Tworzenie światów: kurs przyśpieszony część 1: technologia, geografia, kultura, ekonomia (cykl „Razem napiszmy…”):

Dobra, dziś będzie o tworzeniu światów. Jak niektórzy pamiętają dawno temu obiecałem cykl o tym poświęcony, który jednak na razie nie powstał. Przerósł on bowiem moje moce przerobowe. Dziś zajmiemy się tą problematyką w skróconej wersji. Od razu powiem, że tekst ten w żaden sposób nie wyczerpuje tematu i wszystkich subtelności związanych z tworzeniem światów.

Od szczegółu do ogółu i na odwrót

W zasadzie istnieją dwa sposoby tworzenia światów. Można je w skrócie nazwać:

  • od szczegółu do ogółu

  • od ogółu do szczegółu

Pierwsza metoda praktykowana jest głównie w takich gatunkach, jak Cyberpunk, Urban Fantasy czy horror. Polega na tym, że tworzymy jakiś szczegół, na przykład miasto, albo bohatera i potem, zwykle w kolejnych tomach, obudowuje się go szczegółami. Np. Harry Dresden jest magiem żyjącym w Chicago i przeżywa tam różne przygody. Każda z tych przygód dokłada jakąś cegiełkę do naszej wiedzy o świecie.

Metoda druga polega na czymś zgoła odmiennym. Najpierw buduje się zarys wielkiego świata, a potem obudowuje się go szczegółami. Np. istnieje świat w kształcie Dysku. Dysk ten spoczywa na barkach czterech słoni, płynących przez kosmos na barkach wielkiego żółwia imieniem A’Tuin. Na dysku jest wiele miast, ale największym i najsławniejszym z nich jest Ankmorpork. Wśród wielu wspaniałych gmachów mieści się tam też akademia magiczna zwana Niewidzialnym Uniwersytetem. Studiuje tam Rincewind, mag-nieudacznik, którego inni magowie się wstydzą…

Jeśli już zdecydowaliśmy się, którą z tych metod przyjmiemy pozostaje nam odpowiedzieć na kilka ważnych pytań.

1) Ogólnie pojęty poziom technologiczny:

Magię i moce psychiczne moim zdaniem można na tym etapie zaliczyć do technologii.

Po pierwsze, jaki mają tam poziom techniczny. Tak więc:

  • czy świat odpowiada poziomowi technicznemu którejś z epok naszego świata. Jeśli nie, to czym się różni?

  • Jakich dokonano tam jakichś, niezwykłych odkryć (np. zbudowano silniki pozwalające na podróż międzygwiezdną z prędkością większą od światła, opanowano teleportację etc.)

  • Czy mają tam jakieś niezwykłe / nadprzyrodzone moce?

  • Jeśli tak, to jak one działają?

  • Jak powszechne są one?

  • Czy udomowiono tak jakieś niezwykłe / niespotykane zwierzęta? (np. smoki, mamuty etc.)

Rozwój technologiczny jest moim zdaniem ważniejszy dla świata przedstawionego, niż jakikolwiek inny aspekt. Decyduje on o tym, za pomocą jakiej broni tam walczą, jak szybko rozpowszechniają się wiadomości, jak daleko i jak szybko mogą podróżować oraz jak szybko mogą dopaść ich wrogowie. O tym, czy postacie chronią tygrysy przed wymarciem, czy kryją się przed nimi na drzewach?

Różnice między magią, a nauką w realnym świecie. Warto je znać, mimo, że w waszych światach może to wyglądać zupełnie inaczej.

2) Geografia:

Po drugie: zajmij się ukształtowaniem geograficznym tego świata. Zanim jednak narysujesz mapę zastanów się nad takimi kwestiami, jak:

Klimat:

Po pierwsze: jaki tam panuje klimat. Umiarkowany? Tropikalny? Wysokogórski? Pustynny? Arktyczny? Większość krainy pokrywa morze? Jakie są pory roku? Z jakimi niedogodnościami trzeba sobie radzić? Czy zima odcina osady od świata na sześć miesięcy, a pół roku trwa noc? Czy też jest pora sucha i pora deszczowa? Woda powoduje powodzie tak często, że tubylcy wznoszą domy na palach, czy też trzeba liczyć się z każdą jej kroplą?

Jak ludzie radzą sobie z niedogodnościami powodowanymi przez klimat?

To tak naprawdę kształtuje całe życie mieszkańców. To jak budują domy, jak, czy i kiedy toczą wojny, jaką broń używają, jaki system polityczny i wierzeń mają, jak wysokie płacą podatki, jak wygląda u nich bogactwo i bieda…

Jakie i jak bujnie rośliny tam rosną, jakie zwierzęta żyją…

Ekosystem:

Jakie tam żyją zwierzęta i rosną rośliny. Nie wiem, czy wiecie, ale można bardzo dobrze rozpoznać w jakim kraju powstała gra komputerowa obserwując tylko przedstawiony w niej świat natury. Np. małe, niebieskie ptaszki świadczą o tym, że autorzy, a przynajmniej graficy żyją w USA lub Kanadzie i na co dzień widują błękitniki górskie (Sialia currucoides).

To jest istotne, tym bardziej, jeśli akcja twojego dzieła będzie rozgrywać się na wsi lub w terenach dzikich. Zajmij się tym, jak wygląda świat przyrody oraz sfera zmieniona przez człowieka. Jakie więc żyją tam zwierzęta? Czy i jakie są lasy? Jak wygląda krajobraz rolniczy? Ludzie uprawiają tam pszenicę na sięgającej po horyzont kratownicy pól, czy między ocienionymi przez palmy daktylowe kanałami irygacyjnymi? A może są tam tarasy ryżowe, winnice lub pola kukurydzy?

Albo jakieś obce Bóg-Wie-Co?

Katastrofy naturalne i niezwykłe zagrożenia:

Czy jest tam raczej spokojnie, czy też siedem orbitujących wokół planety księżyców wywołuje katastrofalne pływy i trzęsienia ziemi o nieprzewidywalnych następstwach, a lud oddaje się krwawemu kultowi Boga Katastrof, by tylko przebłagać niekontrolowane siły natury? Czy też może jest tam raczej spokojnie?

3) Do jakiego należą kręgu kulturowego:

Następna rzecz: zdecyduj się, do jakiego kręgu (lub kręgów) kulturowego należeć będą mieszkańcy twojego świata. Decyduje to o wartościach, jakie żywią, sposobach rozwiązywania problemów, architekturze, stroju i szeregu innych cech.

W zasadzie to mamy dwie możliwości: oprzeć się na którejś z istniejących kultur lub też wymyślić własną.

Tworzenie obcego kręgu kulturowego:

Tworzenie obcego kręgu kulturowego jest bardzo trudne. Tak naprawdę większość utworów fantastycznych albo opiera się na już istniejących kulturach, albo jest wręcz osadzone w świecie kultury zachodniej.

Ja posłużyłbym się tutaj zaleceniami Feliksa Konecznego, wielkiego, polskiego filozofa, który badał (czy może rozważał) problematykę różnic cywilizacyjnych.

Pierwszą rzeczą, jaką należy wziąć pod uwagę jest quinsunx. Jest to podstawowy czynnik, definiujący charakter każdej cywilizacji. Zdaniem Konecznego jest to pytanie o to, jak ci ludzie definiują sobie to, czym jest:

  • Dobro

  • Prawda

  • Zdrowie

  • Dobrobyt

  • i Piękno

Prócz niego cywilizacje różnią się spojrzeniem na dwa szeregi pojęć. Pojęcia te to:

  • Gromadność vs. Personalizm: czyli czy dana kultura wieży, czy celem ustroju jest dobro osoby, czy grupy? Czy dobro każdej osoby lub grupy jest cenione tak samo? Oraz co krępuje działania jednostki: narzucone przez społeczeństwo normy, czy wewnętrzne zasady etyczne?

  • Aprioryzm vs. Aposterioryzm: czy ustrój społeczny zmienia się na skutek doświadczeń zmysłowych lub racjonalnych dociekań, czy też pod wpływem czynników z nich nie wynikających (np. szukania odpowiedzi w świętych pismach, wskutek objawień, odczytywania omenów, wróżb, przepowiedni, zaciągania opinii wyroczni, boskich objawień, reinterpretacji świętych tekstów lub mitów…).

  • Konserwatyzm vs. Reformizm: czy oni są raczej konserwatystami, czy nowinkarzami? Czy odrzucają nowości, bowiem zakłócają one ich sposób życia, czy przeciwnie, widzą w nich korzyść i sposób na poprawienie swego losu? W obliczu klęski gotowi są raczej szukać nowych dróg rozwiązania problemu, czy odwrotnie: czy też stanąć na uszach, by rozwiązać go starymi sposobami?

  • Jednostajność vs. Jedność w rozmaitości: jedne społeczeństwa dążą do maksymalnej jednostajności. W skrócie: każdy robi tam, co mu karzą i generalnie każdy powinien (przynajmniej w sytuacji idealnej) robić dokładnie to samo. Kto się wybija, ten zły. Jeśli nie da się robić tego samego: ludzie dzielą się na wzajemnie uzupełniające się warstwy społeczne, z których każda ma własne zadanie i z niego się nie wyłamuje. Synowi oracza nie wolno zostać wojownikiem, wojownika: orać pola. Inne społeczeństwa działają w drugą stronę: każdy powinien odnaleźć swoją niszę, w ramach której będzie produktywny. Syn oracza może tam porzucić zawód ojca, jeśli okaże się dobrym kandydatem na wojownika…

  • Mechanizm vs. Organizm: społeczeństwo rozumiane jest jako mechanizm, którego każda naprawa wymaga interwencji biurokraty czy też odwrotnie, jako oddolnie sterowany organizm mający zdolność do samoleczenia?

  • Prawo prywatne vs. Prawo publiczne: czy istnieją prawa prywatne (tzn. prawa, których zadaniem jest ochrona interesów jednostek) i prawa publiczne (których zadaniem jest ochrona interesu publicznego), czy istnieją obok siebie i które są bardziej wspierane? Przykładowo: wśród Wikingów w zasadzie nie było praw publicznych. Wszystkie spory regulowano prywatnie lub w imieniu innego człowieka. Odwrotnie w totalitaryzmach w zasadzie nie ma praw prywatnych.

Do tego ja dodałbym jeszcze:

  • Życie osiadłe vs. Koczownictwo: prowadzą życie raczej osiadłe czy raczej koczownicze? Zauważ, że wbrew pozorom nie jest to stałe. Cywilizacje osiadłe, jak (zdawałoby się) cywilizacja zachodu mają w swoich szeregach grupy ludzi (jak np. kierowcy ciężarówek), które w zasadzie są zawodowymi koczownikami. Odwrotnie, koczownikom zdarza się osiadać w szczególnie sprzyjających miejscach. Podobnie czynią też osoby zbyt słabe lub biedne, by wędrować.

  • Egalitaryzm vs. Rozwarstwienie: czy w tym kręgu kulturowym ludzie są uważani za równych sobie, czy też istnieje podział na różne klasy, mające odmienne role społeczne, zawody i w różnym stopniu chronione przez prawo? Najbardziej typowym jest oczywiście podział na chłopów, szlachtę, mieszczan i duchowieństwo, ale nie jest on jedynym możliwym. Przykładowo: w Korei Północnej ludzie podzieleni są wedle lojalności wobec rządu (wliczając to różne klasy wroga ludu: od dopuszczalnych, po zwalczanych), w nazistowskich Niemczech: z uwagi na czystość krwi niemieckiej i narodowość… Istnieje tu więc wiele możliwości.

4) Obce rasy:

W naszym świecie możemy umieścić szereg obcych ras. Nie będę ukrywał, że trochę nie wiem, co na ten temat powiedzieć. Większość obcych ras, jakie widziałem, albo miała jakieś odniesienia do ludzi (tacy sami, ale lepsi / gorsi, bardziej / mniej długowieczni, z dodatkowymi kończynami, więksi / mniejsi), albo też były mniej (Zergowie, Tyranidzi) lub bardziej (Minotaury, Centaury) antropomorfizowanymi zwierzętami, roślinami lub przedmiotami nieożywionymi.

Wydaje mi się jednak, że warto postawić sobie następujące pytania:

  • Jak wyglądają?

  • Jakimi cechami różnią się od ludzi?

  • Jakie mają mocne strony?

  • Jakie mają (i czy w ogóle) strony słabe?

  • Jakie są ich stosunki z innymi rasami?

5) Demografia:

Następna rzecz: gdzie i w jakich ilościach żyją w tym świecie ludzie? Jak liczne społeczności tworzą?

Jako podpowiedź dodam, że niemal wszystkie ludzkie osiedla znajdują się nad wodą, a ponad 90 procent z nich w pasie około 300 kilometrów od morza. Woda jest bowiem nie tylko konieczna do życia, ale też do zapewnienia wegetacji oraz utrzymania przy życiu trzód. Tak więc w innym klimacie, a już zwłaszcza suchym też będą osiedlać się głównie przy źródłach wody.

Zdecyduj się, gdzie znajdują się główne osiedla.

Czy ludzie tutaj budują miasta? Czy też żyją raczej na wsi? W prehistorii na większości terenów nie istniały miasta, a jedynie rozrzucone osady i wsie. W całym okresie przed-nowożytnym 90 procent populacji żyło na wsi, a może jedynie 10 procent w miastach. Od roku 1200 odsetek ten się stopniowo odwracał i obecnie wygląda odwrotnie.

Na wszelki wypadek kilka tabelek:

Hordy myśliwych-zbieraczy

Plemiona rolników

Wodzostwa

Państwa

Liczebność populacji

Dziesiątki

Setki

Tysiące

Ponad 50 tysięcy

Typ osadnictwa

Nomadyczny

Stały: jedna wioska

Stały: jedna lub więcej wsi

Stały: wiele miast i wsi

Podstawa więzów

Pokrewieństwo

Oparte na pokrewieństwie związki klanowe

Klasy społeczne i nagromadzony majątek

Klasy społeczne i nagromadzony majątek

Grupy etniczne i języki

1

1

1

Rok 900

Rok 1300

Rok 1930

Rok 2011

Liczba ludności świata

350 milionów

400 milionów

2 miliardy

7,5 miliardów

Europy:

30 milionów

60 milionów

500 milionów

726 milionów

Francji:

3,5 miliona

10 milionów (we współczesnych granicach)

41 milionów

67 milionów

Wysp Brytyjskich:

0.9 miliona

2,8 miliona

49 milionów

70 milionów

Półwyspu pirenejskiego:

6 milionów

8 milionów

30 milionów

58 milionów

Italii

7 milionów

8 milionów

43 miliony

59 milionów

Węgier:

700 tysięcy

2 miliony

8,5 miliona

9.9 miliona

Polski:

400 tysięcy

1,2 miliony

32 miliony

38 milionów

Bizancjum:

8-10 milionów

10-12 milionów

Nie istnieje

Nie istnieje

6) Ekonomia:

Kolejna rzecz, jaką powinniśmy się zająć to ekonomia. Ta jest nam potrzebna z kilku powodów. Pozwala nam bowiem odpowiedzieć na kilka podstawowych pytań. Pierwszym z nich jest:

Z czego tam ludzie żyją:

To ważne pytanie, zwłaszcza jeśli chcemy dokładnie opisywać to społeczeństwo. Od razu powiem, że „w dawnych czasach” około 90 procent ludzi było rolnikami. Bywały obszary, jak basen Paryża, Niderlandy czy Włochy, gdzie ten odsetek był mniejszy (i spadał do około 60 procent), ale zasadniczo większość ludzi była rolnikami. Byli to rolnicy wielkoobszarowi, średnio i małorolni oraz bezrolni. Wszyscy jednak zajmowali się rolnictwem. Pozostałe 10 procent odwalało pozostałe czynności.

Panuje wolny rynek, rynek zamknięty czy gospodarka centralnie sterowana?

Wolny rynek działa w ten sposób, że każdy, kto chce, po spełnieniu biurokratycznych wymagań, może otworzyć swój interes i sprzedawać produkty swoich rąk. Opiera się on na zasadach konkurencji, w wyniku której ci, którzy potrafią produkować więcej, lepiej i za mniejsze pieniądze pokonują tych, którzy tego nie robią. W wyniku tego ostatniego pokonani kończą w biedzie.

Na rynek zamknięty wstęp mają tylko niektóre podmioty, cieszące się przywilejami. Zwykle są to członkowie jakieś organizacji lub rodziny. Osoby mające dostęp na rynek wykorzystują go zwykle do wprowadzenia monopolu. Dzięki temu mogą dyktować ceny i bogacić się, nawet, jeśli ich produkty są drogie i niedobre, a ich produkcja niewielka.

Poważną wadą tego typu gospodarki jest fakt, że premiuje ona niską produktywność. W jej wyniku towary stają się bardziej pożądane i łatwiej uzasadnić ich wysoką cenę.

Alternatywna wersja wygląda tak, że sprzedaż jakichś produktów możliwa jest tylko do rąk jednego odbiorcy (np. jakiejś państwowej agencji rolnej). Ma ona wówczas monopol i może płacić producentom tylko tyle, by ci nie umarli z głodu (mimo, że produkt może być dużo więcej warty na szerokim rynku). W ten sposób w niektórych krajach afrykańskich traktuje się rolników uprawiających kakaowce i kawowce.

Rynek centralnie sterowany polega na tym, że ludzie produkują przedmioty, a urzędnicy decydują kto i ile ich dostanie. Gospodarka tego typu zwykle radzi sobie lepiej, niż rynki zamknięte i jest bardzo odporna na wszelkiego rodzaju katastrofy, jak wojny czy katastrofy naturalne. Pozwala dostarczyć produkty tam, gdzie naprawdę są potrzebne. Jej wadą jest natomiast fakt, że nie pozwala wytwarzać bogactwa oraz jest bardzo podatna na marnotrawstwo i wahania popytu oraz podaży. Jest więc de motywująca dla pracowników, którzy czują, że mogliby zarobić więcej na wolnym rynku. Nie pozwala też racjonalnie gospodarować zasobami.

Obydwa, powyższe typy ustroju generują powstanie czarnego rynku, gdzie handluje się towarami niedostępnymi na normalnym.

Typy dóbr:

Należy zdać sobie sprawę, że istnieje szereg dóbr, które na rynku pełnią różne funkcje. Najważniejsze z nich to:

  • Dobra podstawowe: są to towary i usługi, które konieczne są ludziom do życia. Do tej kategorii należy żywność, woda, tlen, ciepło i opał, ubrania, lekarstwa etc. Popyt na te dobra nie spada, nawet, jeśli ich cena rośnie. Jeśli tych dóbr brakuje, ludzie umierają.

  • Dobra inwestycyjne: to towary, które kupuje się, by wytwarzać inne dobra. Są to najczęściej narzędzia pracy oraz surowce niezbędne do jej wykonania. Jeśli ich brakuje na rynku, praca staje i produkcja innych dóbr staje.

  • Dobra konsumpcyjne: to towary, które ludzie kupują, po to, żeby je natychmiast użyć. Służą one do poprawy ich bytu i jakości życia, ale niekoniecznie do tego, żeby je podtrzymać czy wykonywać lepszą pracę. Do grupy tej należą np. książki i filmy rozrywkowe, samochody osobowe, meble, lepsze jedzenie i ubrania.

  • Dobra luksusowe: to towary bez których można się obejść, zazwyczaj służące do zaznaczenia swego statusu. Do kategorii tej należą rzadkie smakołyki, pokarmy w rodzaju słodyczy, biżuteria, bardzo dobre ubrania etc. Nabywa się je po to, żeby zaznaczyć swój status społeczny. Uwaga!!! Dobra luksusowe nie podlegają zjawiskom wynikającym z gospodarki niedoboru i rzadko są reglamentowane. Z tej przyczyny w chwili, gdy sytuacja się chwieje, często ich konsumpcja rośnie. Zwyczajnie, jeśli nie ma wody, bogacze piją szampana. Biedni nie, bo ich nań nie stać. Wywołuje to nierzadko złudzenie ostentacji i pogłębia tylko niepokoje społeczne.

  • Dobra niższego rzędu: są to dobra, na które popyt rośnie, w chwili, gdy brakuje dóbr podstawowych. Przykładowo: nikt normalny nie będzie raczej jadł szczurów, jeśli może coś innego… W czasach głodu jednak szczurze mięso może osiągać znaczące ceny. Dobrem niższego rzędu mogą być też towary zastępujące towary konsumpcyjne lub luksusowy np. klej, który wąchano w zastępstwie twardych narkotyków lub denaturat pity w zastępstwie wódki.


Ekonomia niedoboru:

Wielu autorów lubi pisać o światach znajdujących się w sytuacji załamania ekonomicznego. Warto więc, choćby z grubsza wiedzieć, jak działa gospodarka niedoboru. Otóż: gospodarka taka pojawia się, gdy brakuje dóbr podstawowych, jak żywność, leki etc.

W pierwszej kolejności dochodzi więc do odwrócenia sytuacji klienta i sprzedawcy. W normalnej sytuacji rynkowej towar jest wart tyle, ile klient zechce zapłacić. W gospodarce niedoboru: tyle, ile sprzedawca zażąda.

Po drugie: towar jest natychmiast wykupywany, często przed pojawieniem się go w sklepach (tworzą się różne zapisy nań, komitety kolejkowe etc.). Ludzie kupują go w większych ilościach, niż potrzebują, w obawie, że w przyszłości nie dadzą rady go zdobyć.

Po trzecie: automatycznie w górę idą ceny wszystkich innych dóbr i usług. Ich wytwórcy podnoszą ceny, by zdobyć pieniądze na towary niezbędne sobie do życia.

Po czwarte: zjawisko przenosi się na inne towary. Widząc wzrost cen ludzie wykupują je, by zrobić zapasy oraz towar, który mogliby ewentualnie wymienić na to, czego potrzeba im do życia.

Po piąte: sklepy pustoszeją, nie da się nic kupić. Oprócz szampana.

Wyzysk:

Wyzysk polega na wykorzystaniu czyjegoś, trudnego położenia społecznego lub materialnego celem zaoferowania mu pracy na niekorzystnych warunkach. Czyli np. wykorzystanie wysokiego bezrobocia, by płacić mniej zatrudnionym (bo inaczej będą całkowicie pozbawieni środków do życia, a na ich miejsce przyjdą desperaci). Kiedyś był normą, współcześnie państwa bronią się wprowadzając płacę minimalną. Wyzysk jest bardzo szkodliwy dla gospodarki, o czym napiszę niżej.

Niewolnictwo:

Kolejny popularny motyw, który nawiasem mówiąc warto eksploatować. Każdy wie, na czym polega niewolnictwo.

Warto wiedzieć, że niewolnictwo, mimo że oczywiście przynosi korzyści właścicielom niewolników, jest niezwykle szkodliwe dla gospodarki. W skrócie: po pierwsze niewolnictwo jest mało wydajne. W normalnym systemie ludzie są wynagradzani za pracę. Czyli im więcej i wydajniej pracują, tym więcej pieniędzy dostają. W wypadku pracy przymusowej, nie mają oni w pracy korzyści, więc starają się pracować możliwie najmniej.

Po drugie: praca niewolników jest bardzo tania. Jako, że na rynku pracy konkurują oni z wolnymi, powoduje to, że ci ostatni muszą albo godzić się na stawki niewolnicze, albo z rynku wypaść. Jednych i drugich nie stać na to, by zaspokajać inne potrzeby, niż najbardziej podstawowe. Nie mogą więc kupować, więc nie dają utrzymania producentom. Właściciele niewolników natomiast, zamiast płacić producentom, wolą kupować niewolników, których praca jest tańsza.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

18 odpowiedzi na „Tworzenie światów: kurs przyśpieszony część 1: technologia, geografia, kultura, ekonomia (cykl „Razem napiszmy…”):

  1. Lurker pisze:

    Heh, zaskoczyłeś mnie tym wpisem dzisiaj, a że mam trochę roboty i nie mam czasu czytać, więc tylko tak pobieżnie przejrzałem z ciekawości.

    W ostateczności, najbardziej i tak czekam na podrozdział dotyczący Religii, który tam zapowiadałeś kilka wpisów temu. A to dlatego, że uważam, iż w fantasy jest on często traktowany zbyt powierzchownie i po łepkach – podczas, gdy przecież dla ludzi „dawnych czasów” był to często centralny element ich życia.
    No i dlatego jestem ciekaw, czy ty coś odkrywczego napiszesz na ten temat.

    Co do wpisu powyżej – przeglądając pobieżnie, tak czy siak wychwyciłem błąd – Tabelka – Liczba ludności świata – Rok 2011 – 11 miliardów…

    Ekhem, trochę się zagalopowałeś. W 2011 to pamiętam, jak w telewizji mówili, że wybiło 7 miliardów. Na chwilę obecną to jest bodajże nieco ponad 7,5 pewnie…

  2. VAT23 pisze:

    Bam!
    http://bethisad.com/conculture/questionnaire.htm
    I gotowe.

    Nadal pojawia się jednak najprostsze i najbardziej oczywiste pytanie – po co? Worldbuilding to chyba największy przejaw grafomanii, jaki istnieje.

    • Powiedziałbym raczej, że to kwestia krytyczna i najbardziej podstawowa dla literatury fantastycznej. Bez tego dosłownie nie da się pisać książki fantastycznej.

      Co do linku: niezły. O kilku kwestiach nie pomyślałem lub je zlekceważyłem. Inne uznałem za nieistotne.

      • VAT23 pisze:

        Jak to się mówi – spytaj Andrzeja S. na najbliższym konwencie, czy się przejmował w ogóle budowaniem swojego świata w jakąkolwiek spójną całość. Albo w ogóle się zastanawiał nad budowaniem czegokolwiek, jak pisał radośnie opowiadanie albo i kilka książek. Które, nomen omen, są podnoszone do rangi arcydzieła budowania świata przedstawionego. Głównie przez ludzi, którzy nigdy ich nie czytali, ale o tym zdaje się kiedyś sam wpis robiłeś.
        Worldbuilding to w dużej mierze zbędnym, często pretensjonalny dodatkiem. W najgorszym wypadku staje się celem sam w sobie i wszystko rozłazi się w szwach, bo ekspozycja zabiła fabułę. Ale masie ludzi i tak wydaje się, że cała zabawa polega na tym, żeby napisać encyklopedię fikcyjnego świata. Ciekawe jak to jest, że Tolkien, z którym taką grafomanie zwykle się wiąże, sprzedaje się na pęczki z LotRem, ale Silmarillion, a więc worldbuilding w stanie czystym, w zasadzie nie schodzi, a sam autor uznał, że nie warto.
        Tyle w temacie. Walenie stron i rozdziałów ekspozycji zabije wszystko. Posiadanie uporządkowanego świata w swojej głowie i/lub w osobnych notatkach może pomóc w pisaniu. Nie musi. Ale im dalej trzyma się to od faktycznie tworzonego tekstu, tym lepiej.

      • Siman pisze:

        @VAT23
        No tak, ale Sapkowski miał gigantyczną (jak na tamte czasy) wiedzę o światach fantasy i jego pierwsze opowiadania to po prostu bardzo umiejętny pastisz. A pastisz nie wszędzie pasuje, zresztą większości pisarzy stosujących tę metodę wychodzi po prostu kalka najbardziej ogranych motywów. No i AS sam przyznawał, że musiał przysiąść do worldbuildingu przed napisaniem powieści, po prostu go nie lubił.

        No i nie chodzi w nim o pisanie Silmarilionów, tylko o stosowanie zasady 80/20 w tworzeniu tła: pisarz musi mieć znacznie większą wiedzę o świecie przedstawionym niż ta, którą rzeczywiście użyje w opisach, choćby po to, żeby wiedzieć co opisywać, a czego nie. Przy powieści realistycznej to oznacza solidną kwerendę ze źródeł epoki, w przypadku powieści fantasy – worldbuilding właśnie.

        A jeśli książka przeładowuje ekspozycją to jest to zwyczajnie problem warsztatowy. Można zrobić gigantyczne światotwórstwo i unikać ekspozycji prawie do zera (patrz: Dukaj).

      • Suchy pisze:

        @VAT23
        Czy ja wiem… Przyznaję, że jest sporo sensu w tym co mówisz i zazwyczaj takie coś zalatuje grafomanią etc. Ale po pierwsze wielu twórców olewa dokładne opisanie settingu A wielu nie. Poza Tolkienem mi osobiście przypomina się np. Howard i jego Conany. Po drugie te settingi i ich opisy zazwyczaj raczej są publikowane już po tym jak setting zdobył fanów, a nie odwrotnie. Po trzecie tutaj to ma być naszykowanie sobie narzędzia wspomagającego twórcę w dalszej pracy nad książką, a nie cel pisania książki. – zanim zaczniesz pisać przemyśl na zaś co i jak masz napisać, wyznacz sobie ramy w których się chcesz się poruszać etc.
        Sapek początkowo wiedźmina pisał chyba jako zbiór opowiadań do opublikowania w gazecie. Dopiero jak chwyciło to zabrał się za robienie powieści. W takim wypadku wcale się nie dziwię że taką właśnie metodologię z takim podejściem przyjął.

    • VAT23 pisze:

      @Simal
      Ale w tym pastiszu nie chodzi ani trochę o świat przedstawiony. Ten świat jest KOMPLETNIE nieistotny dla opowiadań, które zbijają się albo z konwencji, albo bezpośrednio z jakiegoś utworu (a najczęściej z obu). Potem przychodzi saga i ten świat dalej gra trzecie skrzypce co najwyżej.
      I tu też nie chodzi o to, że worldbuilding jest zły tylko wtedy, gdy jest ekspozycją. On jest zły z zasady, bo nie chodzi w ogóle o to, żeby stworzyć rozbuchany świat i wszystko w nim poukładać. To jest całkowicie zbędne, a im mniej się temu czasu poświęca, tym lepiej.
      Za moich czasów zamęczało się w szkołach w opór powieść realistyczną, tj. w nurcie realizmu. Co przekładało się na niekończące się opisy świata, sprawiając, że materiał na nowelkę, opowiadanko krótkie, stawał się niestrawną cegłą na 500 stron, przez którą trzeba było się przebijać z maczetą, szukając właściwych wątków fabuły, a nie historii o tym, jak to siedem pokoleń wcześniej rodzina epizodycznej postaci przeprowadziła się w te strony i jak żyli w nędzy, hodując cebulę, a cebula ta była gatunku, który X sprowadził z Y w roku…
      W efekcie mam nic, tylko pogardę do takiego sposobu pisania. Z tego nie wynika nic. Absolutnie nic. Zapisuje się tylko kolejne strony dla objętości samej w sobie, dla samej w sobie historii jednak nie ma to wpływu najmniejszego, a o ile nie jest to piramidowy kryminał, to takie detale też nie mają żadnego celu później. Popis erudycji, a często „erudycji” autora jest ostatnie, na co mam ochotę, kiedy czytam.

      @Suchy
      Tolkien jest w tym niewielkim odsetku ludzi, którzy najpierw napisali „właściwą” część, a potem jego syn dosłownie sięgnął do szuflady i zaczął z niej publikować.
      Zwykle jest tak, że jak się ktoś zabiera za pisanie książki i wychodzi z założenia, że „Łał, trzeba mieć jakiś ciekawy świat”, to na wstępie popełnia już karygodny błąd (bo zamiast mieć historię do opowiedzenia, ma świat do opisania), a potem brnie w to bagno po samą szyję, w efekcie czego tworzy pokraczne i często bezsensowne światy przedstawione, tylko dlatego, że żyje w przeświadczeniu, że tak należy to robić.
      Howard pisał Conana w celach zapłacenia rachunków za prąd, adresując swoje wypociny do szarego Amerykanina, który chciał mieć rozrywki na dwie godziny. I ja to szanuję w pełni. Bo wiedział co pisze, po co pisze i dla kogo pisze, a do tego dalej miał samoświadomość, że tworzy jak najbardziej dosłowne pulp fiction. Więc kreacja światów była potrzebna tylko na tyle, na ile wymagała tego fabuła, a więc najczęściej seria nazw własnych.
      Tylko potem klasycznie siada do tego grupa autystycznych „prawdziwych fanów” i zaczyna analizować słowo po słowie, budując sobie kompedium świata przedstawionego i kłócąc o „jedyną słuszną” interpretację, zamiast załapać, że czytają eskapizm w stanie czystym i w ogóle nie należy się przejmować detalami.

      tl;dr jak się pisze literaturę rozrywkową, to niech ona rozrywa, a nie nuży wypocinami o bzdurach; udawanie, że pisze się cokolwiek innego niż rozrywkowego produkcyjniaka oznacza spore problemy z ego autora i jego grafomanią.

      • Siman pisze:

        @VAT23
        Sadzisz tu niebywałe majszyzmy z którymi nie da się właściwie dyskutować poza trzeźwą obserwacją, że i krytycy, i czytelnicy są przeciwnego zdania, więc jesteś w mniejszości.

        Kanoniczne i bestsellerowe dzieła dla fantastyki, od WP, przez Diunę, Grę Endera, GoTa, Ziemiomorze po Harry’ego Pottera i tonę innych powieści opierały się na tym, że ktoś skonstruował cały świat jako tło dla historii, a źródłem funu dla czytelnika było jego eksplorowanie w trakcie lektury. Są dzieła, które światotwórstwo dokładały w biegu (Wiedźmin, częściowo na pewno HP), są takie, nad którymi autor siedział dłużej niż nad pisaniem powieści, ale jeśli chodzi o fantasy i sf to takie, w którym światotwórstwo w ogóle nie gra żadnej roli, można policzyć na palcach jednej ręki. Z fantastyki tylko horror zazwyczaj radzi sobie bez niego.

        Tak, literatura rozrywkowa ma rozrywać, ale w fantasy to świat jest rozrywką czytelnika i twoje traumy spowodowane lekturą Orzeszkowej tego raczej nie zmienią.

      • VAT23 pisze:

        @Siman „Moja jest racja i to święta racja, a nawet jak twoja racja jest twojsza, to moja jest najmojsza” – tak można podsumować twoją odpowiedź. To nie jest kwestia traum. To jest kwestia tego, po co się pisze. Ja nie mam nic do świata przedstawionego (czego zdajesz się nie rozumieć), ja mam do ekspozycji. Potem jednym tchem wymieniasz książki, które są przede wszystkim grafomanią w stanie czystym: fetysz autora na punkcie czystych ludzi i wody; fetysz autora na punkcie zmilitaryzowanego społeczeństwa; fetysz autora na punkcie podatków i jedzenia; dobre egzystencjonalne opowiadania tonące pod morzem (ha!) ekspozycji i kończąc bajką dla dzieci, która znana jest z tego, że pisana była w biegu i świat przedstawiony nie ma najmniejszego sensu, bo celem było pisanie przygód małego czarodzieja w czarodziejskiej szkole (ale niestety potem bierze górę potrzeba „stworzenia świata” i wszystko bierze w łeb od tego momentu).
        Jeśli w czytaniu powieści fantasy najbardziej jara cię ekspozycja – twój wybór. Ja najczęściej te fragmenty zwyczajnie omijam, bo nie wnoszą one absolutnie NIC do fabuły, stanowiąc zapychacz i nabijacz objętości. Może dlatego też mam nic poza pogardą dla całej masy rzeczy w szeroko rozumianym „gatunku” – bo jak wywalić z nich zbędną ekspozycję, to zostają dość pokraczne opowiadania na kilkanaście, no może kilkadziesiąt stron.
        World-building to jest coś, co się trzyma w notatkach, a nie męczy odbiorcę. I to niezależnie od gatunku.

        PS
        Orzeszkowa nie jest realizmem, pacanie. Poczytaj książki Hugo (Wiktora, bo jeszcze pomyślisz, że chodzi o Gernsbacka) i zrozumiesz co to znaczy „przerost ekspozycji nad treścią” w warunkach, gdzie nie czytasz o elfach i ich całkowicie nieistotnej dla fabuły polityce rasowej, tylko właśnie o tej cebuli. Albo kamieniołomie, z którego pochodził granit na rzeźbę, którą to rzeźbę opisuje się przez 5 kolejnych stron, a która stanowi dosłowną dekorację i przerywnik w fabule.

  3. Siman pisze:

    W ekonomii to akurat pojechałeś po linii najmniejszego oporu, przepisując bon moty z teorii liberalnych i neoliberalnych, które są mocno naciągane jeśli ma się jakieś pojęcie o historii gospodarczej.

    „Jej wadą jest natomiast fakt, że nie pozwala wytwarzać bogactwa oraz jest bardzo podatna na marnotrawstwo i wahania popytu oraz podaży. Jest więc de motywująca dla pracowników, którzy czują, że mogliby zarobić więcej na wolnym rynku. Nie pozwala też racjonalnie gospodarować zasobami.”

    Najbardziej spektakularny przykład wytwarzania bogactwa miał miejsce w Korei Południowej. Działał tak: grupa wspieranych przez państwo oligopoli realizowała centralnie narzucony plan gospodarczy stworzony przez niedemokratyczny reżim wojskowy przy wsparciu finansowym i merytorycznym USA. Przy praktycznym braku drobnej przedsiębiorczości (nie wiem, czy tworzono jakieś prawne obostrzenia czy po prostu się nie opłacała – ale faktem jest, że była na śmiesznie niskim poziomie w porównaniu do państw Zachodu) i stosowaniu protekcjonistycznych praktyk, jak wysokie cła importowe na produkty uznane za kluczowe dla rozwoju, dokonano spektakularnego cudu gospodarczego, który przerwał dopiero kryzys azjatycki z lat 90-tych. Tyle że ten kryzys nastąpił… kilka lat po tym, jak pod naciskiem neoliberalnej fali z Zachodu Korea dokonała demokratyzacji oraz liberalizacji gospodarki.

    Obserwacja modelu południowokoreańskiego była jednym z głównych argumentów dla Xiaopinga, że można zreformować gospodarkę bez rezygnowania z silnie scentralizowanego, autokratycznego aparatu państwowego i Chiny podpatrzyły część rozwiązań zastosowanych potem u siebie, takich tworzenie dużych konglomeratów przemysłowych, które jedynie na papierze pozostają niezależne.

    „Wyzysk jest bardzo szkodliwy dla gospodarki, o czym napiszę niżej.”

    Znów – bzdura. Rewolucja przemysłowa w Wielkiej Brytanii to przecież wzorcowy efekt wyzysku: robotnik na początku XIX wieku zarabiał gorzej, pracował o wiele dłużej i dysponował mniejszą swobodą osobistą niż chłop sprzed stu czy dwustu lat. Mimo to szeregi pracowników przemysłowych rosły dramatycznie, m.in. dzięki polityce ogradzania pól, która wypychała tysiące ludzi z rolnictwa i pozbywała ich źródła dochodu. Jednocześnie płace były do połowy wieku prawie zamrożone, także dzięki rozdawanym dla pracujących w przemyśle zapomogach żywnościowych. To pozwalało przedsiębiorcom utrzymywać dosłownie głodowe pensje, jako że problem głodu rozwiązywało za niego państwo. Cokolwiek by o Marksie nie mówić, ucisk klasy pracującej w tamtym czasie nie był przez niego zmyślony.

    W rzeczywistości gospodarki podzieliłbym, wbrew lewicowym i prawicowym teoriom, na kapitałogenne i konsupcyjne. Te pierwsze mogą być wolnorynkowe lub centralnie sterowane i w obu przypadkach potrafią być bardzo wydajne, chodzi tylko o to, żeby były nastawione na inwestowanie nadwyżek w kapitał. Typowym przykładem drugiego jest Związek Radziecki, w którym wszelkie nadwyżki przejadało państwo lub wyścig zbrojeń. Na konsumpcję elit nastawione były również niemal wszystkie gospodarki przedindustrialne, przede wszystkim dlatego, że nie istniały wówczas kapitałogenne technologie i instrumenty finansowe (z pewnymi wyjątkami jak kraje arabskie).

    Oczywiście ten podział jest uproszczony, większość gospodarek była mieszanką obydwu, często przechodząc z jednej do drugiej w zależności od prowadzonej polityki, pominąłem też kwestię konsumpcji prywatnej, dla omówienia której trzeba by rozgrzebać konflikt liberałowie vs keynesiści. Ale jeśli szukać prostych modelów na potrzeby światotwórcze to ten ma najwięcej sensu.

    • Suchy pisze:

      Korea to generalnie jest arcy ciekawy przypadek jesli idzie o linię demokracja vs dyktatura i skakanie między tymi systemami politycznymi. Korea musiała być dyktaturą bo Amerykanie potrzebowali państwa marionetkowego. Dyktatora łatwiej jest kontrolować bo jeśli chcesz żeby taki rząd coś zrobił wystarczy jeden telefon to dyktator się słucha. (jeśli chce zachować swoje stanowisko). Korea była (i jest) państwem istotnym z punktu widzenia grostrategii więc trzeba było jej gospodarkę doprowadzić do jakiegoś sensownego stanu. Skończyła się zimna wojna – można było się bawić we wprowadzanie demokracji. Sęk w tym że jankesi przespali sprawę i teraz się dopiero zaczynają budzić że im po 2 stronie oceanu wyrosły Chiny a demokratyczna Korea już nawet ze względu na grografie z roku na rok robi się coraz bardziej gospodarczo związana z chinami.
      Analogicznie było z np RFN tyle że tutaj nie mogli się bawić w dyktaturę bo okupację Niemiec musieli dzielić z pozostałymi aliantami.
      A co kiedy państwo nie miało takiego znaczenia strategicznego? Liberia Samuela Doe. Gość był jednym z gorszych dyktatorów XX wieku ale gdzie się dało wspierał amerykanów więc mu włosek z głowy nie spadał a dolary na opłacanie swoich stronników plynęły strumieniem. Skończyła się zimna wojna i przestał być potrzebny? Nagle skończyło się wsparcie i kasą od amerykanów i niedługo potem mamy wojnę domową, a sam Doe skonczyl zamordowany po torturach.
      Ghana miała analogiczna sytuację po 2 stronie płotu zimnowojennego tylko tam ekipa rządząca załapała na czas że kasa od ruskich się kończy więc mają wybór albo powoli demokratyzujemy się albo wojna domowa i zapewne czapa dla nas. Dziś Ghana jest regionalnym mocarstwem.
      Podobnie Chiny chang kaj szeka. On i jego stronniczy wylądowali na wyspie bez ludności i zasobów? Panowie, demokratyzujemy się albo zostajemy bankrutami. Jak miał do dyspozycji zasoby kontynentalnych chin jakoś nie zachowywał się jak zwolennik demokracji.
      Ogółem to pdejście amerykanów do demokracji jest na zasadzie – jest dobra tak długo jak ludzie gdzieś głosują po mysli USA. Irak i niesienie demokracji bo mamy tam ropę kojarzą wszyscy. O tym skąd wziął się termin republiki bananowe nie każdy pamięta.

      • DoktorNo pisze:

        „Republiką bananową” nazywano Gwatemale gdzie United Fruit Company de facto na własność miała większość ziemi gdzie uprawiane były banany i linie kolejowych. Jak w wyborach zwyciężył nacjonalista co chciał dokonać reformy rolnej to CIA zrobiła zamach stanu a propaganda biura PR Edwarda Berne (tworcy public relations) nakręciła bajeczke o „pokonaniu komunizmu”.

  4. Lurker pisze:

    Wczoraj umieszczałem ten komentarz i nie wiem, co się stało, że nie wszedł. Wpadł do moderacji, czy co? Bo byłem nie zalogowany? Czy co?

    Wklejam więc jeszcze raz.

    Odnośnie całej dyskusji na sensem worldbuildingu między VATem23, a resztą.

    Można traktować jako polemikę z argumentami VATa głównie.

    Opracowanie świata w fantasy – w każdym razie w takim fantasy, gdzie mamy jakiś fikcyjny kontynent lub kilka, różne państwa, siły, Imperia, itd. – jest po prostu niezbędne. Oczywiście – jeśli jest to jakaś kameralna historia, w granicach jakiegoś jednego miasta, wioski, itd. – to wtedy jest to oczywiście zupełnie inna dyskusja.

    Ale! Jeśli marzy się nam Wielka Epicka Saga – musimy mieć świat. Z bardzo prozaicznego powodu – od pierwszego tomu czytelnik musi mieć pełną świadomość i orientację, w jakich ramach porusza się nasz bohater. Bo widzisz – teoretycznie można twierdzić, że można sobie wymyślać wszystko na poczekaniu. Tylko wtedy dosyć szybko nasz czytelnik zorientuje się, że w sumie ciężko jest mu stwierdzić, czy wydarzenia, które obserwuje, mają jakiekolwiek znaczenie. Jeśli bowiem nasz bohater dokonuje jakiegoś niebywałego czynu, a w następnym tomie okazuje się, że na horyzoncie czai się o wiele większe zagrożenie, przy którym jego dokonania nie są w sumie niczym nadzwyczajnym – czytelnik może poczuć się oszukany. Ale co gorsza – może zwątpić w sens tego, co obecnie robi bohater. Bo skąd niby ma wiedzieć, czy to również nie jest coś trzeciorzędnego? I w następnym tomie autor nie wyciągnie kolejnego Wielkiego Zagrożenia z kapelusza?

    Do czego zmierzam. Chodzi mi o to, że autor musi od samego początku – nawet, jeśli na ten moment nie dotyczy to teoretycznie w żaden sposób naszej obecnej historii – przynajmniej nakreślać jakieś ogólne ramy świata. Chodzi o to, żeby czytelnik miał świadomość wagi wydarzeń, które obserwuje – żeby mógł już gdzieś tam od początku mieć przybliżoną orientację i wyobrażenie, do czego to tego naszego bohatera doprowadzi – jak na jego „przygody” zareagują najważniejsze siły tego świata, czego możemy się spodziewać w dalszej części historii, czego obawiać, itd.

    To wszystko jest niezbędne, żeby nasza historia zachowywała przynajmniej te pozory realizmu. Chodzi o to, żeby nasz czytelnik nie odniósł wrażenia, że wraz z następnym tomem nagle, z przysłowiowej dupy, pojawia się Nowe Imperium Zła – o którym wcześniej nikt nigdy na kartach sagi nie wspominał. Bo powiedzmy sobie szczerze: tam, gdzie nie było worldbuildingu, takie rzeczy faktycznie są wymyślane na gorąco, na fali popularności sagi, którą trzeba jeszcze trochę po-wyzyskiwać.
    Tam bowiem, gdzie najpierw opracowano świat, pojawienie się takich sił nikogo nie zaskakuje. Te światy, które zostały najpierw opracowane, a dopiero później w tych sztywnych ramach została osadzona historia, dzięki czemu nie istnieją one „w próżni” – i historie w nich się rozgrywające również nie rozgrywają się „w próżni” – są po prostu wiarygodniejsze, bardziej przekonujące – a co za tym idzie: bardziej satysfakcjonujące. Nic się tam nie bierze z powietrza, wszystko jest logiczną konsekwencją poprzednich wydarzeń, co swoją drogą – przynajmniej moim zdaniem – świadczy o szacunku do czytelnika.

    Ma to nawet swoją nazwę. I nie. Nie mam na myśli grafomanii, o której powyżej wspominałeś. Grafomania to swoją drogą coś zupełnie odwrotnego. To pisanie dla samego pisania, bez ładu i składu, bez sensu, celu i logiki – czego o worldbuildingu powiedzieć się przecież nie da. Worldbuilding wymaga dużych nakładów pracy, dużo pomyślunku, żeby wszystko trzymało się kupy, dopracowania szczegółów, doszlifowywania czasem latami – grafoman po prostu pisze na palę, przed siebie, byle pisać, nie przejmując się szczegółami – to właśnie postawa przez ciebie zachwalana – pisanie fantasy dla samego pisania fantasy – bez dopracowania wizji świata – jest raczej czystym przejawem grafomanii.

    Nazwą, o której mówię, jest: Hard fantasy.
    Za sztandarowego przedstawiciela tego stylu pisania fantasy uchodzi chyba Martin. Sposób dopracowania przez niego jego świata z najdrobniejszymi szczegółami zna chyba każdy. Nie będę się więc tutaj rozpisywał. Skupię się na samym przebiegu fabuły całego cyklu.
    W skrócie: w całej tej Sadze, najprawdopodobniej, w ostatecznym rozrachunku będzie się rozchodziło o Ostateczne Starcie z Białymi Wędrowcami. No ale to dopiero na koniec. Najpierw więc Wojna Pięciu Królów i jej następstwa, potem inwazja Danki (a w międzyczasie jeszcze Młodego Gryfa), na sam koniec zaś: Inwazja Białych Wędrowców na Westeros, Nowa Długa Noc, itd. (Mówię cały czas o Sadze – serial, który pobiegnie być może własnym torem, ignoruję tutaj).

    Jak to rozgrywa Martin?

    Otóż: Wątek Muru, praktycznie niemalże w żaden sposób nie powiązany z głównymi wydarzeniami rozgrywającymi się w Westeros, istnieje głównie po to, żebyśmy od samego początku Sagi zdawali sobie sprawę w Prawdziwego Zagrożenia – które pewnego dnia zawita u bram naszych miast. Wątek Danki, podobnie jak wyżej wspomniany – nie mający do tej pory żadnego wpływu na sytuację w Westeros – również jest wałkowany od kilku tomów – choćby po to, żebyśmy poznali jej „ideologię”, itd.

    Jak to rozgrywa przeciętny autor, który to „nie planuje bez potrzeby” na zapas?

    Na początku wszystko rozgrywa się tak, jak u Martina. Z tą różnicą, że Wojnę Pięciu Królów wygrywa ten prawidłowy kandydat. Wszak bez worldbuildingu nie było również w tej sadze mowy o żadnych siłach spoza kontynentu. Więc wszyscy żyją długo i szczęśliwie.
    W następnych tomach jednak nagle – z dupy – pojawia się jakaś wariatka na smokach, która wszystkich pali, głosząc, że przybyła odzyskać swoje dziedzictwo. Wtedy nagle wszyscy przypominają sobie, że faktycznie: kilkanaście lat temu na tronie była inna dynastia. Nasz autor bowiem, który to worldbuildingiem się na hańbi, nie wiedział o tym przecież jeszcze w poprzednich tomach. Bo jeszcze tego nie potrzebował wtedy wymyślać. Z postaci występujących zaś w tych poprzednich tomach nikt po prostu jakoś tak nigdy nawet o tym nie napomknął, bo… bo jakoś tak wyszło…
    No ale co tam. Na koniec okazuje się bowiem, że zza Muru (o którym również nikt nigdy wcześniej nic nie wspominał jakoś tak przypadkiem…) nadciągają mityczni Biali Wędrowcy, którzy kilka tysięcy lat wcześniej już zaatakowali ludzkość. Na szczęście okazuje się jednak, że dzięki smokom wariatki, która właśnie była w trakcie podboju, da się pokonać Odwieczne Zło. I tak też Ta Zła Zdobywczyni pokonuje Tych Jeszcze Bardziej Złych – i wszyscy żyją długo i szczęśliwie.

    Brzmi, jak typowa historyjka fantasy?

    A czy Saga Martina jest typową historyjką fantasy?

    No nie za bardzo, co?

    W czym więc tkwi ta nieuchwytna różnica? Hmmm…

    Odpowiedź jest prosta – u niego nic nie pojawia się nagle „z dupy” – on to najpierw wszystko szczegółowo dopracował i zaplanował.

    Cytując:

    Ad. VAT23 – Luty 12, 2019 o 12:51 am

    Worldbuilding to w dużej mierze zbędnym, często pretensjonalny dodatkiem. W najgorszym wypadku staje się celem sam w sobie i wszystko rozłazi się w szwach, bo ekspozycja zabiła fabułę.

    To, że opracowałeś świat, nie oznacza, że musisz non stop prowadzić jego ekspozycję. Powiedziałbym wręcz, że jest wprost przeciwnie. Jeśli nie masz doszlifowanego świata, to musisz każdemu nowemu elementowi, jaki się pojawia, poświęcić znacznie więcej miejsca na ekspozycję. Będzie to bowiem pierwsze miejsce (albo i jedyne), w którym ten element zostanie omówiony. W tym miejscu więc musisz – często ustami postaci, tłumaczącej to innej postaci – omówić go w całości. Będzie to bowiem twój jedyny punkt odniesienia na przyszłość. Musisz więc opisać wszystko ze szczegółami w tym miejscu. Często w całości na kartach powieści.
    Jeśli zaś przemyślałeś sobie wszystko i doszlifowałeś na długo przed rozpoczęciem opisywania właściwej akcji, w efekcie czego: masz wszystko szczegółowo rozpisane w swoich notatkach – wtedy możesz w dowolnym miejscu rzucać drobnymi hintami i odniesieniami do danej kwestii, osób, elementów historii wewnętrznej settingu – nie obawiając się, że coś pokręcisz – wszak ty jedynie przepisujesz coś, co już dawno zostało dopracowane na ostatni guzik. Przepisujesz… fragmentami. Dowolnymi.
    Jeśli nie masz tego dawno opracowanego i opisanego na boku – nie masz wtedy takiej swobody przy odnoszeniu się do danej kwestii. Nie będziesz miał bowiem pewności, czy czegoś nie pokręciłeś, nie pominąłeś czegoś ważnego, nie przeinaczyłeś.
    Jeśli wszystko miałeś opracowane od samego początku – wtedy nawet fragmentaryczne rzucanie kolejnymi szczegółami nie jest zagrożeniem dla spójności. Wiesz bowiem, że jest to wewnętrznie spójne. Bowiem fragmenty przez ciebie podrzucane czytelnikom są częścią spójnej, dawno doszlifowanej całości. Nie ma zagrożenia wewnętrzną sprzecznością.
    Dla czytelników również jest to o wiele większa gratka. Mogą bowiem wyłapywać takie szczegóły, rozrzucone po całym tekście, składając sobie to samemu w większą całość. Tak szczerze mówiąc, to moim przynajmniej zdaniem, jest to właśnie to, co przysłowiowe „tygryski lubią najbardziej”.

    Podsumuję to tak – jest z tym trochę tak, jak z układaniem puzzli. Nie dałeś czytelnikom wszystkich, ale! kiedy im je dawałeś, były one od dawna częścią jednego, konkretnego obrazka. Nawet więc, kiedy brakuje niektórych, obrazek da się ułożyć.

    Jeśli jednak sam nie byłeś pewien co do ostatecznych rozmiarów i kształtu obrazka… to niczego sensownego z tego nie ułożysz…

    Ale masie ludzi i tak wydaje się, że cała zabawa polega na tym, żeby napisać encyklopedię fikcyjnego świata

    Martin wydaje ostatnio głównie kolejne encyklopedie i kroniki historyczne swojego świata. A ludzie się tym jarają. Bo lubią wiedzieć jeszcze więcej i więcej o swoim ukochanym świecie.

    A dlaczego ukochanym? Bo dopracowanym…

    I tak kółko się zamyka…

    Walenie stron i rozdziałów ekspozycji zabije wszystko. Posiadanie uporządkowanego świata w swojej głowie i/lub w osobnych notatkach może pomóc w pisaniu. Nie musi. Ale im dalej trzyma się to od faktycznie tworzonego tekstu, tym lepiej.

    Więc nie wal całych rozdziałów ekspozycji. Niech będzie ona wpleciona między wierszami. Ale, żeby było to możliwe, musisz wiedzieć wpierw, co wplatać.
    Nie wiem zaś, jak wyobrażasz sobie pisanie cyklu high fantasy, bez posiadania uporządkowanego świata z swoich notatkach. Skoro uważasz, że nie musi pomóc w pisaniu.
    Z ostatnim zdaniem w sumie się zgodzę. O czym rozpisałem się już powyżej. Worldbuilding jest dla autora – żeby mógł sięgać w dowolnym momencie do już dawno opracowanych kwestii. Do tekstu wplatajmy możliwie mało. Dzięki czemu czytelnik może sam wyłuskiwać różne elementy układanki rozrzucone po tekście, a zarazem – widzi, że są one spójne – mimo, że przedstawione mu fragmentarycznie.

    Ad. VAT23 – Luty 12, 2019 o 12:51 pm

    I tu też nie chodzi o to, że worldbuilding jest zły tylko wtedy, gdy jest ekspozycją. On jest zły z zasady, bo nie chodzi w ogóle o to, żeby stworzyć rozbuchany świat i wszystko w nim poukładać. To jest całkowicie zbędne, a im mniej się temu czasu poświęca, tym lepiej.

    W tym miejscu dochodzę do wniosku, że najwyraźniej zupełnie czegoś innego oczekujemy od fantasy. Zamiast więc zgadywać, ograniczę się do pytania: Po co czytać fantasy, skoro świat nie jest ci do niczego potrzebny i w sumie mało cię interesuje. Co innego ten gatunek może zaoferować – czego jakoby inne nie oferowały w takim przypadku w takim samym stopniu?

    Bo widzisz – jak już wspominałem bodajże tam wyżej – mnie zwyczajnie mierżą światy fantasy, w których ewidentnie widać, że zostały sklecone na kolanie – i jak czegoś autorowi nagle potrzeba, to wyciąga to z tyłka i już, bo tak…

    Przykładem niech będzie ten bodajże przypadek, o którym opowiadała koleżanka Zegarmistrzowi, o którym tenże wspominał kilka wpisów temu. O tych dwóch państwach, murze między nimi, ciszą między nimi przez kilkaset lat i pięknym chłopcu, dostrzeżonym przez bohaterkę – z tegoż muru właśnie.

    Autorki zaś w ogóle nie interesuje budowanie wiarygodnego świata. Bo do opowiedzenia tej akurat historii – nie jest jej w ogóle potrzebny.

    Ja się po prostu w tym miejscu pytam: To po co to przerabiać na fantasy? Skoro to jest tak naprawdę powieść „zaangażowana politycznie” / dystopiczny harlekin young-adult w jednym? To tego nie można napisać tak po prostu? Bez ubierania tego w otoczkę fantasy?

    Po co komu takie fantasy?

    historii o tym, jak to siedem pokoleń wcześniej rodzina epizodycznej postaci przeprowadziła się w te strony i jak żyli w nędzy, hodując cebulę, a cebula ta była gatunku, który X sprowadził z Y w roku…

    Przykład przez ciebie przywoływany jest po prostu skrajny. Raz, że solidny worldbuilding nie musi być tożsamy z wodolejstwem bez celu. Dwa, że sprawny autor może taką informację przemycić gdzieś mimochodem, w takcie dyskusji dotyczącej zupełnie innej kwestii, bez uciekania się do rozbudowanych retrospekcji odnośnie hodowania tejże cebuli. Później wyłapywanie takich smaczków, ukrytych między wierszami, jest dodatkową atrakcją dla czytelnika.
    Pomijam – na potrzeby tego przykładu – czy kwestia owej cebuli jest istotna, czy nie. Gdyż po pierwsze – prawdziwy worldbuilding (nie zaś wodolejstwo – a wydaje mi się, że tak naprawdę to bardziej do tego zjawiska się odnosisz – myląc te dwie kwestie) nie dotyczy spraw nieistotnych. Po drugie – tego typu kwestie, wbrew pozorom, mogłyby być istotne – zależnie od kontekstu. Nie wnikam więc, jak faktycznie było w tym przypadku – po prostu z góry zakładając, na potrzeby przykładu, że tak było. Ostatecznie więc jeszcze raz stwierdzę – worldbuilding nie jest uprawiany dla wodolejstwa – tylko po to, by autor wiedział o wszystkim, co mogłoby w trakcie historii wypłynąć, z wyprzedzeniem. By odpowiednio wcześnie o tym przynajmniej napomknąć i by nie napisać czegoś, co później by się z tym kłóciło.
    Zresztą – ten przykład bardzo łatwo omówić pod tym kątem. Otóż: w jednym miejscu pisarz by napisał, że hodowali groch i fasolę od ośmiu pokoleń. W innym – że cebulę od siedmiu. Gdyż zapomniałby w międzyczasie o tym, że napisał pięć tomów wcześniej coś innego. A kwestia kultywowanej od pokoleń tradycji hodowli cebuli mogłaby być w którymś momencie istotna. Więc wyskoczyłby nagle z cebulą, bo mu pasuje do fabuły. Przecząc temu, co pisał pięć tomów temu.
    Autorowi, który nie przemyślał takich spraw przed zabraniem się za pisanie, takiego rzeczy zdarzają się nagminnie.
    Ale jeszcze raz – przykład przez ciebie podany dotyczy chyba raczej tego, że za dużo wałkuje tą kwestię cebuli, nie zaś tego, że sobie w ogóle tą cebulę wymyślił.
    Nie myl wodolejstwa z worldbuildingiem. Worldbuilding nie musi skutkować laniem wody. Maniera lania wody zaś nie musi wynikać z worldbuildingu. Niektórzy po prostu mają taki styl pisania. I nie ma to nic wspólnego z worldbuildingiem.

    Zwykle jest tak, że jak się ktoś zabiera za pisanie książki i wychodzi z założenia, że „Łał, trzeba mieć jakiś ciekawy świat”, to na wstępie popełnia już karygodny błąd (bo zamiast mieć historię do opowiedzenia, ma świat do opisania), a potem brnie w to bagno po samą szyję, w efekcie czego tworzy pokraczne i często bezsensowne światy przedstawione

    Stoję na stanowisku, że „pokraczne i bezsensowne światy przedstawione” powstają właśnie wtedy, kiedy autor nie zaplanował sobie ich od samego początku. Wskutek czego, wymyślając wszystko na poczekaniu, z biegiem kolejnych tomów zaczyna przeczyć sobie coraz bardziej i wyraźniej. A z czasem wszystko najzwyczajniej w świecie rozłazi mu się po prostu kompletnie.
    Jeśli zaś zaczął wszystko od skrupulatnego i solidnego worldbuildingu, to wszelkie dziury i niedociągnięcia wyjdą mu już na etapie prac przygotowawczych. Będzie miał czas na dokładne przemyślenie wszystkiego, załatanie wszelkich dziur w kreacji świata i wszelkich niezręczności, których pisząc ad hoc mógłby nawet nie zauważyć.
    Jeśli autor ma ściśle dopracowany świat, nie musi głowić się nad takimi sprawami w trakcie pisania treści właściwej, odrywając się od tej czynności i wybijając z rytmu. Jeśli od początku cały jego świat ma ściśle i jasno określone ramy, autor może po prostu sprawniej się w nich poruszać, zajmując się w odpowiednim momencie tym, czym powinien – pisaniem samej treści.

    Tylko potem klasycznie siada do tego grupa autystycznych „prawdziwych fanów” i zaczyna analizować słowo po słowie, budując sobie kompendium świata przedstawionego i kłócąc o „jedyną słuszną” interpretację, zamiast załapać, że czytają eskapizm w stanie czystym i w ogóle nie należy się przejmować detalami

    Znowu przykład Martina. Wiesz, jak wielka społeczność – mocno zaangażowanych i zajaranych fanów – narosła właśnie wokół takiego analizowania „słowa po słowie” – główną frajdę czerpiąc z wyłuskiwania różnych drobnych foreshadowingów autora odnośnie możliwych wydarzeń? Z różnych drobnych smaczków i odniesień? Z analizy najdrobniejszych szczegółów, detali, itd.?

    Powiem ci szczerze – mnie tam osobiście mało interesuje, kto będzie grzał swoim tyłkiem Żelazny Stołek. Najbardziej jarają mnie wszelkie tajemnice tego świata, sygnalizowane mimochodem na kartach samej sagi i poza nią. Świat Lodu i Ognia i jego najdalsze zakamarki – do których żadna z postaci nigdy nie dotrze – jest tym, co jest w tym wszystkim najciekawsze. 😉

    P.S.

    Odnosisz się jeszcze do Tolkiena. Jakoby on nie dbał o worldbuilding za bardzo.
    Człowieku! Gościu opracował sobie kilka języków, które – jak to określał – chciał po prostu „ożywić” na kartach swojej twórczości. Opracował całą mitologię, teologię tego świata, całą jego historię od samego jego zarania.
    Cała ta fabuła była dla niego jedynie niezbędnym dodatkiem, żeby mógł właśnie tenże swój świat „ożywić” – jego świat i jego mitologia była dla niego celem najpierwszym samym w sobie!

    I jeszcze raz – języki – znasz innego autora, który opracowałby kilka języków na potrzeby swojego świata?

    Albo inaczej – znasz innego autora, który stworzyłby cały rozbudowany i dopracowany świat, żeby „ożywić” wymyślone przez siebie języki? I to stworzyłby tak dokładnie?

    Największe fantasy to te, które mają najdokładniej opracowane światy.

    Inaczej się nie da. Bez dopracowanego świata high fantasy to wydmuszka. Produkcyjniak o niczym, rozgrywającym się z Nigdzielandzie, w którym nic nie trzyma się kupy.

    Tyle. 🙂

    • PK_AZ pisze:

      Zgadzając się z ogólną tezą – nie mogę się zgodzić z argumentacją. Sprowadzasz całość fantasy do opowieści o Magicznej Krainie Odpierającej Inwazję Darklorda. W takim wypadku oczywiście musisz mieć rozbudowany świat – bo praktycznie CAŁY świat stanowi przestrzeń lokalną. Przykładowo, jeśli uprzesz się pisać o wieśniaczce, która zaciąga się do milicji, bo jej rodzinną wioskę najechali czołgami Germanie, no to oczywiście wypadałoby mieć w głowie, ile czasu zajmie lokalnym Atalantom czy innym Zamorczykom zmobilizowanie przemysłu i rozwalenie tego w cholerę.

      Wyciąganie z kapelusza kolejnych darklordów brzmi dla mnie jak skutek pewnego partactwa pod tytułem „muszę koniecznie pisać o zdarzeniach przełomowych dla mojego świata (ergo demontujących mi cały setting), bo tak”. Czyli znowu – opowiadanie o świecie, zamiast o ludziach żyjących w tym świecie. I nie zrozum mnie źle. Nie ma nic złego w pisaniu historii o wielkich wojnach, które mają położyć kres wszelkim wojnom (tylko wypadałoby jakoś odnieść się do logicznych konkluzji, np. takiej, że kraj, przez który w ciągu życia jednego protagonisty przeszło pięć armii Darklorda, do walki z szóstym może już zwyczajnie nie mieć siły).

      Chodzi mi o to, że wiele twoich przykładów nie ma żadnego przełożenia na historie, które (uwaga) nie opowiadają o świecie (koniec uwagi). Spójrzmy chociażby na „Tego, co walczy z potworami”. Książka, która dosłownie wyrosła ze świata przedstawionego. I może dlatego właśnie rozróżnia świat dalszy (wojna 2.1) i świat bliższy (sprawa Goteborgów). W wypadku potencjalnej kontynuacji „Tego, co walczy” nie trzeba wyciągać żadnych Darklordów z kapelusza, bo poprzedni nadal siedzi w bunkrze pod kancelarią Rzeszy i wysyła swoich nazguli.

      • Lurker pisze:

        Przede wszystkim – skoro zgadasz się z ogólną tezą, to w sumie zgadasz się z tym, co było w tym moim elaboracie ważne.

        A, że popłynąłem trochę z argumentami? Starałem się po prostu przedstawić tę właśnie tezę jakoś obrazowo – żeby nie było tak, że się napisałem, a ktoś na ten przykład później i tak by nie zrozumiał, o co mi się rozchodzi.

        Jak się okazuje – osiągnięcie takiego celu odbywa się kosztem pewnych uproszczeń i zawężenia tematu do jednego, konkretnego aspektu / podgatunku fantastyki – ale tak po prawdzie, w gruncie rzeczy tylko o to mi w tym całym temacie się rozchodziło – o rozbudowane światy high fantasy. Dlatego też, jak się okazuje, zawęziłem w ostatecznym rozrachunku moją całą argumentację tylko de facto do niego.

        Zresztą – już na początku wspomniałem, że cała moja wypowiedź w sumie odnosić się będzie tylko do tego typu światów – bo, jeśli coś nie jest tego typu high fantasy, to w sumie inna dyskusja.

        Wyciąganie z kapelusza kolejnych darklordów brzmi dla mnie jak skutek pewnego partactwa pod tytułem…

        Powiem ci, pod jakim dokładnie tytułem. Partactwo owo nazywa się: brak worldbuildingu od samego początku cyklu. Dokładnie tak. Albowiem właśnie jedynie w takiejże to sytuacji autorzyna jest w stanie udawać przed czytelnikami, że ten „Kolejny, Jeszcze Większy Dark Lord” jak najbardziej gdzieś tam na tym świecie był, tylko jakoś tak… był na wakacjach przed wyruszeniem na krainę…
        Jeśli autor bowiem zaplanował sobie wszystko przed rozpoczęciem cyklu, przemyślał i dopracował, wskutek czego – mógł od samego początku wprowadzać czytelnika w zarys całościowego obrazu swojego świata – czyli siłą rzeczy: każdy ważniejszy Dark Lord został przynajmniej ukazany, że gdzież tam jest – to taki autor zwyczajnie nie może już niczego większego wyciągnąć z kapelusza po kilku tomach – bo zwyczajnie czytelnicy już tego nie łykną.

        Kiedy widzę tego typu fantasy – gdzie jest Kraina Dobra i Kraina Zła – i w sumie nie wiadomo, co jest poza nimi – bo, jak ktoś mógłby powiedzieć: nie jest to na ten moment do niczego potrzebne – to od razu wiem, że to będzie ten cykl, w którym z każdym kolejnym tomem będą się pojawiać coraz to nowsi Dark Lordowie z czapy.

        W przypadku dokładnie zaplanowanego cyklu, wypełnionego od samego początku licznymi hintami co ważniejszych kwestii, po prostu wiem, dokąd to wszystko zmierza. Wiem, że autor nie będzie traktował mnie, jak idiotę, któremu można za każdym razem wcisnąć coś, czego wcześniej w żaden sposób nie zapowiadał nawet.

        Widzisz: po prostu mam tak, że muszę wiedzieć, na czym bohaterowie stoją – nie będę odczuwać żadnego napięcia, itd. – jeśli nie wiem, czy działania bohatera mają sens – jeśli na ten przykład nie wiem, czy po żmudnej walce o uratowanie krainy przed hordą orków, nie okaże się w następnym tomie, że „to w sumie byli tylko jacyś tam mali łupieżcy z rubieży, bo i nasza kraina na rubieżach świata stoi, a tak naprawdę to w jej kierunku zbliża się coraz bardziej armia jakiegoś tam zdobywcy, podbijającego powoli cały kontynent – ale jeszcze nie dotarła, a ludzi do tej pory terroryzowały orki, to na nich się skupiali, więc o tamtym nawet nie wspominali, bo w sumie na ten moment nie miało to jeszcze znaczenia„.

        Po prostu muszę od początku mieć orientację – czy czasem nie okaże się z następnym tomem, że całe wysiłki bohaterów są nic nie warte tak naprawdę.

        opowiadanie o świecie, zamiast o ludziach żyjących w tym świecie
        Ależ opowiadaj o ludziach. Żyjących w tym świecie. Tylko no właśnie – niech wiem, w jakim właściwie.

        wypadałoby jakoś odnieść się do logicznych konkluzji, np. takiej, że kraj, przez który w ciągu życia jednego protagonisty przeszło pięć armii Darklorda, do walki z szóstym może już zwyczajnie nie mieć siły

        Tam, gdzie nie było worldbuildingu – siła będzie musiała się znaleźć, choćby nie wiadomo co – wszak nowy Dark Lord przybył po to, żeby mieć z kim walczyć.

        Tam, gdzie worldbuilding był – czyli każdy ze wspomnianych sześciu Dark Lordów był wszystkim innym znany od początku – Pierwsze uderzy na krainę, Drugi wyruszy, by ją „wyzwolić”, Trzeci wejdzie właśnie na przysłowiowego „trzeciego”, a kolejnych trzech będzie się wzajemnie szachować, nie chcąc podzielić losu poprzednich.

        P.S.

        „Ten, co walczy z potworami”

        Tam od samego początku był – tylko i wyłącznie – Świat – a właściwie: Pomysł na Świat – który dodatkowo, zgodnie z zeznaniami autora, mu się przyśnił po prostu.

        Miało być to RPGem. Papierowym. Nawet miało już opracowaną mechanikę.

        Cała historyjka o Goteborgach – w bodajże 11 częściach, jeśli dobrze pamiętam – powstała po to, by promować ten jego RPG.

        Później nasz autor jednak doszedł do wniosku, że RPG w Polsce debiutantowi nie uda się wydać – w każdym razie: tak, by na tym zarobić – a jak zawsze powtarza: chciałby zarabiać na swojej twórczości, a nie do niej dokładać – więc postanowił zrobić z tego książkę. Rozbudowując historię wymyślonych już Goteborgów.

        I dlatego też – może on natrzaskać i dwadzieścia tomów w tym świecie – a to dlatego właśnie, że już pierwszy tom musiał trzymać się sztywnych ram, które zostały mu narzucone przez jasno dopracowany i powszechnie znany czytelnikom setting – a których nie mógł w takiej sytuacji pozwolić sobie choćby na milimetr pozwolić przekroczyć.

        Masz świat – trzymaj się jego ram – i pisz w tych ramach, co tylko dusza zapragnie. 🙂

      • PK_AZ pisze:

        Znam historię 40:1 (ale dzięki za przypomnienie; wpadłem w środowisko erpegowców, ściągnę sobie i może im kiedyś wcisnę). Jednak 40:1 jest trochę innym przypadkiem, bo to „setting, który generuje historie” (jak to erpeg), a nie „historia, która toczy się w settingu”. Nie jest zresztą przypadkiem, że zarówno „Ten, co walczy”, jak i „Czas waśni” opowiadają o raczej lokalnych konfliktach, status quo pozostaje bez większych zmian, a od epickich wypraw do wulkanu ważniejsza jest personal drama. Jeśli dobrze pamiętam, Zegarmistrz wprost nazywał ubijanie darklordów (w kontekście dodatków do rpg) „psuciem settingu”.

        Ale ad rem. Wydaje mi się, że dochodzimy do bardzo podobnych wniosków, ale poważnie się różnimy w postrzeganiu fabuły, świata i ich wzajemnej relacji. Dla mnie na przykład Biali Wędrowcy są elementem fabuły (konkretnie bossem końcowym). Wczesne informacje o nich – foreshadowingiem. Że stanowią element świata przedstawionego? Oczywiście. Ale elementem świata przedstawionego jest też to, ile lwów występuje na herbie rodu X, a to już nie jest część fabuły.

        Może inaczej. GoT to historia o młodym arystokracie, który przeżywa przygody, a na końcu powstrzymuje inwazję białych wędrowców. Świat powstaje wokół tej historii. 40:1 to świat (status quo), który oszalał. W tym świecie powstaje historia majora Zielonogórskiego, który przeżywa przygody, a na końcu dostaje gorszy medal, niż by chciał.

        Analogicznie. Jeśli historia jest przewidziana na trzy tomy, pierwszy o pokonaniu orków, drugi o pokonaniu darklorda, a trzeci o pokonaniu większego darklorda, to pierwsza wzmianka o większym darklordzie powinna pojawić się najpóźniej w trzecim rozdziale pierwszego tomu. Tu mamy zgodę. Jednak dla mnie to jest budowanie fabuły, a nie budowanie świata – bo ‚rola’ Darklorda jest wcześniej, niż jego personalia i imperium.

        Śmiesznie się robi wtedy, gdy historia jest przewidziana na jeden tom o pokonaniu orków. Ale potem autor postanawia napisać drugi tom, nie ma nic przygotowanego (setting już sobie zepsuł) i idzie po linii najmniejszego oporu, wyczarowując Darklorda.

        Z kolei VAT23, jak mi się wydaje, pisze o czymś jeszcze innym. Zgodnie z zasadą 80/20, jeśli historia jest przewidziana na cztery rody szlacheckie, to należy opracować dwadzieścia, czy tak? Istnieje jednak skłonność, by od razu machnąć czterysta, z dokładnością do liczby kłów w gębie każdego lwa na herbie. (co, żeby nie było, jest przyjemną zabawą; ale nie wiem, czy wnosi wiele do powieści; chociaż z trzeciej strony pozwala łatwo rzucać randomowymi nazwami, jak są konieczne). Innymi słowy: skupianiu się na detalach świata, zamiast na trzonie fabuły,

        A pisanie trzytomowej powieści na pałę, bez planowania, to jest jeszcze inna sprawa.

      • Lurker pisze:

        Jednak 40:1 jest trochę innym przypadkiem, bo to „setting, który generuje historie” (jak to erpeg), a nie „historia, która toczy się w settingu”. Nie jest zresztą przypadkiem, że zarówno „Ten, co walczy”, jak i „Czas waśni” opowiadają o raczej lokalnych konfliktach, status quo pozostaje bez większych zmian, a od epickich wypraw do wulkanu ważniejsza jest personal drama. Jeśli dobrze pamiętam, Zegarmistrz wprost nazywał ubijanie darklordów (w kontekście dodatków do rpg) „psuciem settingu”.

        Po pierwsze.
        Uczepiłem się chyba trochę niepotrzebnie tych kolejnych Dark Lordów, podbijających tą naszą baśniową krainę – bo był to dosyć plastyczny przykład, najlepiej na tamten moment obrazujący, o co mi się generalnie rozchodzi – tworząc wrażenie, że wszystko musi się sprowadzać do tej kwestii.

        Jednakże „lokalne konflikty” również można rozpatrywać w kontekście skutecznego i użytecznego do nich worldbuildingu.

        Przypomina mi się tutaj taka myśl, bodajże właśnie gdzieś od Zegarmistrza podchwycona: „Pisz powieść tak, jakbyś tworzył RPG.

        (Tudzież: „Twórz świat na potrzeby powieści tak, jakbyś tworzył go na potrzeby RPG” – bo bardziej o coś w ten deseń się tutaj rozchodziło – ale nie pamiętam na tyle dokładnie, żeby dosłownie przytoczyć – pamiętam jedynie wynikającą z tego myśl.)

        Wszak scenariusze, które rozgrywają się zazwyczaj na sesjach RPG – jak najbardziej noszą znamiona lokalności i personalności.

        Używasz zresztą tutaj świetnego określenia – „setting, który generuje historie”.

        Jeśli tworzysz RPG – musisz opracować przecież cały, szczegółowy „setting” – który sam właśnie będzie generował najprzeróżniejsze historie – tak, żeby gracze mogli w pełni swobodnie osadzać w nim swoje własne scenariusze – nie musząc wymyślać za każdym razem wszystkiego, co mogłoby im być do danego scenariusza potrzebne. Właśnie po to, żeby było to możliwe, musisz dostarczyć im wyczerpującego pakietu informacji na temat danego świata.

        Jeśli więc masz w planach tworzenie cyklu fantasy – nawet traktującego o przygodach lokalnych – musisz wpierw tak samo dostarczyć sobie owego „settingu” – w którym dopiero będziesz po kolei osadzał scenariusze kolejnych tomów.

        O to mi się bowiem właśnie rozchodzi. Jeśli masz pełen, dopracowany „setting” – wtedy możesz wypełnić go dowolną liczbą lokalnych, personalnych historii – nie martwiąc się, że w dwudziestym siódmym tomie będziesz przeczył temu, co zostało powiedziane w tomie dziewiątym. Skoro bowiem już od pierwszego tomu trzymałeś się sztywno ram, które to wytyczyłeś sobie przy opracowywaniu całego „settingu” – a kolejne historyjki mają miejsce po prostu w kolejnych lokacjach tego samego, spójnego od samego początku – bo wpierw konsekwentnie opracowanego – świata.

        Więc jak najbardziej cykl rozpisany na kilkadziesiąt tomów opowiadających o drobnych, lokalnych przygodach – również zyskuje na drobiazgowym opracowaniu świata przed rozpoczęciem prac fabularnych. Wszak jeśli masz od samego początku orientację, jak funkcjonuje cały świat przedstawiony – będziesz mógł sygnalizować różne drobne smaczki i ciekawostki odnośnie najodleglejszych nawet krain tegoż świata. Mam tu na myśli najróżniejsze rzeczy, które mogą, ale wcale nie muszą zostać przez ciebie wykorzystane w przyszłości.

        Sprzyja to wiarygodności. Budowaniu wrażenia, że ten świat naprawdę żyje. No temu złudzeniu realności. Miasta (czy inne tam lokacje) tego świata nie są wszak wyspami na oceanie pustki. Podobnie przecież, jak i w naszym, realnym świecie. Kupcy na ten przykład przemierzają cały świat. Inni podróżnicy zresztą również. Przynoszą oni opowieści z najodleglejszych nawet stron. Każde miasto poza tym żyje plotkami. Mniej lub bardziej zgodnymi z prawdą. Dotyczącymi spraw lokalnych, ale przecież nie tylko.

        Ponadto. To również chyba zresztą cytat z Zegarmistrza – a mianowicie: historia nie stoi w miejscu, granice nie trwają w stanie niezmienionym przez tysiąclecia. Kraje powstają i upadają – szczególnie w takim quasi-średniowieczno-feudalnym (lub podobnym) świecie, w jakich to wszak powszechnie toczy się fantasy. Co za tym idzie – nawet, jeśli nie ma Dark Lorda (albo wręcz szczególnie wtedy) – a nasi bohaterowie uczestniczą w jakichś małych, lokalnych konfliktach – gdzieś indziej na świecie toczą się nieustannie jakieś małe wojny i wojenki, utarczki i potyczki. Informacje o nich również powinny więc docierać do naszych bohaterów – choćby kanałami wspomnianymi w poprzednim akapicie.

        Jeśli coś takiego nie ma miejsca – ciężko uwierzyć w wiarygodność tego świata – w to, że ten naprawdę „żyje” – a nie trwa w próżni, czekając ze wszystkimi wydarzeniami specjalnie, aż nasi bohaterowie dotrą do danej lokacji – niczym NPC w jakiejś grze, który czeka kilka tygodni niewzruszenie w tym samym miejscu, aż dostarczymy mu dziesięć główek cebuli, których przyniesienie nam zlecił.

        Innymi słowy – żeby nasz świat przedstawiony nosił znamiona wiarygodności – nieustannie coś musi się w nim dziać – coś, w czym nasi bohaterowie, załatwiający jakieś lokalne sprawy, wcale nie muszą uczestniczyć – zaś informacje o tych wydarzeniach powinny w ten czy inny sposób docierać do ich uszu, choćby pod postacią wzmianek, zasłyszanych kątem ucha w karczmie, z ust kupca, przybyłego z odległych stron.

        I teraz tak. Jeśli masz od samego początku drobiazgowo opracowany świat – takie wzmianki możesz zamieszczać praktycznie w biegu – wszak przepisujesz jedynie rzeczy, które już dawno sobie opracowałeś – a co za tym idzie: już dawno zespoliłeś to z całością – nie ma więc obawy, że z czymś „popłyniesz” i później będziesz miał problem, co z tym począć.

        Jeśli nie masz świata, to albo: a) nie możesz takich drobnostek – „ożywiających” i ubarwiających ten twój świat – w ogóle zamieszczać (wersja bezpieczniejsza wtedy), albo b) musisz improwizować, ryzykując, że kiedyś odbije ci się to czkawką i przysporzy roboty – wszak będziesz musiał wtedy nieźle się nagłówkować, żeby to jakoś zespoić.

        W efekcie: Po drugie.
        Podstawowym pytaniem, na jakie musimy sobie na samym początku odpowiedzieć, jest: „Po co nam w ogóle ten cały świat przedstawiony? Po co go tworzymy?

        Moim zdaniem odpowiedź jest prosta: otóż właśnie po to, żeby móc takie rzeczy wyciągać na zawołanie – zamiast musieć odrywać się w trakcie pisania specjalnie po to, żeby coś nowego wymyślić – a z czasem dodatkowo za każdym razem zastanawiać się, czy nie kłóci się to z tym, co napisaliśmy gdzieś tam wcześniej – i jeszcze dodatkowo szukać po swoich notatkach, po poprzednich tomach i rozdziałach za tym, żeby teraz to porównać. Jeśli najpierw opracowałeś sobie i przygotowałeś tenże świat – taka sytuacja ci nie grozi.

        Na koniec: Po trzecie.
        Jednakże to, o czym tutaj cały czas mówię, dotyczy oczywiście sytuacji, gdy tworzysz taki świat JEDEN. Zresztą Zegarmistrz również pisał kilka tygodni temu – wielu twórców tworzy swój własny, dopieszczony świat RAZ – rozgrywając w nim szereg historii – choćby i nawet najbardziej lokalnych – na przestrzeni dziesiątek tomów.

        Bo ja w sumie o tym cały czas mówię – o JEDNYM JEDYNYM świecie, jaki stworzyliśmy – wszak tworzenie takiego szczegółowego świata średnio co kilka książek to jednak czyste szaleństwo.

        Promuję tutaj powyżej tylko i wyłącznie takie właśnie praktyczne podejście do tej kwestii – tworzysz sobie po to szczegółowy świat, żeby móc w nim zmieścić dowolną liczbę takich historii. W JEDNYM I TYM SAMYM świecie.

        W takiej więc sytuacji – kiedy myślimy o perspektywie wielu tomów – zrozumiałe jest chyba, że opłaca się zainwestować wtedy w coś takiego czas. Wszak jeśli tego nie zrobimy, świat rozjedzie się nam po kilku tomach – więc cały wysiłek tworzenia cyklu pójdzie na marne.

        No ale oczywiście.
        Jeśli kogoś tworzenie takiego długiego cyklu nie interesuje, to wtedy fakt – taka praca nie ma być może tak za bardzo sensu – bo w gruncie rzeczy dopracowany świat nie będzie miał aż takiego kluczowego znaczenia – wszak i tak całego go nie poznamy – dziury więc nie będą się tak ostentacyjnie rzucały w oczy.

        Dla mnie na przykład Biali Wędrowcy są elementem fabuły (konkretnie bossem końcowym). Wczesne informacje o nich – foreshadowingiem. Że stanowią element świata przedstawionego? Oczywiście

        Ale dla kogo są tym elementem fabuły? Dla kogo stanowią element świata przedstawionego?

        Na pewno dla nikogo, kto mieszka na południe od muru.

        Pięć tomów już przeleciało, mnóstwo krwi się już przelało – kilku królów wstąpiło na tron, po czym z niego „zstąpiło”. W tym świecie naprawdę mnóstwo się jak do tej pory wydarzyło. To kawał historii. A gdyby nie jeden wątek – Jasia – to do tej pory nie tylko nikt na kontynencie nawet by o tych Wędrowcach nie słyszał – ale my – czytelnicy – również!

        Właśnie to miałem na myśli, porównując GoT do typowego fantasy o Dark Lordach. Bo w gruncie rzeczy – w swej strukturze – historia tutaj przedstawiona traktuje w ostateczności o tym samym, co w każdym innym fantasy – o pokonaniu Dark Lordów na koniec. Wszystko rozgrywa się podobnie – najpierw jakaś pierwsza wielka wojna (albo i kilka) – tyle, że oczywiście nie aż tak znacząca, jak ta ostatnia – z ostatecznym Dark Lordem.

        W normalnym fantasy pierwszy tom (lub pierwsze tomy) traktuje tylko i wyłącznie o tej całej przykładowej Wojnie Pięciu Królów. Po której następuje koniec i wszyscy żyją długo i szczęśliwie. Dopiero w którymś tam następnym okazuje się, że tak naprawdę Największe i Najostateczniejsze Zło dopiero nadejdzie. Spójrz teraz na to z perspektywy mieszkańców krainy. Nigdy nie słyszeli; zaskoczenie; skąd w ogóle; co, kto, jak to. W Westeros odbędzie się to podobnie. Dla jego mieszkańców ci „nowi” wrogowie pojawią się dosłownie znikąd.

        Przeciętny autorzyna mógłby brać ten przykład na swoją obronę, usiłując nam dowieść, że jak najbardziej – u niego dokładnie było tak samo. Oni gdzieś tam byli, daleko, nikt więc o nich nie słyszał – ale byli. On po prostu ich „ukrywał” do tej pory przed wzrokiem czytelników – niby to czekając z ich ujawnieniem na odpowiedni moment.

        Problem w tym, że będzie to najzwyklejsza bzdura. Autor, który nie zaplanował sobie tego wszystkiego z wyprzedzeniem, po prostu jeszcze o nich nie wiedział. Więc ich tam być nie mogło nigdzie. Po prostu na następny tom (bądź następny cykl tomów) potrzebuje nowego wielkiego – większego, niż poprzedni – wroga. Więc wyciąga go z tyłka.

        Autor, który najpierw wszystko dokładnie zaplanował i przemyślał – tak, że zasiadając do pisania, wiedział, dokąd będzie z tym wszystkim zmierzać – nie ryzykuje, że i na niego spadną podejrzenia o takie niecne postępowanie. A to dlatego, że od samego początku stworzył wątek, który będzie śledził sytuację z Białymi Wędrowcami – pomimo, iż przez kilka tomów nie będzie ona wątkiem wiodącym dla całego cyklu jako takiego…

        Można jednak spojrzeć na to wszystko z zupełnie odwrotnej strony…

        Ale o tym poniżej.

        Może inaczej. GoT to historia o młodym arystokracie, który przeżywa przygody, a na końcu powstrzymuje inwazję białych wędrowców. Świat powstaje wokół tej historii

        W tym miejscu musiałbym wpierw zapytać, po co w takim razie wszystko, co dzieje się poza Murem. Jeśli historia ma bowiem traktować o Wybrańcu, który dzielnie powstrzyma Ostateczne Zło – to równie dobrze mogłaby zaczynać się na Murze (do którego załogi dołączył właśnie nasz dzielny Wybraniec), walki z Wędrowcami coraz bardziej by się rozkręcały (cała akcja kolejnych książek głównie tego by dotyczyła), do naszych dzielnych Ostatnich Obrońców Ludzkości zaś docierały by szczątkowe informacje – co nie znaczy, że niewystarczające do zobrazowania sytuacji całościowej, w jakiej stoi Kraina – o kolejnych wojnach na południu, braku nadziei na wsparcie, braku wiary w słowa naszych dzielnych wojaków o Wędrowcach i tak dalej. Nasz Wybraniec przeżywałby zaś przygody, zawody miłosne, a dla urozmaicenia – borykałby się z problemami „politycznymi” – takimi, jak to, że jest przecież „bękartem zdrajcy” – co dodatkowo utrudniałoby mu życie.

        Cała sytuacja na południu służyłyby jedynie temu – a dodatkowo byłaby jedynie w niezbędnym zakresie wzmiankowana. Tylko w takim celu, by nam ją ogólnie nakreślić. Byśmy wiedzieli, że jak w końcu przyjdzie szukać tam sojuszników – to będą kolejne kłody pod nogi naszemu Wybrańcowi leciały.

        A to i tak wiele. W przeciętnym fantasy nawet z tym różnie bywa.

        Skoro wszystko w ostateczności ma się sprowadzić do pokonania Lodowego Dark Lorda – po co ta cała otoczka, zupełnie z tym niezwiązana?

        Spójrzmy więc na to wszystko z zupełnie odwrotnej perspektywy.

        Patrząc z drugiej strony na to wszystko można byłoby bowiem dojść do wniosku, że to inni autorzy postępują ze swoimi cyklami tak, jak powinni. Skoro bowiem rzecz ma dotyczyć walki przeciwko Lodowym Dark Lordom, którzy to przybyli przynieść nową Długą Noc i zniszczyć ludzkość, to tylko na tym należałoby się skupiać – co zresztą zobrazowałem tu powyżej przed chwilą – zaś to Martin uprawia najzwyklejszą w świecie… grafomanię?

        No bo spójrzmy tylko – wszystko w ostateczności sprowadza się do pokonania na sam koniec Lodowych Wędrowców – to jest cel przewodni opowiadanej w tej Sadze historii. Wszystkie te dotychczasowe wojenki dla tej naszej głównej historii w praktyce nie miały żadnego znaczenia. Na co więc w ogóle śledziliśmy najpierw przez trzy tomy wojnę Robba z Lannisterami – skoro raz, że i tak zginął – a dwa (a dodatkowo łączy się to z jedynką) te jego zmagania i tak nie grają absolutnie żadnej roli w kwestii pobicia Białych Wędrowców – co przypominam: jest głównym motywem Sagi jako takiej. No nie ma to dla tegoż naszego motywu przewodniego – w praktyce – żadnego znaczenia! Później przez kolejne dwa tomy śledzimy ogólny bajzel, w jaki popadło Królestwo. Że niby ma to nam unaoczniać, w jak katastrofalnej kondycji będzie Kraina, kiedy przyjdzie jej mierzyć się z tym największym zagrożeniem? Pięć tomów wprowadzenia? Serio? Wystarczyłoby ogólnie uzmysławiać czytelnikami drobnymi wzmiankami, że źle się dzieje w Królestwie. Nie trza na to pięciu tomów opisywania rzeczy niezwiązanych z Lodową Nawałnicą.

        Jeśli więc założyć, że nasz cykl jest o pokonaniu Dark Lorda – czyli no, jak na high fantasy przystało, jak by nie patrzyć – to Martin w porównaniu to przeciętnego autora jest nie tylko największym grafomanem, ale i totalnym wodolejem.

        Zamiast bowiem skupić się na samym zagrożeniu ze strony Dark Lorda, ten skupia się na wszystkim innym – rozbudowuje świat, rozpisuje się o różnych indywidualnych przeżyciach niezliczonej liczby postaci…

        Zaraz!

        Czy właśnie nie o tym pisałeś tam powyżej? O tym, żeby „opowiadać o ludziach żyjących w tym świecie”.

        Doszliśmy tutaj do jakże zaskakujących wniosków. Wychodzi bowiem na to, że największy grafoman, wodolej i światotwórca w jednym naszych czasów jest nim, albowiem… w przeciwieństwie do normalnego autora fantasy… ten nie skupia się tylko i wyłącznie na motywie walki z Inwazją Dark Lorda. Uprawie nieskrępowane wodolejstwo i grafomaństwo, opowiadając o różnych, nieistotnych dla ostatecznego wątku ludziach, ich indywidualnych sukcesach i porażkach – rozbudowując historie nawet tych postaci, które zginą na lata przed ostateczną Inwazją.

        Podsumowując.
        Wyszło ostatecznie na to, że to właśnie taki twór, jak GoT – czyli najbardziej rozbudowany projekt światotwórczy ostatnich lat – porównywalny z dziełem Tolkiena w tym zakresie – jest jednocześnie cyklem, w którym największy nacisk położono na „opowiadanie o ludziach żyjących w tym świecie” – a dodatkowo: najmniej spośród znanych cykli opowiadających o typowej Inwazji Dark Lorda – na tejże inwazji w ogóle się skupia. W przeciwieństwie do typowego „średnio-się-światotwórstwem-przejmującego” high fantasy o Dark Lordach.

        W skrócie.
        Więcej światotwórstwa – więcej o ludziach – mniej Dark Lorda.

        BTW
        Dostrzegam jeszcze jedną ciekawą konkluzję tego całego mojego powyższego wywodu. Mianowicie, iż postulat VATa z samego początku – „przekaż mi historię, a nie świat” (oraz przy tejże okazji ludzi tenże świat zamieszkujących – że tak dorzucę od siebie, bazując na moim wywodzie powyższym) wciąż jest w mocy.

        Światotwórcy, wodoleje, grafomani, rozpisujący się całymi rozdziałami o świecie, ludziach go zamieszkujących i ich własnych historiach, niezwiązanych z motywem przewodnim – oni faktycznie, jak się okazuje, historię, którą teoretycznie powinni postawić na pierwszym miejscu, spychają gdzieś na margines – na pierwszy plan wysuwając wszystko inne, samą zaś główną historię przeciągając jak najdłużej, maksymalnie opóźniając jej konkluzję – czyli jedyną rzecz, jakiej niektórzy odbiorcy, jak np. VAT, w ogóle od fantasy oczekują.

        Więc w tym kontekście – wyszło w sumie na to, że na swój okrężny sposób, sam wręcz do pewnego stopnia uargumentowałem jego stanowisko.

        Jakkolwiek – wszystko sprowadza się do tego, kto czego szuka.

        Ja tam szukam przemyślanego, inspirującego świata oraz rozbudowanych historii ludzi, tenże świat zamieszkujących. Nie zaś po prostu prostej, zwięzłej fabułki o kolejnym Dark Lordzie do ubicia (tudzież jakimkolwiek innym jednotomowym zagrożeniu) – która za bardzo jakiegoś super-szczegółowego świata nie potrzebuje.

        No ale mówię – wszystko zależy od tego, kto czego szuka.

        Dla każdego coś miłego. 🙂

        Zgodnie z zasadą 80/20, jeśli historia jest przewidziana na cztery rody szlacheckie, to należy opracować dwadzieścia, czy tak? Istnieje jednak skłonność, by od razu machnąć czterysta, z dokładnością do liczby kłów w gębie każdego lwa na herbie.[…]Innymi słowy: skupianiu się na detalach świata, zamiast na trzonie fabuły

        Na aż tylu detalach to chyba nikt się nie skupia. Znów powołam się na Martina – czyli, jak już wyjaśniliśmy: największego detalistę współczesnego worldbuildingu. Powiedziana jest na kartach jego sagi, że w Westeros znajduje się dwieście coś mieczy z valyriańskiej stali – a wymienionych zostało może z kilkanaście. Wątpię, czy do końca cyklu zostanie w ogóle nazwane choćby drugie tyle. W wielu innych drobnych, wyliczankowych kwestiach również jest mniej drobiazgowy, niż mogłoby się wydawać.

        Innymi słowy – przykład przez ciebie wymyślony jest nie tylko dosyć skrajny, ale rzekłbym wręcz, iż wprost nieprawdopodobny.

        Samo skupianie się na niektórych, wybranych detalach zaś – tylko trzeba skupić się na tych właściwych – w wielu miejscach po prostu zwiększa wiarygodność świata, wzmaga to złudzenie, iż dany świat naprawdę „żyje” – i nie składa się tylko z tych kilku miast, zamków, karczm na krzyż – akurat tych, do których akurat zawitali nasi bohaterowie.

        A tak jeszcze przy okazji takich wyliczanek. Pamiętam, jak kiedyś w jakiejś recenzji ktoś zachwycał się którymś tam opowiadaniem o Wiedźminie, w którym to była jednym cięgiem wyliczanka całej zawartości półki z eliksirami bodajże – z których oczywiście większość nigdy wcześniej, ani nigdy później miała się nigdy w żadnym celu nie pojawić. Taka niby to miała być wyliczanka dla wyliczanki. Recenzent zaś zachwalał skupianie się na detalach świata – właśnie w tym sensie, że takie rzeczy są wyliczane po to, by tworzyć to złudzenie „żyjącego” świata – w którym istnieją na ten przykład najprzeróżniejsze eliksiry, a nie tylko te, których potrzebuje nasz bohater. Jako przykład na to, że świat „żyje” własnym życiem, nie kręcąc się wyłącznie wokół bohatera i robiąc jedynie za sztuczne tło dla niego.

        To tak gwoli tego wyliczania zbędnych detali, a zarazem przy okazji – odnosząc się do również wspominanego powyżej – tym razem jako przykład braku worldbuildingu – cyklu o Wiedźminie.

        Zaś co do przykładu z dwudziestoma rodami, kiedy potrzeba nam tylko czterech.

        A wymyśl sobie i opracuj tych rodów, ile tam chcesz. Jeśli cię to kręci, to niech będzie to nawet i czterysta. Jeśli cię nie kręci – poprzestań na tych dwudziestu.

        Ważne jest zawsze jedynie to, żeby pamiętać, że ten cały świat tworzy się na własne potrzeby autora – po to, żeby w razie czego, móc wykorzystać dawno już przygotowane materiały. Które właśnie możesz, ale nie musisz wykorzystać później w całości.

        Tam wcześniej w toku dyskusji była raczej mowa o opisywaniu każdego elementu, który kiedykolwiek wymyśliliśmy, żeby koniecznie podzielić się nim z czytelnikiem. Jeśli uda nam się powstrzymać przed tego typu odruchem – większość zachowując dla siebie, w treści zaś rzucając jedynie jakąś „ciekawostką” od czasu do czasu – wtedy nie doprowadzimy do sytuacji takiej, jak ta opisywana odnośnie hodowli cebuli siedem pokoleń wstecz.

        Jeśli uda nam się rozegrać to tak, żeby czytelnik musiał sam sobie wyławiać najróżniejsze szczegóły i drobnostki, rozrzucone po całym cyklu, dopasowując je do siebie wzajemnie i składając samodzielnie w całość – zapewnimy mu dodatkową rozrywkę.

        No, ale – jeśli będziemy mu robili łopatologiczne wykłady – najlepiej czyimiś ustami – odnośnie każdego elementu, który opracowaliśmy wcześniej na własne teoretycznie potrzeby – to możemy go zmęczyć.

        Grunt to pamiętać o tej zasadzie – stwórz dla siebie – żebyś miał na wszelki wypadek na podorędziu – jak najwięcej materiału – ale nie musisz tego wszystkiego w treści swojego cyklu przepisywać. Jedynie podrzucaj wskazówki.

        A wszystko wtedy będzie prawidłowo. 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s