Rowerem przez Jurę – sprawozdanie z wycieczki:

Jak chwaliłem się w zeszłym tygodniu pojechałem rowerem zwiedzać Jurę Krakowsko-Częstochowską. Trasa miała wynosić około 170 kilometrów i miało to być jak do tej pory największe tego typu przedsięwzięcie w moim życiu. I prawdę mówiąc chyba będzie to ostatnie takie przedsięwzięcie tego typu. Bo ów imponujący Wielki Szlak Rowerowy Wschodni sobie chyba odpuszczę.

Niemniej jednak była to naprawdę pełna przygód podróż.

Przygotowania i ekwipunek startowy:

Wyruszyłem w podróż w środę, ósmego czerwca, zabierając następujące wyposażenie:

  • rower

  • wodoodporną kurtkę sportową

  • sakwę rowerową

  • ręcznik z mikrofibry

  • mydło, pastę do zębów i szczoteczkę

  • rolkę papieru toaletowego

  • namiot

  • śpiwór na temperatury 10-15 stopni

  • apteczkę

  • ubranie na zmianę

  • pompkę do roweru

  • 2 zapasowe dętki

  • łyżki do opon

  • nóż składany bez cech bojowych

  • pałkę teleskopową

  • gaz

  • kuchenkę turystyczną

  • garnki turystyczne

  • apteczkę

  • dużą butelkę wody

  • 4 wojskowe racje żywnościowe

  • 8 snikersów

  • aparat fotograficzny

  • 2 dodatkowe baterie

  • 300 złotych

Zastanawiałem się też nad statywem, ale ostatecznie postanowiłem go nie pakować.

Większość z tych przedmiotów okazała się nieprzydatna. W szczególności namiot i reszta sprzętu campingowego jedynie zawadzały. Pole namiotowe, gdzie miałem zamiar spać pierwszego dnia zostało zlikwidowane, na następne natomiast nie zdołałem dotrzeć. Pomysł nocowania w lesie, na dziko, który doradzał mi jeden z kolegów z pracy był raczej zły. Wszystkie lasy po drodze były monitorowane, tak więc rozbijanie się w nich było raczej głupim pomysłem (aczkolwiek robicie namiotu pod kamerą, zatrzymanie przez straż leśną i zapłacenie mandatu byłoby akcją właśnie w stylu tego kolegi). Zresztą drugiego dnia wieczorem nie dość, że padał deszcz, to temperatura spadła do jakichś 5 stopni. Nie miałem nawet sprzętu, by nocować w takich warunkach, zresztą, po intensywnych opadach wszystko i tak przemokło (sakwy są wodoodporne, jednak jak wszystko, do czasu). Obozowanie w takiej sytuacji mogłoby się skończyć się nawet hipotermią. Ostatecznie spałem więc u cimerfrajów i w hotelach. O noclegi na miejscu okazało się trudniej, niż myślałem, jednak tragedii nie było.

Znacznie większym problemem okazała się baza żywnościowa. Planowałem żywić się pizzą i kebabami, względnie w barach leśnych i przydrożnych. Bo w końcu „gdzieś muszą być”. Efekt był taki, że pierwszy dzień musiałem obywać się bez gorących posiłków.

Jeśli chodzi o wojskowe racje to okazały się średnim pomysłem. Kurczak z curry był jeszcze w miarę smaczny, jak mieszanka ze słoika. Gulasz wieprzowy z ryżem okazał się przeokropny. Ledwie zdołałem go zjeść. Kiełbaski w sosie pomidorowym takie sobie. Fakt, że racje same się podgrzewały nie stanowił dużego atutu. Ogrzewacz grzeje tak, że można ręce poparzyć, sama racja jednak jest ledwie ciepła. Co więcej ten z kiełbasek w sosie pomidorowym w ogóle nie odpalił.

Pierwszy ciepły posiłek po 48 godzinach jazdy. Szykowali go prawie godzinę. Rezultat: ktoś nie dostał napiwku.

Snikersy dobre. Sprawdziły się świetnie.

Pieniędzy wziąłem za mało. Strasznie szybko schodziły. Zresztą, trudno się dziwić: tu jaskinia, tam zameczek, a za wstęp trzeba płacić. Aczkolwiek, gdyby nie nocowanie w hotelu drugiego dnia, to by wystarczyły.

Droga i krajobraz:

Problem tego, jaka będzie droga dosłownie spędzał mi sen z powiek. Ostatni dzień przed podróżą spałem bowiem raczej kiepsko, mocno się denerwując. W zasadzie były dwie możliwości: albo nie podołam, albo też moja wielka, kosmiczna wyprawa okaże się jednodniową przygodą, w trakcie której w kilka godzin dojadę z Krakowa i Częstochowy. Google pokazywało bowiem, że trasę da się przejechać w ciągu 6 godzin.

Powiem uczciwie: jeśli się ją zna, to być może tak.

Spodziewałem się terenu podobnego, jak u nas. Czyli wzniesień o sporym nachyleniu oraz wypiętrzeń rzędu 400 metrów wysokości. Faktycznie duża część trasy odbywała się pod górę, ale po łagodnych, ciągnących się kilometrami podjazdach. Stawiają one znaczny opór, jednak nie aż tak, jak nasze stromizny. Krajobraz był raczej monotonny. Lasy, skały wapienne i inne takie trafiają się głównie w parkach narodowych. Ogólnie, to nie jest tak ładnie, jak u nas. Nawierzchnia dróg, zwłaszcza w Małopolsce kiepska, przypomina trasę na Przemyśl, a czasami w ogóle jej nie ma. Same drogi kręte, jak się nie zna trasy, to łatwo zabłądzić i przejechać. W szczególności drugiego dnia, pod Olkuszem było to problemem.

Drogi były różne. Czasem normalne. Czasem takie.

Jako osobną wadę należy wymienić liczne pola rzepaku na trasie.

Jezu!

Jak to śmierdzi!

Taka intensywna woń kiszonej kapusty!

Kraina pachnąca rzepakiem.

Napotkanie zabytków nadrabia złe wrażenie. Najczęściej już samym wyglądem z zewnątrz budzą zainteresowanie.

Szlaki turystyczne wyznają typową zasadę „Uwaga! Znakarze usiłują cię zabić!” Tak więc nie należy się dziwić, że biegną inaczej na mapach, a inaczej w realu. W kilku miejscach natrafiłem na adnotacje, że szlak został zablokowany, jest nieczynny lub przegrodziła go prywatna posesja, której właściciel nie życzy sobie, by chodzić mu po ogrodzie.

Dzień pierwszy: Kraków, Dolina Kluczowy i Ojców:

Krótko przed jedenastą bus dowiózł mnie do Krakowa. W grodzie owym po raz ostatni byłem krótko po studiach, tak więc zdziwiło mnie, jak w sumie niewiele zmieniło się od tego czasu. Ogólnie rzecz biorąc spodziewałem się, że miasto będzie podobne jak Lublin, Warszawa czy Wrocław, przynajmniej w sferze organizacyjnej. Niestety ma ono dużo mniej metropolitarny charakter, niż wyżej wymienione. Podróż przez miasto okazała się dość trudna i zabrała mi znacznie więcej czasu, niż się spodziewałem.

Przed wyjazdem słyszałem bardzo dużo o krakowskich rowerzystach i ścieżkach rowerowych, tak więc spodziewałem się czegoś właśnie na kształt Lublina lub Warszawy, gdzie po bokach chodników ma się wyznaczone duże, wygodne trasy.

Faktycznie ruch puszczany jest czasem po ścieżce, czasem po jezdni, czasem spychany gdzieś zupełnie na ubocze, przez ogródki działkowe, a czasem drogami jednokierunkowymi, pod prąd.

Nie jest to dobrze rozwiązane.

Tak więc wyjazd z Krakowa zajął mi znacznie więcej czasu, niż zamierzałem.

Z Krakowa skierowałem się do Doliny Kluczwody, biegnącej korytem potoku Kluczwody, który wyznaczał ongiś granicę rozbiorów Austryjackiego i Rosyjskiego. Sam park krajobrazowy okazał się jednak sporym rozczarowaniem.

Jeśli chodzi o potom Kluczwody, to niestety, lepszy mam na działce.

Spienione fale potoku Kluczwody.

Trasa szlaku miała być dość trudna, faktycznie jednak jedynym problemem okazał się fakt, że czasem przecinała potok o mulistym dnie. Ponownie: trudniejsze trasy również mam na działce. W samej dolinie znajdowała się jednak Jaskinia Kluczwody (fajna), a niedaleko Jaskinia Nietoperzowa (też fajna).

Jaskinia Kluczwody.

Niestety, w środku nie można było robić zdjęć.

Potem był Ojców. Ojców jest bardzo ładny. Obawiałem się trochę, że większość tych zdjęć, które można obejrzeć jest wyreżyserowanych. Faktycznie jednak wygląda to tak, jak na zdjęciach. Aczkolwiek niemiłą niespodzianką było to, że nie udało mi się dostać do jednego z tamtejszych zamków.

Rozumiem, że pojawiłem się późno. Rozumiem, że już zamykali. Jednak pracownicy mogli mi pozwolić sfotografować bramę. Co na tym tracili? Nie udało mi się też wykonać zdjęcia z podnóża skały. Jedyne ujęcie, z którego było to możliwe zdominowała paskudna, gipsowa karykatura Matki Boskiej, tak na oko z okresu panowania króla Gierka.

Jednakże okoliczności przyrody z powodzeniem nadrobiły te straty.

Dzień drugi: Peskenstein, Rabsztyn, Orkusz i deszcz…

Pierwszego dnia planowałem dotrzeć do Orkuszu. Na szczęście (o tym później) mi się nie udało i spałem w agroturystyce pod Pieskową Skałą. Dzień skończył się nieprzyjemnie. Bolały mnie nogi, miałem też skurcze mięśni, jeszcze bardziej bolesne. Wstanie rano okazało się sporym wyzwaniem. Co gorsza padał deszcz.

Po kilkunastu minutach pedałowania moje nogi zrozumiały, że nie mają innego wyboru i bez protestów wiozły mnie w stronę Orkusza. Po drodze zahaczyłem o Pieskową Skałę i jeszcze kilka innych atrakcji. Na Pieskowej Skale mają pewnie ze trzy razy taką przestrzeń ekspozycyjną, jak my w pracy, aczkolwiek gorzej wykorzystaną. Trudno porównywać wartość zbiorów, bowiem ich charakter się różni. Mają tam jednak wystrój mocno pałacowy i historyczny. Oczywiście im późniejsza epoka, tym więcej eksponatów.

Ciekawsza była natomiast praca opiekunów ekspozycji. Gdyby widział to nasz dyrektor to… No cóż… Płakalibyśmy gorzkimi łzami. Wszyscy w garniturach, obstawiają salę, czy mają zwiedzających, czy nie, żadnych kubków z kawą na ekspozycji, gazet, książek, tabletów… O takich przegięciach jak robił Pan Flaszka czy kilku innych gwiazdorów nie wspominając.

Pod Pieskową Skałą jest też Maczuga Herkulesa, skała znana z podręczników do geografii. Prawdę mówiąc myślałem, że zdjęcia w nich są przesadzone. Jak się okazuje robi ona jednak wrażenie.

Z Pieskowej Skały skierowałem się do miasta Orkusz. Mam nadzieję, że Nanami się nie obrazi, bowiem jest to jej rodzinne miasto, ale wizytę w nim będę wspominał jak najgorzej. W Orkuszu najpierw nadziałem się na fałszywych Ukraińców, potem, gdy poszedłem do Lidla uzupełnić zapas snikersów ktoś ukradł mi przednie światełko z roweru, a na koniec, gdy zatrzymałem się na chodniku, by dopompować koło, z posesji obok wyskoczył na mnie jakiś furiat, drąc się „Tu się nie parkuje skurwielu!”, „Rozpierdolić ci ten rower chuju?”, strasząc mnie pięściami i policją oraz usiłując naruszyć moją nietykalność cielesną. Na szczęście, po zademonstrowaniu gotowości do czynnej obrony odstąpił, poprzestając na lżeniu mnie na odległość.

Ja natomiast opuściłem Orkusz darowując sobie tamtejszą basztę, bazylikę i muzeum afrykańskie oraz resztę gościnności, po czym dotarłem do zamku w Rabsztynie, imponującej budowli (aczkolwiek mam wrażenie, że przynajmniej częściowo wzniesionej za króla Tuska), która niestety była zamknięta.

Patrzcie jaką to ma bogatą historię. Jeśli powiększycie obrazek, to dacie radę rozczytać.

Potem odwiedziłem Bydlinie, Smoleniu i Pilicy. Tych trzech ostatnich nie fotografowałem. Padał deszcz, podniosła się mgła, szkoda mi było aparatu. Podobnie odpuściłem sobie zwiedzanie Pustyni Błędowskiej, tym bardziej, że robiło się już późno, a ponadto nic tak nie niszczy hamulców w rowerze, jak piasek.

Po przygodach w Orkuszu ten znak był najpiękniejszym widokiem.

Pod wieczór dotarłem do Ogrodzińca. Odwołałem nocleg, który miałem w Zawierciu i zamówiłem w pierwszym hotelu, jaki spotkałem (a w zasadzie to w drugim, po 15 minutach stania przy pustej ladzie recepcji w faktycznie pierwszym uznałem, że skoro nie chcą tu moich pieniędzy, to nie będę się narzucał). Był on dużo droższy, niż zakładałem wydawać na spanie, ale warto było.

Z rzeczy, które mi się w nim szczególnie podobały wymienić należy ręczniki. Nic tak nie podoba się człowiekowi, który cztery godziny jechał w deszczu przy 7 stopniach Celsjusza jak ręcznik. Dobre było też piwo z lokalnego browaru, aczkolwiek byłem już wtedy tak zmęczony i odwodniony, że nawet, gdyby mi barman nasikał do kufla, to też by mi smakowało.

Cudowności.

Dzień trzeci: Ogrodziniec, przebita opona i odwrót:

Mimo, że w hotelu było ciepło, cicho i przyjemnie noc nie upłynęła mi spokojnie. Przeciwnie, nie mogłem spać, bowiem po dwóch dniach spędzonych na rowerze mój błędnik zaczął się buntować i cały czas mnie prostowało, a ciało dążyło do pozycji pionowej.

Co ciekawe nie bolały mnie natomiast mięśnie. Prawdopodobnie uznały, że wszystkie protesty są daremne. Jednak tego dnia czułem się już dość poważnie osłabiony.

Na szczęście z pomocą przyszło mi Województwo Śląskie, w którym drogi były już w znacznie lepszym stanie, niż w Małopolsce, a co więcej często biegły obok nich wygodne ścieżki rowerowe. Tak więc jechało się znacznie lepiej.

Na pierwszy rzut oka poszedł Ogrodziniec, który widać było z okna mojego hotelu. Ogrodziniec to ruina, jest tam niby jakieś muzeum, ale malutkie. Sam zamek robi natomiast prawdziwie imponujące wrażenie. Mury są wielkie jak bloki, wewnątrz mamy obszerne dziedzińce i pozostałości równie obszernych sal, strzeliste baszty, do których można dostać się jedynie krętymi, stromymi schodami, klaustrofobiczne korytarze i galerie podziemne…

Ze wszystkich odwiedzonych przeze mnie miejsc tego typu wywarł na mnie chyba największe wrażenie.

Do tego położony jest w niezwykle atrakcyjnym otoczeniu malowniczych skał wapiennych.

Przyjazna ciężarówka demonstruje, jakie to wielkie.

Pobliski gród na wzgórzu Birów postanowiłem sobie odpuścić, bowiem słyszałem, że to bardziej cyrk, niż zabytek. Zamek w Bąkowcu ominąłem głupkowato: po prostu zapomniałem, że taki jest i pojechałem inną drogą. Następnie skierowałem się na Mirów, bardzo ładny zamek, którego jednak nie mam na fotografiach. Akurat słońce świeciło tak, że było bezpośrednio nad zamkiem i zdjęcia nie chciały wyjść. Sam zamek natomiast o ile mi wiadomo nie jest dostępny do zwiedzania, więc się tam nie pchałem.

Warta.

Pętla czasoprzestrzenna na Podkarpacie,

Bobolice minąłem z tej samej przyczyny, co Birów. Jechałem właśnie na Ostrężnik, gdy najechałem na poboczu na zbite szkło i rozciąłem sobie tylną oponę wraz z dętką. Podjąłem ryzyko i wymieniłem dętkę (opony nie udało mi się), przejechałem dziesięć metrów i dętka pękła mi na pierwszym kamieniu, na który wjechałem.

W rezultacie musiałem podjąć trudną decyzję: porzucam Ostrężnik i Olsztyn i wycofuję się w stronę Częstochowy. Nie wiedząc gdzie jestem, postanowiłem się kierować na azymut Świętego Miasta, pchając rower przez leśne drogi. Tym sposobem dotarłem aż do wsi Masłońskie w gminie Poraj, gdzie natrafiłem na stacje kolei śląskich. Ta dowiozła mnie do Częstochowy.

Sama Częstochowa wywarła na mnie raczej niedobre wrażenie. Bloki szare, jak w latach 90-tych, popisane graffiti, wiele zaniedbanych, zniszczonych budynków, zarośnięte tereny zielone, wielu łysych „patriotów”. Uznałem, że spędzę tam najmniej czasu, ile się dało.

Trafiłem na chiński bar. W nim okazało się, że jestem tak zmęczony, iż nie jestem w stanie przeczytać menu (tzn. potrafiłem przeczytać słowa i połączyć je w zdania, ale za diabli nie potrafiłem dojść do tego, co się kryje pod nazwami typu „kurczak pięć smaków”). Po zjedzeniu miski ichniego rosołku dosłownie pojaśniało mi w głowie.

Po pewnych przygodach, w których trochę miałem racji, a trochę nie złapałem pociąg do Krakowa. Byłem na tyle przytomny, żeby ustawić budzik w telefonie na godzinę domniemanego pociągu. Usiadłem. Zasnąłem.

Znalazłem przystanek autobusów. Zmieniłem rezerwację. Ustawiłem budzik. Usiadłem. Zasnąłem.

Przyjechał autobus. Spakowałem się. Usiadłem. Zasnąłem. Obudziłem się już na Podkarpaciu.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Przygody i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „Rowerem przez Jurę – sprawozdanie z wycieczki:

  1. polobis pisze:

    Ten zamek w Ogrodzińcu jest zupełnie podobny do zamku w Ogrodzieńcu, a koło Rabsztyna na mapie widzę Olkusz a nie Orkusz. No ale pewnie ręce Ci się trzęsą jeszcze po wycieczce… Jechałbym.

  2. miedzianagora pisze:

    Piękna przygoda, świetnie spuentowana – szkoda, że nie udało Ci się zwiedzić tej północnej części Jury, gdyż naprawdę jest piękna. Polecam.
    PS.
    Miałem kolegę z Olkusza, który gdziekolwiek by nie pracował, zawsze musiał do pracy dojeżdżać min. 50 kilometrów (najlepiej jakieś 70). Coś w tym mieście jest – może to efekt gleb skażonych wydobyciem rud cynku i ołowiu????

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s