11 najbardziej przecenianych przez popkulturę, realnie istniejących broni:

Niedawno napisałem tekst o najbardziej niedocenianych i pokrzywdzonych w kulturze popularnej rodzajach oręża. Dziś pora na zajęcie się jego odpowiednikiem: najbardziej przecenianym uzbrojeniem. Wiele pozycji może zaskoczyć, nie powinno to jednak dziwić. Koniec końców prawdziwe starcie nie ma nic wspólnego z tym, jakie oglądać można w filmach lub grach.

1) Łuk:

Łuk jest bronią problematyczną. Znane są przypadki, gdy okazał się uzbrojeniem rozstrzygającym, jak pod Carhae, Hastings, Azincourt, Crecy, Poiters, podczas najazdów Hunów i Mongołów… Ale jednocześnie był też bronią bardzo mało efektywną, nisko cenioną zarówno przez Greków, jak i Rzymian (którzy zdecydowanie bardziej preferowali proce i oszczepy) oraz większość ludów średniowiecznych, zarówno z okresu wieków ciemnych (gdy ponownie zdecydowanie preferowano oszczepy), okresu najazdów, jak i średniowiecza pełnego (gdy wolano kusze). Do tego stopnia, że niektóre armie (np. Anglosasi) zdecydowanie odrzucali jego użycie.

To ostatnie podejście okazało się błędne. Niemniej jednak łuki, w odróżnieniu od tego, co widzimy na filmach lub grach, są bronią bardzo mało efektywną. Łuki o największym naciągu przekazują ofierze maksymalnie 60 dżuli energii, czyli dziesięciokrotnie mniej niż kusza lub pięćdziesiąt do stu razy niższa, niż broń palna. Energia taka, posługując się Skalą Vickersa, przynajmniej w teorii, nie powinna wystarczyć, by chociaż zarysować dowolny typ pancerza używany od epoki brązu.

Oczywiście: nie wszyscy bojownicy byli opancerzeni, a nawet jeśli, to niektóre części ciała nie były chronione przez zbroje. Dobrze sprawdzały się albo podczas nękania nieruchomych formacji (jak pod Hastings czy Carhae), albo też do ranienia koni. Łuki były więc głównie bronią pomocniczą, owszem, bardzo cenną, jednak w większości armii główna siła uderzeniowa leżała gdzie indziej.

2) Szał / Agresja:

Wszyscy słyszeliśmy o berserkach, wpadającym w bitewny szał, jedzącym muchomory konstrukcie XIX wiecznej powieści historycznej.

Berserkowie istnieją w prawdzie w źródłach historycznych, jednak nie określenie to nie posiada w nich wcale pozytywnych konotacji. Nie oznacza ono wielkiego wojownika, tylko napaleńca, furiata, rzucającego się na przechodniów z bronią. Pojawia się przykładowo w zwodach prawa islandzkiego, gdzie wymieniani są „ludzie zwani berserkami, rzucający się na przeciwnika bez rozkazu i psujący szyk bojowy„. Zwody te nakazują karać ich tak samo, jak tych, którzy z pola walki uciekli.

Opowieści o osobnych osadach, spożywaniu muchomorów, istnieniu całych formacji etc. nie znajdują potwierdzenia, ani w materiale źródłowym, ani w badaniach biochemicznych. Żaden rosnący na północy Europy grzyb nie powoduje opisywanych efektów, jeśli już, to poważnie ograniczają możliwości ruchowe użytkownika, powoduje bezwład kończyn i problemy z utrzymaniem równowagi. Osoby nazywane berserkami faktycznie często skazywano na mieszkanie poza osadami, jednak był to po prostu sposób postępowania ze zbrodniarzami.

Całkiem możliwe jest natomiast, by ktoś, w wyniku stresu i napięcia związanego z walką wpadł w szał i rzucił się do niekontrolowanego ataku. Agresja na poziomie neurologicznym znajduje się na tym samym poziomie, co strach, wyzwalana jest przez te same mechanizmy i uruchamia te same zjawiska w naszym ciele. Po prostu w chwili napotkania niebezpieczeństwa w naszym ciele uruchamia się reakcja „walcz lub uciekaj”. I faktycznie, znaczną częścią pracy podoficerów na polu walki jest dopilnować, by żołnierze nie rzucili się pod lufy wrogów.

Problem w tym, że bezmyślny atak na ślepo jest najczęściej prostym sposobem na szybką śmierć. Dowodzą to choćby bitwy pod Bannockburb, Nikopolis czy Halidon, . Łamiesz szyk, mieszasz ustawienie własnych wojsk i wpadasz w pułapkę.

Dlaczego więc kultura popularna tak chętnie powraca do tego toposu?

A kto powiedział, że przeciwnicy w filmach czy w grach komputerowych mają walczyć dobrze? Są po to, by stoczyć z nimi emocjonującą walkę i w konsekwencji ich pokonać, a nie po to, żeby zwyciężać.

3) Masa mięśniowa:

I tu wiele osób zaskoczę. Przerośnięte mięśnie nie są dobrą cechą u żołnierza. Oczywiście żołnierz powinien mieć dobrą kondycję fizyczną, jednak tak zwane „koksy” jej nie posiadają. Powodów jest kilka.

Po pierwsze: nadmiarowe mięśnie to nadwaga i wpływa na nasz organizm dokładnie tak samo, jak masa tłuszczu: bardzo mocno obciąża układ krwionośny i oddechowy, co niekorzystnie wpływa na naszą wytrzymałość na trudy. Kiedyś miałem taką przygodę: pojechałem do ruin pewnego zamku, przejechałem w tym celu prawie 20 kilometrów na rowerze. Przed samym zamkiem napotkałem trzech koksów. Wysiedli z samochodu i poszli do ruin. W tym celu trzeba było przejść 200 metrów pod łagodną górkę i wspiąć się na wysokość drugiego piętra po schodach z drewna. I ja, mimo, że jestem nerdem, do tego zrypanym po jeździe na rowerze, nie miałem problemów. Za swoimi plecami natomiast słyszałem: „no nie! jeszcze schody! gdzie myśmy pojechali!„.

Po drugie: mięśnie zużywają energię. Taki Pudzianowski prawdopodobnie podczas snu pali więcej kalorii, niż normalny człowiek przez całą dobę. W środowisku pola walki, gdzie trudno jest dostarczyć pokarm posiadanie osobnika, który musi jeść więcej, niż normalny żołnierz wcale nie jest dobrym pomysłem.

Po trzecie: jako, że mięśnie zużywają energię, to organizm, któremu tej brakuje „pali je” w pierwszej kolejności. Bo po prostu nie jest ekonomicznie je utrzymywać. Tak więc osoba intensywnie ćwicząca na poligonie, uczestnicząca w długich marszach czy siedzących w okopach na deszczu i śniegu nie utrzyma ich.

Kolosalne mięśnie, mimo, że groźnie wyglądają, bardziej przydają się pracownikowi firmy przeprowadzkowej, a nie żołnierzowi.

4) Walka wręcz:

Dobrze przeprowadzony atak w walce wręcz jest niezwykle skuteczny. Wskazują na to choćby historyczne bitwy, które zwykle były bardzo krótkie, trwały zwykle ułamki dnia, takie, które przeciągnęły się na ponad jeden były rzadkością. Za to przegrywająca strona ponosiła kolosalne straty, sięgające między 30 a 60 procentami poległych i wziętych do niewoli. Wiele bitew rozstrzygnięto w czasie nie dłuższym, niż 15-20 minut… Podobne efekty przynosiły też i późniejsze starcia w walce wręcz. Jeśli atak następował, to zwykle kończył się rozbiciem jednej ze stron. Niestety, wraz z rozwojem broni palnej coraz częściej rozbijanym był atakujący…

Koniec końców ataki wręcz straciły swe znaczenie w pierwszych dniach I wojny światowej, a ostatnim przypadkiem, gdy miały duże znaczenie była wojna polsko-bolszewicka w 1920 roku.

Przyczyny, dla których ataki wręcz są nieskuteczne są bardzo proste. Zasięg broni maszynowej to 1200 metrów, jeśli umieszczona jest na trójnogach. Rekord świata w biegu na 1500 metrów to 3 minuty 26 sekund, na 800: 1:40 sekund. Szybkostrzelność praktyczna (czyli taka, jaką osiąga w warunkach bojowych wyszkolony strzelec) to 250 strzałów na minutę. Jak łatwo policzyć: pojedyncze stanowisko karabinu maszynowego wystrzeli w przeciwnika więcej pocisków, niż ten zdoła zgromadzić ludzi na odcinku.

Dodać należy do tego prosty fakt, że żołnierzom zwyczajnie nie uda się osiągnąć takiej prędkości. Atak będzie prowadzony więc zapewne dwa razy wolniej. Co więcej żołnierze atakując napotkają na swojej drodze różne przeszkody, czy to naturalne (krzaki, leje po bombach), czy to inżynieryjne (drut kolczasty), których sforsowanie jeszcze ich opóźni.

A wszystko to pod ciągłym ogniem broni maszynowej.

W takich sytuacjach nawet nadludzie w rodzaju Kosmicznych Marines, czy poruszający się nadnaturalnie szybko protoscy Zealoci albo inni Jedi nie dadzą sobie rady.

5) Zatrute ostrza i kule:

Stosowanie zatrutego ostrza, zwłaszcza sztyletu IMHO mija się z celem. Teoretycznie ma to spowodować, że nawet niewielkie rany okażą się śmiertelne. Faktycznie są dwie możliwości: albo nasz przeciwnik ma zbroje, albo nie ma. Jeśli ma pancerz, to możliwość zadania mu przypadkowego, płytkiego zranienia spada do minimum. Co więcej specyfika pancerza jest taka, że każdy cios, który zdoła przeciąć tkanki jednocześnie będzie potencjalnie śmiertelny. Bo albo musimy walnąć naprawdę mocno, albo w takie miejsce, gdzie gościa i tak zabijemy.

Jeśli gość nie nosi pancerza to, no cóż, owszem, możemy mu zadać płytkie rany. Jednak zanim trucizna zdoła go zabić, to i tak starcie zostanie rozstrzygnięte. Jeśli chodzi o głębokie zranienia to nie ma potrzeby ich zatruwania. Nóż bojowy ma 20 centymetrów długości. Wbity w przeciwnika wyjdzie na drugą stronę. Jeśli gość nie dostanie natychmiastowej pomocy lekarskiej, to wykrwawi się w kilka minut.

Co zaś się tyczy zatrutych pocisków, to siłą rzeczy mogą zawierać bardzo mało trucizny. O ile strzały faktycznie bywały zatruwane, co wynika z samej specyfiki działania łuków (łuk zadaje niezbyt głębokie rany, raczej okaleczając przeciwnika, niż go zabijając), tak kule zabijają głównie przekazaną energią. Pocisk z karabinu w momencie trafienia oddaje ciału kilka tysięcy dżuli energii. Wywołuje to poruszającą się w naszym ciele falę uderzeniową, która powoduje pękanie naczyń włosowatych i ścian komórkowych oraz w efekcie wstrząs. W skutek tego ostatniego cel traci przytomność w ciągu około 5 sekund od trafienia. I jeśli nie otrzyma natychmiastowej pomocy: umiera. Pomaganie mu trucizną niewiele pomoże.

6) Wysokie stanowiska strzeleckie:

Typowy widok z filmu wojennego to wieża kościoła dominująca nad miasteczkiem, a na niej snajper. Jest to oczywiste stanowisko dla strzelca wyborowego.

I dlatego regulaminy prawie każdej armii zabraniają umieszczania tam stanowisk ogniowych. Podobnie nie umieszcza ich się w oknach na piętrach. Powód jest prosty: ich oczywistość sprawia, że jeszcze przed rozpoczęciem ataku zostaną prewencyjnie potraktowane ogniem artylerii.

Faktycznie stanowiska ogniowe umieszcza się albo na poddaszach, usuwając część dachówek, albo w pomieszczeniach, wiercąc dziury w ścianach, w oknach piwnic.

7) Liczebność:

Czytając instrukcje do gier strategicznych, bestiariusze do gier RPG oraz podręczniki do bitewniaków napotkać możemy opisy wojowniczych ras, które „nie dbają o strategię i logistykę, polegają na swej liczebności i szale bitewnym”, oraz, co oczywiste, stanowią poważne zagrożenie dla całych światów czy galaktyk…

Taaaaak…

Ogólnie rzecz biorąc liczba jest jednym z najbardziej przecenianych czynników na polu walki. Takie czynniki, jak morale, dyscyplina, wyszkolenie, kondycja czy uzbrojenie (dokładnie w tej kolejności) mają dużo bardziej decydujące znaczenie, niż ilość walczących. Należy zwrócić uwagę na to, o czym pisałem już w jednym z poprzednich tekstów. Ustawiona w szyk piechota jest w stanie odpierać nawet pięciokrotnie silniejszego przeciwnika. Bowiem żołnierze wzajemnie osłaniają się i współpracują.

Tak więc przewaga musiałaby być naprawdę przytłaczająca.

Jeśli nie dbają o strategię i taktykę, to najpewniej nie tylko nie byliby w stanie się wspierać, ale też optymalnie użyć uzbrojenia. Czyli stosunek sił w praktyce byłby jeszcze mniej korzystny. Zwłaszcza, jeśli ta rasa okazałaby się też technicznie zacofana.

Jeśli nie dbają o logistykę, to… No cóż… Przy temperaturze 10 stopni Celsjusza i deszczu, bez odpowiedniego ubrania, w lesie, nie przeżyjesz nocy. Rasa ignorująca logistykę po prostu wymarłaby nim dotarłaby na pole walki.

Inną inkarnacją problemu jest ludowa sztuka wojenna objawiająca się w takich komentarzach jak „Ludowe Wojsko Polskie miało 1000 samolotów bojowych… A dziś jest ile? Rozbroili Polskę złodzieje!”

Tego typu wypowiedzi są dziełami ludzi, których całe wyobrażenie o wojnie opiera się na seansie „Czterech pancernych i psa”. Obecnie zdolność przenoszenia broni i uzbrojenia są tak duże, że po prostu nie ma potrzeby wykorzystywania takich ilości wojska, jak w II wojnie światowej lub krótko po niej. Oddziały takie nie dość, że nie miałyby jakiejś specjalnej siły ognia, to ich przeżywalność na polu walki byłaby raczej niewielka. Wystarczy spojrzeć na Ukrainę, gdzie maszerują bataliony.

Przykładowo: jednym z symboli II Wojny Światowej jest bombardowanie Drezna. Do akcji tej alianci wykorzystali blisko tysiąc ciężkich bombowców (oraz drugie tyle myśliwców osłony), a sama akcja trwała dwie noce. Współcześnie do zrzucenia tego wagomiaru bomb wystarczyłyby bombowce strategiczne lub siedemnaście myśliwców uniwersalnych, które cel osiągnęłyby w ciągu 60 minut.

Dodać należy, że mówimy o samej wadze bomb. Współcześnie bowiem mamy do dyspozycji zarówno broń o znacznie większej sile niszczenia (bomby termobaryczne, atomowe), jak i sposoby znacznie skuteczniejszego wykorzystania ich niszczycielskiej siły (bomby kasetowe, naprowadzane). I podobna sytuacja zachodzi w każdej dziedzinie. W trakcie II wojny światowej głównym uzbrojeniem kompani piechoty były karabiny maszynowe, dziś bojowe wozy piechoty. Czołgi z 1939 roku były słabiej opancerzone, niż współczesne samochody terenowe… Artyleria lufowa w prawdzie nie zmieniła się od I wojny światowej. Jednak już konstrukcja pocisków i precyzja urządzeń celowniczych doprowadziła do tego, że pojedyncza bateria dziś ma większą skuteczność ognia, niż pułk dział w 1945. Wymieniać można długo…

Operowanie dużymi zgrupowaniami nie ma sensu. Maszerująca dywizja w rodzaju II wojennego Wehrmachtu ma 5 kilometrów długości. Coś tak wielkiego widać z górnych warstw atmosfery. A niestety, do jej rozwalenia wystarczą bomby z jednego F-16.

8) Ogień:

Tak nawiasem mówiąc złota też nie da się stopić w kociołku.

Ogień jest ważnym środkiem bojowym. Niemniej jednak o miotaczach ognia i pociskach zapalających spopielających ciała należy zapomnieć. Człowiek jest w 70 procentach zrobiony z wody. Nie da spalić wody. A przynajmniej nie w ziemskiej atmosferze, za pomocą papieru, drewna lub benzyny.

W wypadku uzbrojenia takiego jak miotacze ognia obrażenia najczęściej w ogóle nie są śmiertelne, a raczej: nie powodują natychmiastowej śmierci. Porażeni tracą zdolność bojową z powodu dwóch czynników. Po pierwsze: bardzo rozległych poparzeń obejmujących 40-80 procent ciała, w tym oczy, które powodują, że ranny mdleje z bólu. Po drugie: traci przytomność na skutek wyssania powietrza z płuc i zatrucia produktami spalania. Śmierć następuje jednak zwykle od kilkunastu minut do kilku dni od odniesienia obrażeń. Choć całkiem sporo osób przeżywa.

Jeśli chodzi o amunicję zapalającą, to jest ona zazwyczaj tworzona do strzelań przeciwsprzętowych. Są to tak zwane pociski API (Armor Piercing and Ignition), czyli penetrująco-zapalające. Przeznaczone są do zwalczania celów lekko opancerzonych i pojazdów. Mają trafić w silnik i wywołać zapłon płynów pędnych.

Wadą takich pocisków jest fakt, że z racji na swoją konstrukcję, nie są zatrzymywane przez ludzkie ciało. O ile, jak pisałem wyżej normalna kula przekazuje ciału swoją energię powodując falę uderzeniową, tak pocisk przeciwpancerny lub przeciwpancerno-zapalający, stworzony do przebijania stali po prostu przez człowieka przelatuje.

Powodowane przez nie rany mogą okazać się śmiertelne, ale – nawet mimo to – postrzelony często ich nie zauważa lub wręcz uznaje je za niegroźne i kontynuuje walkę.

Same rany od ognia w ludzkim ciele nie są poważne. Po prostu naboje tego typu zwierają bardzo mało (mniej, niż jeden gram) substancji palnych.

9) Headshoty:

W trakcie walki nie strzela się w głowę. Strzela się w tors. Po pierwsze: głowa stanowi cel o dużo mniejszej powierzchni i jako taka jest dużo mniej pewnym celem. Po drugie: o ile tors jest w zasadzie wypchany ważnymi organami, których uszkodzenie prawie na pewno spowoduje zgon, tak w głowie jest jedynie mózg. Ten zajmuje jedynie 1/2 jej objętości. Co więcej jego uszkodzenie, wbrew legendom nie powoduje natychmiastowej śmierci, a przynajmniej tak długo, jak długo nie uszkodzi się jednej z przebiegających przezeń żył. Znane są przypadki, że ludzie stracili połowę głowy i nie ponieśli śmierci.

Po trzecie: mózg opakowany jest w czaszkę. Rozbicie czaszki jest bardzo trudne, ludzkie kości mają bowiem odporność zbliżoną do kutego żelaza. Co więcej: jest ona obła, więc ciosy i kule się ześlizgują.

Po czwarte: równie prawdopodobne jak w puszkę mózgową jest np. urwanie przez pocisk szczęki, co w prawdzie czyni z ofiary kalekę do końca życia, ale nie wpływa na jej zdolności bojowe.

10) Katapulty i balisty:

Zazwyczaj w grach i filmach czy to historycznych, czy nawiązujących do historii pełnią one funkcję podobną do artylerii. Faktycznie, za wyjątkiem uzbrojenia lekkiego, jak rzymskie skorpiony, niektóre typy kusz etc. była to broń zbyt niepraktyczna, by używać jej poza oblężeniami. Działa tu niestety śmiertelna kombinacja: małego zasięgu skutecznego, małej siły ognia oraz ogromnego ciężaru.

Machiny oblężnicze w zależności od rodzaju miały donośność od 150-200 metrami (katapulty, trebusze) do maksymalnie 1200 metrów (niektóre rzymskie balisty, aczkolwiek współczesne rekonstrukcje nie mają większej, niż 500 metrów). Były przy tym ciężkie: osiągały masę od 4 do 20 ton. Ich rozstawienie też nie było łatwe, budowa trebuszy sama w sobie była wyzwaniem, znane są przypadki, gdy montowano je nawet i trzy miesiące.

Dla porównania XIX wiecznej armaty czarnoprochowej Cannon obussier de 12 to 1500 metrów, przy masie 1200 kilogramów i możliwości osiągnięcia zdolności bojowej w trakcie 20 minut.

11) Kawaleria:

Typowe wyobrażenie o kawalerzyście, zwłaszcza rycerzu lub huzarze jest takie, że wjeżdżał on na pole walki, robił „dupdupdup” i przejeżdżał po pobojowisku, wygrywając starcie w ciągu piętnastu minut. To taki czołg średniowiecza. Obraz taki rysują filmy, popularne książki i inne zjawiska.

Co ciekawe obraz ten był też bardzo popularny wśród samych użytkowników kawalerii, co doprowadziło do szeregu katastrof, jak Azincourt, Bannockburn, Nicopolis, Crecy, Morganten, Courtrai, bitwa nad jeziorem Pejpus, nad Bałakławą czy też pod Haelen. Nawet wielkie zwycięstwa kawaleryjskie, jak Bitwa pod Wiedniem faktycznie po bliższym przyjrzeniu się okazują się zwycięstwami sił połączonych. Bitwa pod Wiedniem trwała 12 godzin, z czego 11,5 było starciem artylerii i piechoty. Dopiero po przygotowaniu pozycji nastąpiła rozstrzygająca szarża.

W szczególności, jeśli chodzi o bitwy średniowieczne odnieść można wrażenie, że rycerze wygrywali tylko, jeśli walczyli z innymi rycerzami.

W realnych warunkach nie ma możliwości przeprowadzenia skutecznej szarży na piechotę, pod warunkiem, że ta utrzymuje szyk. Co więcej: piechota nie musi nawet dysponować bronią przeciwkawaleryjską w rodzaju pik… Musi tylko utrzymać formację, choć oczywiście długa broń drzewcowa podnosi morale oraz ogranicza straty ludzkie.

Jeśli piechota utrzyma szyk, to szarża zawsze, ale to zawsze załamuje się około 5 metrów przed jej liniami.

Powód jest prosty: konie. Konia, podobnie jak człowieka, można wyszkolić tak, by nie bał się wystrzałów, artylerii, ognia, dymu czy ludzi, a nawet do tego, by walczył. W odróżnieniu od człowieka nie da się go jednak zmotywować do walki czy oddania życia. Konie nie będą nienawidź wrogów, nie będą pragnąć łupów i nie zechcą złożyć swych żyć w ofierze w imieniu wyższej sprawy. Tak więc, jeśli muszą uderzyć na litą ścianę ciał i broni to albo zatrzymują się, albo rozbiegają na boki.

Skuteczne szarże mogą nastąpić jedynie albo wtedy, kiedy przeciwnik jest zdezorganizowany, albo zdemoralizowany.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantasy, Filmy, Gry komputerowe, komiksy, ksiązki. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

12 odpowiedzi na „11 najbardziej przecenianych przez popkulturę, realnie istniejących broni:

  1. Grisznak pisze:

    Ciekawostką jest, odnośnie kawalerii, tzw. „taktyka rewiowa” rosyjskiej armii (nazwa ironiczna). Polegała na tym, że po wojnach napoleońskich rosyjska kawaleria praktycznie uczestniczyła tylko w rewiach i symulowanych walkach, gdzie zawsze kawalerzyści hamowali przed „przeciwnikiem”. W efekcie, podczas powstania listopadowego, dochodziło do sytuacji, że konie rosyjskiej jazdy, przyzwyczajonego do tego, automatycznie zatrzymywały się tuż przed szykiem wroga.

    Do broni, których znaczenie i rolę przeceniano w popkulturze, doliczyłbym jeszcze rydwany. Broń wyglądająca mega efektownie, ale która już w starożytności szybko się zestarzała jako skuteczny środek walki i stała się luksusowym transportem dla wodzów.

  2. dsfse pisze:

    Mnie korci powiedzieć: elita. Bo wydasz miliony monet na szkolenie swojej fanatycznej gwardii przybocznej, kosmicznych Marines czy innych wiedźminów, a potem zarąbie takiego jakiś chłopek z widłami i odrobiną szczęścia. Oczywiście lepiej jest mieć wyszkolonych żołnierzy niż niewyszkolonych, ale wydaje mi się, że cenniejsza jest organizacja i zgranie oddziałów jako całości, niż indywidualne umiejętności każdego żołnierza z osobna, tym bardziej im droższe i dłuższe jest szkolenie jednego takiego elitarnego.

    • Grisznak pisze:

      Akurat współczesne pole walki pokazuje co innego – świetnie wyszkolone oddziały, dobrze wyposażone w nowoczesny sprzęt robią sieczkę z poborowych. Irak pokazał to chyba w najlepszym stopniu, ale na Ukrainie też to widać nieźle. W docenionej przez oficerów sztabowych armii amerykańskiej serii Next War jednostki elitarne są w stanie skutecznie stawiać opór silniejszym jednostkom liniowym, nawet jeśli nie dysponują analogiczną siłą ognia (np. batalion marines może efektywnie walczyć z rosyjską brygada zmot/zmech). Przypominam, że elita to nie tylko stado Rambo, ale jednocześnie ludzi wyposażonych w masę nowoczesnego sprzętu. I dzisiaj zwyczajnie taki chłopek z widłami zginie, zanim nawet zauważy swojego wroga.

      Elita, naturalnie, nie zastąpi normalnych jednostek pierwszego/drugiego rzutu. Ale jest nieodzowna, gdy potrzebujesz jednostek szybkiego reagowania, do błyskawicznego załatania dziury we froncie, szybkiego uderzenia Znowu odwołam sie do Next War – tam jednostki o efektywności 6 i więcej (czyli elitarne) poruszać się mogą także między fazami ruchu wroga, czyli mogą zareagować natychmiast na działania nieprzyjaciela i np. zablokować jego ruch na nasze głębokie tyły lub zabezpieczyć jakiś przeoczony węzeł lub most. Sama elita nie wygra wojny, ale bez nie jest także ciężko. Widać to nieźle w niemieckiej filozofii prowadzenia wojny w II WŚ. W pierwszym okresie elitarnych jednostek używano do małych operacji w kluczowych punktach, tam, gdzie ta właśnie elitarność była kluczowa (Eben Emael, Sedan). Potem zrobiono z nich taran przełamujący (Charków 1943), a schyłkowym – wymagano wręcz, że same z siebie będą robić cuda (Ardeny 1944, Budapeszt 1945).

  3. vladprus pisze:

    Z tą liczebnością to święta prawda.
    To jest jeden z głównych powodów dla którego w „Tyranny” wybrałem Wzgardzonych, a nie Szkarłatny Chór. Jak po jednej stronie jest armia, która:
    – jest zdyscyplinowana
    – świetnie wyszkolona
    – śmiertelnie lojalna
    – traktuje się jak rodzinę
    – oddałaby życie za przywódcę
    – świetnie wyposażona
    – słucha rozkazów (czytaj: nie rabuje jeśli nie dostanie takiego rozkazu)
    – jest szowinistyczna
    A po drugiej mamy armię, która:
    – polega na przewadze liczebnej
    – rekrutów pozyskuje zmuszając jeńców do wstąpienia w swoje szeregi pod karą śmierci
    – jest słabo uzbrojona
    – promuje darwinizm społeczny
    – żołnierze nie mają problemu ze zdradą
    – każdy z armii najchętniej zabiłby lidera, by przejąć jego miejsce
    – awans w armii polega na przeżywaniu bitew (każdy zaczyna od pozycji mięsa armatniego, nawet jeńcy, którzy dobrowolnie nie wstąpili) i wbijaniu noża w plecy
    – po zajęciu miasta rabuje i niszczy wszystko co się da
    – nie dyskryminuje nikogo ze względu na pochodzenie i klasę społeczną
    Nie trzeba być geniuszem, żeby stwierdzić kto jest bardziej sensownym wyborem, abstrahując od moralności.

  4. PK_AZ pisze:

    „nie dbają o logistykę”
    „polegają na swej liczebności”
    „stanowią poważne zagrożenie dla całych światów czy galaktyk…”
    Zaraz wrócę do czytania, a potem napiszę dłuższy komentarz, ale to cudo po prostu zasługuje, by je wyciągnąć przed szereg. Piękne.

  5. Przechodzien pisze:

    Wbrew temu co można zobaczyć w grach i filmach na polu bitwy to będzie nadużywanie mieczy który w rzeczywistości był bardziej bronią pomocniczą/rezerwową niż głównym orężem. Nawet dla samuraja łuk, yari lub nagitama były podstawowym orężem. Owszem były wyjątki np. gladius który był drugą podstawową bronią legionisty.

    • DoktorNo pisze:

      Ale zanim legionista ruszył z mieczem to najpierw rzucał lekkim i ciężkim oszczepem.

    • Ja jednak mam wrażenie, że „mit patyka” i teorie o nieskuteczności miecza stanowią w dużej mierze wytwór odtwórców. Bo nie ma nań przekonujących dowodów ani w tekstach z epoki, ani w znaleziskach archeologicznych (mieczy jest raczej dużo… mało reprezentatywne są natomiast topory i maczugi bojowe), ani w ikonografii. Ani nawet rozum i godność człowieka. Otóż: miecz był w wielu epokach bronią dość drogą, w czasach karolińskich kosztował 8 solidów (włócznia kosztowała 2 solidy, małe gospodarstwo rolne: 20). Mimo to nie dość, że był bardzo reprezentowany (na tyle, że np. w Skandynawii stanowił symbol warstwy Uldabondi czyli Wolnych Chłopów, a u Anglosasów: Thanów, czyli też wolnych chłopów), to wiele wskazuje na to, że poszukiwany: miecze Frankijskie sprowadzano do Bagdadu, na słowiańszczyznę, do Skandynawii, tak samo miecze z Bizancjum…

      Jeśli miałby stanowić tylko broń pomocniczą, to wątpię, żeby komukolwiek chciało się dymać przez cały znany podówczas świat, żeby przywieźć dzikusom badziewie na handel.

      • Grisznak pisze:

        I tu można pochwalić Sandersona, u którego mieczami macha sobie szlachta, a zwykła BPP ma do dyspozycji tylko włócznie – w posługiwaniu się którymi zresztą jeden z bohaterów dochodzi do perfekcji.

  6. Velahrn pisze:

    Zatruta broń nie jest narzędziem żołnierza, tylko skrytobójcy. I trochę osób od niej zginęło, na przykład Ali ibn Talib albo Stepan Bandera.

    • Velahrn pisze:

      Co do liczebności zaś, to klisza w fantasy jest taka, że na liczebności polegają armie żywych trupów/szkieletów/innych takich, którzy nie śpią, nie jedzą, nie umierają na choroby, nie szkodzi im pogoda, i zalewają wroga całą masą…

  7. Wodamineralna pisze:

    Jestem zachwycony że trafiłem na tę stronę w sieci. Wielu autorom wydaje się, że posiadają odpowiednią wiedzę na opisywany temat, ale niestety tak nie jest. Stąd też moje wielkie zaskoczenie. Muszę podziękować za Twoje działania . Koniecznie będę rekomendował to miejsce i częściej tu zaglądał zeby przejrzeć nowe posty.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s