszki, ruchanko), a pozostawiono tylko to, co każdy i tak wycisza. Czyli dialogi i fabułę.

Opowieść o duchach:

Ocena: 10/10

Harry Dresden ma za zadanie rozwiązać zagadkę pewnego morderstwa, które wywróciło do góry nogami nadprzyrodzony świat Chicago. Na szalach leży los całego miasta. Jednocześnie Harry odcięty jest od większości swych zwykłych zasobów…

Jest to chyba najlepszy jak do tej pory odcinek cyklu. Posiada bardzo mocne, a jednocześnie logiczne zwroty akcji, które, w chwili, gdy je poznajemy okazują się niemal olśnieniem. Jednocześnie tłumaczy, dlaczego Butcher na przestrzeni kilku ostatnich tomów wprowadzał niektóre postacie oraz wyznaczał im konkretne role.

Bardzo satysfakcjonująca, wciągająca i dająca rozrywkę lektura.

Pax Romana:

Ocena: 2+1k6

Mam mieszane uczucia co do tej książki. Traktuje ona o życiu w prowincjach Imperium Rzymskiego za Republiki i Pryncypatu. Aczkolwiek pierwszy człon to bardziej nieco rozbudowana, powszechna historia Rzymu w wersji przystępniejszej, ale też i bardziej spłyconej, niż ta, która była w podręcznikach na studiach.

Dalsza część natomiast faktycznie traktuje o rzymskiej prowincji i polityce wobec niej.

Tekst jest raczej popularnonaukowy i w zasadzie nie ma w nim niczego, co ktoś obeznany z tematem by nie wiedział lub nie mógł dopowiedzieć sobie samemu. Niemniej jednak trafiło się tam kilka ciekawostek, których wcześniej nie znałem.

Przykładowo: okazuje się, że Rzymianie byli bardzo negatywnie nastawieni do tworzenia wszelkich form policji miejskich, obawiając się, by nie stały się one zalążkami oporu wobec ich władzy.

Piechur późnorzymski 236-565:

Ocena: 7/10

Osprey, co chyba wszystko wyjaśnia. Tym razem tematem jest piechota późnego Rzymu, z trzeciego, czwartego i piątego wieku po Chrystusie. Jak nie każdemu wiadomo: w okresie tym, po licznych wojnach domowych, oraz wskutek nowego zagrożenia, którym była rosnąca w siłę Persja. Znacząco więc ograniczono liczbę i liczebność oddziałów piechoty, a armię przestawiono raczej na kawalerię. W efekcie spadła też dyscyplina, poziom wyszkolenia i wyposażenia.

W sumie, to dopóki nie przeczytałem tej książki nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo żołnierz Rzymu w tym okresie przypominał wojownika germańskiego. Wyposażenie było niemalże identyczne. Trudno temu się zresztą dziwić: okres ten w archeologii obszarów zamieszkanych przez German nie bez przyczyny nazywa się „epoką wpływów rzymskich”. Jednak wyraźnie widać, że, przynajmniej na poziomie militarnym różnice były niewielkie.

Pieczęć Robaka:

Ocena: 8/10

Ostatni tom cyklu „Cienie pojętnych”, w którym zbiegają się wszystkie wątki, dochodzi do ostatecznej oraz ostateczniejszej konfrontacji, a świat wchodzi w nową erę, z nowymi problemami.

Ogólnie niestety „Cienie pojętnych” byłyby znacznie lepszą lekturą, gdyby zamiast 10 tomów miały ich pięć. Skorzystałyby też, gdyby tomy owe były trochę krótsze. Powieść toczy się w steampunkowym świecie, gdzie liczne rasy ludzi, czerpiących moc od owadów obaliły inne rasy owadoludzi, które posługiwały się magią i zbudowały techniczną cywilizację. Jedni z nowych panów tego świata: Osowcy zaczęli jednak erę podboju, a na drodze stanęło im miasto pokojowych kupców zwane jako Kolegium. Jedni i drudzy nie są jednak świadomi pradawnej grozy, która przeżyła upadek świata magii…

W tomie tym, jak nie trudno się domyślić dochodzi do ostatecznego starcia z siłami Osowców. Jednocześnie Pradawna Groza wychyla swój łeb.

Jak chyba już wspominałem: wątki steampunkowe w tej książce są wyraźnie lepsze, niż wątki fantasy. Tak więc, o ile te pierwsze czyta się naprawdę dobrze (tym bardziej, że autor wreszcie nie traci miejsca na lanie wody w opisach starć, tylko prowadzi je dynamicznie), tak wątki magiczne czytało mi się wyraźnie źle.

Fajny jest też motyw ze zmianą warty i wysunięciem się na przód nowego pokolenia polityków oraz bohaterów, którzy zajmują miejsce starych, w większości zbyt stetryczałych, by przewodzić lub poległych w boju.

Ogólnie: była to dobra lektura, ale dałoby się z niej zrobić lepszą.

Podniebna Wojna:

Ocena: 8/10

Ósmy tom Cieniów Pojętnych. Tym razem wracamy do Kolegium oraz sedna opowieści. Nad miastem uczonych ponownie wisi groźba wojny z Imperium Os. Gdy wybucha, jak zwykle okazuje się, że dowódcy szykowali się do poprzedniego konfliktu.

Po dwóch ostatnich tomach, które były prawie że spinoffami powieść wreszcie wraca do celu i sedna. Co ciekawe Tchaikovsky jakby nauczył się pisać sceny walk, bowiem o ile wcześniej były zagmatwane i trudno było sobie wyobrazić, co w zasadzie autor ma na myśli, tak teraz stają się wiele bardziej plastyczne. Albo po prostu dotyczą bliższych nam tematów.

Ogólnie powieść ma dość ponury wydźwięk, przygotowuje nas do niszczącego starcia, które ma niedługo nastąpić. Czekam więc z niecierpliwością.

Pokonani: Dlaczego I wojna światowa się nie zakończyła?

Ocena: 6/10

Niska ocena głównie za mylący tytuł.

Książka traktuje o okresie międzywojennym oraz losie Rosji, Włoch, Niemiec i Austro-Węgier, a także państw, które powstały na ich gruzach. Jednak jest po prostu zwykłym zapisem dziejów i próby doszukania się w nich jakiejś logiki. Nie ma natomiast wiele wspólnego z postawionym w tytule pytaniem, a próby odpowiedzenia nań nie doszuka się w nim nawet najwytrwalszy.

W prawdzie znalazłem tam odpowiedzi na kilka ciekawych pytań (np. dlaczego alianci zachodni nie palili się do pomocy państwom Europy Środkowej w chwili niemieckiego zagrożenia: bowiem brzydzili się nimi), jednak powiedzmy sobie szczerze. Gdybym wiedział, co będzie faktyczną tematyką, to nigdy tej pozycji bym nie kupił.

Zwabił mnie po prostu clickbaitowy tytuł.

Poradnik Dyktatora:

Ocena: 10/10

Tytuł jest bardzo sensacyjny, tak naprawdę jest to bardziej poradnik sprawowania (oraz rozumienia) władzy. Przedstawiony w nim model jest dość uproszczony, nie tłumaczy wszystkich, zachodzących w społeczeństwie sytuacji (aczkolwiek wraz z kilkoma innymi obserwacjami kilku innych badaczy pozwala sobie wypracować funkcjonalny model).

Natomiast, jeśli chodzi o politykę małomiasteczkową, na szczeblu powiatu, to wyjaśnia to absolutnie wszystko.

Lektura była bardzo pouczająca i intelektualnie stymulująca. Jednocześnie czytając ją cały czas kiwałem głową „no tak, faktycznie to tak działa” albo „rzeczywiście, to wiele tłumaczy” tudzież „no tak, to pewnie o coś takiego chodziło, gdy podejmowali tą decyzję”.

Przeczytałem z wypiekami na ustach, a następnie dałem mamie. Teraz ona reklamuje książkę wśród koleżanek.

Port Cienia:

Ocena: 8/10

Powiada się, że powroty po latach nie są dobre… Tak więc jedenasty tom Czarnej Kompanii, wydany po niemal dwóch dekadach od zakończenia cyklu brałem do rąk z niejakimi obawami. Które na szczęście nie spełniły się.

Opowieść przenosi nas w czasie do wydarzeń, które miały miejsce pomiędzy akcją pierwszego i drugiego tomu książki. Kompania stacjonuje daleko na rubieżach Imperium i zostaje wmieszana w czarnoksięską intrygę dotyczącą przeszłości Pani.

W zasadzie to trudno nazwać książkę kontynuacją. Tym bardziej, że Glen Cook pozostawia tropy, z których z jednej strony może wynikać, że cała historia mogła być po prostu zabawą Pani, albo wręcz mogła w ogóle nie mieć miejsca i być jedynie apokryfem. Pod wieloma względami książka przypomina trochę oficjalny fanfick, napisany przez autora o dwóch jego ulubionych postaciach.

Z drugiej: mimo że pozycja psuje trochę obraz dominacji, w szczególności jako piekła na ziemi oraz samych Schwytanych (aczkolwiek to, że piekłem na ziemi nie była może wyjaśniać czemu jej przeciwnicy tyle czasu poświęcili, by wymazać o niej pamięć), to moim zdaniem wypada jakościowo dużo lepiej, niż ostatnie tomy cyklu.

Powszechna historia miasta:

Ocena: 6/10

Powiedziałbym raczej: skrótowa historia miasta. Jest to krótka, bo licząca zaledwie 250 stron książeczka opowiadająca o dominujących koncepcjach w budowaniu i rozplanowaniu miast, poczynając od czasów najdawniejszych po współczesność. Przechodzimy w niej przez wszystkie epoki i większość, najważniejszych regionów świata: Europę, świat arabski i Chiny. Na krótko zaglądamy też do Mezoameryki, by później na stałe rozgościć się w Stanach Zjednoczonych…

Ogólnie: raczej nie warto.

Dowiedziałem się kilku ciekawostek z kraju i ze świata oraz bieżącej polityki, niemniej jednak nic szczególnie ważnego, czego wcześniej nie wiedziałem.

Powszechna historia państwa i prawa:

Ocena: 8/10

Stało mi się coś bardzo niedobrego w kolanie, w efekcie czego przez tydzień musiałem leżeć w łóżku. Tak więc czas ten poświęciłem na czytanie książki. Do wyboru miałem: Mrocznych Władców Nocy, z którymi zmagam się chyba od czerwca oraz wielki, gruby i nudny podręcznik do historii prawa z kupki wstydu… Wybrałem ciekawszą lekturę. I to nie dlatego, że jestem masochistą. Po prostu Mroczni są znacznie nudniejsi…

Ale wracając: mamy tu do czynienia z jednym z najważniejszych podręczników do historii ustroju. Jest on trochę już przestarzały, przez co pojawiają się w nim koncepcje i pojęcia, co do których współcześnie mamy już pewność, że nigdy nie istniały. Niemniej jednak stanowi wartościowy przewodnik po historii prawa, a w szczególności obcych państw (temat Polski jest pomijany). Skupia się głównie na Francji, Anglii, Niemczech i Rosji, jako państwach najważniejszych dla obecnego wyglądu Europy.

Lektura, wbrew wszystkiemu była dość interesująca i znacząco poszerzyła (czy raczej: odświeżyła, bowiem miałem z nią już do czynienia na studiach) moją wiedzę. O tym, jak bardzo pouczająca była to lektura świadczyć może fakt, że zrobiłem z niej 52 strony notatek…

A czytałem jedynie rozdziały o starożytności i średniowieczu.

Prochy Babilonu:

Ocena: 8/10

Szósty tom Expanse. Po tragicznych wydarzeniach, jakie miały miejsce w finale poprzedniego drużyna spotyka się ponownie. Jest to konieczne, bowiem toczy się walka z pewnym, narcystycznym, samozwańczym wyzwolicielem.

Expanse jest dość ciekawym przykładem książki. O ile fabularnie jest umiarkowanie dobre: toczy się walka z dość nieprzekonującym niemilcem, który sam sobie podkłada nogi. Za bohaterami dość mocno ciągnie się retcon, jaki część postaci dostało w poprzednim odcinku. Zakończenie jest mało satysfakcjonujące, nagle okazuje się, że Naomi taka genialna, znajduje kosmiczny ekwiwalent Jedynego Pierścienia, dzięki czemu można wrzucić go do kosmicznego ekwiwalentu wulkanu.

Zaletą natomiast jest, podobnie jak w serialu tło opowieści i to, w jakich warunkach się to dzieje. To, wraz z przemyśleniem, jak faktycznie, wedle naszej wiedzy mogłoby wyglądać to, co dzieje się na kartach książki powoduje, że lektura jest nadal fascynująca.

Projektowanie gier: podstawy:

Ocena: 1k6+4

Książka, co do której mam ogromnie mieszane uczucia.

Po pierwsze, z czego należy zdać sobie sprawę, jest nie tylko przestarzała (jest to drugie wydanie, z roku 2009, na zachodzie mają już trzecie, z 2013, też przestarzałe), ale była taka już w momencie swojej premiery. Bardzo dużo miejsca poświęcono więc gatunkom, które akurat wtedy zostały strącone z piedestału, jak RTS-y i FPS-y, nie ma w niej natomiast ani słowa o nowych trendach, jak „gry niepokoju moralnego”, surviwale, otwarte światy, gry craftingowe, przestrzenie generowane proceduralnie…

Po drugie: Adams jest wieloletnim pracownikiem Electronic Arts, jego korektor merytoryczny: członkiem kierownictwa Bethesdy. Nie są to firmy, które słyną z przemyślanych od początku do końca, dopieszczonych projektów. Aczkolwiek lektura daje możliwość zajrzenia w umysł wroga.

Po trzecie: autor wielokrotnie powinęła się noga, w efekcie czego pisze rzeczy, które albo zweryfikował czas (np. przedstawia „uczenie przez zabijanie” jako przeżytek w rok przed wydaniem „Limbo”, które odnowiło tą koncepcję), albo takie, których totalnie nie da się objąć rozumem. Moim zdaniem gość po prostu nie ogarnia świata poza korporacją.

Do zalet książki należy natomiast gigantyczna wiedza autora. Adams posiada eurydycyjną wiedzę z wszystkich dziedzin dotyczących gier: począwszy od gier klasycznych, przez fabularne (Dungeons and Dragons jest najczęściej przytaczanym przykładem gry), na komputerowych kończąc. Bardzo dobrze orientuje się w takich kwestiach, jak formalna teoria gier czy psychologiczna teoria zabawy, jest prawdziwą kopalnią wiedzy na temat scenopisarstwa, zasad tworzenia poziomów, tworzenia postaci, narracji, zarządzania grą, procedur prowadzenia testów i wypracowywania balansu…

Bardzo pozytywnie nastawił mnie też ton książki. Adams unika ideologii i pustych deklaracji w rodzaju „zrób, żeby było dobrze”, zamiast tego jest merytoryczny, pragmatyczny, pomocny i skupiony na efekcie. Analizuje poszczególne, umieszczane w grach fragmenty i zwyczajnie tłumaczy do czego one prowadzą. Jeśli czegoś nie wie, to nie boi się szukać wiedzy, odwołując się do najdzikszych dziedzin, jak teatrologia, architektura czy teoria sztuki wojennej.

Ważnym plusem, podnoszącym przyjemność z lektury jest też satysfakcja, jaką człowiek odczuwa, gdy dowiaduje się, że zjawiska, które tylko podejrzewał, lub spekulował na ich temat, nie dość, że faktycznie istnieją, to mają nawet swoje nazwy.

Quest for the White Witch:

Ocena: 8/10

Ostatni tom trylogii Birthgrave autorstwa Tanith Lee, jednej z moich ulubionych pisarek. Birthgrave zostało przez Sapkowskiego umieszczone w jego Kanonie Fantasy, jako jedna z najlepszych pozycji gatunku.

Bohaterem tego tomu jest Vazkor. Odkrywszy swe czaronoksięsko-bosko-królewskie pochodzenie postanawia on odnaleźć osobę, która jego zdaniem pozbawiła go dziedzictwa i zabić ją. Rusza więc w nie do końca epicką podróż, by odnaleźć swą matkę…

Powieść jest dobra, aczkolwiek moim zdaniem przestarzała. Powodem jest jej stylistyka i tematyka. Cały cykl Birthgrave stanowi dyskusję z fantasy howardowską. Vazkor jest więc kimś pokroju Conana, osobowością wyróżniającą się z tłumu, wyjątkową, niezwykłą i niepokonaną, barbarzyńcą dosłownie uformowanym przez cywilizację i awanturnikiem. Lgną doń inni mężczyźni, zwabieni jego siłą i charyzmą, lecz jednocześnie jest on powodem ich zguby, bowiem giną oni próbując go naśladować… Przyćmiony własnym blaskiem nie zauważa jednak zła, jakie czyni. W końcu Vazkor jednak popełnia czyn, który nawet on musi uznać za haniebny…

Pytanie brzmi: kto dziś (prócz takich dinozaurów, jak ja) pamięta Conany? Po co więc z nimi dyskutować?

Religie Rzymu: Historia

Ocena: 8/10

Omówienie religii państwa rzymskiego, od momentu jej powstania, a przynajmniej od początków rzymskiej epoki historycznej po upadek państwa. Tak więc otrzymujemy szerokie omówienie pierwszych kultów republikańskich i ich prawdopodobnie świadome wzorowanie się na religii greckiej, wzrost znaczenia oficjalnych kultów cesarskich, magię, kulty wschodnie czy koniec końców rosnące w siłę chrześcijaństwo.

Dla mnie lektura ta była ciekawa, pojawia się w niej spora liczba interesujących i nowatorskch spostrzeżeń oraz obserwacji dotyczących na przykład zasięgu kultu Mitry. Z drugiej strony, by ją zrozumieć i docenić należy mieć całkiem sporą wiedzę w temacie starożytności, jej kultury i przemian społecznych w społeczeństwie Rzymu.


Tak więc nie polecałbym jej raczej początkującym.

Rycerz krzyżacki 1190-1561

Ocena: 4/10

Zastanawiacie się teraz zapewne: dlaczego nagle cztery na dziesięć, skoro poprzednie książeczki z cyklu zawsze oceniałem na siedem, osiem lub w najgorszym razie sześć?

Na pierwszy rzut oka książka ta nie różni się od innych Ospreyów. Jednak posiada poważny błąd drukarski, który w mych oczach poważnie utrudnia jej odbiór. Otóż: na najważniejszej dla mnie części wydawnictwa, to jest na kolorowych planszach w środku brakuje numeracji obrazków. Widzimy tam postacie krzyżaków w pełnym oporządzeniu, w rożnych wariantach hełmów i z różnymi rodzajami mieczy… Wszystko to jest ładnie ponumerowane w tekście. Ale na obrazkach już numerków nie ma.

I domyślaj się, który miecz jest jaki.

To, że w tekście pojawia się kilka błędów lub niedopuszczalnych skrótów myślowych (np. Krzyżacy nie zostali wygnani z Węgier przez zawiść, jak sugeruje książka, tylko za fałszowanie dokumentów) mojej oceny nie poprawia.

Rycerz z Outremere:

Ocena: 8/10

Osprey. Czyli już wszyscy wiedzą, co o nim napiszę.

Tym razem przenosimy się na Bliski Wschód, gdzie istniała kraina zwana Zamorzem, stworzona przez krzyżowców. Kilka państewek, zamieszkiwanych przez nieliczne, zachodnie rycerstwo usiłowało narzucić swą władzę światu Islamu. W tomie tym przyjrzymy się ekwipunkowi bojowemu i taktyce tych ludzi.

Ponownie: zaletą jest duża ilość ilustracji i wysokiej jakości, kolorowe plansze obecne w środku książki. Te są pełne szczegółów i bogate w dane oraz jednocześnie dokładnie opisane. Świetne źródło wiedzy dla ludzi zainteresowanych jedynie popularną wersją historii.

Samuraje:

Ocena: 7/10

Maleńka książeczka, przetłumaczona z języka rosyjskiego. Prawdę mówiąc spodziewałem się, że będzie gorsza. Tytuł liczy sobie niewiele więcej niż 200 stron (wliczając w to posłowie jednego z wybitniejszych, polskich orientalistów) i próbuje ogarnąć 700 lat historii. Jak łatwo więc zgadnąć książka jest potwornie skrótowa. Używając tego, co mam na półkach ponownie mógłbym napisać lepszą.

Zaletą pozycji jest to, że faktycznie stanowi ona pigułkę wiedzy. Jej poziom merytoryczny jest bardzo wysoki o japońskim średniowieczu. Oczywiście, jak wspominałem, możliwym jest stworzenie pozycji lepszej.

Problem w tym, że z jakiegoś powodu nikt jej w Polsce nie stworzył. A przynajmniej nie wydał.

Shadowfire:

Ocena: 8/10

Recenzja trochę na wyrost. Książki jeszcze nie skończyłem czytać, jednak jestem już na tyle zaawansowany w lekturze, że być może ukończę ją nawet jutro. Obecnie zostało mi już poniżej 40 stron.

Kontynuacja Birthgrave. Główną postacią i narratorem książki jest Vazkor, niechciany syn bohaterki poprzedniej powieści. Dorastający w barbarzyńskim plemieniu, obciążony społecznym stygmatem (nie mającym tak naprawdę wiele wspólnego z jego pochodzeniem) osobnik wyrasta na brutala i postać raczej moralnie ambiwalentną. Niemniej jednak budzi on sympatię czytelnika, który mocno się z nim utożsamia.

Podobnie jak pozostałe książki Tanith Lee także i ta opiera się głównie na konstrukcji emocjonalnej więzi z bohaterami. Autorka pokazuje, jak bogatą gamę możliwości daje gatunek fantasy, nawet w jego najbardziej chyba krytykowanej wersji, czyli Sword and Soccery.

Siły Hanzy:

Ocena: 6/10

Lubie te ospreyowskie książeczki, bowiem zwykle składają się z maksimum treści upchanej w minimalnej ilości słów, a ponadto mają od groma ilustracji, w tym te piękne, kolorowe plansze z wyobrażeniami wojowników…

Niemniej jednak akurat zakup tej nie był nadmiernie trafiony.

Problem polega na tym, że Hanza była organizacją handlową. Owszem, toczyła wojny, zarówno militarne jak i ekonomiczne, a także zwalczała piratów, lecz jako taka nie miała własnej armii, posługiwała się natomiast głównie najemnikami. Książka natomiast próbuje lansować ją na zrzeszenie wojowników równe przynajmniej Sayanom.

Niestety czytając tą pozycje czuć, że nie za bardzo istnieją ku temu podstawy, a temat jest dęty.

Niemniej jednak obrazki faktycznie są ładne.

Spadkobiercy ostrza:

Ocena: 6/10

Cykl „Cienie pojętnych” jest moim zdaniem całkiem niezłą lekturą, tylko ma jedną wadę: jest dwukrotnie za długi. Tak więc obok tomów dobrych i wnoszących wiele do fabuły trafiają się też i gorsze, służące tylko pozycjonowaniu postaci oraz stanowiące zapychacze. Niestety w tym wypadku mamy do czynienia właśnie z tą drugą kategorią.

Śledzimy losy trzech postaci: Tynisy, Cheerwell Maker i Thalryka. Cała trójka udaje się do wyniszczonej wojną wspólnoty. Tynisa, bo los rzuca ją po świecie niczym liść na wietrze, Cheerwell i Thalryk, ponieważ ją poszukują i pragną zwrócić na ojczyzny łono. Cała trójka zostaje zaplątana w magiczno-polityczny spisek.

Problemy fabuły są dwa. Po pierwsze: nie czuć tutaj skali. Wiadomo, że gdzieś z boku toczą się przygotowania do rozstrzygającego konfliktu, tymczasem, zamiast na nim się koncentrować zostajemy uwięzieni w konflikcie między feudalnym watażką, a przywódcą zbójów. Co więcej, autor każe nam przejmować się losami zupełnie dla nas nieważnych postaci, podczas gdy doskonale wiemy, że tymczasem ważą się losy świata.

Osobiście ta książka wydała mi się po prostu nadmiernie długim wtrętem.

Tulloriad:

Ocena: 8/10

Przez pomyłkę zacząłem lekturę od drugiego tomu…

Ziemia szczęśliwie odparła inwazję obcych, a niedobitki wrogiej rasy wycofują się kosmos, w nadziei na znalezienie miejsca, gdzie będą mogły zregenerować siły przed ponownym starciem z ludźmi. W tym czasie na Błękitnej Planecie ktoś wpada na pomysł, że tym, czego potrzeba Posleenom, jest Bóg. W kosmos wyrusza więc gromada księży z zadaniem ochrzczenia ludożerczych krokodylo-centaurów…

Taaaaak…

Pomysł jest tak idiotyczny, że jestem w stanie uwierzyć, że ktoś by postanowił to zrealizować.

Zresztą, idea zaserwowania iluś tam wojen religijnych agresywnym obcym wcale nie jest złym sposobem ich eliminacji.

Ogólnie: typowy przejaw fantastyki militarnej, tym razem mniej skupiony na wojnie i walce, a bardziej na społeczeństwie i analizie tego, jakie wartości leżą u jego podstaw. Fajna lektura, aczkolwiek niezbyt mądra.

Upadek Gondolinu:

Ocena: 7/10

W zasadzie nie jest to książka do czytania… To bardziej studium zmian, jakie zaszły w pewnym elemencie tolkienowskiego legendarium, jakim jest mit upadku Gondolinu. Przyjdzie nam tutaj przeczytać kilka wersji tej opowieści, poczynając od najwcześniejszej i kończąc na najpóźniejszej.

Jeśli ktoś nie jest fanatykiem Tolkiena, to nie jest to książka, która powinna go interesować.

Dla mnie kilka rzeczy było ciekawych. W szczególności zainteresowała mnie pierwsza wersja historii, chyba najbardziej bajkowa ze wszystkich, gdzie elfy były przedstawiane niemalże jak krasnoludki, występowało wiele, dziwacznych stworzeń, a całość brzmiała bardziej jak twórczość Lorda Dunsandyego niż Władca Pierścieni czy nawet Hobbit.

Warhammer Fantasy Roleplay:

Ocena: 8/10

Na prawdziwą recenzję okiem RPG-owca przyjdzie czas, dziś skupimy się natomiast na przyjemności z lektury.

Ostatni raz podręcznik do pierwszej edycji Warhammera miałem w rękach pewnie z 18 lat temu. Tak więc niewiele rzeczy już pamiętałem, a lektura była dla mnie odświeżającą przygodą.

Podręcznik jest zupełnie inny, zarówno od tego, co zapamiętałem, jak i od tego, co głoszą legendy. System w pierwszej kolejności jest bardzo mało mroczny i zaskakująco normalny. Chaos, będący główną napędową Warhammera jest zjawiskiem bardzo odległym. Na tyle, że potęga ta zostaje po raz pierwszy wspomniana dopiero na 195 stronie podręcznika. Egzystuje on daleko za Kislevem i Norską, ludzkość w prawdzie nieświadomie mu służy, ale robi to naciskając miasta Slannów i odciągając ich siły od walki z Reptilionami w Lustrii…

Podręcznik skupia się natomiast na połączeniu typowych dla DeDeków dungeon crawli z konwencją łotrzykowską. Warhammer koncentruje się na dwóch zagrożeniach. Pierwszym są wyższe warstwy społeczne, nakładające na ludność okrutne prawa i gnębiące ją podatkami i daninami. Drugą: przemoc i przestępczość. Jedne i drugie mogą, lecz nie muszą być inspirowane przez nadprzyrodzone potęgi w postaci bogów Prawa i Chaosu.

Prócz świata warto zwrócić uwagę też na mechanikę. Ta jest jeszcze gorsza, niż zapamiętałem i moim zdaniem tłumaczy, dlaczego przyjął się taki, a nie inny styl gry w ten system. Otóż: problemem Warhammera jest to, że przy grze podręcznikowej bardzo szybko kończą się wyzwania dla graczy. Postać, nawet ze średnią Wytrzymałością, po rozwinięciu się w dowolnej, bojowej profesji oraz zdobyciu w miarę porządnego pancerza jest w zasadzie niemożliwa do zranienia przez większość bestiariuszowych przeciwników. Zdobycie choć jednego z magicznych przedmiotów, co gra sugeruje jako ważny element rozgrywki (losowaniu skarbów poświęcone jest aż 14 stron, dla porównania: opis świata to 21 stron, w grze jest też np. aż 38 właściwości magicznego oręża, w porównaniu do np. 25 Dungeons and Dragons 3ed) może wystarczyć i przeważnie wystarcza, by uczynić bohatera niezwyciężonym…

Ogólnie: super lektura.

Witcher: Gra Fabularna:

Ocena: 6/10

No nie jest to najbardziej zachęcający do gry podręcznik podstawowy jaki miałem w rękach.

Zasadniczo system jest adaptacją Cyberpunka 2020 do potrzeb grania w świecie Sagi o Wiedźminie. Jeśli ktoś nie miał w ręce Cyberpunka 2020, co by mnie nie zdziwiło, bo system ten wychodził w Polsce w czasach, gdy Amiga 500 była dobrym prezentem pod komunię, to spodziewać się należy w nim superpancerzy nie dających się przebić żadną bronią, masy tabelek oraz niezbyt przemyślaną mechanikę.

Tym, którzy znają wyżej wymieniony system wystarczy zapewne wiedza, że jest to system, gdzie Roker stał się Bardem, Biznesman Kupcem, a Solo Wiedźminem.

Tym, co mi się najbardziej nie podoba, to niezbyt duża ilość zawartego w niej contentu. I to mimo bardzo dużego rozmiaru podręcznika. Tak więc dostajemy grę o zabójcach potworów, w której jest tylko 16 potworów. O niektórych królestwach dowiadujemy się, że miały w przeszłości władcę słynnego, jako idiota. I tego typu porywające treści.

Za to prawie 50 stron zajmują niezwykle porywające tabelki losowego generowania postaci oraz rzemiosła, z których dowiadujemy się ile krowich placków potrzeba, by zrobić petardę dwimerytową.

Ogólnie: to nie jest gra, która wypalałaby oczy. Jednak też trudno mi powiedzieć, bym był nią usatysfakcjonowany. Chyba lepiej byłoby grać w nowe DeDeki Mistycznym Rycerzem i nazwać go Geralt, albo stworzyć własną profesję Wiedźmina do Warhammera, niż wywalać 200 złotych na ten akurat podręcznik.

W lustrze:

Ocena: 8/10

Kolejna powieść Johna Ringo, ostatnia wydana w Polsce z mego obszaru zainteresowań. Amerykanie przez przypadek otwierają przejście do innego wymiaru. I to nie jedno przejście i nie do jednego wymiaru. Niektóre z nich wiodą na światy zamieszkane przez przyjaznych obcych. Inne: na światy pozbawione inteligentnego życia. Jeszcze inne: na całkowicie go pozbawionego. A kolejne: na światy zamieszkane prze Dreen, wredną, zergoidalną rasę. Wojsko USA musi się zebrać i obronić swoją ojczyznę.

Podobnie jak większość poprzednich książek tego autora także ta jest military fiction, w której dobrze uzbrojeni faceci i kobiety zwyciężają w heroicznej walce straszliwych wrogów. Opowieść wypełniona jest akcją i czyta się ją jednym tchem. Bohaterowie, mimo że aż do przesady amerykańscy wzbudzają sympatię. Same wydarzenia mają natomiast odpowiedni poziom dramatyzmu.

Innymi słowy: doskonała lektura na nudne chwile w pracy.

Wojna dwóch róż:

Ocena: 7/10

Chyba nikomu, kto czyta te raporty czytelnicze nie trzeba przedstawiać serii książkowej Ospreya. Są to krótkie (zazwyczaj liczące między 50 a 90 stronami), bogato ilustrowane wydawnictwa poświęcone jakiemuś, ściśle określonemu tematowi dotyczącemu historii militariów.

Tym razem mamy do czynienia z publikacją z serii „Campaingn” czyli traktującą o przebiegu jednego z konfliktów. Opowiada ona o niemal nieznanej mi, angielskiej wojnie domowej, która do historii przeszła jako „Wojna dwóch róż”.

Jak wszystkie tego typu wydawnictwa także i to do granic minimum ogranicza źródloznastwo i dywagacje warsztatowe, skupiając się maksymalnie na treści. Lektura jest więc łatwa i przyjemna, aczkolwiek, jak to zwykle w czasach chaosu: łatwo pogubić się w zamieszaniu. Łatwo, popularnonaukowo, przystępnie. Za to można docenić tą książkę.

Wojownik germański 236-568:

Ocena: 8/10

Trochę trudno ocenić mi tą książkę. Po pierwsze: obrazki. Obrazki są śliczne, cała ta seria wydawnicza tak naprawdę zbudowana jest wokół nich. Reszta jest tylko dodatkiem, choć stworzonym w charakterystyczny, brytyjski sposób, czyli wysokiej jakości.

Z drugiej strony: temat traktuje o uzbrojeniu germańskich wojowników w późnej starożytności. Uzbrojenie to w zasadniczy sposób nie zmieniło się aż do późnej epoki Wikingów, wraz z upływem czasu zwiększało się tylko nasycenie mieczami, toporami i elementami pancerza (w omawianym okresie germanie mieczy i pancerzy używali tylko sporadycznie, głównie były to rzymskie importy, dopiero z czasem wymyślili też, że z braku mieczy można używać zastępczo siekier, co stało się znakiem charakterystycznym kilku plemion).

W związku z tym, o ile oczywiście obrazki i historyczne tło książki się różnią, to jej zasadnicza treść, czyli analiza technik walki i elementów uzbrojenia bardzo mocno pokrywa się z tym, co przeczytać można w omawianym wcześniej „Anglosaski than” oraz „Hersir wikingów”. Czyli jak łatwo zgadnąć, gdy ktoś zna już tamte pozycje: nie porywa.

Wojownik Kartaginy:

Ocena: 8/10

Kupiłem za pieniądze, które wcześniej planowałem wydać na cukierki. W zasadzie to od zawsze ciekawili mnie Kartagińczycy. Bo o ile o Rzymianach mówi się i pisze dużo, to o ich chyba największym wrogu wspomina się raczej nieczęsto.

Właściwie, to trudno mi oceniać tą pozycję. O wojsku Kartaginy wiem bardzo niewiele, tak więc trudno mi zestawić porównanie. Sądząc z tego, co pisze autor nie jestem w tym zakresie jedynym, bowiem informuje on, że nasza wiedza jest niewielka, dane z materiału pisanego pochodzą głównie od Rzymian (większość dorobku kulturalnego Kartaginy zostało unicestwione po upadku miasta), zabytków archeologicznych dotyczących wojskowości jest niewiele i opierają się one głównie na analogii (tzn. Kartagińczycy stanowili jedynie mały ułamek wojsk swojego miasta, a żołnierze z Libii zaledwie 20 procent walczących, armia polegała natomiast głównie na najemnikach pochodzących z Grecji, Iberach, Celtach, Celtiberach i tak dalej… tak więc autor zakłada, że używali oni swojego uzbrojenia narodowego).

Prawdę mówiąc nie widzę błędów w myśleniu autora ani też w doborze argumentów. Tak więc pewnie było tak, jak pisze.

Wojownik-prorok:

Ocena: 7,5/10

Przy poprzednim tomie, zatytułowanym „Mrok, który nas poprzedza” narzekałem, że książka naszpikowana jest przedziwnymi nazwami, tak, jakby ktoś starał się, by znaleźć możliwie najbardziej egzotyczne określenie na każdy, najbardziej pospolity przedmiot. Przez co nierzadko trudno było zrozumieć, co artysta miał na myśli.

Wystarczyło zmienić tłumacza i lektura stała się dużo mniej pretensjonalna.

No, kto by pomyślał?

Ogólnie to zrobiło się nawet ciekawie, aczkolwiek problemem cyklu jest jej rozmiar i nadmiar wątków. W szczególności nie widzę, po co obecny w niej jest Achmanian i jego kochanka, bowiem, jak na razie nie wnoszą oni wiele do powieści, prócz koszmarów we śnie, koszmarów na jawie i narzekania na życie.

Niemniej jednak: niezła pozycja. Można czytać.

W pancerzu przez wieki:

Ocena: 6/10

Zbiór artykułów o różnych zagadnieniach związanych z bronią defensywną. O ile poprzedni, zatytułowany „Mieczem i szczytem” wywarł na mnie mieszane uczucia, ale udało mi się znaleźć w nim kilka ciekawostek, tak ten raczej rozminął się z moimi gustami i zainteresowaniami, aczkolwiek trafiło się kilka takich, które przeczytałem chętnie (lecz niewiele z nich wyniosłem). Do tej ostatniej kategorii należał choćby przekrojowy artykuł o rozwoju pancerzy czołgów, czy, chyba najciekawszy, traktujący o uzbrojeniu statków w okresie Wojny Trzynastoletniej.

Ale tak ogólnie, czy warto to kupować albo przynajmniej czytać?

Chyba tylko jeśli ma się magisterkę do napisania.

Wrota Mistrza Wojny:

Ocena: 8/10

Przedostatni tom Cieniów Pojętnych. Armia Imperium Os, odparta z wielkim wysiłkiem od murów Kolegium ponawia swój atak, w chwili, gdy druga armia maszeruje na Sarn. W tym samym czasie Chervel Maker, stając w obliczu potężnej, starożytnej magii musi połączyć siły z cesarzową Os…

Przechodzimy do punktu kulminacyjnego cyklu. Tom ten wypełnia więc walka, co niekoniecznie jest dobrą wiadomością, bowiem, przynajmniej moim zdaniem Tchaikovsky nie potrafi pisać walk. Pół książki poświęcone jest też wątkom magicznym, które również nie są najmocniejszą stroną tego cyklu.

Reszta to historia oporu, determinacji i odwagi, nieustępliwości i uporu, szlachetności oraz dobrego serca, przyjaźni i poświęcenia. Rzeczy, które powinny być wynagrodzone, ale niestety w prawdziwym życiu nie zawsze wystarczają, by odnosić zwycięstwa…

Tom jest mroczny, ponury, a przy tym przemyślany i inteligentny.

Valista:

Ocena: 7/10

Ostatni (na razie) tom cyklu o Vladzie Thaltosie. Ponownie przypominając: Vlad jest ukrywającym się przed mafią, rozmawiającym z bogami, obładowanym czarodziejskimi artefaktami, wychowanym wśród elfopodobnej rasy, ludzkim magiem-czarnoksiężnikiem-wojownikiem-gangsterem-zabójcą, działającym w świecie, gdzie poziom mocy 10-15 levelowca z DeDeków jest normą. Pewnego dnia jego znajomy prosi go o pomoc w rozwiązaniu zagadki zamkniętego pokoju, funkcjonującej w tzw. „przestrzeni nielogicznej” (czyli takiej gdzie wchodząc z pokoju A do B trafiamy do B, ale cofając się tą samą drogą trafiamy do C).

Powiedzmy sobie szczerze: cykl jest produkcyjniakiem fantasy. Nie takim najgorszym, tylko produktem rzemieślniczym i jako taki jest całkiem fajny. Autor jest nawet dość oryginalny, lubi też eksperymenty zarówno z formą jak Niemniej jednak Valista nie jest jego najlepszym jego wydaniem.

Całość psuje właśnie ta przestrzeń nielogiczna, która okropnie dezorientuje czytelnika i przytłacza fabułę. Prócz tego jest ok: zagadka kryminalna, fajne, krwiste postacie, intrygująca lokalizacja, mordobicie…

Yellow Eyes:

Ocena: 8/10

Ostatni posiadany przeze mnie tom Dziedzictwa Aldenata. Cofamy się nieco w czasie. Po pierwszym uderzeniu wiadomo już, że Ziemia nie uniknie konfliktu z Posleenami. Trwają gorączkowe przygotowania do obrony naszej planety. Jednym z kluczowych punktów, niezbędnych zarówno do jej powodzenia, jak i przewozu dóbr między kontynentami jest kanał panamski. Tak więc znaczne siły USA (bo kogo by innego) zostają oddelegowane do jego obrony (Chińczycy i Rosjanie natomiast dostarczają sprzęt, a Panamczycy siłę żywą, tak więc jest to międzynarodowe przedsięwzięcie).

Żołnierzom przyjdzie jednak walczyć nie tylko z kanibalistycznymi krokodylo-centaurami, ale też ze zdradą międzygwiezdnych sojuszników, sabotażem oraz korupcją wśród środkowamerykańskich dyktatorów.

Ogólnie: świetna książka military fiction, z dużą dozą scen akcji, interesująco nakreślonymi postaciami, sporym rule of cool i w ogóle… Autor może trochę zbyt dużo miejsca poświęca opisom walki, tym bardziej, że niestety zaproponowana tu wojna na wyniszczenie, w trakcie której Posleeni głównie atakują hordami, a ludzie głównie przeładowują działa jest odrobinę nudna.

Zaletą twórczości Ringo jest fakt, że potrafi uczłowieczyć przeciwnika i pokazać, że również on ma swoje przekonania, cele i odczucia, których niekoniecznie trzeba podzielać, ale głębsze, niż tylko dążenie do zła. Jest to odświeżające po całych tonach „głębszej” fantastyki, która za wszelką cenę stara się dehumanizować ludzi, z którymi autor się nie zgadza. Wadą: że Ringo musiał się z nami podzielić swoimi przemyśleniami na temat polityki. Zaletą: że zrobił to w posłowiu do swojej książki, którego i tak nikt nie przeczyta, a nie w treści, jak parę osób, które są zbyt liczne, by je wymieniać.

Zdobycie Grenady:

Ocena: 8/10

Jak widać na obrazku jest to kolejna osprejówka z obrazkami. Tym razem należy ona do serii Campaingn, czyli, jak podpowiada nazwa, traktuje o kampanii wojennej, poprzedzającej zdobycie Grenady. Była to długa, pięcioletnia kampania zakończona upadkiem ostatniej twierdzy Maurów na Półwyspie Iberyjskim oraz oznaczająca koniec Rekonkwisty, trwającej blisko osiem stuleci serii konfliktów.

Wydarzenia te i cała kampania są mi raczej słabo znane. Książeczkę kupiłem więc z trzech powodów: po pierwsze, wiedziałem, że hiszpańska sztuka wojenna w średniowieczu posiadała wiele unikalnych cech (jak np. masowe użycie almodowarów: typowej dla półwyspu iberyjskiego, lekkiej piechoty). Po drugie: chciałem się dowiedzieć, czy warto tematem interesować się dalej. I po trzecie: obrazki.

Generalnie moim zdaniem tematem dalej interesować się nie warto. Ludzie wstrętni, kraj brzydki, okolica nadaje się tylko pod setting Dark Fantasy. Nie ma z kim sympatyzować.

Sama książka natomiast bardzo fajna, dała mi ogólny ogląd w sytuacji, a obrazki były bardzo ładne. Nie rozczarowałem się.

Zdobywcy:

Ocena: 7/10

Gdybym przyjrzał się nazwisku autora, to książki tej nigdy bym nie kupił, bowiem jego Morskie Imperia były dla mnie odwrotnością jakości. Tym razem pozycja okazała się dużo ciekawsza.

Książka jest tytułem popularnonaukowym. Opowiada o pierwszej fazie budowy imperium kolonialnego przez Portugalczyków. Traktuje więc jak łatwo zgadnąć o zmaganiach cywilizacji z dziczą. Przy czym ani dzicz, ani cywilizacja nie są tam, gdzie przywykliśmy o nich myśleć.

Tak więc śledzimy historię peryferyjnej, acz agresywnej nacji, ukształtowanej przez rekonkwistę i blisko tysiąc lat wojny religijnej, kierowana wyobraźnią i własną ignorancją próbuje dotrzeć do Indii. A następnie się tam zadomowić.

Militarne kompromitacje, pomyłki o dalekosiężnych skutkach, popisy straszliwej brutalności… Wszystko to i wiele innych rzeczy otrzymujemy w tej książce.

Zielony Przewodnik: Japonia

Ocena: 7/10

Lektura dużo mniej ciekawa, niż wcześniejszy przewodnik po Tajlandii. Po części dlatego, że Japonia to uporządkowany, cywilizowany kraj. Natomiast Tajlandia świeciła taką dzikością i barbarzyństwem, zarówno obecnym, jak i przeszłym. W dużej mierze jednak dlatego, że rzuca się w oczy wiele cech narodowych autora, włącznie ze stereotypowym, francuskim wielkopaństwem, małostkowym poczuciem wyższości i ukrytym nacjonalizmem, który to autor wyraźnie nie potrafi Japończyką wybaczyć, że gdy wreszcie otworzyli się na świat zachodni, to wybrała Amerykę, a nie Jaśniejące Słońce Cywilizacji I Wysokiej Kultury.

Tak więc z książki dowiadujemy się, że (cytuję) „nie wszyscy młodzi Japończycy to wykolejeńcy”, miasta stanowią chaotyczne zlepki budynków, większość zamków została zniszczona podczas bombardowań, a także gdzie są warte obejrzenia dworce kolejowe w stylu brutalistycznym.

Przewodnik jest dość beznamiętnie napisany i strasznie bezduszny. Co więcej koncentruje się na tematach, które niekoniecznie mnie najbardziej interesują. Tak więc autor dużo więcej miejsca poświęca i pisze z większą atencją o XIX wiecznych gmachach publicznych, modernistycznych budynkach i muzeach sztuki nowoczesnej, niż o parkach narodowych i zabytkach wieków przeszłych.

No, ale odpowiednią liczbę tych ostatnich wyszczególnia, udało mi się stworzyć listę miejsc, które warto by zobaczyć. Tak więc swoją rolę spełniła.

Zielony Przewodnik: Laos i Kambodża

Ocena: 7/10

Książka, która również swoją rolę spełniła. Przekonała mnie, gdzie się nie pchać.

Bród, ubóstwo, złe warunki noclegowe, bandyci, plemiona górskich barbarzyńców, przemytnicy narkotyków, bezprawie, drogi bez utwardzonej powierzchni, mało kto mówi po angielsku, choroby zakaźne, ochrona zdrowia w rozsypce, informacja turystyczna w rozsypce, policja będzie się do ciebie przypierdalać, bo pomyśli, że jak jesteś biały, to z Ameryki, a jak z Ameryki, to bogaty.

Innymi słowy: kraje, gdzie nawet po loot i punkty doświadczenia bym się nie pchał, a co dopiero dla przyjemności.

Tym bardziej, że to, co przeczytałem w przewodniku bynajmniej mnie nie zaciekawiło. Owszem, jest tam sporo zabytków kultury materialnej i dużo dzikiej przyrody, ale co z tego, jeśli dostęp jest utrudniony i nierzadko niebezpieczny, a usługi pomocowe nędzne.

Tak więc podziękuję.

Zielony przewodnik: Tajlandia:

Ocena: 8/10

Mając odłożoną całkiem ładną sumkę pieniędzy zacząłem zastanawiać się na co by je wydać, tak, żeby zaznaczyć swój status. Postanowiłem więc, że zakupię drogą wycieczkę zagraniczną. Wybór był oczywisty: Azja. W grę wchodzą trzy kierunki. Po pierwsze: Japonia, gdzie jest najładniej, najciekawiej, ale i najdrożej. Po drugie: Tajlandia, gdzie jest prawie tak samo ładnie, za to dużo taniej, ale niestety nie jest to miejsce, gdzie samotny mężczyzna przed czterdziestką może pojechać i nie wzbudzić plotek. Oraz Wietnam, Laos i Kambodża, gdzie jak słyszałem jest jeszcze taniej, niż w Tajlandii, ale bez stygmatu społecznego.

W celu ułatwienia sobie wyboru destynacji zakupiłem trzy przewodniki turystyczne. Niestety Wietnam, Laos i Kambodża odpadły już na etapie wstępnej lektury, gdy okazało się, że panuje tam straszna bieda, drogi nie mają nawierzchni, domy nie mają ścian, autobusów prawie nie ma, za to panuje tam ogromny bandytyzm, a wszystko co się da jest zaminowane.

Tak więc odstawiłem tamten przewodnik na półkę i zabrałem się za Tajlandię.

Jak się okazuje istnieją cztery możliwe kierunki: pogranicze z Birmą, czyli Złoty Trójką, raj handlarzy narkotyków, gdzie turyści czasem są zabijani przez lokalnych kuzynów Pabla Escobara lub policję. Pogranicze z Kambodżą, gdzie oba państwa pokłóciły się o zabytki oraz wpływy z ruchu turystycznego i niekiedy trwają walki. Co więcej kambodżańscy bandyci czasem porywają turystów dla okupu. Pogranicze z Malezją, gdzie islamscy rebelianci często odpalają bomby. Oraz Tajlandia centralna i miasta-burdele…

Ogólnie książka sprawia wrażenie kompetentnej, jest w niej dużo zdjęć, planów miasta, spory rozdział o zwyczajach turystów, oznaczono też gdzie są jakie atrakcje, które warto odwiedzić, które nie, co zjeść, czego nie ruszać. Na jej podstawie udało mi się skonstruować całkiem porządny plan zwiedzania, który można zanieść do biura turystycznego.

Nie podoba mi się natomiast hipokryzja, z jaką autorzy podchodzą do tematów w rodzaju barbarzyńskich plemion okaleczających kobiety, turystyki seksualnej i tym podobnych rzeczy. „Tak, tak, to okropne! Dlatego też każdy odpowiedzialny turysta unika takich zakątków jak (tu wpisz dzielnica i ulica) gdzie odbywa się najgorsza Sodoma i Gomora”.

Zmiany:

Ocena: 9/10

Jedenasty już tom Akt Dresdena. Tym razem do jego domu powraca pewna, ważna postać z jego przeszłości. Harry dowiaduje się od niej rzeczy, które wywracają do góry nogami jego życie. Co więcej zmiana ta wymusza na nim podjęcie konkretnych kroków, które wywrócą jego egzystencję jeszcze bardziej. Oraz sprawią, że podejmie wiele decyzji, których wcześniej nigdy by nie podjął.

Ogólnie: mimo że cykl o Drescenie ciągnie się i ciągnie, to wyraźnie się nie starzeje. Otrzymujemy więc kolejny tom, który nie dość, że pełen jest zajebistości (Mackoy i Słowo Mocy: Giń!) oraz niewiarygodnych wydarzeń, które wbiją w fotel każdego fana serii.

Moim zdaniem jest to jeden z najlepszych tomów tej serii. Trzyma w napięciu i sprawia, że człowiek nie może doczekać się następnego, by zobaczyć, co będzie dalej.

Ten wpis został opublikowany w kategorii fantastyka, Fantasy, Historia, Książki, Przeczytane, science fiction. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s