Świat – bardzo trudna rzecz (Razem napiszmy powieść fantasy):

Dziś będzie trochę nieskładnie, ale jestem strasznie zmulony od antybiotyków i środków przeciwgorączkowych.

Przechodzimy do kolejnej fazy planowania naszej książki. Tą jest świat. W ostatnich latach, na falach rozmaitych dekonstrukcji i rekonstrukcji napisano na ten temat dużo. Nie zmienia to faktu, że mimo to tolkienowski wzorzec tworzenia światów, wraz z ich geografią i kulturą cały czas pozostaje najlepszy, najskuteczniejszy i przynosi największe efekty.

Tak więc: książka fantasy potrzebuje świata.

Po co jest świat:

Ogólnie rzecz biorąc chyba każdy utwór posiada świat przedstawiony. Z fantasy istnieje problem, albowiem jego fabuła, w odróżnieniu od powieści realistycznych oraz znacznej części science-fiction, które w dużej mierze zakorzenione są w naszej rzeczywistości fantasy przenosi nas do światów obcych. Gdzie istnieją siły, których u nas nie ma, układ społeczny jest zupełnie inny, podobnie jak ukształtowanie kontynentów.

Przygotowanie świata jest więc czymś, co powinniśmy zacząć jeszcze przed pisaniem książki. Powinniśmy więc stworzyć mapę obszaru, na którym będzie rozgrywała się akcja oraz obszarów sąsiadujących, a także nakreślić stosunki panujące między ludnością. Czyli zdecydować się kto gdzie mieszka, gdzie leżą ludne miasta i fortece, a gdzie ciągną się obszary niezamieszkane. Jak żyją ludzie. Jakimi zawodami się trudnią. Są bogaci, czy biedni? Kogo lubią, a kogo nie lubią? Jakie są między nimi zaszłości historyczne?

Plan ten jest często bardziej potrzebny nam, niż czytelnikowi. Pozwala on zachować orientację w czasie i przestrzeni oraz pamiętać, gdzie dokładnie znajdują się bohaterowie, co robią i z jakimi trudnościami mogą się tam mierzyć.

Co więcej, wraz z rozwojem akcji będziemy potrzebowali nasz świat rozbudowywać, wprowadzając nowe postacie, lokacje etc. Co więcej będziemy musieli stworzyć też plany tych lokacji, najlepiej istniejące na papierze, pod postacią rysunku lub opisu. Wynika to z tego, że tworzenie powieści jest raczej czasochłonne. Mi napisanie jej zajmuje około roku (aczkolwiek myślę, że mógłbym ten proces skrócić do trzech miesięcy, gdybym całkowicie poświęcił się pracy twórczej, co jednak jest nierealne) i około 3 miesięcy wstępnej redakcji. Czytelnikowi jej czytanie zajmie jakiś tydzień. Nam dużo łatwiej niż czytelnikowi będzie zapomnieć, czy bohaterowie przemierzają Mroczną Puszczę czy Puszczę Śmierci, rosną tam jodły, czy świerki, a zamek, który widzą z oddali ma trzy czy cztery baszty oraz czy jego brama wychodzi na północ czy na wschód?

Tym bardziej, że powiedzmy sobie szczerze: opisy nie stanowią największej opisowo i najbardziej skomplikowanej części książki. Tak więc napiszemy opis przyrody na cztery linijki, a potem przejdziemy do wydarzeń i przez kolejne pięć dni będziemy pisać jakiś, arcyważny i megadowcipny dialog, albo – jeszcze gorzej – scenę akcji. Sceny akcji (i seksu) są okropne do pisania.

W tym czasie zapomnimy już takich szczegółów.

Czy każda powieść fantasy potrzebuje świata?

Nie znaczy to, że każda powieść fantasy wymaga tak samo rozbudowanego świata. Ani też, że musimy od razu rysować mapę całej planety z siedmioma kontynentami, 150 państwami, obejmującą kilka stref klimatycznych i z pięćdziesiąt zaginionych cywilizacji. Tak naprawdę bardzo dużo zależy od tego, jaki utwór fantasy piszemy.

Klasyczna powieść heroic fantasy w rodzaju Władcy pierścieni, Miecz, Pamięć, Cierń, czy Shanary opowiada o wyprawie oraz drużynie walecznych herosów przemierzających świat. Potrzebujemy w niej więc dużego świata, po to, żeby bohaterowie mieli co przemierzać.

Gra o tron, Gambit mocy oraz część japońskich produkcji należących do gatunku, jak Yuuni Kokki polega w dużej mierze na pozycjonowaniu postaci na mapie oraz zmieniającym się układzie sił. Bohaterowie oddziałują na siebie często poprzez spiski, rozsiewane pogłoski, pisząc listy, pozyskując sojusze, wysyłając posłańców lub skrytobójców. Ponownie potrzebujemy świata, ale ten będzie całkiem inny. Tym razem potrzebujemy dopracowanych lokacji, jednak te będą stanowić coś w rodzaju wysp. To, co znajdować się będzie między nimi jest już mniej istotne. Tak naprawdę może to być nawet próżnia kosmiczna lub morze.

Gdyby bohaterowie pływali statkiem, jak w starej kreskówce Piraci mrocznych wód nadmierny nacisk na to, co dzieje się poza portami to rozrzutność.

Utwory krótkie, jak opowiadania o Wiedźminie wręcz nie potrzebują świata. Akcja może toczyć się takich wyspach „tu i teraz”.

Podobnie sytuacja ma się z Urban Fantasy, którego akcja toczy się w miastach, czy to zmyślonych, jak „Akta Garreta” czy cykl „Vladz Thaltos” czy też faktycznych jak „Rzeki Londynu”, „Akta Dresdena”.

Miasta są dość specyficzne. Z jednej strony jest to lokacja zamknięta, żyjąca własnym życiem. Z drugiej bardzo płynna i aktywna, która ciągle się zmienia (dobrym przykładem może być dworzec wrocławski z „Zielonogórskiego”, gdzie rozgrywa się jedna ze scen, a który przebudowali dwa razy zanim książka została wydana). Co więcej: każdy miasta doświadcza w inny sposób. Pracownik niskiego szczebla nie bywa w tych samych lokalach, co jego szef (a jeśli jest źle wynagradzany i przepracowany w ogóle nigdzie nie wychodzi), szarzy ludzie nie odwiedzają tych samych miejsc, co bohema, mugole ulicy Pokątnej, królowa żyje w innych warunkach, niż jej poddani, a do dzielnic nędzy w ogóle nikt, poza ich mieszkańcami, się nie zapuszcza. Jest to więc środowisko niedookreślone, gdzie obok siebie może istnieć wiele, różnych światów, których bywalcy nie spotykają się ze sobą lub nawet nie wiedzą o istnieniu tych innych światów.

Wreszcie są utwory takie jak „Ten, co walczy z potworami” których akcja dzieje się w świecie bliskim realności, a postacie z pomocą samochodów, pociągów, autobusów i helikopterów miotają się po całym świecie przedstawionym. Tutaj naszymi najlepszymi przyjaciółmi będą Google Maps i Street View, strony miast i przewodniki turystyczne.

Problemy ze światami:

Niestety tworzenie światów wiąże się też z kilkoma problemami.

Sama produkcja:

Po pierwsze: stworzenie wiarygodnego świata jest trudne. Istnieje kilka czynników ułatwiających nam zadanie, ale samo ich spełnienie też nie jest łatwe. Otóż, tym co ułatwia nam zadanie jest osadzenie świata w jakichś, dobrze nam znanych realiach. W praktyce oznacza to jedną z trzech rzeczy: urban fantasy, jak Kroniki Jakuba Wędrowycza, fantastykę historyczną jak Narrenturm Andrzeja Sapkowskiego lub odwołującą się mocniej lub słabiej do historii jak Mgły Avallonu Marion Zimmer Bradley lub Sarantyńska Mozajka Kaya.

Rozwiązania te nie są łatwe. Aby osadzić akcję w jakimś realnie istniejącym miejscu musimy posiadać o nim ogromną wiedzę. W praktyce jest to wiedza na tyle duża, że w normalnych okolicznościach wystarczyłaby ona nam do napisania pracy licencjackiej lub zdania egzaminu na przewodnika górskiego / miejskiego.

Owszem, możemy trochę oszukiwać, np. jak Bernard Cornwell, twierdząc, że wydarzenia historyczne wyglądały inaczej, niż to, co sto lat post factum pisali kronikarze. Jednak nawet to wymaga ogromnego wyczucia epoki. Bo musimy wiedzieć, jak to mogło wyglądać.

Jeśli chodzi o światy czysto zmyślone, to obawiam się, że praca, jaką musimy w nie włożyć jest bardzo, ale to bardzo podobna. Z tym, że rzeczy, które w innym wypadku moglibyśmy oprzeć na źródłach teraz po prostu musimy wymyślać sami. Tyle i aż tyle.

To także jest masa pracy.

Ten nakład pracy jest jak podejrzewam przyczyną dwóch zjawisk. Po pierwsze: dlaczego pisarze, zwłaszcza zachodni tak chętnie trzymają się raz stworzonych światów (np. Mercedes Lackey napisała powyżej 40 utworów, których akcja osadzona jest w świecie Valdemaru, Steven Brust: powyżej 20 osadzonych w świecie Vlada Thaltosa, Raimond E. Feist: około 30 osadzonych w Midkemii, Kay: 5 osadzonych w świecie Sarancjum).

Raz, że skoro coś się sprzedaje, to głupio zarzynać kurę znoszącą złote jajka. Dwa, że raz jeszcze i to całkiem za darmo wykonywać taki ogrom pracy? Nie ma frajera.

Światy zbyt małe:

Po drugie: co wynika z poprzedniego, pojawiają się światy bardzo niedopracowane, które aż od pierwszej strony tchną sztucznością. Przykładowo jedna z moich znajomych niedawno czytała (z powodów służbowych, więc niestety nie poda tytułu) takie oto dzieło. Fabuła toczyła się w pewnym fikcyjnym świecie, w rodzaju „fantastyki bliskiego zasięgu”. Był w nim jeden, jedyny kontynent. Na kontynencie tym istniały dwa państwa, które toczyły wojnę, nikt nie wie dlaczego. Nienawiść między nimi była tak wielka, że nikt ani w jednym, ani w drugim nie znał nawet języka wroga. Od kilku stuleci nie utrzymywali żadnego kontaktu. Na granicy zbudowali sobie tylko mur, co było taką aluzją do współczesnej polityki i pewnego blond prezydenta.

Prócz tego nic.

Nie było żadnych słowników, nawet przedwojennych. Dowództwo obydwu krajów nie nasłuchiwało obcych transmisji wojskowych, ani cywilnych, nie wysyłało za granicę szpiegów, nie przesłuchiwało jeńców, ani więźniów. Najwyraźniej też ich nie internowano, ani nie mordowano… Między krajami nie kursowali żadni przemytnicy, poczta, ani nawet pogróżki, przez dwieście czy trzysta lat nie stoczono też ani jednej bitwy. Po prostu oba państwa miały się przez ten czas w dupie.

Dopiero bohaterka, przypadkowo ujrzawszy z blanków jednej z twierdz Pięknego Chłopca zebrała się na odwagę i przeprawiła na drugą stronę, nauczyła obcej mowy i swą miłością oraz dobrym sercem doprowadziła do pokoju…

Bleh…

Nie powiem. Istnieją szanse, że ktoś Wam taką książkę wyda (rynek na pseudofantastyczne romansidła jest podobny rozmiarowo jak na normalną fantastykę) jednak nie są to dobre światy, które mogłyby być zaletą książki.

Światy przytłaczające opowieść:

Drugi problem to fakt, że światy mają tendencję do przytłoczenia opowieści. Widać to w szczególności w tych nieskończonych cyklach epic i heroic fantasy. Ich twórcy poświęcają wiele czasu na budowę światów, często bardzo skomplikowanych, rysowanie map geograficznych i społecznych, wymyślanie ras i królestw oraz konfliktów między nimi.

A potem materiał wystarczający na siedemnaście powieści trzeba spożytkować w jednej trylogii.

Więc trzeba to jakoś zgarnąć to do kupy i pokazać jak się wspaniały świat wykreowało. Najlepiej zrobić to wprowadzając jakieś potworne zagrożenie, przeciwko któremu wszyscy muszą się zjednoczyć. Oraz zafundować postaciom przebieżkę po całej planecie w poszukiwaniu jakiejś setnej wersji Jedynego Pierścienia lub Miecza Shanary.

Owszem, są przykłady, że to podziałało, aczkolwiek mam poważne wątpliwości czy są szanse, że to ponownie się uda. W Polsce ogólnie wydawcy dość podejrzliwie patrzą na fantastykę, zwłaszcza trzy tradycyjne gatunki oraz formy eksperymentalne. Nawet gdybyśmy jednak byli za granicą, to rynek jest wręcz zapchany kolejnymi, epickimi wyprawami epickich bohaterów. Już wspomniany tutaj Feist spuścił na swój świat coś z dziesięć wydarzeń przełomowych i apokalips.

IMHO bohaterowie nie powinni walczyć o ratowanie świata, ale o swoje, osobiste interesy, przekonania, uczucia lub cele.

Pokusa nadmiernej eksploracji:

Jeśli nawet unikniemy pułapki przegonienia bohaterów z magicznym artefaktem po naszej kreacji, to pojawia się jeszcze jedna pokusa: pokazania, jak ona wielka i wspaniała jest. Ulegający jej autor wprowadza do opowieści coraz nowsze kraje, grupy interesów, potęgi etc. Powstaje wielkie, barwne i złożone uniwersum…

…a potem umiera zanim skończy cykl.

Lub w mniej drastycznych sytuacjach: tworzy tak wiele wątków, że koniec końców nie udaje mu się ich wszystkich powiązać, część postaci wyrzuca do kosza lub o nich zapomina, goni, a zakończenie jest otwarte, z tyłka lub niesatysfakcjonujące.

Jako przykład tego typu utworów podać można następujące utwory: Gambit mocy, Saga o wiedźminie oraz z dużym prawdopodobieństwem Pieśń lodu i ognia.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantasy, Książki, Pisanina. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

5 odpowiedzi na „Świat – bardzo trudna rzecz (Razem napiszmy powieść fantasy):

  1. Lurker pisze:

    Jak rozumiem, to pierwotnie miał być wstęp do tego cyklu o świato-tworzeniu, który został odłożony? Ciekawi mnie przy okazji, czy w następnym wpisie przybliżysz nam proces tworzenia świata na konkretnym przykładzie – ot, pisanej właśnie powieści chociażby.

    Co do szczegółowego rozrysowywania lokacji – wydaje mi się to w gruncie rzeczy niepotrzebne. Czasem być może wręcz przeszkadzające samemu autorowi.
    Jeśli weźmiemy na ten przykład zamek – o którym swego czasu pisałeś, że było to dla ciebie wyzwaniem przy Gambicie, bo musiałeś się dokształcać w jego dokładnym rozkładzie. Powszechnie przecież wiadomo, że ma bramę, że my mury, że gdzieś tam ma salę tronową, gdzieś komnaty, a gdzieś indziej zbrojownię. Albo karczma dla przykładu – wiadomo, że jadalnia na dole, pokoje na górze, kuchnia na zapleczu, itd. Człowiek sobie automatycznie takie rzeczy wyobraża, bez precyzowanie, gdzie dokładnie coś jest.
    Wydaje mi się, że zazwyczaj autor pisze, że udali się tu albo tam – ale nie rozpisuje się szczegółowo na zasadzie: że przeszedł sto jardów korytarzem, skręcił w prawo, schodami do góry, potem w lewo, itd. W sumie nie kojarzę, żebym widział gdziekolwiek tego typu opisy. Może być, że spotkał kogoś na korytarzu, na schodach, albo już przed komnatą. Ale! albo precyzyjnej drogi bohatera według jakiejś mapy czy schematu budynku (którym posługiwał się autor) nie ma w ogóle opisanej, albo jako czytający tego w ogóle nie zauważam (albo zaraz zapominam) – więc na jedno wychodzi.
    Dlatego moim zdaniem autor nie potrzebnie sobie tutaj utrudnia życie, jeśli rysuje sobie jakieś szczegółowe plany każdego przybytku – wystarczy, żeby napisał, dokąd udają się bohaterowie. Nie da mu się wtedy zarzucić, że pomieszał, bo sto stron temu było w inną stronę do danej komnaty. Bo i nawet, jeśli prowadzi on bohaterów krok za kroczkiem po całym budynku – czytelnik i tak w to nie wnika, w którą stronę właściwie była ta wieża albo loch – bo to i tak dla niego zbyt skomplikowane, żeby autora z tego szczegółowo rozliczać.
    Nie ma więc sensu utrudniać sobie życia czymś, na co czytelnik i tak nie zwróci uwagi.

    Nam dużo łatwiej niż czytelnikowi będzie zapomnieć, czy bohaterowie przemierzają Mroczną Puszczę czy Puszczę Śmierci, rosną tam jodły, czy świerki, a zamek, który widzą z oddali ma trzy czy cztery baszty oraz czy jego brama wychodzi na północ czy na wschód?

    Dlatego mówię – najprościej w ogóle nie dociekać, jakie tam drzewa rosły. Napisać po prostu, że drzewa. Mroczne, posępne, grube, stare – dla klimaciku – i tyle. Szczególnie, że sam piszesz, że tego opisu będą cztery linijki. Więc czytelnik nawet nie zwróci uwagi, czy to były jodły, czy świerki.
    To samo zamek. Jeszcze nie wiemy, czy tam czasem jakaś bitwa się nie rozegra. Więc nie wiemy jeszcze, ile baszt nam będzie potrzeba. Zamek jak zamek. O ilości baszt zadecydujemy, kiedy będą nam potrzebne.

    W tym czasie zapomnimy już takich szczegółów

    Mówię ci – czytelnik również zapomni. Nie utrudniaj sobie więc życia i nie ruszaj szczegółów, z których jakiś zbyt dociekliwy mógłby cię później rozliczyć.

    Omawiasz również, które światy potrzebują mapy, a które nie.
    A tego całego Mrocznego Wojownika traktujesz bardziej jako Heroic, czy bardziej jednak jako podobnego do wymienionych: Gry o tron, Gambitu mocy oraz Juuni Kokki?

    Ad. Światy zbyt małe
    To ta twoja znajoma pracuje jako wewnętrzna recenzentka w jakimś wydawnictwie?
    A ten wymieniony świat to typowy przykład traktowania fantastyki jako pretekstu do roztrząsania spraw społeczno-politycznych z naszego świata.

    A potem materiał wystarczający na siedemnaście powieści trzeba spożytkować w jednej trylogii.

    Można obejść ten problem.
    Nie wszystkie wymyślone ludy i królestwa muszą wziąć udział w jednej i tej samej wojnie, w jednych i tych samych czasach. To nie musi być jedna, jedyna wyprawa przez cały świat.
    Można zrobić, jak Robert E. Howard z Conanem.
    Tam jeden bohater był wspólnym mianownikiem spajającym cały świat przedstawiony w jedno, spójne uniwersum.
    Ale tak po prawdzie – nawet to jest zbędne.
    Niech świat będzie jeden – niech zawsze przebijają się jakieś odniesienia do innych jego krain (i innych naszych powieści w nich się rozgrywających) – ale niech jedna powieść (albo i jedna Trylogia) dotyczy wybranego wycinka tegoż świata – albo innego okresu (a najlepiej jedno i drugie).
    I wtedy nie będą musieli walczyć o ratowanie świata, ale o swoje, osobiste interesy, przekonania, uczucia lub cele.
    W ten sposób można trzaskać kolejne rzeczy w jednym świecie w nieskończoność. I to nawet będące w gruncie rzeczy dziełami innego gatunku, niż powieści – jak Martin, który trzaska kolejne encyklopedie i kroniki swojego świata.

    Czyli podsumowując:
    Świat duży stworzyć trzeba – żeby nie doszło do takiej sytuacji, że autor musi wymyślać rzeczy z tyłka na poczekaniu – bo mu są potrzebne – a potem kłóci mu się to z tym, co mówił wcześniej.
    Ale! nie znaczy to od razu, że musi wykorzystać absolutnie WSZYSTKO, co wymyślił – świat jest po to, żeby służył autorowi – a nie autor jemu.

    P.S.

    Tak z ciekawości – na jakim edytorze piszesz te swoje książki?

    Bo tak się ostatnio naczytałem o tych wszystkich Scrivenerach, itd. A i ludzie generalnie mówią, że na Wordzie nie da się pisać jakiejkolwiek dłuższej formy – jak powieść na przykład. Bo za bardzo się sypie i przycina, itd. Ja sam osobiście nigdy nie pisałem nic dłuższego, niż kilkadziesiąt tysięcy znaków – i również przychylałbym się do tej opinii – bo nawet przy takiej długości da się zauważyć wspominane przez ludzi przypadłości tego naszego podstawowego edytora tekstu.

    Na czym więc piszesz książki i jakie wnioski masz na ten temat?

    • Po kolei: nie, ten wpis jest zupełnie niezwiązany z tamtym. Procesu tworzenia świata nie przybliżę w następnym wpisie, ale mam taki zamiar.

      Jeśli chodzi o zamek: nie chodzi o to, żeby pamiętać, że zamek ma mury długie na 100 metrów i 2 centymetry. Chodzi o to, żeby pamiętać jego wygląd i dane, jakie o nim podajemy. Owszem, na logikę wiadomo, że ma wieże, bramy i salę tronową. Problem polega na tym, że łatwo zapomnieć, że raz piszemy, że sala tronowa jest na pierwszym, a raz, że na drugim piętrze, nad kuchnią albo na tym samym piętrze, co kuchnia, że na dziedzińcu rośnie białe drzewo, jabłoń lub, że jest wybrukowany i bezdrzewny etc.

      Mówię ci – czytelnik również zapomni. Nie utrudniaj sobie więc życia i nie ruszaj szczegółów, z których jakiś zbyt dociekliwy mógłby cię później rozliczyć.

      Oj, czytelnicy to strasznie sprytne bestie.

      Znajoma jest tłumaczką. Książka to jakieś generyczne steamunkowo-fantasy-romansidło. Nie dopytywałem się o tytuł.

      Bo tak się ostatnio naczytałem o tych wszystkich Scrivenerach, itd. A i ludzie generalnie mówią, że na Wordzie nie da się pisać jakiejkolwiek dłuższej formy – jak powieść na przykład. Bo za bardzo się sypie i przycina, itd. Ja sam osobiście nigdy nie pisałem nic dłuższego, niż kilkadziesiąt tysięcy znaków – i również przychylałbym się do tej opinii – bo nawet przy takiej długości da się zauważyć wspominane przez ludzi przypadłości tego naszego podstawowego edytora tekstu.

      W LibreOffice, bo mi żal pieniędzy na licencję Worda. Kiedyś pisałbym w Wordzie, ale były to inne czasy.

      Prawdę mówiąc nie wiem, czy przycina: i w Libre i w Wordzie pisałem duże bloki tekstu i nie miałem z nimi problemów. Choć może dlatego, że ja wychowywałem się w czasach dyskietkowych i ich nie dostrzegam?

      Z egzotycznymi edytorami może być jeden problem: na stronach wielu wydawców, po kliknięciu w „Dla autorów” przeczytać można, że przyjmują tylko teksty w formatach Microsoftowskich, więc…

      • Lurker pisze:

        No więc, jeśli chodzi o ten zamek, to właśnie do tego zmierzam, że najbezpieczniej jest w żadnym miejscu nie wnikać, czy sala tronowa jest na pierwszym, a raz, że na drugim piętrze, nad kuchnią albo na tym samym piętrze, co kuchnia.

        Wtedy unikniemy takich niebezpieczeństw.

        Chociaż oczywiście – ja nie twierdzę kategorycznie, że nie można być takim dosłownie wszystko precyzyjnie rozrysowującym. To zależy z jakim typem twórcy mamy do czynienia. Niektórzy być może mają po prostu taką potrzebę. I samo w sobie nie jest to żadną zbrodnią.

        Po prostu TY nie wydajesz mi się tym typem twórcy, któremu jego „cudowny i dopracowany świat” śni się po nocach, tylko raczej takim właśnie pragmatykiem – który nie ma w zwyczaju utrudniać sobie życia ponad miarę.

        Co do wątpliwości na końcu powyższej odpowiedzi.
        Podobno te wszystkie Scrivenery jak najbardziej posiadają wbudowaną funkcję prze-konwertowania plików na .doc, itp. – więc to nie problem. 😉

        P.S.

        Ale zaraz. Bo nie jestem pewien, czy dobrze zrozumiałem.

        W LibreOffice, bo mi żal pieniędzy na licencję Worda. Kiedyś pisałbym w Wordzie, ale były to inne czasy.

        Chodzi ci po prostu o pieniądze za program Word / Pakiet Office?

        Czy – bo zaniepokoiło mnie to stwierdzenie o „innych czasach” – doszło do tego, że każdy, kto pisał książkę w Wordzie, musi odpalić dolę Microsoftowi za każdy sprzedany egzemplarz?

      • Czy – bo zaniepokoiło mnie to stwierdzenie o „innych czasach” – doszło do tego, że każdy, kto pisał książkę w Wordzie, musi odpalić dolę Microsoftowi za każdy sprzedany egzemplarz?

        Chciałem zaoszczędzić, więc przesiadłem się na Open Office, a potem Libre i się przyzwyczaiłem.

  2. slanngada pisze:

    Ja mam odwrotnie. Mi tam sceny idą łatwiej, ale bogate opisy męczą.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s