Jak zmieniłbym program szkolny, gdybym mógł:

Niedawno był pierwszy września, w związku z czym dzieciaczki poszły do szkoły i ponownie rozgorzała dyskusja na temat tego, jaka powinna być rola systemu edukacyjnego. Jako, że jest ku temu okazja postanowiłem napisać kilka stron na temat tego, jak zmieniłbym wygląd polskiej edukacji.

Nie będę ukrywał, że mam negatywny stosunek do instytucji, jaką jest szkoła. Niemniej jednak tym razem spróbuję pisać rzeczowo i merytorycznie, bez głupich żartów i przesady, a używając wyłącznie języka argumentów, strat i korzyści.

Skupię się głównie na przedmiotach humanistycznych, gdyż na matematycznych i przyrodniczych się nie znam.

Ogólna zmiana:

Po pierwsze, w mojej opinii system szkolny popełnia jeden błąd: skupia się na selekcji negatywnej, a nie pozytywnej. Stara się raczej karać za brak talentu, niż nagradzać za posiadane umiejętności. Tak więc: jeśli masz celujący z języka polskiego, a niedostateczny z matematyki, to jesteś nikim. Jeśli masz celujący z matematyki, a niedostateczny z języka polskiego, to tez jesteś nikim.

Jest to jedyny, znany mi obszar ludzkiej działalności, gdzie wady ludzi mają większe znaczenie, niż ich zalety.

Serio: nie dobiera się hydraulika pod względem umiejętności recytowania wierszy, czy też poety po tym, czy jest dobry z geografii, albo lekarza po jego wiedzy historycznej… Tym czasem szkoła dokładnie to próbuje robić.

Obecny system bardziej, niż na rozwijanie zainteresowań i zdolności uczniów nacisk kładzie na zmuszanie ich do robienia rzeczy, które wychodzą im źle.

I, aczkolwiek uważam, że istnieje pewien kanon wiedzy, który każdy człowiek powinien zgłębić, to jednak nie wszystkie informacje przekazywane w szkole do takiego należą. Odszedłbym więc od tradycyjnego systemu ocen, ku systemowi punktów. Uczeń, by skończyć klasę powinien zgromadzić określoną liczbę punktów (np. 0 za niedostateczny, 1 za dopuszczający etc.), co osobom przejawiającym szczególne uzdolnienia w jakiejś dziedzinie pozwoliłoby na zlekceważenie tych obszarów zainteresowań, w których są słabe.

Język polski:

Pierwsze i najważniejsze zmiany wprowadziłbym w systemie nauczania języka polskiego. Tak więc:

Erystyka: na początku zleciłbym napisanie przystępnej wersji „Erystyki” Schopenhauera, bowiem to, co ów spłodził stanowczo do czytania się nie nadaje. Utwór ten byłby obowiązkową i podstawową lekturą, która brana byłaby natychmiast, gdy tylko młodzież byłaby w stanie go zrozumieć. Znajomość wszystkich 32 sposobów byłaby obowiązkowa, a uczniowie cały czas odświeżaliby ją przy okazji innych lektur (np. pisząc zadania w rodzaju „Jak Wokulski posłużył się sposobem dwunastym, by zwieść Izabelę Łęcką”).

Powód jest prosty: erystyka jest używana na każdym kroku. Korzystają z niej kampanie reklamowe, dziennikarze, artyści, politycy, działacze społeczni, kapłani, hochsztaplerzy od lewoskrętnej witaminy C, płaskiej ziemi i Wielkiej Lechii…

Myślę, że z korzyścią zarówno dla młodych, jak i całego społeczeństwa byłoby, gdyby wiedzieli, po czym w sposób stuprocentowo pewny poznać, że ktoś ich okłamuje.

Rozumienie tekstu dziennikarskiego: drugim, ważnym elementem nauki języka polskiego byłoby czytanie artykułów prasowych i analizowanie ich pod kontem nieczystych zagrań, jakie stosują ich autorzy. Rolą tego ćwiczenia byłoby wypróbowanie w praktyce teoretycznych umiejętności wypracowanych dzięki powyższej lekturze.

Wiedza o społeczeństwie:

Wiedza o społeczeństwie jest bardzo pożytecznym przedmiotem, na którym jednak uczy się rzeczy bez znaczenia. Program wypełniony jest bowiem zapamiętywaniem suchych, niepotrzebnych faktów w rodzaju tego ile mamy klubów parlamentarnych w Sejmie (jakby nie zmieniało się to przy każdych wyborach) i ilu zasiada w nich posłów (jakby nie dało się tego sprawdzić na Wikipedii). Tak więc program tego przedmiotu całkiem bym przeorał. Dodałbym do niego też następujące elementy, które stanowiłyby podstawę edukacji:

Uprawnienia policjantów i służb: czyli co można zrobić i w jakich okolicznościach policjantowi, strażnikowi miejskiemu, ochroniarzowi w sklepie, urzędnikowi etc. Oraz jak postępować w chwili, gdy dojdzie do naszego kontaktu z tego typu osobami. Co jest, a co nie jest nadużyciem. Gdzie możemy zgłosić się po pomoc, jeśli takiego nadużycia jesteśmy świadkiem lub ofiarom? Jak reagować? Co jest nadużyciem z naszej strony? Co nam się stanie, jeśli do takiego nadużycia dojdzie?

Co ważne: nauczyłbym dzieciaki jak wygląda rozprawa w polskim sądzie i jak w jej trakcie postępować. Miałem okazję brać w takiej udział jeden raz, było to wydarzenie tragikomiczne (nikt nie wiedział, jak powinien się zachowywać, przeciwna strona krzyczała co chwila „Sprzeciw!„, jej adwokat musiał ją uspokajać…), wszyscy byliby szczęśliwsi, gdyby do takich sytuacji nie dochodziło.

Podstawy prawa: nie jakieś bardzo zaawansowane, żadnego uczenia się casusów na pamięć czy wkuwania kodeksu karnego. Po prostu kilka ogólnych zasad, pozwalających zrozumieć, jak to wszystko razem ze sobą funkcjonuje i jak działa.

Nauczyłbym tu na przykład przepisów ruchu drogowego.

Bo w sumie czemu nie?

Podstawy prawa własności: byłyby ważnym elementem mojej Wiedzy O Społeczeństwie. W szczególności Ograniczone Prawa Własności. Przede wszystkim starałbym się wyklarować ludziom, że tak naprawdę nie są właścicielami swoich gruntów, a tylko wspólnikami. Właścicielami gruntów jest państwo (dlatego też mienie bezspadkowe przechodzi na państwo, stąd też tytuł do płacenia podatków), kupując ziemię tak naprawdę stajemy się jej udziałowcem i możemy jej używać tylko tak, jak zezwala nam na to nasz wspólnik, czyli państwo (dlatego też nie możemy zbudować na naszej działce składowiska odpadów radioaktywnych, wydobywać ropy czy też prowadzić badań wykrywaczami metalu… z tej samej przyczyny państwo może nas wywłaszczyć, jeśli znajdzie u nas kopaliny).

Po drugie: że takie coś jest sprawiedliwe. Bo tak naprawdę nie mamy tytułu, by domagać się pełnej własności. Bowiem nikt takiej nigdy nie miał, z naszymi przodkami włącznie. Pełnej własności nie było ani za komuny, ani za II RP, ani za cara, ani za królów elekcyjnych, ani za Jagiellonów, ani za piastów, ani za wspólnot plemiennych.

Ziemia była albo własnością państwa, albo monarchy, albo plemienia. A ty mogłeś gospodarzyć się na niej tylko tak, jak Ci pozwolili.

Podstawy społeczeństwa obywatelskiego: jedna z lekcji i byłaby to najważniejsza z lekcji, a umiejętność rozróżnienia tego wymagana byłaby do otrzymania oceny dostatecznej poświęcona byłaby rozróżnieniu tego, czym różni się anarchia od wolności (anarchia to stan bez praw, wolność to „libertas” czyli „swoboda pomiędzy prawami”) oraz czym różni się warchoł od obywatela.

To, że jest to lekcja konieczna widać choćby w Internecie, gdzie co chwila mamy komentarze typu „jak to nie mogę jeździć z prędkością 150 kilometrów na godzinę w terenie zabudowanym? Gdzie jest wolność ja się pytam?”

Wiedza o kulturze:

Wiedza o kulturze to przedmiot, który w liceum zastąpił dawną muzykę i plastykę. Polega on w dużej mierze na tym, że nauczyciel siedzi i puszcza slajdy oraz coś tam opowiada.

Muszę powiedzieć, że system edukacyjny imponuje mi kunsztem, z jakim potrafi sprawić, by coś, co już było bez sensu zostało go jeszcze bardziej pozbawione.

Za moich czasów plastyka polegała na tym, że przez godzinę lekcyjną siedzieliśmy i rysowaliśmy, a potem dostawaliśmy piątki. Ewentualnie malowaliśmy lub wyklejaliśmy i wtedy wszystko było ujebane klejem lub farbkami. Ogólnie nie miało to żadnego sensu.

Muzyka była jeszcze gorsza…

Nie zmienia to faktu, że umiejętności plastyczne są rzeczą bardzo przydatną, a co więcej ich przydatność w naszym świecie rośnie. Sam niżej podpisany zarobił w tym roku kwartalną pensję sprzedając zdjęcia w Internecie. A w podobny sposób można sprzedawać też rysunki lub zdjęcia…

Żadnych wyklejanek i malowanek: umiejętność wyklejania makatek z włóczki i malowania za pomocą farbek wodnych jest umiejętnością czysto szkolną. W prawdziwym życiu przydaje się tylko do jednego: odrabiania zadań z plastyki za dzieci. Jako taka jest stratą czasu i powinna zniknąć z programu.

Złota zasada: jest to używana w fotografii zasada komponowania zdjęć w taki sposób, żeby ładnie wyglądały. Używa się jej też w innych sztukach plastycznych. Generalnie polega ona na tym, że, jeśli pokrywa się czymś 2/3 obrazu, pozostałą 1/3 wypełnia się czymś przeciwnym. Obiekty: pustką, ciemne barwy jasnymi, chłodne ciepłymi…

Umiejętność właściwego komponowania obrazu byłaby ważną umiejętnością. Nie każdy musi być geniuszem, ale ładne selfie każdy chciałby sobie czasem strzelić.

Podstawowe techniki rysunku: nie jestem plastykiem, ale jestem pewien, że istnieją jakieś sposoby trzymania ołówka, albo sprawiania, że coś co powstaje na kartce papieru wygląda faktycznie jak twarz człowieka, a nie jak wyobrażenie ideograficzne o wysokim stopniu umowności. Jestem też pewien, że przez te 10 lat, przez które uczono nas plastyki dałoby się zmieścić te umiejętności w programie.

Jestem też niemal pewien, że istnieją techniki mieszania farb tak, żeby uzyskać pożądane kolory (a nawet, że zostały one stabelaryzowane), podobnie jak to, że różne rodzaje pędzla czy ołówka mają swoje zastosowania. Tych rzeczy też można byłoby ludzi nauczyć.

Emisja głosu: na niektórych kierunkach studiów mają to jako przedmiot. Podobnie ćwiczy się to jako przysposobienie do niektórych zawodów (co ciekawe nie do zawodu nauczycielskiego… a przynajmniej nie za moich czasów). Jest to po prostu umiejętność darcia ryja na innych ludzi. Zdolność, jakby na to nie patrzeć: przydatna.

Podstawy scenopisarstwa: jakieś proste podstawy pisania kreatywnego (gardzę nim, ale nie neguję przydatności), podział trójaktowy i pięcioaktowy oraz umiejętność zastosowania ich w praktyce. Znowu: żyjemy w czasach elektroniki, Internetu i Youtube. Nie sądzę, bym, uważając, że ktoś może w życiu mieć ochotę coś nakręcić lub napisać scenariusz jakiegoś programu, wychodzę za daleko w sferę wyobraźni.

Języki obce:

Co rozwinę w innym tekście: mimo że języki obce są dzisiejszym świecie niezbędne, to szkolna postać ich edukacji pozostawia wiele do życzenia. Program szkolny skupia się więc na nauce gramatyki i przygotowaniu do certyfikatów. Efekt jest taki, że uczeń po spędzeniu 12 czy nawet 17 lat na nauce (jeśli kończył studia), nie jest w stanie zrozumieć prostych poleceń w pracy, przeczytać po angielsku książki, obejrzeć filmu czy też dokonać relatywnie prostych czynności.

Problemem jest też rodzaj preferowanego słownictwa. Zasadniczo większość lekcji, jakie pamiętam sprowadzało się do scenek rodzajowych, w trakcie których poruszano jakiegoś rodzaju, światowe problemy: ocieplenie klimatyczne, wycieczki turystyczne w różne zakątki świata i tak dalej i tak dalej. W efekcie otrzymujemy więc uczniów, którzy potrafią mówić o pierdołach, ale często zrobienie zakupów przerasta ich możliwości.

Nie wiem jak, ale jakoś zmieniłbym ten styl nauki, kierując je ku bardziej życiowemu słownictwu i scenkom.

Religia:

Taka ciekawostka: z przeprowadzonych w Niemczech badań wynika, że nie ma skuteczniejszego środka dechrystianizacji, niż szkolne lekcje religii.

I teraz tak: jeśli napiszę, że religię należy usunąć ze szkoły ludzie nazwą mnie antychrystem.

Jeśli napiszę, że należy ich dodać, to też zostaną zwyzywany od antychrystów.

Więc napiszę, że należy zostawić tak, jak jest.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Dziwne rozkminki, Offtopic, Wredni ludzie i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

13 odpowiedzi na „Jak zmieniłbym program szkolny, gdybym mógł:

  1. Siman pisze:

    „Co ważne: nauczyłbym dzieciaki jak wygląda rozprawa w polskim sądzie i jak w jej trakcie postępować. Miałem okazję brać w takiej udział jeden raz, było to wydarzenie tragikomiczne (nikt nie wiedział, jak powinien się zachowywać, przeciwna strona krzyczała co chwila „Sprzeciw!„, jej adwokat musiał ją uspokajać…), wszyscy byliby szczęśliwsi, gdyby do takich sytuacji nie dochodziło.”

    Do tego naprawdę nie trzeba szkoły (zwłaszcza, że każda wiedza teoretyczna nieużywania zanika po paru, a na pewno po 20, 30 latach) tylko ogarniętego systemu sprawiedliwości. W UK miałem okazję zobaczyć jak to działa w sprawach kryminalnych i tam np. świadek (właściwie poszkodowany, ale oskarżenie było publiczne, więc poszkodowany występował jako świadek prokuratury) dostaje godzinny briefing w postaci policjanta, który najpierw robi z nim wywiad dla potwierdzenia lub uzupełniania początkowych zeznań, potem asystenta, który na obrazkach tłumaczy jak wygląda sala sądowa, kto gdzie siedzi, jak się należy zwracać do sędziego i do całej reszty, jak odpowiadać na pytania, a jak nie odpowiadać. Poza częścią z zeznaniami rodzina i znajomi mogą cały czas siedzieć ze świadkiem, mają nawet osobny status na plakietce (nie pamiętam dokładnej nazwy, coś w stylu „wsparcie osobiste świadka”), mogą sobie siedzieć w bloku wydzielonym i zamkniętym dla świadków prokuratury, po briefingu siedzisz sobie w poczekalni z herbatą i ciastkiem, bo rozprawa się opóźnia (a opóźnia się identycznie jak w Polsce, czyli długo i często), a asystent, facet po 70-tce który jak się okazuje jest wolontariuszem, tłumaczy ci przy okazji jak działa system sądowy w UK, co robi ława przysięgłych, co to jest uzasadniona wątpliwość, kiedy proces jest unieważniany itd.

    Autentycznie czuję, że wiem dużo więcej o brytyjskim systemie sprawiedliwości niż o polskim, mimo że z polskim miałem wątpliwą przyjemność obcować więcej.

  2. Tablis pisze:

    Zwracam uwagę, że średnia ocen działa dokładnie tak samo jak gdyby dodawać punkty z wszystkich przedmiotów (tylko dodajesz i dzielisz przez ilość…). Jedyną różnicą jest, że trzeba zaliczyć wszystkie przedmioty, czyli mieć co najmniej 2. Niemniej ocena dopuszczająca jest rozumiana jako rozsądne minimum, które powinno być osiągalne dla każdego przy pewnym wysiłku, więc nie widzę z tym problemu.

    Z nauk ścisłych zdecydowanie należy uczyć logiki, naturalnym jest jej połączenie z erystyką. Poza prostą arytmetyką duża część materiału z matematyki jest dla ogromnej większości ludzi nieprzydatna. Warto się więc zastanowić nad wyborem zagadnień, które są bardziej intelektualnie stymulujące i adekwatne do współczesnego świata. Geometria jest wszechobecna przy wszelakim projektowaniu, szczególnie w architekturze, inne nośne kulturowo tematy, jak fraktale, są kompletnie pomijane.

    Fizyka ma literalnie program sprzed 100 lat. Bloczki i toczące się walce jeszcze potrafię zrozumieć (uczą jak wkładać matematykę w opis realnych obiektów), ale uczenie termodynamiki to nonsens. Znajomość zasad sprężania się gazów to literalnie pozostałość z czasów, gdy było to potrzebne do maszyn parowych. Ludzie mają kulturowy kontakt z fizyką współczesną – grawitacją Einsteina, kosmologią, mechaniką kwantową. Jest tego obecnie trochę w nauce fizyki, ale zdecydowanie za mało. Uczniowie powinni mieć dużo lepsze wyobrażenie, co współczesna fizyka wie o naturze rzeczywistości.

    No i chyba najważniejsze – informatyka. Współcześnie dla przeciętnego absolwenta przydatna bardziej, niż reszta z wymienionego razem wzięta. Nauka programowania powinna być kluczowa. Programowanie uczy kreatywności, ścisłego rozumowania i planowania. Potrzebne każdemu inżynierowi, a i przeciętnemu Kowalskiemu umiejętność robienia prostych skryptów od czasu do czasu się przyda (np. do obróbki tekstu).

    • Siman pisze:

      Tzn. moim zdaniem program nie tyle powinien się skupiać na przekazywaniu takiej czy innej wiedzy – bo wiedza to jest aktualnie coś co zawsze masz pod Googlem – tylko na umiejętności krytycznej analizy wiedzy. Dawniej o pewnych rzeczach nie dowiedziałeś się, jeśli nie powiedziano ci tego szkoła, teraz internet może ci dziennie wsypać do głowy 10x tyle informacji, co nauczyciel, problem w tym, że większość to kompletne bzdury. I ludzie ewidentnie nie potrafią odróżnić bzdur od wiedzy sensownej, co prowadzi do np. histerii szczepionkowej.

      To jest trochę nauka erystyki o której pisał zegarmistrz, ale też nauczenie podstaw metodologii nauk. Metoda naukowa to jest zazwyczaj coś czego nie uczy się dobrze nawet na studiach, a w rzeczywistości istnieją pewne podstawy, które spokojnie jest w stanie opanować licealista, a które w przyszłości pozwolą mu odróżnić, czym się różni źle napisany artykuł o mało istotnym, ale głośnym odkryciu dwóch czy trzech kolesi, którzy potrzebują coś opublikować w punktowanym piśmie od konsensusu naukowego zbudowanego na setkach badań i metaanaliz, więc np. antropogeniczne ocieplenie klimatu jest bardziej prawdopodobne niż to, że np. czekolada raz daje, a raz nie daje raka. Albo że nawet jeśli w szpitalu połowa personelu to niekompetentni idioci, a znachorka w chałupie na przedmieściach jest wspaniałym człowiekiem to nadal nie przekreśla wartości medycyny jako metody ratowania zdrowia i życia.

    • Zwracam uwagę, że średnia ocen działa dokładnie tak samo jak gdyby dodawać punkty z wszystkich przedmiotów (tylko dodajesz i dzielisz przez ilość…). Jedyną różnicą jest, że trzeba zaliczyć wszystkie przedmioty, czyli mieć co najmniej 2. Niemniej ocena dopuszczająca jest rozumiana jako rozsądne minimum, które powinno być osiągalne dla każdego przy pewnym wysiłku, więc nie widzę z tym problemu.

      To jeszcze trzeba by przemyśleć. Ale punktami można manipulować. Np. dawać dużo więcej za 5 i 6 niż za trzy (np. 3 za dostateczny 15 i 18 za celujący).

      Inna opcja, jaka przychodzi mi do głowy to podział materiału na mniejsze porcje (np. arytmetyka, geometria, funkcje, trygonometria) i „drzewka umiejętności” (by uczyć się geometrii musisz znać arytmoetykę etc.). Ocena zależna byłaby od liczby opanowanych działów, wybieranych z puli, przy czym niektóre mogłyby być obowiązkowe. Uczelnie wyższe natomiast tworzyłyby liczbę „perków” potrzebnych, by dostać się na określony kierunek.

      Poza prostą arytmetyką duża część materiału z matematyki jest dla ogromnej większości ludzi nieprzydatna. Warto się więc zastanowić nad wyborem zagadnień, które są bardziej intelektualnie stymulujące i adekwatne do współczesnego świata. Geometria jest wszechobecna przy wszelakim projektowaniu, szczególnie w architekturze, inne nośne kulturowo tematy, jak fraktale, są kompletnie pomijane.

      Zastosowanie trygonometrii, za podręcznikiem do matematyki, pożyczonym od praktykanta: mierzenie wysokości drzew bez ich ścinania, obliczanie pozycji i ruchu planet czy kreślenie dokładnych map terenu. Przecież to absurd.

    • ola22 pisze:

      weź pod uwagę, że aby pojąć współczesną fizykę, to trzeba pojąć też współczesną matematykę, a do tego jest zdolne może 0,1% ludzi.

  3. DoktorNo pisze:

    Szkoła óczy i wyhowóje! 😛

    A tak serio to ja z moich doświadczeń wiem, że szkoła przede wszystkim obrzydza i tłamsi zainteresowania i hobby wykraczające poza program szkolny.

    Lekcje plastyki to porażka na całej linii, raz moja plastyczka zachorowała tak, ze była w szpitalu na długie miesiące i w zastępstwie przyszedł pan od techniki. W te kilka miechy nauczyłem się więcej perspektywie niż przez całą szkołę podstawową. 😛

    • Robson pisze:

      Ja akurat miałem szczęście do plastyki od podstawówki do gimnazjum, gdzie nauczyciele mieli dość pasji i pomysłu, by zajęcia nie były nudne i bezsensownie – przynajmniej mi :p (no może w 5 klasie na pół roku dotychczasowego nauczyciela plastyki zastąpiła prawdopodobnie natchniona (nawiedzona) absolwentka jakiegoś ASP – której raczej się nie spodobało, że ma uczyć jedenastoletnich smarkaczy :p)

  4. Rita pisze:

    Temat pięknie ujęty, ale muszę jeszcze dodać coś od siebie: przywrócić „prace techniczne”, czyli przyszywanie guzików, szydełkowanie, obsługę żarówek, śrubokręta czy piły, lutowanie. Na podstawowym poziomie.
    A z plastyki w młodszych klasach koniecznie zostawiłabym wyklejanki, podstawy tkania czyli makatki, lepienie z gliny. Jest to bardzo stymulujące dla mózgu, który potrzebuje bodźców płynących z rąk a ich nie ostaje w świcie pukania w szkiełka telefonów i tabletów. Dodatkowo manualne zajęcia bardzo wyciszają więc mają efekt terapeutyczny. To tyle ode mnie.

    • polobis pisze:

      @Rita A pójdziesz za mnie siedzieć, jak dziecko sobie przyszyje guzik do palca, szydełkiem wydłubie koledze oko, zamiast żarówki do oprawki wsadzi palec, a „dowcipny” kolega włączy prąd, śrubokrętem zrobi dziurę w nodze, piłą natnie lub utnie palec, a lutownicą się poparzy?
      Kiedyś jak gówniarz się lub kogoś uszkodził, bo błaznował to najpierw dostał uwagę w dziennik, a później łomot w domu.Teraz za każdy taki przypadek odpowiada nauczyciel, do tego dochodzi powództwo cywilne o odszkodowanie za uszkodzenie czy inwalidztwo.
      Żeby było śmiesznie – przekazuję moim uczniom te umiejętności o których wspominasz nie oglądając się na durny program nauczania i zawsze jestem pełen strachu, jak operują ostrymi narzędziami, bo wypadki się zdarzają, ale winien będę wyłącznie ja. Nie ma pracowni do techniki, nie ma narzędzi, dzieci nic nie przynoszą. Wszystkie materiały i narzędzia kupuję lub zdobywam sam i przynoszę do klasy na własnym garbie. Żeby było jeszcze śmieszniej – wtedy, kiedy dzieci zaczynają interesować się techniką, nabywają umiejętności manualnych – wtedy właśnie technika się kończy. W klasie 7 i 8 techniki nie ma. Z każdego za to mam zrobić programistę na 1h informatyki tygodniowo…
      Wyklejanki, malunki w młodszych klasach – bardzo stymulujące i rozwijające – natomiast w klasach ponadpodstawowych – jakoś bez sensu.
      Języki obce – znam osobiście przypadek, że młody anglik chodzący do naszej szkoły miał piątkę z angielskiego
      Religia – Przy 38 godzinach dydaktycznych w szkole dwie to religia – od zerówki. W każdej klasie, do matury. Nie ma żadnego przedmiotu ogólnokształcącego czy zawodowego, którego łączna liczba godzin w cyklu kształcenia byłaby chociaż równa liczbie godzin religii. Katechetę zatrudnia co prawda szkoła, ale z listy osób „polecanych” przez kurię. Nie mogę sobie zrobić podyplomówki z religii i uczyć, bo jeżeli w ogóle jestem na jakiejś liście kurii, to pewnie na tej do odstrzału. Z roku na rok widzę coraz mniejszą frekwencję na religiach – w klasach pełnoletnich na 30 osób chodzi 10 i to tylko dlatego, że mają umowę z księdzem na szóstkę – która podbija średnią.

      • Katechetę zatrudnia co prawda szkoła, ale z listy osób „polecanych” przez kurię.

        Jak się niedawno okazało identyczna sytuacja jest też z przewodnikami muzealnymi.

        Z roku na rok widzę coraz mniejszą frekwencję na religiach – w klasach pełnoletnich na 30 osób chodzi 10 i to tylko dlatego, że mają umowę z księdzem na szóstkę – która podbija średnią.

        W kontekście powyższego bardzo mnie to cieszy.

  5. slanngada pisze:

    Bardz, bardzo, bardzo dobry tekst!

  6. Dariusz Wojtowicz pisze:

    Lekcje plastyki i prac ręcznych, są jak najbardziej przydatne. Malowanie, wyklejanie może jedynie wzbudzić zainteresowanie technikami, co jest moim zdaniem O.K. Za to sklejanie modeli, budowa domków dla ptaków jest zajęciem jak najbardziej praktycznym. Tak jak i nauka gotowania, pieczenia i robienia sałatek. Tak, kiedyś na ZPT takie zajęcia mieliśmy. Nauka rysunku, pisma technicznego, to też na ZPT, do tej pory bardzo mi się przydaje. I da się dzięki tym umiejętnością dorobić, nie tylko wyręczając przyszłych inżynierów którzy nie zostali w szkole podstawowej nauczeni wykonywania rysunków technicznych, ani przenoszenia na papier obiektów w trzech rzutach. Nauka języka. Cóż, może i racja, a może i nie. My się uczyliśmy czytając czasopisma dla dzieci, oglądając filmy w wersji oryginalnej oraz na spotkaniach z rówieśnikami obcojęzycznymi. Chociaż syn potwierdził że przez 8 lat nauki języka w szkole, nauczył się mniej niż podczas 3 lat uczeszczania na zajęcia dodatkowe.
    Z pozostałych przedmiotów, z matematyki przydają się w życiu podstawowe działania, nieco więcej przydaje się znajomość geometrii. Za to z nauki języka ojczystego…. Nadal nie wiem co autor miał na myśli:)
    A tak na koniec, tekst świetny.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s