Życie i telewizja po „Grze o Tron”:

Wiadomo, co się niedawno skończyło w stylu tak kiepskim, że Internet jeszcze nie wydobrzał. Pora zastanowić się, jak to wpłynie na telewizję, zwłaszcza, że mieliśmy do czynienia z – było nie było – najważniejszym widowiskiem dziesięciolecia. Oraz jednocześnie z jednym z najwyżej ocenianych seriali tego okresu.

Dlaczego „Gra o Tron” była ważna:

Cokolwiek by o niej nie myśleć Gra o Tron to nie był byle jaki serial. Był to serial, który wyznaczył rytm życia telewizji, dokonał, wraz z kolegami i konkurencją iluś tam przełomów w technologii, budżecie, rozmachu, narracji oraz sposobie myślenia o serialach, pokazując wiele nowych rzeczy, których w produkcjach tworzonych dla telewizji jeszcze nie widzieliśmy.

Ale nawet nie to jest najważniejsze.

Otóż: w marketingu istnieją takie pojęcia jak Killer Application lub Flagship Product. Pierwszy oznacza jakieś, kluczowe rozwiązanie, które sprawia, że jakiś, zwykle drogi produkt jest masowo kupowany. Takimi killerami były na przykład edytory tekstu czy arkusze kalkulacyjne dla wczesnych komputerów.

Flagship Product to natomiast produkt wiodący, odpowiadający za wizerunek innych produktów i będący głównym przedstawicielem linii. Przykładowo: jeśli ktoś mówi o firmie Michelin, to ludzie nie myślą o przewodnikach turystycznych, internetowych mapach, czy fenomenalnych młynkach do pieprzu, a o oponach.

Gra o Tron była obydwoma: czymś, co odpowiadało za wizerunek współczesnego serialu telewizyjnego oraz czymś, co ten serial sprzedawało (o sprzedawaniu platformy HBO GO i licznych abonamentów nie wspominając). Dlatego to, co się z nią stało jest kluczowe dla branży. A jeszcze bardziej kluczowe jest pytanie:

Jakie wnioski zostaną wyciągnięte?

Czy w ogóle zostaną wyciągnięte? Czy przyszłe produkcje spróbują dokonać korekty o te wnioski? Czy spróbują zatrzeć niedobre wrażenie? Oraz czy będą to właściwe wnioski?

Prawdę mówiąc widzę dwa scenariusze: zły i równie zły. Po pierwsze teraz ludzie, a dokładniej cały przemysł streamingowo-telewizyjny mogą olać sytuacje: owszem, klienci się wściekli, pół internetu po nas bluzga, jednak pieniądze płyną wartkim strumieniem i jeszcze długo będą płynąć. Owszem, popełniono błędy, ale w ogólnym rozrachunku był to sukces. Każdemu w końcu może zdarzyć się nieudany odcinek lub dwa, albo pozostawiona na planie butelka… Pora więc pogratulować ciężkiej pracy producentom, aktorom, zapleczu, zarządowi i radzie nadzorczej oraz wypłacić premię. Wniosków niet.

Po drugie: można dokonać rachunku sumienia i wyrazić żal za grzechy.

Z tym scenariuszem znów są jednak dwa problemy. Pierwszy: nie ma komu zacierać złego wrażenia. Czasy, gdy dla Gry o Tron istniała konkurencja i ileś tam seriali próbowało ją przebić już minęły. W tej chwili po prostu nie ma odpowiedniej konkurecji. Bo kto miałby taką stanowić? The Vikings dawno już zjadło własny ogon, Last Kingdom owszem, było kreowane na „brytyjską odpowiedź na Grę o Tron” i aczkolwiek jest to sympatyczny serial, to jednak nie jest to ta sama liga. Pięć lat temu faktycznie można było tak myśleć, lecz nie dzisiaj. Po fotografiach SS Niflgar widać już natomiast, że The Witcher też będzie bliższy raczej dziełu Brodzkiego.

Więcej takich, kręconych z rozmachem seriali kostiumowych nie pamiętam.

Drugą połówką problemu wyciągania wniosków jest to, że moim zdaniem siódmy i ósmy sezon ewidentnie dowodzą, że wnioski owszem są wyciągane, ale niewłaściwe. Obydwa sezony to prawdziwe cukierki dla oczu, pełno w nich prawdziwej, wizualnej niesamowitości. Są też pełne ekscytujących wydarzeń. To nie tak, że nagle przestano się wysilać.

Jednak te piękne sceny i ekscytujące wydarzenia nie mają sensu.

Ktoś doszedł do wniosku, że „Gra o Tron” nie jest oglądana dla wzbudzających emocje postaci, dającego pożywkę tysiącom teorii fanowskich scenariusza czy świetnej gry aktorskiej, ale dla tych wspaniałych, robiących wrażenie ujęć i twistów. Tak więc dwa ostatnie sezony postanowiono właśnie na nich zbudować.

W efekcie otrzymujemy sceny kręcone dla scen oraz – co dużo ważniejsze – twisty dla twistów, jak śmierć lady Mormont, Jaimie Lannister, który zmienia strony to w lewo, to w prawo, zniszczenie Królewskiej Przystani przez Dannerys, osadzenie Branna na tronie…

To taka sama ślepa uliczka, jak ta, w którą wpadli Wikingowie, przekonani, że serial sprzedawał się głównie dzięki seksowi i przemocy.

Nie tylko nadszarpnięte zaufanie:

Powiem uczciwie: sposób, w jaki spierniczono tak ważny projekt, jak Gra o Tron bardzo mocno nadszarpnął moje zaufanie do zachodnich telewizji. Nie powiem, w ostatnim czasie zdarzyło się kilka serii, które mnie rozczarowały lub skończyły się w sposób moim zdaniem niegodnych. Do naczelnych przykładów, przynajmniej spośród tych tytułów, które śledziłem, zaliczyć należy Punishera, Expanse (aczkolwiek zostało ono odratowane przez Amazon) oraz Daredevila, a także Wikingów, którzy w prawdzie jeszcze się nie skończyli, ale zdążają lotem nurkowym ku ziemi już od kilku sezonów.

Wszystko to jednak były projekty wiele mniejsze, o mniejszych budżetach, mniejszym znaczeniu symbolicznym i mniejszej widowni. Każdą z tych porażek można było zlekceważyć, traktować jak wypadek przy pracy i zbagatelizować wskazując na jakąś historię sukcesu.

Jednak obecnie nie ma już historii sukcesu. Obecnie jest niesamowicie wielki obraz klęski. Pokazać obiektywnie dobre, udane seriale, jak Breaking Bad czy The Wire w obliczu takiej katastrofy, jak Gra O Tron to tak, jakby cieszyć się, że w ruinach zniszczonego bronią atomową miasta gdzieniegdzie zakwitły kwiatki.

Ale i koniec złudzeń:

Jak zapewne dało się zauważyć na tym blogu w ostatnich latach zbudowałem sobie wizję wielkobudżetowych seriali jako biznesu prowadzonego z szacunkiem do klienta, potrafiącego dostarczyć produkcji, które nie tylko pieściły oczy i poruszały serce, ale też dostarczały strawy umysłowi.

Owszem, nie byłem ślepy na to, że wiele produkcji okazało się klęską, miało swoje wady, kończyło się w sposób mało satysfakcjonujący etc. Jednak traktowałem to jako wypadki przy pracy. Po prostu nie każdemu może się wszystko udawać.

To, że HBO, dysponując największym budżetem w dziejach telewizji oraz największymi możliwościami realizatorskimi w dziejach pozwoliło sobie te środki zmarnować (bo powiedzmy sobie szczerze: przy pieniądzach, które mieli ich było stać nawet na to, żeby wynająć armię ghostwriterów, skończyć książki za Martina i przedstawić mu je do akceptacji) pokazuje jedno: jak romantyczny, naiwny i daleki od prawdy obraz sobie stworzyłem.

Pokazuje też, że to nie jest tak, że rozliczne klęski były wypadkami przy pracy.

Odwrotnie.

Wypadkiem przy pracy było to, że kilka razy się udało.

Atakują klony, będą ich miliony:

Co gorzej, obawiam się, że lepiej już było.

Wikingowie niedługo się skończą i to raczej w złym stylu. W najbliższej przyszłości czekają nas natomiast Wiedźmin, Władca Pierścieni i sześć spinoffów Gry o Tron. Była też mowa o zakupie praw do ekranizacji Amberu, Czarnej Kompanii oraz Dragonlance, ale coś czuję, że były to raczej próby zabezpieczenia się, żeby czasem konkurencja tego nie nakręciła, niż faktyczny zamiar realizacji serialu.

O Władcy Pierścieni wiemy raczej niewiele, aczkolwiek moim zdaniem Amazon ma raczej nieduże szanse przeskoczenia tego, co zrobił Jackson. Zresztą, chyba nikt nie ma żadnych oczekiwań co do tego serialu.

Co jakiś czas wyciekające zdjęcia z planu Wiedźmina: są niepokojące. I jeśli faktycznie to jest najlepsze, co serial ma do pokazania, to nie jest dobrze.

Jeśli chodzi o spinoffy Gry o Tron, to od samego początku wyglądały one jak skok na kasę. Co gorzej, HBO pokazało, że bez materiału źródłowego tak naprawdę niewiele znaczy.

Tak więc to raczej nie będą godni następcy.

Tak naprawdę tym, czego się po nich spodziewam to spirali śmierci. Zaczną się z przytupem, jednak odzew widzów będzie marny. Tak więc nastąpi cięcie budżetów celem zmniejszenia ryzyka i strat. A im niższe będą budżety, tym więcej będzie skakania przez rekiny. A im więcej będzie skakania przez rekiny, tym gorsze będą odczucia widzów…

Tak więc w ogólnym rozrachunku spinoffy będą zapewne porażkami, a wnioski z nich będą proste: to nie tak, że błędem było je realizować, to widzom znudziły się wielkie, kostiumowe widowiska.

Efekt będzie prosty: ich era dobiegnie końca w ciągu kilku lat.

Nie wiem, co Wy z tym zrobicie. Boja chyba przeproszę się z japońskimi kreskówkami.

Ten wpis został opublikowany w kategorii fantastyka, Fantasy, Seriale, Telewizja i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

5 odpowiedzi na „Życie i telewizja po „Grze o Tron”:

  1. slanngada pisze:

    Heh, dlatego mam już awersje do hypów, co nie zmienia faktu, że nadal jest sporo niezłych produkcji.

    Gra o tron zaczęła się sypać już w 6 sezonie, rozwiązanie wątków Dorne i Dany u dothraków, w sumie też ignorowanie Żelazek.
    Generalnie ekranizacje mają problem ze scenarzystami zasępującymi oryginalne dobre wątki własnymi ambitniejszymi, zwykle goryszymi (ojciec nie może przeboleć dział nawarony).
    W wikingach też wyszła pretensjonalnoś scenariusza.

  2. Boban pisze:

    Denerwujące jest to, że poza atakami na GoT i duet scenarzystów, jest spora grupa, która dla obrony absurdów ostatnich sezonów używa argumentów w stylu, ” a czego się spodziewałeś po filmie gdzie są smoki i czary, że będzie logiczny?!”.

  3. Shockwave pisze:

    Tak się kończą seriale, których tfurcy wolą przeskoczyć do szybkiej kaski przy lepszej marce. Przecież D&D mają robić nowe Star Wars, a Martin i HBO namawiali ich na jeszcze jeden, dwa sezony GoT.

    A co do jakości spinoffów GoT nie ma najmniejszych wątpliwości. To tak jak z Muhteşem Yüzyıl. O dziwo oryginał miał jakąś wartość i można było go oglądać, nawet nie będąc fanem oper mydlanych. Jednak każda kolejna gałąź po oryginalnym serialu była już typową tasiemcową papką a’la Zbuntowany Anioł czy inne takie pierdy.

  4. Lag pisze:

    Heh, jakiś czas temu miałem podobny pomysł na post. Moje wnioski pokrywają się właściwie 1:1. Wpływ Gry o Tron na przyszłe seriale będzie znikomy, bo seria przegrała walkę o serca studiów z Marvelem, uniwersami i tysiącami spin offów. Inna sprawa, że poza Disneyem jak na razie nikomu to nie wychodzi.

    Podobnym przykładem do GoTa, ale na poletku growym jest nasz Wiedźmin. Dziki Gon odniósł ogromny sukces, ale nie miał wpływu na trendy branży, która odeszła w stronę multiplayerowych looter shooterów, z których łatwo robić gry usługi.

    Co do przeproszenia się z japońskimi kreskówkami to tutaj moim zdaniem sytuacja wcale nie wygląda lepiej. Najbliższe co w ostatnich latach było bliskim serii kostiumowej poza robionymi od sztancy isekaiami było chyba Seishun Buta Yarou wa Bunny Girl Senpai no Yume wo Minai. 😀

  5. simplexpl pisze:

    Czarnobyl zrekompensował niesmak po GoT. I to z nawiązką.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s