O grach pogranych, a nie zrecenzowanych:

Kiedyś pisałem recenzje gier. Przestałem to robić bo w zasadzie pies z kulawą nogą tego nie czytał. Zresztą nie wszystkie te gry zasługują nawet na recenzje. Niemniej jednak nazbierała mi się ich już duża ilość i to nierzadko nie byle jakie tytuły: Doom (2016), Hard West, Tyrany, Player Unknown: Battleground, Mortal Kombat X… To tylko część z przykładów.

Banner Saga 3:

Jak do tej pory byłem fanem Banner Saga, tak niestety rozczarowała mnie ta część.

Banner Saga należało do nurtu fantasy „zrywamy z Tolkienem tak samo, jak Gra o Tron” i podobnie, jak ten drugi tytuł nie zauważyło, jak na wskroś tolkienowskie jest. Tak więc z godziny na godzinę coraz bardziej oddalaliśmy się od problemów wygnanych ze swych domów przez wojnę wieśniaków, a coraz bardziej przenosiliśmy się w świat obalających góry węży, martwych bogów, słońc, które przerwały swój ruch po niebie i popierdolonych czarodziejów, którzy przecenili swą moc. Tak więc finał, gdy odsłonięto wszystkie tajemnice zupełnie mnie rozczarował.

Tym bardziej, że spierniczono kilka rzeczy architektonicznie, przez co wyszedł mało dramatycznie. Otóż: w finale mamy do czynienia z taką scenką, gdy jedna drużyna idzie wrzucić pierścień do wulkanu przez kraj zła, a druga broni lokalnego odpowiednika Minas Thirith. W trakcie obrony pojawiają się rozmaite, preskryptowane problemy, które zależą od ilości posiadanych przez drużynę Zasobów.

W skrócie: jeśli grało się źle, to obrona nastręcza dużych trudności i zmuszeni jesteśmy do licznych, dramatycznych wyborów. Jeśli graliśmy dobrze, to prawie nic się nie dzieje.

Ja grałem dobrze.

Wynudziłem się jak mops.

Disciples: The Sacred Lands:

Disciples to taka stara podróbka Heroes of Might and Magic III, kultowa z uwagi na drugą część, która była naprawdę niezła.

Jedynka w swojej epoce była natomiast nawet fajną grą z kategorii 6 lub 7 na 10. Gra miała duży potencjał, jednak bardzo wyraźnie zabrakło zasobów na jego realizację.

Jak mówiłem: gra jest podróbką HoMM. Podobnie jak w tamtej grze mamy bohaterów i miasta, ale tym razem nie rekrutujemy całych armii, a jedynie drużyny. Bohater może dowodzić maksymalnie 5 ludkami, walka jest bardzo ograniczona, nie mamy taktycznej mapy, postacie tłuką się jak w starych jRPG, nawalając jeden przez drugiego. Mamy też magię, ale (w odróżnieniu od starych jRPG) możemy używać jej tylko na mapie strategicznej, a nie w starciu taktycznym.

Ogólnie: problemem moim zdaniem jest ubóstwo gry. Jest w niej bardzo mało zawartości. Mamy więc do wyboru 4 stronnictwa, z których każde posiada własną kampanię, złożoną z 5 misji. Każda misja to natomiast jakaś godzina gry. Nie jest to za dużo… Co więcej owe kampanie nie są szczególnie ciekawe. Wręcz przeciwnie: scenariusz zawarty w Samouczku zawiera więcej ciekawych potworów i stawia przed nami ciekawsze zadania i daje więcej możliwości, niż zaznamy przez pierwsze 2-3 misje kampanii (w Samouczku musimy pokonać superczarodzieja ze Smokiem, w tym celu musimy na planszy znaleźć kupca, który pozwala rekrutować jednostki IV poziomu i / lub innego , który pozwala nam nauczyć się magii krasnoludów / demonów wysokiego poziomu, co pozwala nam pokonać bossa… W kampanii po prostu chodzimy i farmimy expa, zabijając chłopów i gobliny).

Dominion 4:

Tutaj mamy natomiast z zupełnie innym problemem: nadmiarem contentu. W grze jest 75 stronnictw, 2000 jednostek, 600 zaklęć i 300 magicznych przedmiotów.

Oraz interface ze słomy i drewna.

Nie będę wyrokował o tej grze, bo spędziłem na niej bardzo mało czasu. Zagrałem kilka razy, niestety nie szło mi zbyt dobrze, bo po prostu nie wiedziałem co robię. Postanowiłem zgłębić instrukcję i wikię gry. Zacząłem czytać o stronnictwach, zanim doszedłem do połowy zrozumiałem, że bez znajomości ich list jednostek i dostępnej magii nie mam pojęcia, które w czym jest dobre.

Jak zacząłem studiować tamte, to niestety doszło do mnie, że i tak tego nie zapamiętam.

Odłożyłem grę na półkę.

Zbyt hardkorowa dla mnie.

Doom (2016):

Czołowy reprezentant nowej fali strzelanek FPS, która to fala stawia sobie za cel uzyskanie takich samych efektów, jak otrzymywali twórcy klasycznych przedstawicieli gatunku z lat 90-tych za pomocą nowoczesnych środków.

Czyli: fabuła jest na drugim planie, nie ma cut scenek, masz do wyboru 9 broni. Poza tym jest zniszczona, marsjańska baza, ty sam i demony.

Biegasz przed siebie, świat obserwując przez celownik swojej broni, zwiedzając niedoświetlone korytarze i piekielne głębiny, a gdy widzisz coś co się rusza strzelasz. To coś odpowiada ogniem, więc nie musisz odczuwać wyrzutów sumienia.

Nie ma żadnych, nowomodnych rozwiązań w rodzaju ograniczenia broni do 2 sztuk (karabinu i pistoletu) czy szukania osłon (jest autozdrowienie).

Gra raczej mi się podobała. Dostarczyła mi dobrej rozgwrywki na kilkanaście godzin. To świetny powrót do epoki, która wydawała się zapomniana.

Jeśli miałbym wskazać na wady, to powiedziałbym, że Doom mógłby być odrobinę krótszy i po walce z Cyberdemonem powinno się iść od razu na Spider Demona, bez środkowego bossa. W pewnym momencie bowiem widzieliśmy już wszystkie demony, a napotykane poziomy robią się powtarzalne. Ale to to pomniejsza wada.

Ogólnie polecam.

Endless Legend: Inferno

Kolejne DLC do Endless Legend. Tym razem wprowadza ono do gry teren wulkaniczny, nową porę roku (zaćmienie pyłu) oraz frakcję Kapaku (wulkaniczne gnomy), czerpiącą dodatkowe korzyści z obydwu tych zjawisk.

Ogólnie: same Kapaku są całkiem fajną rasą, z bezinwazyjnym stylem gry. Trzymają się terenu wulkanicznemu i nikomu krzywdy nie robią. Posiadają też potężną zdolność zmieniania terenu w teren wulkaniczny, którą używać mogą także na terytoriach nieprzyjaciela, pomagającą uprzykrzyć mu życie. Jako, że używanie ich na terytoriach innych cywilizacji nie jest aktem wojny można za jej pomocą całkiem skutecznie podcinać skrzydła konkurencji.

Sam teren wulkaniczny mniej mi się podoba. Oprócz Kapaku żadna inna rasa nie jest w stanie wydobyć z niego jakichkolwiek korzyści ekonomicznych. Tak więc utrudnia rozwój i ekspansje, jeszcze bardziej spychając grę w stronę defensywnego stylu rozgrywki.

Jeśli chodzi zaś o zaćmienia pyłu, to owszem, są one bardzo ładne, jednak w diabła nieczytelne. Dość mocno też obciążają system, w efekcie czego mój komputer (który jest kilka stopni mocniejszy, niż wymagania zalecane gry) dostawał w ich trakcie silnej zadyszki.

Ps: Dodatkowo w tym, albo następnym DLC wprowadzono zdolność wody do zamarzania. Gdy nadchodzi Długa Zima wody jeden hex od wybrzeża zamarzają, dzięki czemu armie mogą forsować cieśniny po lodzie. Jednocześnie, jeśli lód odtaje, a my nie mamy technologii pozwalających na okrętowanie wojsk, to armie się topią.

Endless Legend: Symbiosis

Ostatnie DLC do Endless Legend, po którym DLC ma więcej nie być. Tym razem do gry wprowadzona została frakcja: Mykara, czyli świadomych grzybów, porastających stopniowo mapę. Frakcja ta stylem gry mocno przypomina wcześniejszych Kultystów, przy czym, jeśli ci drudzy automatycznie burzą każde zdobyte miasto, tak grzyby mogą porastać ruiny, czerpiąc pewne, ograniczone korzyści ekonomiczne z podboju. Nadal jednak nie mogą niczego w zajętych miastach budować, ani szkolić tam jednostek.

Dodatkowo możemy też zajmować kopalnie i wioski na całej mapie, w tym na terytorium przeciwników.

Grzybami strasznie źle mi się grało. Podobnie jak w przypadku Kultystów taki styl gry nie bardzo mi odpowiada. Generalnie w strategiach 4X wolę budować miasta, niż zmieniać je w porośnięte grzybnią ruiny. Jednak nie to było problemem.

Problemem był strasznie skopany interface, zapełniający mapę strategiczną gąszczem ikon, sprawiających, że ta staje się totalnie nieczytelna. Nie dość, że często zdarzało mi się w coś przypadkiem kliknąć choćby w trakcie scrollowania mapy, to po prostu natłok informacyjny sprawiał, że bolała mnie głowa. Do tego stopnia, że nie byłem w stanie grać dłużej, niż 5-10 tur.

Drugim elementem mechaniki są Urkeny czyli duże potwory wędrujące po mapie. Są trzy, można je przekupić za pomocą towarów luksusowych 3 stopnia (z tego, co zauważyłem najbardziej lubią Krew Skrzatów). Pełnią one rolę pośrednią między wędrownymi miastami Nomadów i Tytanami (przy czym są one znacznie od Tytanów potężniejsze).

Gnomy i grzyby jako przeciwnicy:

Po przejściu gry obydwoma rasami postanowiłem się z nimi zmierzyć. Wybrałem więc Dzikołazy…

Mówiąc krótko, to nie było dobrze być gnomem w czasach, kiedy byłem królem elfów. Ich cywilizacja rozwijała się wspaniale na wulkanicznych wyspach. Niestety wyspy te leżały blisko małego kontynentu, na którym ja królowałem. Co jeszcze gorsze: szybko wyprzedzili mnie w rankingach na najpotężniejszą cywilizację. Tak więc pokojowa koegzystencja nie była możliwa. Jedynie hojne łapówki sprawiły, że nie dorżnąłem ich do końca.

Potem ich lud nie odzyskał już nigdy dawnej chwały i koniec końców został zniewolony przez Upadłych Lordów.

Imperium Grzybów wraz z Upadłymi Lordami stanowiło dla mnie głównego konkurenta, tak więc, po tym, jak wyniszczyłem Kraj Ninjów za ciągłe próby szpiegowania, wypowiedziałem mu wojnę. Jako, że mieli gigantyczne wręcz siły zbrojne otoczyłem ich jedyną prowincję kręgiem miast i korzystając z dochodu 50 tysięcy jednostek Pyłu na turę, zwerbowałem zaiste nieprzeliczone wojska. Czemuś takiemu nie mogli podołać mimo użycia Tytanów, Urkenów i bezlitosnej wojny podjazdowej.

W trakcie wojny nie dopilnowałem jednego, dużego zgrupowania wroga, które wyrwało się z okrążenia i dokonało ludobójstwa na jednym z moich miast.

Szczęście w nieszczęściu, że trafiło na jedno z tych, które zdobyłem na gnomach. Tak więc niewiele Elfów ucierpiało.

Frostpunk:

Słynna gra. Kupiłem zaraz po premierze, żeby zobaczyć, co właściwie produkuje spółka, w którą zainwestowałem pieniądze.

Faktycznie jest to interesujący tytuł. W skrócie: XIX wiek, na ludzkość przyszła zagłada pod postacią nagłego zlodowacenia. Ostatnie niedobitki żyją wokół wielkiego pieca, w tak zwanym „mieście” złożonym głównie z namiotów i naprędce skleconych bud. Jesteśmy burmistrzem owego miasta, a naszym głównym celem jest zapewnienie mu przetrwania.

Prócz budowania domków musimy również walczyć z przestępczością oraz podejmować takie decyzje jak: czy posłać dzieci do pracy w fabrykach czy raczej do szkół? Albo czy obciąć racje żywnościowe naszym ludziom.

Ogólnie: pamiętam, że gra mi się podobała. Pamiętam też, że z jakiegoś powodu przestałem w nią grać, obiecując sobie, że do niej wrócę i tak leży u mnie na dysku już drugi rok.

Giana Sisters: Twisted Dreams:

Swego czasu tytuł dość medialny, jeden z tych, które zaczynały linię gier Indie lub przynajmniej udało im się przebić do mainstreamu. Jednocześnie jest to próba remaku słynnej platformówki z Commodore (słynnej między innymi dlatego, że w dużej mierze stanowiła plagiat II części Super Mario).

Ogólnie: dość średniacka gra. Przeszedłem kilka misji, nie wciągnęło mnie, ale jako, że istnieją masy, dużo ciekawszych platformówek (Mark of the Ninja, Trine, Ori and the Blind Forest, prawie wszystkie starocie z GoG-a) ostatecznie rzuciłem w kont.

Gwent:

Paradoksalna gra. Spędziłem nad nią ponad 300 godzin, a nie jestem w stanie powiedzieć o niej prawie niczego.

W dniu premiery bowiem Gwint został wywrócony do góry nogami, zmieniono zupełnie zasady oraz działanie wszystkich kart.

Uznałem, że nie chce mi się na nowo uczyć gry i rzuciłem ją w diabła.

Hard West:

Bardzo słaba gra. Nie rozumiem za co ma te wszystkie 7 i 8 na 10.

W teorii jest to taki XCOM na dzikim zachodzie. W praktyce porównywanie obu gier jest bardzo nie na miejscu. Słoma bowiem wychodzi z butów na każdym kroku.

Przykładowo w Hard West jest quest „upoluj niedźwiedzia”. Wygląda tak: wchodzisz do lokacji Las i wyświetla Ci się napis „Wybierz niedźwiedzia”, pod którym masz dwie opcje dialogowe:

  • zabij

  • nie zabijaj

Bo pieniędzy na model niedźwiedzia nie starczyło.

Zawiera też porywający quest, w którym musisz iść do kasyna i wygrać 25.000 pesos. Aby to zrobić grasz w kości. Czasem wygrywasz (wtedy zyskujesz około 100 pesos), czasem przegrywasz (wtedy tracisz około 100 pesos). Żeby ukończyć quest musisz kliknąć w „zagraj” 500 razy.

Jak w XCOM gra podzielona jest na dwa tryby: taktyczny i strategiczny.

Esencją taktycznych strzelanek jest oczywiście taktyczne strzelanie. To jest niemal identyczne w obydwu grach. Masz więc dwie akcje, jednak wykonanie ataku kończy turę. Masz też system osłon, jak w XCOM. Jeśli kogoś wkurzał on w tej drugiej grze, to teraz będzie wkurzał go jeszcze bardziej. Kryjąc się za osłoną nie dość, że jesteśmy trudniejsi do trafienia, to jeszcze otrzymujemy mniejsze obrażenia (1/2 za lekką osłonę, 1/4 za pełną). W rezultacie walka wygląda tak: my siedzimy zabunkrowani w saloonie, przeciwnicy w jakiejś szopie. My mamy 20 procent szans na trafienie, oni mają 20 procent szans na trafienie. Hitujemy się po 1…

Przed śmiercią z nudów ratuje nas to, że komputer jest naprawdę głupi. Potrafi opuścić kryjówkę i wybiec na środek ulicy po to tylko, by przeładować broń. Nie potrafi za to prawidłowo chronić się przed flankowaniem. Jeśli więc jedna postać zachodzi go od przodu, druga od boku, to ustawi się tak, że będzie chroniony tylko przed jedną z nich.

Kolejnym problemem jest bardzo małe zróżnicowanie wrogów. W teorii jest ich całkiem spory wybór. Mamy więc rewolwerowców, Meksykanów, Indian, demony… W praktyce różnice między nimi polegają na tym, że demony mają rogi.

Po naszej stronie też brakuje ciekawych zdolności czy broni, które odmieniłyby oblicze walki. Jak raz na cztery walki trafi się nam laska dynamitu albo karabin snajperski, które mogą trochę urozmaicić walkę, to już jest wielkie święto.

Po mapie strategicznej natomiast wędrujemy, wchodząc do różnych lokacji i czytając tam o naszych przygodach w trybie półtekstowym. Rozgrywa się na niej większość fabuły. Ta utrzymana jest w stylu takiego durnowatej, jesiennej gawędy w stylu Ignacego Trzewiczka. Tam też poznajemy większość fabuły oraz jesteśmy stawiani przed większością, popierdolonych, pseudomoralnych wyborów, jakie stawia nam gra. Wybory te to:

  • strzelać do kobiet i dzieci, czy nie strzelać?

  • zjadać ludzkie zwłoki, czy nie zjadać?

  • masakrować indiańskie wioski, czy zostawić je w spokoju?

Nierzadko, by posunąć fabułę do przodu musimy zachowywać się bardzo nieintuicyjnie, podejmując decyzję wręcz sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem, jak na przykład celowo ponosić straty lub dać zastrzelić wszystkie postacie.

Ogólnie: nie podobała mi się ta gra.

Jottun: Valhala Edition:

Gra, na którą bardzo się napaliłem, bo ładna, rysunkowa grafika i wikingowie. A w której ostatecznie spędziłem bardzo mało czasu. Bo niestety, nawet najładniej narysowana grafika nie nadrobi wystruganego z drewna sterowania, źle dobranych lokalizacji trafienia przeciwników oraz punktów kontrolnych porozmieszczanych tak, jakby twórcy odejmowali jedzenie od ust własnych dzieci, żeby móc w ogóle jakieś zainstalować, przez co gracz musi powtarzać całe partie gry, jeśli tylko postanowi się z niej wylogować…

A do tego dużych, pustych poziomów i bossów, do pokonania których wystarczy zapchać się w taki punkt areny, gdzie nie będą w stanie nas dosięgnąć…

Ostatecznie po prostu przestałem w nią grać.

Magic: The Arena:

Gra nad którą znowu spędziłem z 300 godzin i pewnie nigdy do niej nie wrócę.

Powód jest prosty: zbieram karty przez kwartał. Wbijam do Mythica, przez kilka godzin jestem nawet w top 1000. Tydzień później wychodzi nowy dodatek. Nie mam nowych kart, wywala mnie do niskich lig. Zbieram karty przez miesiąc, w końcu buduję nowy deck. Znów trafiam do Mythica. Wychodzi nowy dodatek…

Problem z Areną polega na tym, że żeby grać i wygrywać musiałbym co kwartał wpakować w grę 200-300 złotych na zakup busterów.

Czyli, jak widać gra doskonale symuluje doświadczenie gry w prawdziwy Magic: The Gathering.

W który przestałem grać dokładnie z tego samego powodu.

Mark of Ninja: Remastered

Pojęcia nie mam, skąd mam tą grę. Ale Mark of the Ninja było genialne więc z duża przyjemnością przeszedłem je jeszcze raz. Tym bardziej, że od ostatniego razu minęło wiele lat, więc pozapominałem szczegóły plansz…

Ogólnie: poprawiono grafikę i animację.

Ja tam nie widzę większej różnicy między częściami.

Jednak gra jak była genialna, tak genialną pozostała.

Middle Earth: Shadow of Mordor:

Nie wiem, czy ja w za dobre gry gram i mam gust spaczony, czy też zabrałem się do Shadow of Mordor za szybko po Wiedźminie III, ale ta gra nie podobała mi się w ogóle.

Chodzenie ciągle po tych samych planszach i podrzynanie gardeł ciągle tym samym orkom spawnującym się ciągle w tych samych miejscach, walki polegające na rytmicznych wciskaniu jednego przycisku, niezbyt dobra grafika, nie imponująca nawet pomimo odpaleniu gry na Ultra jakoś mnie nie przekonały.

Koniec końców nie ukończyłem tej gry jednak z zupełnie innych powodów. Przyczyną były paskudne crashe systemu, które wywoływała, zakończone wymuszonym restartem komputera. Uznałem, że nie warto ryzykować usmażenia płyty graficznej dla tego czegoś.

Mortal Kombat X:

Restart Mortal Kombat z 2011 bardzo przypadł mi do gustu, a użycie grafiki 2,5D przywróciło do świetności starą formułę. Nie trudno więc dziwić się, że kupiłem też i kolejną część (oraz mam zamiar kupić następną, gdy trochę potanieje, oraz oczyszczę nieco kupkę wstydu).

Aczkolwiek powiedzieć muszę, że dziesiąta odsłona Mortal Kombat podobała mi się znacznie mniej, niż jej poprzedniczka. Fabuła była dosyć dęta, a postacie przedstawiono jako bandę małostkowych dziwaków, gotowych lać się po mordach z najbardziej błahego powodu. Rozgrywkę mocno psuły mi też sekwencje QWERTY typu „naciśnij W, to Johny Cage wykona blok, nie naciskaj, to dostanie w mordę) pojawiające się w przerywnikach filmowych, które nie wniosły do gry wiele, prócz owych przerywników namnożenia.

Stosunkowo mało było natomiast zawartości, czyli walk, co trochę mnie rozczarowało. Ogólnie: lubię czasem sklepać wirtualną mordę. Wracam więc niekiedy do mortali. Jednak zdecydowanie częściej wybieram dziewiątkę niż dziesiątkę.

Player Unknown: Battleground:

Mój brat bardzo polubił tą grę, kupiłem ją więc i zainstalowałem, by spędzić nieco czasu z rodziną. Pograłem kilka meczy, raz nawet udało mi się dotrwać do pierwszej trójki, jednak nie jestem jakimś wielkim mistrzem PUGB-a, ani też jego wielkim fanem.

Ogólnie to nie do końca podoba mi się ta formuła gry: uciekasz, chowasz się po kontach przez całą godzinę, potem dogania cię strefa i giniesz, zastrzelony przez kolesia, który zauważył cię z tysiąca metrów.

Tak więc ostatecznie nie spędziłem w grze dużo czasu.

Prehistoric:

Moja ulubiona gra z Amigi 500. Kiedyś miałem ją tak obcykaną, że potrafiłem przejść ją nawet z zawiązanymi oczami. Pewnego dnia pojawiła się na GOG-u, a jako, że nie chciano za nią wielkich pieniędzy, pixelarty są w modzie, a poza tym trwała wyprzedaż kupiłem ją sobie…

I nie przeszedłem pierwszego bossa…

Kilka dni trwało, aż nauczyłem się w nią grać na tyle dobrze, by ponownie ją skończyć. Do formy jednak nie wróciłem nigdy. I pewnie nigdy nie wrócę.

Niemniej jednak jest to całkiem fajna platformówka, w której chodzisz po jaskiniach, tłuczesz dinozaury pałką po głowach i szukasz jedzenia.

Pikselarty są modne, więc polecam.

Prehistoric 2:

O drugiej części wyżej wymienionej gry słyszałem wiele dobrego jeszcze w czasach amigowych… I prawdę mówiąc mimo kilku podejść nigdy mi do gustu nie przypadła. Pececiarzom zazdrościło się Fallouta, Warcrafta i Dooma, a nie Prehistorica 2. Nawet pomimo, że ten jest bardziej kultowy od jedynki.

I ponownie, nad dwójką nie spędziłem zbyt wiele czasu. Sterowanie jest jakieś dziwne, bohater tak jakby się ślizga, przez co trudno wymierzyć skok. Przeszkadzają mi też wyłażące znikąd potwory, które sprawiają, że trzeba albo zachowywać się bardzo ostrożnie, albo uczyć się poziomów na pamięć.

Słowem: źle mi się w to gra.

Shadow Warrior:

W sumie to Shadow Warrior podobał mi się bardziej, niż Doom (2016). Początek gry nie jest zbyt ciekawy. Po pierwszej godzinie myślałem więc „to dopiero pierwsza godzina, nie ma co się zrażać”. Po drugiej: „daj jeszcze szansę”. Po trzeciej: „może potem będzie lepiej”.

I faktycznie zrobiło się lepiej.

Mamy do czynienia z powrotem do klasycznych shooterów z widokiem z pierwszej osoby. Naszym bohaterem jest taki ni to gangster, ni to samozwańczy ninja, który zostaje wmieszany w aferę z bogaczami, starożytnymi mieczami, bogami i demonami. W efekcie więc biega po różnych miejscach, nosząc ze sobą miecz i osiem rodzajów innej broni: rewolwer, pistolet maszynowy, strzelbę, kuszę, miotacz ognia, bazookę oraz serca i głowy demonów, robiąc za ich pomocą zadymę.

Bronie, jak wiadomo zadają obrażenia na odległość, miecz natomiast wali splashem.

Do tego mamy rozbudowane drzewko umiejętności, prawie takie, jak w grach cRPG, które na różne sposoby pozwala nam zmienić postać. Za pomocą miecza możemy też rzucać czary, które uruchamia się tak, jak ciosy specjalne w mordobiciach (np. prawo, prawo, prawy myszy to uzdrowienie, przód, przód, prawy myszy: supercios, przód, przód, lewy myszy: Znak Ard, lewo, lewo, prawo: magiczna tarcza).

Poziomy też są mądrzej przemyślane, niż w Doomie, nie tak nużące, z ciekawostkami, poprowadzone z humorem. Nie ma sekwencji platformowych, a wrogowie i przejścia są generalnie lepiej oznaczone.

Ogólnie: super gra o zabijaniu demonów.

This War of Mine:

Z kumplem w pracy graliśmy.

Było nas troje w domku i trwała wojna. Jedno było młodocianą bandytką, drugie nauczycielką, która cały czas chorowała, a trzecie chyba specem od przeprowadzek, bo potrafiło dużo nosić. Potem przyplątał nam się czwarty człowiek, Igor, który spędził z nami kilka dni, po czym nas okradł.

Spec od przeprowadzek pomagał nauczycielce, przynosił różne rzeczy z ruin. Niestety pewnej nocy napotkał w ruinach żołnierzy i został rozstrzelany za szabrownictwo. Potem chuliganka też próbowała swoich sił, lecz koniec końców zdecydowała się odejść.

Nauczycielka została sama. Była coraz bardziej chora i chora. Nie miała też co jeść. Koniec końców, zdesperowana, wyruszyła do lekarzy czerwonego krzyża. W trakcie tej wędrówki sama mało nie umarła.

Dostała jednak leki i trochę jedzenia.

Dzięki nim udało jej się doczekać do końca wojny.

Co mam więcej powiedzieć?

Wstrząsająca gra.

Tsioque:

Przygodówka w klasycznym stylu „klikaj na wszystkim, co znajdziesz”, stworzona raczej dla dzieci, niż dorosłych. Wcielamy się w księżniczkę, która musi uciec z opanowanego przez gobliny i złe moce zamku. W tym celu chodzimy po różnych pomieszczeniach i klikamy w co popadnie, by sprawdzić, co może przynieść jakiś efekt.

W sumie to nie ja grałem. Ja tylko patrzyłem zza pleców i podpowiadałem, jednak gra wywarła na mnie pozytywne wrażenie. Zagadki są logiczne, wystarczy odrobina pomyślunku i można je rozwiązać. Zaletą jest też brak przemocy.

Ogólnie: całkiem fajna, jeśli ktoś lubi przygodówki. Ja nie lubię, ale i tak mi się podobała.

Tyrany:

Tak wygląda scena rozmowy z sumie niezbyt ważnym dla ogólnego przebiegu gry NPC w Baldur’s Gate:

A tak w Tyrany:

Tak, gość stoi i przez dziewięć ekranów pieprzy i pieprzy, a my możemy tylko klikać „dalej”.

Wcielamy się w Sędziego, powołanego przez Wielkie Zło urzędnika, którego zadaniem jest czytanie grafomanii oraz użeranie się z idiotami i rozwiązywaniu ich z d(…)y wziętych problemów, których nie mieliby, gdyby nie byli głupi…

Większość rozgrywki polega na czytaniu infodumpów, pomiędzy którymi zrzadka rozmieszczono przestrzenie, na których można wędrować, walczyć i nagrywać stany gry. Tych save pointów jest zdecydowanie za mało. Przykładowo: pierwsza moja sesja z grą trwała 57 minut, w trakcie których musiałem czytać kolejne ściany tekstu. Dopiero po ich upływie nastąpiła przerwa, w trakcie której mogłem zapisać grę…

Ogólnie: w grze spędziłem 16 godzin, z czego dobrze ponad połowa to było czytanie.

Fajnie by jeszcze było, gdyby to czytanie faktycznie miało wysoką jakość. Faktycznie jednak większość tego tekstu to grafomania. Mnie najbardziej urzekła historia takiej nieletniej, zwyrodniałej bandytki, którą miałem w swej bandzie. Owa dama zwierzyła mi się bowiem, że dorastała w biedzie, wychowywana przez samotną matkę, której majątek składał się z haty i jednej krowy. A dziewczynka wymykała się nocami z domu, brała kosę i za jej pomocą cięła krowę, by zaspokoić swą żądzę przemocy…

Serio?

I co? Krowa jej nie kopła? Albo nie ubodła? Albo swoim rozpaczliwym muczeniem nie zaalarmowała mamusi i połowy sąsiadów? A sama mamusia nie zauważyła, że zwierze jest pokaleczone? I przeszła do porządku dziennego z tym, że ktoś przyszedł do jej szopy i zupełnie bez powodu pociął krowę kosą?

No zlitujcie się!

Nie jest to gra, której twórcy przyjęliby do serca zasadę „krótko, a mądrze”.

Jak w rasowym erpegu między dialogami mamy też walki. Te także są bardzo słabym elementem gry. Typów przeciwników jest bardzo niewiele, policzyć ich można na palcach jednej ręki. Walczymy prawie wyłącznie z ludźmi. W prawdzie ci posiadają ogromne ilości specjalnych ataków (w zasadzie to niemal wyłącznie specjalne ataki), ale tak naprawdę nic nie wynika z ich stosowania. Rzadko który atak ma właściwości, które sprawiałyby, że warto go stosować, albo też oszczędzać na właściwą chwilę, albo też bać się, żeby przeciwnik sam go nie wykorzystał.

Najczęściej wygląda to tak: normalnie zadajesz trochę obrażeń. Jak rzucasz specjalny atak, to zadajesz z 10 procent więcej.

Ciekawostką, jednak niewykorzystaną jest system magii. Otóż: możemy budować swoje zaklęcia z elementów np. wybierając żywioł, jaki przyzywamy, formę pod którą się materializuje, jego siłę…

To ciekawe rozwiązanie, pod którym można byłoby zbudować całą grę.

Problem polega na tym, że zanim się dochrapiemy wystarczająco dużo punktów doświadczenia, by zacząć budować w miarę złożone, faktycznie wywierające efekt na pole walki zaklęcia, jesteśmy tak zaawansowani w grze, że do jej ukończenia zostaje nam godzina.

Ogólnie: ani nie polecam, ani też nie rozumiem szumu, którym otoczona jest ta gra.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantasy, gry, Gry komputerowe, science fiction i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

15 odpowiedzi na „O grach pogranych, a nie zrecenzowanych:

  1. PK_AZ pisze:

    „Pojęcia nie mam, skąd mam tą grę.”

    Może dostałeś gratis, jako posiadacz wersji pierwotnej? Ja tak stałem się szczęśliwym posiadaczem remasterowanych bioshocków 1 i 2.

  2. Lurker pisze:

    Kiedy ty znajdujesz czas na to wszystko?

    Na czytanie książek, pisanie tutaj bloga, pisanie tych swoich książek; jeszcze granie w każdą grę po 300 h; pewnie jeszcze kupa seriali, z których nie każdy pewnie tu opisujesz; no i oczywiście jeszcze jeżdżenie po tych wszystkich chaszczach, a później tagowianie tych wszystkich zdjęć?

    Słupki tych swoich akcji pewnie też przynajmniej od czasu do czasu dokładnie analizujesz – żeby wiedzieć, kiedy najlepiej kupić, a kiedy najlepiej sprzedać.

    No i przy okazji – zabrałeś się z powrotem za pisanie dalej tego „Mrocznego Wojownika” ?

    Czy znudził ci się ten pomysł / nie wiedziałeś, jak to pociągnąć – bo coś od dawna nic o tym projekcie nawet nie wspominałeś.

    • To są gry z ostatnich 4-5 lat. Seriale obecnie oglądam dwa: Expanse i Wiedźmina. Obecnie jest zima, światła jest bardzo mało, a dodatkowo ogranicza je duża wilgotność powietrza, więc zamiast jeździć piszę, gram i oglądam. Pomaga mi też martwy sezon w pracy.

      Natomiast 300 godzin gry nabija się tak: wchodzisz „a pogram sobie 20 minut czekając na autobus / serial / cokolwiek”. Po roku zbiera się 300 godzin.

      • Lurker pisze:

        Zapytam jeszcze raz.

        No i przy okazji – zabrałeś się z powrotem za pisanie dalej tego „Mrocznego Wojownika” ?

        Czy znudził ci się ten pomysł / nie wiedziałeś, jak to pociągnąć – bo coś od dawna nic o tym projekcie nawet nie wspominałeś.

      • Przerwałem pisanie Mrocznego Wojownika. Pomysł mi się nie znudził i wiem, jak go pociągnąć. Problem w tym, że co bym nie zrobił wychodzi z tego coś na kształt twórczości Terrego Goodkina lub Terrego Brooksa. A po prostu oni nie piszą książek takich, jakie ja bym chciał.

      • Lurker pisze:

        Muszę przyznać, iż jest to dla mnie zdumiewające.

        Przecież wedle konceptu, którym trochę bardziej szczegółowo się z nami podzieliłeś rok temu – tj. gdzie centralną postacią miał być ten upadły Rycerz Kamienia, a główną osią jego podróż razem z nową drużyną (tym Świnopasem i kilkoma jeszcze), mająca na celu wykorzystanie jakoś zamętu, jaki zapanował po śmierci Moriona, coby wykorzystać to jakoś na swoją korzyść – w tle zaś toczyłaby się zażarta rywalizacja (i kolejne walki) pomiędzy pozostałymi Rycerzami Kamieni…

        No to ja tutaj widzę raczej połączenie Tolkiena (podróż do wulkanu) z Martinem (intrygi, spiski, zdrady i walki między kilkoma stronnictwami).

        Doprawione zapewne jeszcze inspiracjami z Czarnej Kompanii (skoro przynajmniej jeden oddział ma być na pierwszym planie), jak również i z innych pozycji przynależących do ogólnie pojętej fantastyki wojennej.

        Szczególnie, że taką literaturę głównie ostatnio czytasz – więc jesteś na bieżąco z „odpowiednimi” inspiracjami.

        Nie mogę więc pojąć, jak to możliwe, że wychodzi ci coś na kształt twórczości Terrego Goodkina lub Terrego Brooksa

      • No, właśnie też tak to widziałem, ale zupełnie mi nie wychodzi. Jak nie próbuję to robi się straszny kicz.

      • wigiliusz pisze:

        Mroczny wojownik poszedł na razie w odstawkę , a co ze Sztucerowym , bo podobno już szykowałeś się do wydania , znaczy to o nerdach podbijających krainę fantasy dzięki sztucerom , podobno twoja najbrutalniejsza powieść , gdzie wszyscy giną i w

      • Są u wydawcy. Wszystko zależy od niego.

      • Lurker pisze:

        A to ciekawe.

        Bo ostatnio pisałeś jedynie, że ukończyłeś i wydawcy jakiegoś dopiero szukasz. Oraz, że jak do tej pory – wszyscy raczej piszą ci coś w rodzaju „spoko, spoko, ale na razie nie mamy w planach powiększać bazy wydawanych polskich autorów fantastyki”.

        Tak pisałeś ostatnio – że powieści tej nie mówią „Nie” – ale raczej nie ma wśród nich popytu na tego typu historie.

        Więc – w związku z powyższą informacją – mam rozumieć, że ten stan rzeczy uległ zmianie. To znaczy któregoś w końcu przekonałeś do tego tytułu i teraz już pozostaje ci tylko czekać kilka lat (jak zwykle) – ale wydanie jest już przyklepane?

        I jeszcze jedno mnie tu zaciekawiło.
        Znalazłeś sobie po prostu nowego wydawcę na wspomnianą powieść, czy po prostu Oficynka się zlitowała i po znajomości (w sensie: jesteś już przez nich sprawdzony, nic zdrożnego nie miałem na myśli) postanowiła wciągnąć już trzecią z twoich powieści na listę planowanych?

  3. Siman pisze:

    Łojezu, czyli Tyranny to taka sama grafomania jak nowy Torment? Chociaż tamten był chyba gorszy. Godzinę grałem i to była godzina przeklikiwania przez ściany tekstu o tym, że nie wiem kim jestem, co robię i po co to wszystko, ale dowiem się teraz na czternastu ekranach jak się w tym czuję. O, a teraz jakieś wspomnienie osoby, o której nic nie wiem, podejmuję jakąś decyzję na ślepo i przez kolejne pięć ekranów czytaj o jej niezbyt zrozumiałych konsekwencjach. Czyli nie dość, że kupa grafomaństwa, to jeszcze udziwnionego ponad wszelki rozum…

  4. pontifex maximus pisze:

    Tyranny jechało głównie na założeniu, że postać gracza nie jest jakimś tam kolejnym poszukiwaczem przygód, Czołzen Łanem czy innym Dzieckiem Bhaala, tylko oficerem politycznym. Zamiast ratować świat, ratujesz kłótliwych generałów Armii Czerwonej i Armii Niebieskiej przed gniewem Józefa Saurona. (Nie żeby było ich szkoda, ale rozkaz to rozkaz.) Jak kogoś to założenie nie zaciekawi, to pozostaje chyba być hardkorem gatunku, bo w sferze rozgrywki jedyną chyba innowacją było to składanie czarów.

    Hard West miało ten mroczno-westernowy klimacik. Skoro już użyłeś tego porównania – Jesienna Gawęda, gdyby Trzewiczek grał w Deadlandsy. Fajne by sobie chwilę pograć, jak akurat się czuło głód takich klimatów, potem zaczyna się powtarzać. Przynajmniej tak u mnie było.

  5. Castelviator pisze:

    W temacie gier, jako miłośnika Endless Legend może zainteresować Cię nadchodząca nowa gra tego studio, Humankind: https://www.youtube.com/watch?v=srecHtpe-j0&feature=youtu.be&fbclid=IwAR2Ev30gpwFTgLXYZlERLHNOe4ryKfoqTsLoA13s51anSL6HIopeTPpAdfU

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s