Przeczytane: listopad 2019 – Zmiany, Port Cienia, Kradzież historii i inne…

Książki, jak bardzo Was nienawidzić trzeba ten tylko się dowie, kto musiał was zanieść po dwie palety na chłopa do magazynu…

Listopad był miesiącem niemal równie owocnym w lekturę, jak październik. Udało mi się więc przeczytać 9 pozycji. Na sukces tej miary złożyły się: zaległości z października, które trzeba było dobić, niewielki ruch w pracy oraz dobre książki napisane przez kilku moich ulubionych autorów.

Tak więc tym razem na tapetę trafili między Jim Butcher, Glen Cook, jedni z moich ulubionych pisarzy. Radość była wielka.

Pax Romana:

Ocena: 2+1k6

Mam mieszane uczucia co do tej książki. Traktuje ona o życiu w prowincjach Imperium Rzymskiego za Republiki i Pryncypatu. Aczkolwiek pierwszy człon to bardziej nieco rozbudowana, powszechna historia Rzymu w wersji przystępniejszej, ale też i bardziej spłyconej, niż ta, która była w podręcznikach na studiach.

Dalsza część natomiast faktycznie traktuje o rzymskiej prowincji i polityce wobec niej.

Tekst jest raczej popularnonaukowy i w zasadzie nie ma w nim niczego, co ktoś obeznany z tematem by nie wiedział lub nie mógł dopowiedzieć sobie samemu. Niemniej jednak trafiło się tam kilka ciekawostek, których wcześniej nie znałem.

Przykładowo: okazuje się, że Rzymianie byli bardzo negatywnie nastawieni do tworzenia wszelkich form policji miejskich, obawiając się, by nie stały się one zalążkami oporu wobec ich władzy.

Zmiany:

Ocena: 9/10

Jedenasty już tom Akt Dresdena. Tym razem do jego domu powraca pewna, ważna postać z jego przeszłości. Harry dowiaduje się od niej rzeczy, które wywracają do góry nogami jego życie. Co więcej zmiana ta wymusza na nim podjęcie konkretnych kroków, które wywrócą jego egzystencję jeszcze bardziej. Oraz sprawią, że podejmie wiele decyzji, których wcześniej nigdy by nie podjął.

Ogólnie: mimo że cykl o Drescenie ciągnie się i ciągnie, to wyraźnie się nie starzeje. Otrzymujemy więc kolejny tom, który nie dość, że pełen jest zajebistości (Mackoy i Słowo Mocy: Giń!) oraz niewiarygodnych wydarzeń, które wbiją w fotel każdego fana serii.

Moim zdaniem jest to jeden z najlepszych tomów tej serii. Trzyma w napięciu i sprawia, że człowiek nie może doczekać się następnego, by zobaczyć, co będzie dalej.

Port Cieni:

Ocena: 8/10

Powiada się, że powroty po latach nie są dobre… Tak więc jedenasty tom Czarnej Kompanii, wydany po niemal dwóch dekadach od zakończenia cyklu brałem do rąk z niejakimi obawami. Które na szczęście nie spełniły się.

Opowieść przenosi nas w czasie do wydarzeń, które miały miejsce pomiędzy akcją pierwszego i drugiego tomu książki. Kompania stacjonuje daleko na rubieżach Imperium i zostaje wmieszana w czarnoksięską intrygę dotyczącą przeszłości Pani.

W zasadzie to trudno nazwać książkę kontynuacją. Tym bardziej, że Glen Cook pozostawia tropy, z których z jednej strony może wynikać, że cała historia mogła być po prostu zabawą Pani, albo wręcz mogła w ogóle nie mieć miejsca i być jedynie apokryfem. Pod wieloma względami książka przypomina trochę oficjalny fanfick, napisany przez autora o dwóch jego ulubionych postaciach.

Z drugiej: mimo że pozycja psuje trochę obraz dominacji, w szczególności jako piekła na ziemi oraz samych Schwytanych (aczkolwiek to, że piekłem na ziemi nie była może wyjaśniać czemu jej przeciwnicy tyle czasu poświęcili, by wymazać o niej pamięć), to moim zdaniem wypada jakościowo dużo lepiej, niż ostatnie tomy cyklu.

Wojownik-prorok:

Ocena: 7,5/10

Przy poprzednim tomie, zatytułowanym „Mrok, który nas poprzedza” narzekałem, że książka naszpikowana jest przedziwnymi nazwami, tak, jakby ktoś starał się, by znaleźć możliwie najbardziej egzotyczne określenie na każdy, najbardziej pospolity przedmiot. Przez co nierzadko trudno było zrozumieć, co artysta miał na myśli.

Wystarczyło zmienić tłumacza i lektura stała się dużo mniej pretensjonalna.

No, kto by pomyślał?

Ogólnie to zrobiło się nawet ciekawie, aczkolwiek problemem cyklu jest jej rozmiar i nadmiar wątków. W szczególności nie widzę, po co obecny w niej jest Achmanian i jego kochanka, bowiem, jak na razie nie wnoszą oni wiele do powieści, prócz koszmarów we śnie, koszmarów na jawie i narzekania na życie.

Niemniej jednak: niezła pozycja. Można czytać.

Knight ot the Demon Queen:

Ocena: 6/10

Trzeci tom cyklu „Zguba smoków”. Pierwsza część została umieszczona przez Andrzeja Sapkowskiego w jego słynnym kanonie. I faktycznie, w swoim czasie, na tle innych książek fantasy z epoki (czyli z lat 80-tych), w której dominowało conanowskie sword nad sorcerry mogła się wyróżniać. Zwłaszcza, że trochę inaczej podchodziła do tematu smokobicia.

Niemniej jednak od tego momentu wyszło całkiem sporo fantasy rewizjonistyczna, jak (by daleko nie szukać) Saga o Wiedźminie Sapkowskiego właśnie. I na dzień dzisiejszy Zguba Smoków tak naprawdę jest dość typowy. Nie czymś, czego czytanie boli. Ale raczej pospolitą pozycją.

Jeśli chodzi o tom trzeci (i pośrednio drugi), to przykrym jest to, jak autorka powoli, lecz skutecznie rozbiera to, co w pierwszym tomie jej powieści było fajnie, stopniowo przerabiając ją na dość pospolite, pozbawione pazura portal fantasy.

Kradzież historii:

Ocena: 6/10

Ponoć wybitna pozycja, zmieniająca sposób patrzenia na historię. Tak więc: europejska historiografia ma tendencję do zawłaszczania historii i pisania jej przez własny pryzmat, tak, jakby wszystko inne służyło tylko celowi wydźwignięcia cywilizacji zachodu na piedestał. Takie zawłaszczenie widać choćby w tradycyjnej periodyzacji i liczeniu lat od narodzin Chrystusa (na co Chińczycy albo Hindusi mogliby i pewnie mają własne spojrzenie).

Liczyłem na to, że autor naświetli problem w jakiś, ciekawy sposób. Problem polega na tym, że kiedy studiowałem, a było to dobrych kilka lat przed wydaniem tej książki, rzeczy o których pisze autor były w zasadzie wiedzą podręcznikową. Tak więc nie dowiedziałem się z tej pozycji niczego nowego.

Być może faktycznie w kręgu anglosaskim nadal pisze się historię w sposób, z którym autor polemizuje. Jeśli tak, to znaczy, że są nieźle zapóźnieni.

On zimny, ona gorąca:

Ocena: 0

Avellana na Tanuki kazała mi być dyplomatyczna, będę więc musiał pewnie wystawić temu dziełu jakieś 6/10. Tu jednak nie ma nade mną władzy wyższej, niż polski Kodeks Prawa Cywilnego, tak więc mogę pisać prawdę.

Generalnie lubię chamski humor. Czytam Boli blog i Oglaf widziałem wszystkie odcinki Blok Ekipy i Kapitana Bomby, kupiłem nawet kubek z Rick and Morty. Niemniej jednak czegoś tak chamskiego, wulgarnego i przy tym głupiego jeszcze nie widziałem.

Przenosimy się do krainy fantasy, gdzie elfy wymordowały orków, bo były zazdrosne o rozmiar ich penisów. Na świecie ostał się już tylko jeden zielonoskóry. Oraz pewna zboczona elfka, która pragnie, by porządnie ją tym potworem wymłócił.

Istnieje tylko jeden problem.

Ork uznaje wyłącznie miłość romantyczną.

Ogólnie: manga jest mniej więcej taka, jakbyś wziął dialogi z jakiegoś, wyjątkowo pozbawionego wyczucia porno, usunął wszystko to, co w porno fajne i co sprawia, że ludzie je oglądają (cycuszki, ruchanko), a pozostawiono tylko to, co każdy i tak wycisza. Czyli dialogi i fabułę.

Witcher: Gra Fabularna:

Ocena: 6/10

No nie jest to najbardziej zachęcający do gry podręcznik podstawowy jaki miałem w rękach.

Zasadniczo system jest adaptacją Cyberpunka 2020 do potrzeb grania w świecie Sagi o Wiedźminie. Jeśli ktoś nie miał w ręce Cyberpunka 2020, co by mnie nie zdziwiło, bo system ten wychodził w Polsce w czasach, gdy Amiga 500 była dobrym prezentem pod komunię, to spodziewać się należy w nim superpancerzy nie dających się przebić żadną bronią, masy tabelek oraz niezbyt przemyślaną mechanikę.

Tym, którzy znają wyżej wymieniony system wystarczy zapewne wiedza, że jest to system, gdzie Roker stał się Bardem, Biznesman Kupcem, a Solo Wiedźminem.

Tym, co mi się najbardziej nie podoba, to niezbyt duża ilość zawartego w niej contentu. I to mimo bardzo dużego rozmiaru podręcznika. Tak więc dostajemy grę o zabójcach potworów, w której jest tylko 16 potworów. O niektórych królestwach dowiadujemy się, że miały w przeszłości władcę słynnego, jako idiota. I tego typu porywające treści.

Za to prawie 50 stron zajmują niezwykle porywające tabelki losowego generowania postaci oraz rzemiosła, z których dowiadujemy się ile krowich placków potrzeba, by zrobić petardę dwimerytową.

Ogólnie: to nie jest gra, która wypalałaby oczy. Jednak też trudno mi powiedzieć, bym był nią usatysfakcjonowany. Chyba lepiej byłoby grać w nowe DeDeki Mistycznym Rycerzem i nazwać go Geralt, albo stworzyć własną profesję Wiedźmina do Warhammera, niż wywalać 200 złotych na ten akurat podręcznik.

Mroczni Władcy Nocy:

Ocena: 6/10

Wiecie, dlaczego pierwsza edycja Warhammera była lepsza lepsza od drugiej? Bo była napisania chłodno, rzeczowo i zwięźle. W efekcie w kilku zdaniach przekazywano to, co w II edycji pochłania cały dodatek.

Problemem z tym dodatkiem polega na tym, że można byłoby go stosować wręcz jako przykład info dumpu. Nie jest szczególnie gruby, składa się bowiem tylko ze 142 stron. Jednak faktyczne informacje to morze 20 stron. Większość treści to dane typu: jak wampiry postrzegane są w kulturze starego świata oraz kto i ile o nich napisał książek oraz sztuk teatralnych. Życiorysy postaci martwych od kilku tysiącleci. Wypowiedzi słabo poinformowanych idiotów. I tym podobne bzdury.

Jest kilka rzeczy przydatnych, jak garść profesji, kilka, niezbyt odkrywczych zaklęć dla nekromantów czy też parę nowych, całkiem fajnych potworów. Jednak to trochę mało.

Ten wpis został opublikowany w kategorii fantastyka, Fantasy, Książki, Przeczytane, RPG i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

11 odpowiedzi na „Przeczytane: listopad 2019 – Zmiany, Port Cienia, Kradzież historii i inne…

  1. PK_AZ pisze:

    Wszystko fajnie, ale brakuje mi najważniejszej informacji:

    co cię podkusiło do czytania „On zimny, ona gorąca”?

  2. Grisznak pisze:

    Przejrzałem tego Orka i Elfkę – stopień kpin z gwałtów nawet mnie zniesmaczył. Aż korci, by autorowi życzyć, aby sam sprawdził, jakie to fajne.
    A co do Dresdena – myślałem, że już przerwali polskie wydanie, bo była spora przerwa czasowa. Dobrze wiedzieć, że dalej wychodzi.

  3. wigiliusz pisze:

    Cześć , a jakie masz plany zakupowe na następny miesiąc , będą kolejne Ospreye ? Bo ja mam kilka , jedne lepsze , inne mniej , jakie najlepiej polecasz , które najlepsze średniowieczne , czy antyczne , czy bardziej współczesne , co polecasz o

    • Zamierzam kupować, dostanę wypłatę, to zamówię sobie następne. Nie mam jakoś specjalnie dużo. Których nie polecam? Nie podobał mi się „Rycerz Krzyżacki” (plansze informacyjne nie mają oznaczeń, więc domyślaj się, co grafik miał na myśli), „Armie średniowiecznej Polski” (napisane w takim stylu, że bez podręcznika do bronioznawstwa nie da się zrozumieć) oraz „Średniowieczna sztuka oblężnicza” (w sumie to niewiele jest tam informacji, których nie miałby ktoś, kto grał w choćby jednego RTS-a).

      Podobały mi się oba zeszyty „Taktyki w średniowiecznej Europie” (ładne obrazki, z rozmachem), Hersir, Normański rycerz oraz Anglosaski Tan (najlepsze połączenie jakości ilustracji i treści).

      • wigiliusz pisze:

        Super , a co byś polecił o Aleksandrze i wojnach diadochów , o epoce hellenistycznej w ogóle , o Grekach w ogóle , bo skoro siedzisz właśnie w tym temacie , bo skoro właśnie piszesz o tym książkę o tych wojnach czy tam przed chwilą pisałeś

      • Ojej… Prawdę mówiąc to Grecja to nie za bardzo mój okres i jakoś tak wyszło, że nie za dużo na jej temat czytałem.

      • wigiliusz pisze:

        A to sorki za nieporozumienie , ale ostatnie pytanie jeszcze , o Bellony , bo różnie o nich mówią , masz jakieś te ich HBki , czy któreś byś polecił , któreś się jakoś wyróżniają lepiej od innych , czy warto , sorki , że tak po kawałku.

    • Lurker pisze:

      W kwestii Ospreyów.

      Z tych, które ja mam – polecić mogę:

      A) Grecki Okręt Wojenny 500 – 322 przed Chr.
      Mój pierwszy przeczytany Osprey, nie spodziewałem się po nim nie wiadomo czego – a on całkiem pozytywnie mnie zaskoczył. Może nie wszystkie zawarte w nim informacje są jakoś szczególnie porywające – a już w szczególności nie dla kogoś, kogo niespecjalnie interesuje, z jakiego drewna Ateńczycy robili swoje okręty (bo w sumie to trzeba podkreślić – w praktyce jest to bardziej o okrętach Ateńczyków i ich walce o hegemonię w świecie greckim przy wykorzystaniu swojej morskiej przewagi i ogólnie o nacisku na nią w samych Atenach oraz o minusach, które ostatecznie z tego dla nich wynikły – dlatego dla równowagi planuję zakup Armii Spartańskiej – żeby mieć pełniejszy obraz okresu), jakkolwiek – jak na tak krótką formę – chyba najbardziej ze wszystkich moich Ospreyów urzeczywistnia ta książeczka to, o czym pisał Zegarmistrz w tamtej swojej reklamie tego wydawnictwa – jest to faktycznie solidna piguła informacji skondensowana do możliwie zwięzłej, przystępnej formy.
      Dla przykładu informacje o tym, że te ich okręty nie mogły zbyt długo być na wodzie i jak to wpływało na strategię, czy taktykę ich wykorzystania (jak ograniczało de facto potencjalne możliwości wykorzystania tej morskiej dominacji), jak wpłynęło to na przegraną Aten pod Syrakuzami; tudzież informacje tym razem może nie tyle, z jakiego drewna, ale już skąd sprowadzanego – jak to definiowało politykę zagraniczną Aten (tzn. o wpływy i kontrolę nad jakim obszarem – z innych względów niepotrzebnym – musiały cały czas rywalizować – bo tylko tam rosły te najlepsze dla nich drzewa).

      Zresztą, kurde, miałem to krótko streścić, a patrz, jak się rozpisałem, przypominając sobie, co tam na tych 48 stronach (minus obrazki i ich opisy) było.

      Dobra, to teraz może krócej się postaram.

      B) Macedoński piechur (a planuję dodatkowo nabyć niedawno wprowadzoną u Napoleona V Armię Aleksandra Wielkiego – choć pewnie to będzie to samo – ale jestem ciekaw po prostu).

      C)Legionista rzymski 69-161
      Co prawda w serii Warrior o samych legionistach z różnych okresów jest chyba z siedem kolejnych tytułów (298-105 przed Chrystusem / 109-58 przed Chr. / 58 przed Chr. – 69 po Chr. / 69-161 / 161-284 / 284-337 / Piechur późnorzymski 236-565) – nie licząc wyspecjalizowanych pozycji o gwardzistach różnego rodzaju, różnych okresów.
      Jak również dla przykładu w omawianej przeze mnie tutaj książeczce w pewnym momencie – pod tytułem: szkolenie legionisty – autor odsyła do poprzedniej pozycji z serii, tj. do „58 przed Chr. – 69 po Chr.” bodajże – czyli ma taki tytuł pewne braki, które mają za zadanie skłaniać czytelnika do zebranie całej kolekcji dla pozyskania pełnego obrazu…
      Jednak tak naprawdę – wcale nie jest to obligatoryjne.
      Omówienie tematyki legionistów z przytoczonego przeze mnie okresu w każdym razie broni się całkowicie nawet jako samodzielna pozycja.
      Zależy to pewnie też od tego, jaki okres danego czytelnika najbardziej zainteresuje.
      Jakkolwiek mówię – nawet po uwzględnieniu pewnych braków (ale chyba każdy Osprey ma takowe – zważając na jego objętość – na tym chyba jednak polega jego funkcja: maksymalne skondensowanie treści i skupianie się na samym sednie) – z samej tej jednej książeczki można wyciągnąć wiele ciekawych informacji – bądź po prostu skompilować nieco swoją wiedzę o legionistach ogólnie pojętych.
      Dlatego mówię – osobiście polecam.

      D)Bizantyjski kawalerzysta
      Podobnie, jak w przypadku okrętów – nie spodziewałem się zaraz nie wiadomo czego (liczyłem właściwie to głównie na ciekawe obrazki, przedstawiające wojowników z tego raczej mało popularnego okresu w fantastyce wzorowanej dzisiaj wszak na historii najróżniejszych kultur – no i tutaj oczywiście również się nie zawiodłem), a bardzo pozytywnie mnie zaskoczył.
      Choć też po prawdzie o samym Bizancjum – jak również konkretnie o jego wojskach – tak za wiele to nie wiedziałem. Więc tu się trochę właśnie dowiedziałem. Co może zawyżać moją ocenę.
      Na tyle, że zamierzam zapoznać się również i z Bizantyjskim piechurem – pomimo jego wyjątkowo, szczególnie jak na Ospreya, „nieporywającej” okładki.
      Rozwaliła mnie szczególnie informacja, że w obozie, który bizantyjczycy rozkładali około dwa kilometry za planowanym polem bitwy, organizowano szpitale polowe tak dla ludzi, jak i dla… koni. A potem ci „lotni” weterynarze ganiali na swoich koniach w tą i w tamtą (kawalerzysta robi zdecydowanie szersze okrążenia, niż piechota – większe pole do przeszukania) – wyszukując te konie do opatrzenia.
      Takie zorganizowane skurczybyki z nich były.
      A my to myślimy o Bizancjum, że tylko zbytek i rozpusta…

      E) Armie Bułgarów Wołżańskich i Chanatu Kazańskiego IX-XVI w.
      Identyczna sytuacja, jak z tym całym Bizancjum – chciałem obrazków (tym razem coś w klimatach średniowiecznej Rusi – a oni akurat z Rusią sąsiadowali (wszak ich osadnictwo to okolice Wołgi, jak nawet w nazwie ludu zawarto) i wojowali, więc siłą rzeczy uzbrojenie i opancerzenie musieli wzajemnie od siebie zapożyczać – zaś pozycja niby to Rusi dedykowana, czyli: Armie Iwana Groźnego. Wojska rosyjskie 1505-1700, jak sama nazwa wskazuje, dotyczyła okresu późniejszego).
      Ale o nich akurat niemalże nic właściwie nie wiedziałem , więc moja ocena może być zawyżona.

      Czyli ogólnie:
      Polecałbym więc z własnego, wyżej przytoczonego, doświadczenia te okresy i kraje, o których nic się nie wie – wtedy dostanie się nie tylko obrazki (poszerzające nam „spektrum inspiracji wizualnych”, że tak to nazwę), ale również zwięzłe, a treściwe opracowanie dotyczące nieznanego nam dotychczas wycinka historii świata.

      Czyli jeśli na ten przykład w gruncie rzeczy nic się nie wie o Bułgarach Wołżańskich, tudzież innych Chazarach (których też mam w planach) – to wielkiego ryzyka nie ma – ciężko będzie naprawdę się rozczarować (nie zachodzi ryzyko czytania któryś raz tego, co już sto razy czytaliśmy – skoro czytamy tutaj po raz pierwszy) – ilustracje zawsze ciekawe i inspirujące, a same Ospreye wiele miejsca nie zajmują.

      W kwestii ostrzeżeń zaś

      Wojownik Kartaginy dla przykładu – opisywany bodajże miesiąc temu przez Zegarmistrza – nie porwał mnie tak, jak Bizantyjski kawalerzysta, czy chociażby Legionista rzymski 69-161 – choć, wydawałoby się, temat oryginalniejszy i mniej poznany, więc potencjalnie ciekawszy – niby nic wcześniej o armiach Kartaginy nie wiedziałem, niby czegoś tam się dowiedziałem, ale nie potrafię właściwie przytoczyć niczego nadzwyczajnego (*) (albo może właśnie coś tam wiedziałem – stykając się z tematem we fragmentarycznych opisach przy okazji czytania o walce Hannibala z Rzymem – i dlatego nic w tej książeczce nie było dla mnie jakoś szczególnie odkrywcze – ale to jedynie potwierdza moją konkluzję sprzed chwili – nie ma tam nic ponad absolutne podstawy).
      Najwyraźniej – wbrew temu, co mi się wydaje – coś tam jednak o Kartaginie wiem – w związku z czym potrzebowałbym bardziej szczegółowych opracowań, by faktycznie znaleźć coś, co pogłębi moją znajomość tematu, czy zmieni spojrzenie na ten czy inny aspekt funkcjonowania tego państwa.

      * – Sami Kartagińczycy wchodzili jedynie w skład „milicji miejskiej” – walczącej jedynie w przypadku inwazji bezpośrednio na ich ziemie (szczególnie po jakiejś tam przegranej i masakrze tego typu jednostki, wzorowanej – jak podejrzewa autor – na Tebańskim Świętym Zastępie – gdzieś tam na wyjeździe – na szybko: chyba o to chodziło:
      https://pl.wikipedia.org/wiki/Bitwa_nad_rzek%C4%85_Krimissos );
      „Podstawową ciężką piechotą” była tzw. piechota libijska – jakoby odpowiednik rzymskich legionistów; piechota iberyjska była bardziej zwarta, niż np. piechota galijska – walcząca wielkimi mieczami, na wymachiwanie którymi potrzebowała siłą rzeczy miejsca – walczyła więc w bardziej luźnej formacji, procarzy brali z Balearów, jazdę z Numidii (i chyba skądś tam jeszcze), najmowali nawet najemników z Grecji (jeśli dobrze zrozumiałem z cytowanego poniżej opracowania – kimś takim był między innymi słynny Polybios z Megalopolis**); a ponadto:
      Ustrój Kartaginy był połączeniem oligarchii i demokracji (albo monarchii – nie pamiętam, a nie chce mi się książki z półki ściągać – ja to wszystko z pamięci piszę cały czas) i w ogóle był taki zajebisty, że nawet bodajże Arystoteles się nim fascynował w swoim dziele pt. Polityka – do tego stopnia, że był to jedyny poza-grecki ustrój, jaki w ogóle został przez niego w dziele owym omówiony (jak zauważa autor omawianej pozycji – Arystoteles jakoby w ogóle nie „zauważał” istnienia Rzymu w swym dziele, ani tym bardziej jego oryginalnego ustroju – co miałoby jakoby świadczyć o wielkości ustroju kartagińskiego w przeciwieństwie właśnie do rzymskiego); Barkidzi zbudowali swoją potęgę w Hiszpanii, zdobywając tam taki autorytet, że wojsko samo obierało kolejnych przedstawicieli ich rodu na dowódców (po śmierci poprzedniego wodza z ich rodu), pomimo, iż nominalnie to miejska rada nobliwych starców miała w tej kwestii jurysdykcję – w efekcie więc, kiedy tylko wieść o obraniu przez wojsko nowego wodza docierała do Kartaginy, ci natychmiast sami również go nim ogłaszali – żeby zachować pozory, że niby oni o tym decydują…
      I najlepsze – wódz, który zbyt słabo sobie radził, był karany ukrzyżowaniem, podobnie zresztą, jak ten, który radził sobie… zbyt dobrze.
      Służyło to temu, by wskutek zdobycia nadmiernej popularności, nie sięgnął po władzę dyktatorską…

      Więcej w sumie nie kojarzę z jakichś szczególnie ciekawych, czy odkrywczych wniosków płynących z omawianej pozycji – więc konkluzja z tego jest jasna: „Nie ma tego za wiele”.

      Tak swoją drogą, to przeczytałem ją jeszcze zanim Zegarmistrz ją tu opisywał. Chciałem tymi powyższymi uwagami podzielić się pod tamtym tekstem, ale nie miałem wtedy na to czasu, więc ostatecznie: zrezygnowałem.
      No ale teraz to nadrobiłem, więc nic straconego. 🙂

      (albo po prostu, jako że był to kolejny czytany przeze mnie Warrior z rzędu – te wcześniej wymienione przeczytałem w pierwszej kolejności – nudził mnie już ten temat?)
      (choć nie wydaje mi się – jakkolwiek musiałem poczynić to zastrzeżenie)

      Być może Zegarmistrz będzie miał coś do dodania i mnie poprawi.

      Co do Rzymskich oddziałów w prowincjach wschodnich (1) 31 przed Chr.-195 po Chr. – ilustracje przedstawiające różnice w uzbrojeniu i wyposażeniu w zależności od rejonu są oczywiście wartością w samą sobie. Z tego też względu – pomimo tego, co napiszę poniżej – mam w planach nabycie również i Rzymskich oddziałów w prowincjach zachodnich (1) 31 przed Chr.-195 po Chr. (a jedynka w nawiasie w ich tytułach sugeruje, że kiedyś dostaniemy również i książeczki dotyczące okresu po 195 roku – co również wydaje się być niezwykle ciekawym).

      Co do treści zaś…
      Mnóstwo jakichś rozpisek nazw i lokalizacji różnych legionów w poszczególnych latach – kto założył dany legion, kto rozwiązał, kto ponownie użył tego samego numeru na oznaczenie nowego legionu (bo wbrew jakimś Hollywoodzkim legendom, jak to niby nigdy nie nazwano legionu numerem IX czy XIII – po jakimś tam rozbiciu takowego – było to zjawisko powszechne – a w szczególności siłą rzeczy najwięcej było legionów o numerze I – właściwie to w pewnym momencie niemal co drugi cesarz tworzył legion o tym numerze) – gdzie legion przeniesiono, skąd, kiedy i dlaczego, tabelki to wszystko zestawiające, itd.

      Co więcej – w tym jednym akurat tytule ja sam również spotkałem się z opisami typu: „żołnierz na omawianym reliefie przedstawiony został z uzbrojeniem według typologii jakiejś tam kogoś tam” – dobrze, że przynajmniej potem to zilustrowali na tych planszach w środku po prostu – może nie występuje to tutaj w aż tak skrajnej formie, jak w Armiach średniowiecznej Polski omawianych przez Zegarmistrza kilka miesięcy temu – ale jednak odnotowałem tutaj podobne zjawisko.
      I tak przez całą książeczkę. Znaczy to pierwsze – głównie w pierwszej połowie; to drugie – w drugiej.
      (albo nic innego nie zapamiętałem – ale czyż to nie wychodzi na jedno w takim razie?)

      Z kolei z Rzymskich sił morskich w okresie cesarstwa 31 przed Chr.–500 po Chr. zapamiętałem jedynie tyle, że flota rzymska w tym okresie stacjonowała w dwóch głównych bazach – na północy (w Ravennie?) i na południu (w Tarencie albo gdzieś w okolicach Neapolu? – nawet tego jednak do końca nie zapamiętałem) oraz jeszcze była jakaś na południu Galii – użytkowana jeszcze przez Antoniusza, potem porzucona jednak przez Oktawiana, więc się nie liczy. No i oczywiście jakieś tam mniejsze floty rzeczne, głównie w Germanii.
      Oraz oczywiście opisy przez całą książkę, jak to żołnierze nie lubili służyć w tych siłach morskich, traktując to jak jakąś ujmę na honorze. I rzeczywiście – często zbuntowane legiony przeformowywano za karę w siły morskie; jak również na odwrót – zasłużone „legiony” morskie przeformowywano w regularne legiony lądowe. Często również pragnienie takowego przeformowania było źródłem buntu – kilku cesarzy musiało tak przeformować poszczególne jednostki morskie.
      Wspominane były chyba również dodatkowo jakieś tam kampanie na morzu, głównie chyba na północy, w okolicach Germanii i Brytanii, ale szczegółów już nie pamiętam.

      Choć ponownie – była to moja trzecia książeczka z rzędu, dotycząca praktycznie tego samego okresu z rzymskiej wojskowości – kolejno po Legioniście i Oddziałach w prowincjach wschodnich – w dodatku wszystkie te tytuły razem wzięte w przeciągu zaledwie dwóch dni – Siły morskie tego samego dnia, zaraz bezpośrednio po Siłach wschodnich – może więc po prostu nudziło mnie już to, w efekcie czego nie skupiłem się na tym dostatecznie?
      Albo jednak nudziło mnie to już właśnie dlatego, że w większości – pomimo teoretycznie skupiania się przez kolejne z tych pozycji na innym wycinku wojskowości rzymskiej tegoż okresu – tak na dobrą sprawę to w większości czytałem trzeci raz o tym samym?

      Podsumowując więc powyższe – odniosłem po prostu wrażenie, jakoby to głównie w Warriorach kumulowano najwięcej ciekawych informacji (przynajmniej jeśli chodzi o Rzym), w Men-at-Armsach zaś powtarzano głównie to, co ogółem najważniejsze (a było już w Warriorach poszczególnych), urozmaicając jakimiś drobnymi, niby to tak wielce specjalistycznymi szczegółami – a tak naprawdę niewiele wnoszącymi.

      W związku z czym – zacząłem sceptyczniej postrzegać ewentualność nabycia innych pozycji z rzymskiej serii Men-at-Arms.

      Teraz moje pytania – do Zegarmistrza

      1. Dostrzegłem, że gromadzisz głównie literaturę dotyczącą wojskowości okresu średniowiecznego. Co do literatury dotyczącej wojskowości starożytnej zaś – to chociażby omawianych powyżej Ospreyów na twojej liście nie dostrzegam żadnych (bo jednego Piechura późnorzymskiego, sięgającego na dobrą sprawę średniowiecza, nie liczę – szczególnie, że pisałeś, że właściwie niemal identyczny on był ze średniowiecznymi Germanem, Wikingiem, Anglosasem).
      Zastanawiam się więc, jak to się ma do planowanej powieści inspirowanej Wojnami Diadochów.
      Czy – pomimo tematyki – jak również pomimo planowanego pierwowzoru dla wyglądu i organizacji Imperium Moriona – czyli, jak pisałeś gdzieś w lecie 2018 (albo nawet 2017 ?) – Imperium Asyryjskiego – planujesz tych swoich „Diadochów Kamieni” umieścić w scenerii bardziej średniowiecznej?
      Pytam o to dlatego, iż dochodzę do wniosku, że do wynikłych po rozpadzie Imperium Aleksandra Wojen Diadochów – w takiej formie, w jakiej miało to miejsce w historii – dojść mogło jedynie w określonych warunkach „kulturowo-politycznych” – tj. nie widzę tego w feudalnym średniowieczu. W średniowiecznej kulturze politycznej bowiem niemożliwym by było, by jacyś tam „generałowie” podzielili sobie tak swobodnie Imperium po swoim wodzu, by potem walczyć o nie między sobą – bez żadnego sprzeciwu ze strony tradycyjnej feudalnej arystokracji – szczególnie po przegranej przez tego Niezwyciężonego Zdobywcę bitwie i jego śmierci w niej.
      W średniowieczu miałbyś Grę O Tron i Starcie Dawnych-Lordów-a-Teraz-Królów – nie zaś Wojnę Generałów Wielkiego Lorda.
      Dostrzegam więc tutaj potencjalny „dysonans stylistyczny”.
      Dosyć dawno już chciałem się tym z tobą podzielić, a tutaj trafiła się okazja, więc ją wykorzystuję. 🙂

      2. Wymieniasz tam powyżej – wśród najbardziej polecanych – m.in. Hersira oraz Anglosaskiego Tana. Pamiętam jednak, że kiedyś wspominałeś, iż Germański Wojownik, a nawet wspomniany przed chwilą Piechur późnorzymski – są właściwe niemal identyczne z tymi dwoma.
      Czy w związku z tym mam rozumieć, iż te dwie polecane przez ciebie pozycje (Hersir oraz Tan) są wyraźnie lepsze od tych dwóch pozostałych?
      Czy może zachodzi tu podobne zjawisko, jak w omawianych przeze mnie Warriorach oraz Men-at-Armsach dotyczących Rzymu?
      Czy może chodzi o jakość ilustracji (że jakieś trafniejsze, czy coś) ?

      3. Jeśli ktokolwiek to czyta

      Czy ktoś mógłby wypowiedzieć się w kwestii pozostałych okrętów, dotyczących okresu starożytnego i ciut późniejszego – w tej chwili w ofercie Napoleona są bodajże trzy różne książeczki o okrętach Rzymu; ogólna o okrętach starożytnych do 500 roku przed naszą erą; tudzież Okręt bizantyjski vs Okręt Arabski?

      Chodzi mi o podobne omówienie, jak to moje na początku tego postu (dotyczące Okrętu Greckiego). Jestem po prostu ciekaw, czy trafił mi się po prostu taki „rodzynek” – czy może generalnie Ospreye dotyczące okrętów ogólnie plasują się powyżej średniej.

      Doświadczenie bowiem z Men-at-Armsami, które omówiłem, każą mi się ostrożniej zapatrywać na potencjalną zawartość – boję się, czy czasem nie będzie tam powtórzenia tego, co było w Siłach morskich w okresie cesarstwa.

      P.S.

      Uwaga! Drogi czytelniku!

      Jeśli przewinąłeś powyższą ścianę tekstu i nie chce ci się jej czytać – nie musisz.

      Chciałbym jednak podzielić się w tym miejscu moim niedawnym odkryciem

      **:
      https://www.academia.edu/37834754/Armia_rzymska…_ale_jaka_O_wiarygodno%C5%9Bci_uwag_Polybiosa_z_Megalopolis_na_temat_organizacji_exercitus_romanus

      Co, jak co – ale prace doktora Faszczy na temat armii rzymskiej zdecydowania pozwalają zapoznać się z aspektami, które zapewne dla większości fascynatów tego tematu już jak najbardziej będą „rewolucyjne” – i najbardziej chyba ze wszystkich omawianych powyżej pozycji pozwalają zweryfikować swoje poglądy na podejmowane przezeń kwestie.

      https://depotuw.ceon.pl/bitstream/handle/item/844/Faszcza%20-%20Rozprawa%20doktorska.pdf?sequence=1

      https://wsh.academia.edu/Micha%C5%82Faszcza

      https://www.facebook.com/armiarzymska/

      Swoją drogą – recenzowaną we wpisie powyżej pozycję, recenzował również przywoływany przeze mnie tutaj specjalista:

      http://madreksiazki.org/kategorie/historia-i-archeologia/pax-romana-wojna-pokoj-i-podboje-w-swiecie-rzymskim/

      • 1) Jak już Ci odpowiadałem: „Mroczny wojownik” to przeszłość. Książka ta mnie przerosła. Założenia fajne, ale w praktyce wychodził z tego „Miecz prawdy” spotyka „Shannarę”, a nie są to książki, które cenię i jakie chciałbym pisać. Zarzuciłem więc projekt.

        2) Hersira i Tana polecam, bo zapamiętałem je jako lepsze. Może wynikać to stąd, że je przeczytałem jako pierwsze, nie gwarantuje w tym przypadku obiektywizmu.

      • Lurker pisze:

        W taki razie sorry.
        Najwyraźniej po prostu źle cię zrozumiałem.

        Zacytuję jednak całość – z tematu: O grach pogranych, a nie zrecenzowanych:

        Przerwałem pisanie Mrocznego Wojownika. Pomysł mi się nie znudził i wiem, jak go pociągnąć. Problem w tym, że co bym nie zrobił wychodzi z tego coś na kształt twórczości Terrego Goodkina lub Terrego Brooksa. A po prostu oni nie piszą książek takich, jakie ja bym chciał.

        Przerwałem – nie zaniechałem czy porzuciłem definitywnie.
        Szczególnie w kontekście dwóch kolejnych fragmentów, przeze mnie tutaj pogrubionych, można było wnioskować, że po prostu zrobiłeś sobie tymczasową przerwę – mającą służyć temu, by odpocząć od tematu, a po jakimś czasie wrócić do niego ze świeżą głową.

        Jakkolwiek… analizując tę sprawę pod kątem tego, co – jak ostatnio pisałeś oraz jak tutaj piszesz – ci z tego wszystkiego wychodziło…

        Muszę w tym miejscu poddać w wątpliwość nawet twoje własne stwierdzenie, jakobyś wiedział, jak to pociągnąć.

        Uwzględniając bowiem to, co tam potem ci odpowiedziałem, przychodzi mi w związku z tym wszystkim jedynie taka hipoteza, iż najprawdopodobniej od samego początku – jak to się elegancko mówi – źle rozłożyłeś akcenty. *

        Bazując na tym wszystkim, ośmielę się w tym miejscu wręcz postawić tezę, iż – tak naprawdę – to najprawdopodobniej nigdy nie wiedziałeś, jak to pociągnąć.

        * – zapewne za bardzo skupiłeś się na tej podróży Rycerza Upadłego Kamienia, razem z tymi wszystkimi jakże wielowymiarowymi i niepowtarzalnymi charakterami, jak Upadła Dziewica, Mścicielka, Mędrzec, Dziesiąty Mędrzec, Genialny Błazen, Pewnie Jakiś Cywilizowany Ork, Jedna Panna Księcia, Kolejna Panna Księcia, i kogo tam jeszcze nie wymieniałeś, itd.
        Na jakże zawiłych i zniuansowanych relacjach między nimi. **
        Bo tylko w taki sposób potrafię wyjaśnić sobie to, że z pomysłu o Wojnach Diadochów Nazguli Kamieni – wychodzi ci… Miecz prawdy spotykający Shannarę.
        Wnioskuję po prostu, że zaniedbałeś to, co powinno być tutaj najważniejsze: położenie nacisku na rywalizację tych diadochów.

        No ale to jedynie moja totalna spekulacja.
        Wybacz, jeśli za ostro.

        ** – w ogóle ten paranoiczny współczesny nacisk na relacje, relacje, jak najbardziej skomplikowane, udziwnione charaktery, ich relacje, na gromadkę możliwe unikalnych – czytaj: pokręconych – postaci, na relacje między nimi i jeszcze raz na te postaci…
        to w ogóle jest współczesne plaga – dotykająca chyba nie tylko fantastykę…
        Plaga uwalająca wiele historii, które NIE TYM akurat powinny stać…

        Ale to temat na osobny wpis. I to raczej nie mój, a kogoś bardziej obeznanego. Chciałem jedynie przedstawić moje podejrzenie co do przyczyn porażki tego twojego projektu, pt. „Mroczny Wojownik„.

        Ja oczywiście jedynie zgaduję.
        Ale właśnie coś takiego można wywnioskować z lektury tych wszystkich – łącznie z obecnym – raportów na temat tego projektu, zamieszczonych przez ciebie do tej pory.

        P.S.

        W tamtym temacie pisałeś potem jeszcze, że Wojny sztucerowe leżą już u wydawcy. I dopytywałem cię tam o te rewelacje.
        Jak to jest z tym wydawcą?
        Czy to może tajemnica?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s