A więc nauczmy dzieci, że bez komputerów też da się żyć, czyli jeszcze jeden rant…

Tematem dzisiejszego wpisu będzie inicjatywa jaką podjęła trójka moich znajomych. Inicjatywą tą jest zorganizowanie kursu dla młodzieży kolonijnej, pod patronatem proboszcza, który to kurs ma owej młodzieży pokazać, że świat nie kończy się na komputerach.

I fajnie.

Nie będę rozstrzygał, czy to dobrze, czy to źle. Niemniej jednak inicjatywa ma moim zdaniem jeden, poważny błąd: znajomi chcą to zrobić na swoich przykładach. I tu zaczyna się problem.

Nie chciałbym, żeby uczyli moje dziecko jak żyć:

Powiem krótko: mój największy problem z dzisiejszą młodzieżą polega na tym, że do niej nie należę. A odstęp przynależnościowy rośnie. Co więcej nie mam własnych dzieci, a kontakty z nimi mam raczej rzadkie i ograniczone.

Może więc faktycznie komputery i inna elektronika szerzą zniszczenie w duszach, sercach i umysłach młodego pokolenia. W jego szeregach spustoszenie czyni uzależnienie od Internetu, gier, Netfliksa i Youtube, a bezruch i monotonne suwanie palcem po ekranie sprawiają, że młodych ludzi dręczy nadwaga, wieńcówka, atrofia mięśni i owych palców odpadanie.

Może. Aczkolwiek ja raczej wątpię.

Może naprawdę z tym trzeba walczyć.

Problem w tym, że ta walka jest z góry skazana na porażkę, jak drużyna w Warhammerze. Bowiem żołnierze, którzy stają do tego starcia są po prostu marni.

Ze złem komputeryzacji zmagać się będą bowiem:

  • moja rówieśnica, od ukończenia studiów bezrobotna, utrzymywana częściowo przez męża, częściowo przez rodziców, częściowo z różnych robót dorywczych, a częściowo dzięki różnym stażom i programom typu „druga, trzecia, czwarta i piąta szansa” Urzędu Pracy.

  • Lokalny urzędnik niższego stopnia i teoretyk wspinaczki górskiej, zatrudniony w owym urzędzie głównie z litości i trzymany tam mimo legendarnej już dyscypliny pracy z tej przyczyny, że wszyscy wiedzą, iż zwolniony umarłby z głodu.

  • Oraz mózg zespołu: bezdzietna, stara panna przed czterdziestką, która niedawno zakończyła okres próbny w swej pierwszej, stałej pracy (wcześniej żyła jak poprzednia).

I oni chcą pokazać młodzieży, że można żyć bez komputerów:

Tak, można. W biedzie.

Kilka razy powiedziano już o mnie, że nadmiernie skupiam się na zewnętrznych przejawach statusu.

Problem polega na tym, że fajnie by było, w chwili, gdy chce się uczyć innych ludzi, jak mają żyć faktycznie sztukę życia opanować. Bo niestety mamy tu do czynienia z ludźmi, którzy tego nie zrobili.

Cała trójka nie odniosła ani sukcesu materialnego, ani zawodowego. Główną tego przyczyną nie są jednak deficyty intelektualne, brak zdrowia czy nawet nałogi, ale zestaw cech osobowości, które ich do tego dyskwalifikują, jak na przykład dwie lewe ręce do wszelkiej roboty, absolutny brak etosu pracy .

Nie mają zainteresowań. Bo chodzenia do kościoła oraz nawijania o kolejnych, planowanych wycieczkach wysokogórskich, na które i tak się nie pojedzie nie liczę.

Nie mają dobrej opinii wśród ludzi i nie cieszą się szacunkiem społecznym.

Są to też osoby o trudnym charakterze, z którymi ciężko wytrzymać. Jedna z tych osób zasłynęła wypowiedziami w rodzaju „Ja w zasadzie to w pracy odpoczywam”. Inna, przyjęta na staż w ciągu dwóch tygodni skłóciła się z połową zespołu (poszło o Harrego Pottera).

Nie mają też żadnych znaczących dokonań, ani też nawet dokonań, które można by przedstawić jako znaczące (w rodzaju „Piotr Muszyński, pisarz”… aczkolwiek właśnie dlatego wydaję pod pseudonimem, by nikt mnie nigdy w coś takiego nie wciągnął).

Więcej: brakuje im wielu podstawowych umiejętności, które pozwalają nawet nie tyle radzić sobie w życiu, co podtrzymać biologiczną egzystencję. Przykładowo jednego z wymienionej trójki baby w robocie musiały uczyć, jak ugotować kartofle. Bo wychodziły mu inaczej, niż wszystkim. Jakieś takie twarde i niesmaczne…

Cała trójka należy do kategorii, którą mój kolega nazywa useless: ani dobrzy, ani źli, ani mądrzy, ani głupi, bez nałogów, ale nisko funkcjonalni, niby zdrowi, ale zachowujący się jak upośledzeni…

Tak więc, co oni chcą pokazać światu?

Co oni chcą sobą zaprezentować?

Co chcą przedstawić jako alternatywę do spędzania czasu przed monitorem?

Że można siedzieć na kanapie i zbijać bąki?

Nic nie robić i czekać, aż samo przyjdzie?

To ja już wolę, żeby grali w Postal i Mortal Kombat.

Bo moim zdaniem skorzystaliby na nauczeniu się posługiwania komputerem. Raz, że zdobyliby nowe umiejętności, dwa, że może nauczyliby się zarządzać własnym czasem i planować go. Konieczny do tego wysiłek mógłby być natomiast cenną lekcją organizacji. Na przykład mogliby nauczyć się oszczędzać pieniądze celem osiągnięcia wyznaczonego celu (np. zakupu gier), co niewątpliwie byłoby przydatną umiejętnością czy to podczas długich okresów bezrobocia, czy to podczas organizowania kolejnych wycieczek wysokogórskich.

Jakbym chciał, to mógłbym pokazać lepszy, pozytywny przykład:

Po drugie: gdybym chciał pokazać, że można żyć bez komputerów, to na bohatera takiego kursu wybrałbym osobę spoza tego grona.

Faceta poznałem przy okazji fotografowania. W odróżnieniu od tamtej trójki osobnik ten jest niewątpliwie chory, ma na to papiery od lekarza i tak dalej. W szczególności ma fioła na punkcie fotografii. To gość, który potrafi wyjść z domu, pomyśleć sobie „Ale fajnie by się fiordy fotografowało” i pojechać do Norwegii tak, jak stoi. Jest wręcz trochę niebezpieczny dla siebie, bo dla otoczenia nie za bardzo, przykładowo raz chciał fotografować kry na rzece, wlazł na lód, ten się pod nim zarwał i mało się nie utopił…

…Za to można z nim normalniej porozmawiać niż z tamtymi.

Poza tym: facet bierze leki, a na dolegliwości tamtych leków nie ma. Fakt, że zmaga się z chorobą stawia go dodatkowo w pozytywnym świetle. Potrafi bowiem dużo osiągnąć i normalnie funkcjonować, mimo że życie faktycznie rzuca mu kłody pod nogi. Jest finansowo samodzielny: raz, że ma rentę inwalidzką, dwa, że pracuje w zakładzie pracy chronionej już od wielu lat, gdzie jest cenionym pracownikiem: wykonuje swoją pracę, nie spóźnia się do niej, dba o porządek w miejscu zatrudnienia, raz na jakiś czas dostaje premię, bo wyrobił ponad normę…

Ma ciekawe hobby, jakim jest fotografia krajobrazowa i kręcenie timelapsów.

Odbył liczne podróże do wielu krajów w całej Europie, w większości spontanicznie. W prawdzie niektóre elementy tych podróży dalekie były od ideału, ale tylko on cierpiał. Co więcej najwyraźniej potrafi je na tyle dobrze zrealizować, że za każdym razem udało mu się bezpiecznie powrócić bogatszym o nowe przeżycia i doświadczenia.

A poza tym, jakby przedstawiał się jako „turysta ekstremalny”, to nikt by się nie czepiał.

Jest tylko jeden problem, który dyskwalifikuje go jako bohatera powyższego kursu.

Gość zna się na komputerach, jak mało kto.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Wredni ludzie i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „A więc nauczmy dzieci, że bez komputerów też da się żyć, czyli jeszcze jeden rant…

  1. DoktorNo pisze:

    Przypomniał mi się stary odcinek Świata Według Kiepskich gdzie Ferdek założył prywatna szkołę gdzie Arnold Boczek – stary kawaler – prowadził lekcje Wychowania Do Życia w Rodzinie…

    • polobis pisze:

      To nie film, to prawda. O etyce, religii i WDŻ mówią księża i siostry zakonne, oraz sfiksowane stare panny, znaczy katechetki.

  2. DoktorNo pisze:

    O ile w ogóle takie zajęcia się organizuje…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s