Dlaczego nie boję się inwazji zombie:

Tematem dzisiejszego dnia będzie apokalipsa zombie. Inwazja żywych trupów jest dość medialnym tematem i kręci się o niej wiele filmów oraz seriali. Jednak jest to jednocześnie typ zagłady, którego najmniej się obawiam ze wszystkich możliwych scenariuszy.

Dziś będzie o tym, dlaczego się jej nie obawiam.

Pierwszy powód jest dość oczywisty, ale są też inne.

Żywe trupy nie istnieją:

Po pierwsze: w odróżnieniu od chorób, asteroid, broni masowej zagłady i Niemców zombie nie istnieją.

Co więcej, w odróżnieniu od zbuntowanych AI, dinozaurów lub kosmitów ich pojawienie się (przynajmniej w formie ożywionych umarłych) raczej nie jest możliwe. To byty całkowicie wyimaginowane.

Owszem, istnieją metody, które sprawić mogą, by zmarły zaczął się poruszać (można mu np. podłączyć elektrody do mięśni i zasilać akumulatorem), jednak są one tak nieefektywne, że w zasadzie jedynym prawdopodobnym scenariuszem ich wykorzystania to gniew Boga.

Największym problemem z zombie jest to, że jest martwy. Aby się poruszać trzeba dostarczać mięśniom energię. W tym celu potrzebują one tlenu i paliwa. Oba te czynniki dostarczane są żyłami, w których, jako, że zombie jest martwy, nie płynie krew. Gdyby nawet zaczęła płynąć, to musiałby się on odżywiać, czego nie robi, bo jest martwy…

Tak więc wchodzą w drogę dwie możliwości: zombie musi albo ponownie ożyć (więc może zostać też łatwo zabity ponownie), albo być zasilany z zewnątrz. Owszem, zapewne możliwe byłoby stworzenie czynnika (np. nanobotów, bakterii), który, dzięki jakimś, hipotetycznym prawom fizyki (np. teleportacji) brałby energię z jakiegoś, niewiadomego źródła (które najpierw musiałoby istnieć) i przenosił do zombie, ale do tego potrzebna jest już cała infrastruktura.

Jeśli taką mamy i koniecznie zależy nam na zabijaniu ludzi, to można to zrobić dużo prościej… Np. tworząc roznoszącego się drogą kropelkową super-mikroba, który ludzi uśmierci, bez zamienia ich w nieumarłych.

Chodzącemu trupowi szybko odpadłyby nogi:

Weźmy kawałek drutu i zginajmy go oraz prostujmy wiele razy. Co się stanie? A no drut się złamie.

Dokładnie takie same prawa, jak na drut działają oczywiście na nasze nogi. Te oczywiście nam nie odpadają, bowiem nasz organizm cały czas odbudowuje powstające mikrouszkodzenia. Dzieje się tak, bo jest żywy…

Jednak zombie jest martwy…

Więc procesy regeneracyjne nie zachodzą.

Tak więc koniec końców odpadną mu nogi. A wtedy będzie się czołgał. Więc odpadną mu też ręce.

O ile oczywiście najpierw nie zużyje się w jakiś inny sposób.

Zombie typu zarażeni natomiast zdechną przed jesienią:

Istnieje drugi typ zombie, są to zarażeni ludzie, którzy pozostają żywi, jednak zachowują się agresywnie, starają się ranić i zarażać kolejnych zdrowych. Takie istoty mogą istnieć. Są nawet czynniki chorobotwórcze (np. wścieklizna) wywołujące bardzo podobne efekty.

Tego typu zombie pozostają żywe. I to stanowi ich największy problem. Widzicie: żaden czynnik, za wyjątkiem magii i boskiej mocy nie może wyłączyć normalnych, biochemicznych zjawisk zachodzących w ludzkim ciele. To znaczy, że żywy lub ożywiony trup potrzebuje powietrza, ciepła, wody i żywności (dokładnie w tej kolejności) do życia. Żadna choroba nie uczyni też człowieka kuloodpornym. Może spowodować, że nie będzie odczuwał bólu, ale nadal, postrzelony wykrwawi się lub umrze wskutek szoku, choć po dłuższym czasie niż zdrowy. Zarażony czynnikiem zombie ponadto nadal może zachorować na inne choroby i umrzeć.

Niemniej jednak główna gradacja potrzeb to powietrze, ciepło, woda i żywność.

Podejrzewam, że tylko bardzo niewiele, bardzo pechowych zombie się udusi, aczkolwiek całkiem sporo może się utopić… Tą potrzebę można jednak łatwo wykorzystać przeciwko nim, na przykład zrzucając na ich stada gaz trujący.

Brak ciepła powoduje śmierć w ciągu kilku godzin. Wymaga on niestety zaistnienia odpowiednich warunków pogodowych, jednak te nie muszą być jakoś specjalnie trudne. Przy temperaturze 10 stopni oraz deszczu lub wichurze wystawione na ich działanie zombie typu zarażony nie przeżyją 6 godzin, jeśli nie będą miały odpowiednich ubrań lub nie rozpalą ognia. Zabije je hipotermia. Warunki takie panują na przykład we wrześniowe noce.

Jednak zanim nadejdzie wrzesień większość z nich zdechnie z pragnienia i głodu. Większość zombie pojawi się tam, gdzie jest najwięcej ludzi: w miastach. Miasta to natomiast efektywne pustynie, nie ma w nich żywności i nie ma wody. Te są dostarczane z zewnątrz. Pomijając pytanie, czy zombie będą w stanie odkręcić kran, to odcięcie wodociągów znacząco utrudni im życie. Zapasy żywności w sklepach natomiast starczą na jakieś 2 dni…

Wydostanie się poza miasta nie ułatwi sprawy. Nawet na terenach wiejskich większość żywności stanowią płody rolne, które nie dość, że są sezonowe (np. zboża dają duży plon, ale nadają się do jedzenia tylko w krótkim okresie przed zbiorem), to w dodatku, by były przyswajalne dla ludzi muszą zostać poddane skomplikowanej obróbce (np. wymienione już zboża, by być jadalnymi muszą najpierw zostać zmielone na mąkę, a potem trzeba z nich upiec chleb), lub wręcz mogą być na surowo trujące (jak ziemniaki czy fasola). Pokarm gotowy do jedzenia natychmiast stanowi tylko nikły procent. Owszem można polować na dzikie zwierzęta, ale trzeba zdać sobie sprawę, że jest ich bardzo niewiele (np. saren jest w Polsce około 800 tysięcy, zajęcy 500 tysięcy, dzików 250 tysięcy, jeleni 200 tysięcy), zwłaszcza w stosunku do liczby ludzi (38 milionów w Polsce) i potencjalnej ilości zombie…

Co więcej, jeśli zombie nie będą przestrzegać higieny, pić wodą z rzek i kałuż etc. to ryzykują całkiem sporo nieprzyjemnych chorób: cholerę, dyzenterię, tyfus, zapalanie płuc, które nieleczone pozabijają je w przeciągu paru dni.

Innymi słowy: wielkie, wygłodniałe hordy najpewniej w ciągu kilku dni zdechną z pragnienia. Te zombie, które przeżyją zabije głód. Pewnie niektóre zdołają to przetrwać. Te wyeliminuje nawet ciepła, pozbawiona opadów jesień.

Służby prawdopodobnie nie będą im pomagać:

Skoro zgnilca się nie tai, to plagi zombie też się nie powinno.

Większość filmowych apokalips zombie odbyło się przy aktywnej współpracy agend rządowych.

W tego typu filmach zawsze mamy do czynienia z tym samym scenariuszem. Służby, by nie wzbudzać paniki, nie informują obywateli o wybuchu epidemii do momentu, kiedy jej ukrycie jest niemożliwe. Kiedy to następuje znika radio i telewizja. Wojsko usiłuje terroryzować cywilów nie udzielając żadnych informacji. Brakuje jakichkolwiek danych o zorganizowanej ewakuacji.

Wszystkie te elementy nakładają się na siebie tak, jakby rządowi zależało na eksterminacji swoich podatników przez zombie…

Faktycznie, poza kilkoma dyktaturami, nikomu nie zależy na wybuchu masowej epidemii choćby dlatego, że jest ona całkowicie nieprzewidywalna i może zabić też dyktatora. Tak więc działania byłyby prowadzone zupełnie inaczej.

Tak więc: służby informowałyby o nowej chorobie od momentu jej wykrycia. Wszystkich, którzy mieliby z nią kontakt izolowano by i poddawano obserwacji, zwłaszcza, gdyby okazało się, że jest zaraźliwa i śmiertelna dla ludzi. Obszary jej występowania zostałyby najpewniej co najmniej poddane kwarantannie i oznaczone, zakazano by też zbliżania się do nich. Odgrodziłaby je policja, jeśli ta nie dawałaby sobie rady, to z pomocą przyszłoby wojsko.

Gdyby choroba mimo to nadal się rozprzestrzeniała, to ewakuowano by ludność z otoczenia.

Do walki z nią, przynajmniej w zorganizowanych krajach rządzonych przez mniej-więcej praworządnych ludzi, do walki z nią posłano by dokładnie tyle osób, ile trzeba, uzbrojonych tak, jak trzeba. Gdyby bieżące środki nie wystarczyły, to pozyskano by nowe, choćby powołując poborowych, kupując więcej broni, zaciągając pożyczki lub prosząc o interwencję państwa ościenne.

Lepiej jest popaść w zależność ekonomiczną, polityczną lub wręcz zgodzić się na okupację swojego kraju, niż pozwolić, by został całkowicie wyniszczony przez zombie.

Z drugiej strony: lepiej zadłużyć się i posłać pomoc nawet do wrogiego państwa, niż pozwolić, by obok nas hasało kilka milionów nieumarłych.

Ja nie mówię, że, gdyby nagle się okazało, że Polska musi prosić o pomoc Putina, to Rosjanie staliby się naszymi przyjaciółmi. Prawdopodobnie po wszystkim byłoby nam bardzo smutno. Zapewne wrócilibyśmy, przynajmniej okresowo, do stanu zależności z lat 50-tych. Jednak bardzo, bardzo niewiele rzeczy jest gorszych od zombie.

Wojsko ma wszystkie środki, by sobie z nimi poradzić:

Wojsko nie jest przygotowane do walki z zombie, bowiem zombie nie istnieją.

Mało prawdopodobne jest, by inwazja zombie miała postać natychmiastowej, gigantycznej epidemii. Aby do tego doszło musiałoby dojść do splotu kilku, bardzo mało prawdopodobnych czynników.

Tak więc czynnik zombiogenny musiałby albo dostać się w ręce terrorystów, którzy celowo zaraziliby społeczeństwo, albo też musiałoby dojść do katastrofy przemysłowej, w wyniku której czynnik uciekłby z jakiegoś laboratorium lub fabryki.

Problem w tym, że, by doszło do takiej sytuacji musi zostać spełnione kilka warunków. Po pierwsze: najpierw zombie muszą istnieć. Muszą zostać schwytane i muszą być prowadzone badania nad czynnikiem chorobotwórczym. Laboratorium musi być położone niebezpiecznie blisko siedzib ludzi / gdzieś gdzie terroryści mogą je ukraść.

Faktyczna reakcja byłaby inna. Czynnik umieszczono by gdzieś, gdzie byłby dobrze pilnowany. Przygotowano by odpowiedni sprzęt do walki z zombie i odpowiednio wyszkolonych ludzi w ilości potrzebnej do pozbycia się problemu. Oszacowano, ile zombie może się pojawić, a następnie powołano by tylu ludzi, by stłumić problem.

Oczywiście to mogłoby się nie udać, choćby z racji na niekompetencję polityków.

Niemniej jednak, gdyby problem eksplodował, to myślę, że dość szybko zostałby rozwiązany.

Zombie to tak naprawdę bardzo słabi przeciwnicy:

Nie używają broni, ani innych narzędzi, same się nie bronią, tylko bezmyślnie wykonują ataki, często są też bardzo powolne. Owszem, przynajmniej niektóre rodzaje mogą zaabsorbować bardzo duże obrażenia, jednak im samym trudno jest je zadawać.

Co więcej, dość prosto jest się zabezpieczyć przed większością ich ataków. Wystarczy grube ubranie, rękawice i byle jaka osłona twarzy i jesteśmy bezpieczni przed większością potencjalnych ataków zombie.

Wyposażenie się w dowolną broń, nawet kij, pod warunkiem, że będzie z mocnego i twardego drewna daje nam natomiast zdecydowaną przewagę zarówno ciosów, jak i zasięgu.

Natomiast oręż w postaci dobrej siekiery ciesielskiej czy maczety, o mieczu nie wspominając, w zasadzie gwarantuje nam wygraną.

Ba! Wystarczy nam deska z wbitym weń gwoździem.

Tak naprawdę dużo niebezpieczniejszym przeciwnikiem od zombie jest prawdopodobnie zwykły dresiarz. W starciu z ludźmi zombie polegać mogą tylko na liczebności.

Nawet żywy trup nie może chodzić na połamanych nogach. Jeśli natomiast walczysz z zarażonymi i masz nóż, choćby niezbyt ostry, kuchenny, to w najgorszym razie wyrównasz rachunek i za swoje życie zabierzesz co najmniej jednego.

A ludzie to bardzo kiepskie ofiary:

Tym, co najbardziej limituje zombie jest fakt, że, by rozmnażać się muszą zarażać ludzi. Jest to mniej-więcej tak efektywne, jakbyśmy, by się rozmnożyć, musieli najpierw gołymi rękoma zabić tygrysa.

Masowe pojawienie się zombie najpewniej nie tylko wywołałoby masową panikę, ale też zorganizowanej ad hoc samoobrony, mającej na celu nawet nie przeprowadzenie skutecznej akcji zaczepnej, co raczej działania defensywne, mające na celu zapewnić bezpieczeństwo ich członkom.

Po prostu, zagrożeni przez zombie ludzie prawdopodobnie zbiją się w gromady, wraz z sąsiadami i towarzyszami z przypadku uzbroją się w nogi od krzeseł, patelnie, młotki i siekiery, a następnie będą bronić siebie i swoich dzieci.

Nie sądzę, żeby wystarczyło to, by odeprzeć inwazje zombie na miasto, chyba, że tych będzie bardzo niewiele. Uważam jednak, że wystarczy to, by uczynić atak nieopłacalnym.

Po prostu horda zombie, niezależnie jak liczna będzie, szybko stopnieje, gdy okaże się, że celem przemienienia jednego człowieka będzie zmuszona poświęcić – dajmy na to – pięciu nieumarłych.

I są bardzo dobrzy w zabijaniu:

Jak mówiłem: jedyne, możliwe zombie, czyli zarażeni potrzebują oddychać. I można im to uniemożliwić.

W prawdzie chyba żadne państwo na świecie nie ma dużych zasobów broni chemicznej, ale to nie problem. Wiele typów gazów trujących ma bowiem cywilne zastosowania. Przykładem może być chlor, którego w samej Europie produkuje się rocznie 12 milionów ton. Inny: fosgen, którego w Polsce wytwarza się rocznie 500 ton, stosowany w przemyśle produkcji tworzyw sztucznych.

Obydwa te gazy stosowano w trakcie I wojny światowej jako broń chemiczną. Aby ponownie je taką uczynić wystarczy przepompować je do pojemników, które zmieszczą się w lufach armatnich. A potem ostrzelać nimi hordy zombie i opanowane przezeń miasta.

Owszem, po czymś ludzie długo nie będą mogli wrócić do domów…

Ale w sytuacji, gdy na szali ważą się losy całej ludzkości jest to strata, z którą można się pogodzić.

Jeśli chodzi o zombie typu żywe trupy, to dla nich chemia przemysłowa też ma prezent. Biały fosfor, półprodukt w przemyśle nawozów sztucznych. Ta bardzo pożyteczna substancja ma zwyczaj zapalać się od tarcia powietrza, produkując biały ogień tak gorący, że płonie nawet pod wodą. W kontakcie z nim zarówno żelazo, jak i ludzkie kości się topią, w ciele wypala dziury na wylot, jeśli spadnie na dachy, to przepala się przez kolejne piętra, aż do piwnic…

Stosowano go w trakcie II wojny światowej w bombach zapalających.

Ale od tego czasu wiele się zmieniło. Na przykład jedno F-16 jest w stanie przenieść mniej-więcej tyle bomb, co dwie eskadry ciężkich bombowców z wiadomego okresu.

Ten wpis został opublikowany w kategorii fantastyka, Seriale, Telewizja i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

5 odpowiedzi na „Dlaczego nie boję się inwazji zombie:

  1. DoktorNo pisze:

    Rozważania z cyklu pt. „Dlaczego kreskówki nie są realistyczne”. 🙂

  2. Tablis pisze:

    Oryginalnie (tzn. w tradycji voodoo) zombie/umarlaki były animowane magią, więc kwestia ich funkcjonowania była rozwiązana w ten sposób. Obecnie najpopularniejsze są wirusy i inne bakcyle, co istotnie wymaga, aby nie myśleć o tym jak funkcjonują za dużo. Warto jednak wspomnieć, że w niektórych filmach i grach są one ukazane jako istoty żywe, a w tym przypadku można je sobie wyobrazić jako zagrożenie przez kilka tygodni w przypadku gwałtownej epidemii.

    Ostatnio grałem w grę The Last of Us, gdzie umarlaki są przedstawione jako żywe, a mimo to jakimś cudem były w stanie przeżyć lata. To jeszcze bym przełknął, ale w dalszej części gry zaczyan się zima, więc (oczywiście…) okazują się mrozoodporne. Tego już dla mnie było za dużo

  3. Skate pisze:

    Jak liczyłeś, że ci wyszły w końcówce te 2 eskadry ciężkich bombowców – chyba jeden b29 zabiera więcej bomb niż f16?

  4. Grisznak pisze:

    Co do broni chemicznej – oczywiście danych nie ma, ale Korea Północna ma jej zapewne pokaźny arsenał i jest eksporterem – były już przypadki zatrzymywania statków wożących ją do np. Syrii. Irak miał jej sporo, więc Iran pewnie też ma swój zapas. To generalnie „bomba atomowa dla ubogich”, więc zapewne różne reżimy mają swoje zapasy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s