Robin Hood: Origin i jego porażka:

Nie wszyscy są tego świadomi, ale kilka tygodni temu mieliśmy okazję śledzić kasową klęskę filmu pod tytułem Robin Hood: Origin. Film był klapą, a sieć jest zasłana materiałami wyjaśniającymi dlaczego. Jako powody podaje się różne przyczyny, jak choćby premierę w dniu dziękczynienia czy konkurencję z innymi filmami. Konkluzja jest jednak taka, że Robin Hood się przeżył i nikogo już nie obchodzi.

I bardzo dobrze. Problem z tym jednak, że wniosek teb nijak z przytaczanych faktów nie wynika.

Owszem: Robin Hood: Origin był klapą. Co więcej poprzedni film o tym bohaterze Robin Hood (2010) również nie odniósł dużego sukcesu (ale też nie był aż taką klęską), jednak IMHO problem wynika z czegoś innego.

Podaż czyni popyt:

Zacznijmy od przypomnienia pierwszego prawa Saya, nieco w tej epoce, jak cała ekonomia klasyczna, zapomnianego, ale wciąż aktualnego, o czym nie tylko twórcy Robin Hood: Origin mieli okazję w ostatnich miesiącach się przekonać. Otóż: podaż czyni popyt. Dobre produkty się sprzedają, złe nie i jakości produktu nie da się sztukować budżetem na marketing. Owszem, ludzie przez jakiś czas dawali się nabierać, ale doszliśmy do momentu, gdy się wycwanili.

Natomiast nowy Robin Hood zwyczajnie nie jest dobrym filmem.

Nie da się też ukryć, że istnieje popyt na kino kostiumowe:

No, może nie do końca kino… Ale nie da się ukryć, że produkcje takie, jak Gra o Tron, Last Kingdom, Vikings, Król Wyjęty Z Pod Prawa etc. jeśli nawet nie święcą triumfów, to przynajmniej są bardzo popularne. Owszem, tytuły te mają inne budżety, jak i inne modele biznesowe (np. ósmy sezon Gry o Tron ma mieć łączny budżet w wysokości 36 milionów dolarów, Robin Hood: Origin natomiast w wysokości 100 milionów dolarów), ale też przynoszą inne wyniki finansowe. Robin Hood zarobił bowiem ledwie 26 milionów (co jest katastrofą: nie po to wydajesz 100 milionów na potencjalne zatracenie, by mieć na każdym ledwie 25 centów minus podatki zysku), w prawdzie nie wiadomo ile zarabia Gra o Tron, ale nie sądzę, by jej producenci oczekiwali (i uzyskali) mniej niż 200 procentowego przebicia.

Moim zdaniem nie wynika to z tego, że Robin Hood się przeżył. Bo czemu on, a nie równie wyplute przez kulturę popularną tematy jak Wikingowie, rycerze czy piraci? Jedni i drudzy nadal otrzymują odnoszące sukcesy (a przynajmniej: nie ponoszące aż tak spektakularnych porażek) produkcje.

Tak więc nie. Problemem Robin Hood: Origin nie jest to, że ów bohater się przeżył. Problemem jest to, że film ów jest słaby.

Oraz w tym, że nie pokazał tego, co widzowie chcieli ujrzeć.

O pakiecie oczekiwań:

Czasem, w fandomie usłyszeć można, że historyczna poprawność jest nieważna, że cashuale, współczesna młodzież i inne osoby się nią nie przejmują. Że jest to temat, który interesuje tylko nerdów. Tym, co chcą młodzi to super-duper-fantastyczne wyścigi na karoce, prowadzone tak, jakby to były samochody, strzelaniny na automatyczne kusze i łuki prujące seriami.

Faktycznie pogląd ten wygłaszany jest często przez ludzi, którzy ze współczesną młodzieżą dawno nie mieli do czynienia i – przynajmniej do momentu, aż ich wnuki dorosną – długo nie będą mieli.

Trzeba być też naprawdę poważnym nerdem, o spranym przez popkulturę mózgu, żeby tego typu stylistykę przełknąć. Faktycznie bowiem casuale jej nie znoszą.

Rzecz polega na tym, że typowy casual, niezależnie czy ma 7, 17 czy 70 lat posługuje się czymś, co nazwać można zestawem oczekiwań. Tak naprawdę nie różni się on bardzo od tego u hardcorowca. Jedni od drugich bowiem w rzeczywistości nie różnią się specjalnie gustami. Tym, co ich odróżnia jest wyłącznie poziom emocjonalnego zaangażowania.

Ten zestaw oczekiwań budowany jest na podstawie wcześniej zdobytej wiedzy. Ta pochodzi z różnych źródeł: ze stronek w Internecie, z filmików na Youtube oraz z wcześniej rozegranych gier i obejrzanych filmów. W skrócie: gość widział Gladiatora, Braveheart i Władcę Pierścieni, więc wie, jak było w średniowieczu i oczekuje, że w filmie o epoce otrzyma zestaw elementów, które jego wyobrażenia obalą lub potwierdzą.

Zestaw ten jest bardzo ważny w kontekście oczekiwań odbiorcy. Otóż: na film nie idą tylko i wyłącznie fanatycy danego gatunku (czyli hardcorowcy), ale też ludzie, którzy po prostu nie mają jak zagospodarować czasu. Ludzie tacy myślą „Patrz! Film o średniowieczu! Umazane błotem brudasy będą się napierdalać na miecze!” i właśnie tego chcą.

Elementy, które zwykle w tego typu produkcjach się nie pojawiają wcale nie są odbierane jako powiew świeżości, tylko jako zakłócenie na spójnym wcześniej obrazie.

Które zostały zawiedzione:

Problem polega na tym, że obydwa ostatnie filmy o Robin Hoodzie: zarówno Origin, jak i 2010 zawodzą na całego w spełnieniu tych oczekiwań i stanowią jedną, wielką rysę na wyobrażeniu o średniowieczu. Oraz niemalże proroczy. I to chyba dla każdego typu potencjalnego odbiorcy: zarówno dla historykofaszystów, jak purystów oraz ludzi, którzy swoje wyobrażenie o epoce kształtują na podstawie kina i telewizji. Bo powiedzmy sobie szczerze: już „Faceci w rajtuzach” byli bardziej historycznie dokładni.

Robin Hood (2010) również prezentuje nam barki desantowe i sceny oblężeń rodem z Szeregowca Rayana, w chwili, gdy typowy widz dobrze wie, że było inaczej. Stanowi to takie typowe, postmodernistyczne pomieszanie z poplątaniem, które tylko bardzo niewiele osób oczekuje od filmu.

Origin idzie jeszcze dalej: dostajemy więc pościgi dorożek ala pościgi samochodowe, sceny w kasynie ala Las Vegas, kusze ala karabiny automatyczne i strzelaniny ala Matrix.

Pakiet oczekiwań, jakie typowy widz rości do filmu kostiumowego zostaje więc zawiedziony.

To pierwszy problem.

Bo Robin Hood nie jest superbohaterem:

Drugi problem polega na błędzie przeniesienia kategorialnego. Mianowicie, co oczywiste: Robin Hood: Origin pije do sukcesów filmów superbohaterskich, gdzie faktycznie różne „origin story” są popularne. Problem polega na tym, Robin Hood nie jest superbohaterem. Robin Hood jest postacią filmu kostiumowego. Ludzie nie oczekują po nim tego, co po superbohaterach.

To czego dopuścili się autorzy Ernest Adams w książce dotyczącej trochę innego gatunku twórczości, czyli w „Projektowaniu gier: Podstawy” nazwał „błędem uniwersalności”. Polega on na dodawaniu do produkcji funkcjonalności, których normalnie produkty z tego gatunku nie zawierają (Adams posługuje się przykładem symulatora lotniczego w grze z gatunku mordobić), która to funkcjonalność nie dość, że nie przyciąga nowych odbiorców, to zniechęca starych.

W wypadku Robin Hooda był to nadmierny modernizm i cechy filmu superbohaterskiego, których nikt nie chciał i nie stanowiły dla widza zalety.

Nie zaproponowano nic w zamian:

Problem wprowadzonych obcych, niepotrzebnych elementów, obecnych tak naprawdę w obydwu ostatnich Robin Hoodach doprowadziły do tego, że filmy te zatraciły cechy, które przez widzów postrzegane są jako zalety oraz unikalne elementy, właściwe wyłącznie dla gatunku filmu kostiumowego.

Problem leży w tym, że na to miejsce nie zaproponowano niczego wartościowego. Robin Hood: Origin zerwał ze swą rodzimą stylistyką, a na to miejsce wprowadził elementy stylistyki obcej: strzelaniny ala Matrix, nauki u Mistrza Wschodu ala filmy karate, sceny w kasynach i pościgi samochodowe ala kino gangsterskie, rebelię miejską ala Igrzyska Śmierci, efekty komputerowe ala Transformers, kaptur ala brytyjscy chavowie…

Słowem: były rzeczy, które można zobaczyć w każdym innym filmie, przynależnym do każdego innego gatunku ale zabrakło takich, które można zobaczyć tylko w tym jednym gatunku. Widać to nawiasem mówiąc nawet w trailerach, które, gdyby zmienić tylko kilka szczegółów mogłyby posłużyć do reklamowania dowolnej innej produkcji w dowolnej innej konwencji.

Zresztą spójrzcie na te screeny, którymi ozdobiłem wpis. Równie dobrze mogłyby pochodzić z ekranizacji Nędzników, Punishera i jakiegoś dramatu wojennego o walkach w Faludży.

Podsumowując:

Jak mówiłem: Robin Hood być może faktycznie się przejadł. Na pewno tego bowiem nie wiemy. Przyczyną klęski filmu było to, że był zły i nieprzemyślany.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Filmy i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

5 odpowiedzi na „Robin Hood: Origin i jego porażka:

  1. Lurker pisze:

    Robin Hood zarobił bowiem ledwie 26 milionów (co jest katastrofą: nie po to wydajesz 100 milionów na potencjalne zatracenie, by mieć na każdym ledwie 25 centów minus podatki zysku)

    Podatek od zysku płaci się od… zysku…

    Jak nie masz zysku, to nie płacisz podatku od niego… skoro go nie było…

  2. Tablis pisze:

    Mówisz o przychodzie chyba? Nie wiem w ogóle skąd te liczby. Wikipedia podaje budżet 70-85m i przychody 80m. Z diagonozą się zgadzam – spojrzałem na materiały reklamowe, w życiu bym nie rozpoznał, że chodzi o Robin Hooda, wygląda dokładnie, jakby chcieli skopiować postać Hawkeye’a z filmów Marvela; pewnie też trochę z Green Arrow DC. Oczywiście obie te postaci były wzorowane na Robin Hoodzie, lecz ją przerobiły aby pasowała do konwencji superbohaterskiej. Wpychanie oryginału w tę samą (nieźle zapchaną) szufladę brzmi jak plan na porażkę.

    Nie pomaga też pewnie, że film jest, patrząc za reckami, po prostu źle zrobiony i nużący.

  3. Skate pisze:

    A dla mnie wciąż najlepszy o Robin Hoodzie jest niskobudżetowy serial z lat 80. wtf?

  4. Radoslaw Idol pisze:

    W Polsce film też zaliczył klapę… Bo Cinema-City go nie puszczał. A na hasło – to idź do innego kina, odpowiem – w Częstochowie nie ma innego dużego kina.

  5. slanngada pisze:

    Eee, nie do końca. Problemem Robinhooda z 2010 było właśnie to, że był zbyt średniowieczny. Był to nudny i ponury film, w którym nie było w ogóle nic robnhudnego. Problemem jest to, że nowy idzie stylistyką w gry komputerowe, a raczej to jak ich twórcy myślą, że wyglądają. Ma w sobie zbyt wiele z Assasin Creed, Great Wal czy nowego Artura.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s