Rzeczy których już wśród nas nie ma:

Jest jesień, a jesień to pora zmarłych. Z jakiegoś powodu naszło mnie na przypomnienie sobie pewnej ilości czynności, usług i zjawisk, które kiedyś były na porządku dziennym (przynajmniej w moim środowisku), a których pewnie nikt już nie praktykuje…

Dyskietki i żonglerka:

Dyskietki w pradawnych czasach stanowiły podstawowy nośnik danych. Standardowym i najczęściej spotykanym modelem był dysk 3,5 cala HD, który mieścił w sobie żałosne 1,5 megabajta. Nawet wtedy nie było to dużo. Mimo to dyskietki były bardzo żywotne. Jako nośnik funkcjonowały prawie 20 lat, z użycia zaczęły wychodzić dopiero po roku 2005. Powód był prosty: były nośnikiem wielokrotnego użytku, pozwalającym zastępować dane nowymi, a przez to tanim i wygodnym. Dopiero upowszechnienie się Internetu i ekspansja pendriwów je zabiła.

Nie zmienia to faktu, że tak naprawdę już na początku lat 90-tych były one nośnikiem niewystarczającym. Tak więc mało który program mieścił się na tylko jednej. Normą były więc 3-4 albo nawet 5 dyskietek. Aczkolwiek bywało i więcej: gra Blade of Destiny mieściła się na 10 dyskach, a chyba rekordowe Beneth a Steel Sky na aż 25.

A jako, że komputery typu Amiga 500, podówczas bardzo popularne, nie miały w standardzie twardych dysków praca (praca hehehe…) na nich często wymagała dyskietek zmieniania. Często także w grze. Przykładowo w Mortal Kombat II fatality były na trzecim dysku, a w wypadku niektórych postaci: także na czwartym. Tak więc gracz zawsze wiedział, gdy mu się ono udało: komputer doczytywał i żądał zmiany dysku…

Podobnie na oddzielnej dyskietce nagrywało się stany gry.

Co więcej twórcy gier nie zawsze intuicyjnie numerowali dyski. Przykładowo, by zagrać w grę Dune II trzeba było (o ile pamiętam) jako pierwszy włożyć do stacji dysk numer 5…

Proces zmieniania dysków nazywano „żonglerką” ponieważ gry często doczytywały z kilku z nich. Odgłos doczytującego komputera, bardzo wyraźnie słyszalny natomiast poetycko ochrzczono „pierdzeniem”.

Korzystania ze słownika:

Pisząc z punktu widzenia nerda: w latach 90-tych słownik Angielsko-Polski był najlepszym i obowiązkowym przyjacielem każdego z nas. Wynikało to z tego, że o ile popkultura bywała dostępna, zwłaszcza w postaci książek i gier komputerowych, tak znajomość języka angielskiego powszechna nie była. Przeciwnie: mało kto potrafił się nim biegle posługiwać.

A o lokalizacjach nie było oczywiście mowy. A jeśli były, to często tym gorzej…

Tak więc każdy chyba gracz, który dorastał w tamtym okresie może pochwalić się opowieścią o tym, jak to ślęczał nad grą i pracowicie tłumaczył dialogi w grze, albo podpisy pod ikonami: „Exit Game”, „Save”, „Load”…

Z menelni internetowych:

Oficjalnie nazywane „kawiarenkami”. Kiedy się pojawiły uważano je za powiew nowoczesności, szczyt elegancji i okno na świat, prawdziwy biznes przyszłości.

Jak łatwo zgadnąć nie przetrwały nawet 10 lat.

Niemniej jednak w okolicach roku 2000 mniejsze lub większe kawiarenki działały na każdym chyba osiedlu. Problem polegał na tym, że był to biznes, który błyskawicznie się zdegenerował. O ile w swoich pierwszych dnia kawiarenki oferowały dobry sprzęt, dzięki któremu można było za niewielkie pieniądze przez kilka chwil cieszyć się Internetem (np. u nas za 10 złotych można było siedzieć w sieci przez oszałamiające 3 godziny) i pobrać w tym czasie śmieszne kotki, obrazki pornograficzne i stare gierki z warezowni…

Tak niestety już kilka lat później w kawiarenkach królowały bród, smród, przestarzałe kompy oraz dzieciaki, które uciekły z lekcji, by pograć w Quake.

Piractwa:

Piractwo po dziś dzień istnieje, ale jest tylko cieniem tego, co kiedyś się działo. Myślę, że w latach 90-tych i pierwszym dziesięcioleciu dobre 99 procent oprogramowania było pirackie. Cóż, były to czasy, gdy wchodziło się do sklepu, kupowało komputer, a sprzedawca się pytał „A Windows jaki ma być? Oryginalny czy za darmo?” Takich akcji było wiele…

Ja osobiście nie znałem prawdziwej giełdy. „U nas” działali przedsiębiorcy, z których największą szychą był taki pan, prowadzący sklep komputerowy. W sklepie tym stało kilka komputerów, na których stale włączony był program X-copy, służący do przegrywania dyskietek. Płacąc gościowi 10.000 złotych (równowartość dzisiejszego 1 złotego) można sobie było od niego „pożyczyć” grę „z jego kolekcji” i „obejrzeć” za pomocą owego X-copy.

Krążyły też po szkolnych korytarzach „listy” ze „sklepów”, gdzie można było zadzwonić i wybrać sobie niektóre produkcje. Zamówienie w nich było płatne z góry. I faktycznie niektórym je zrealizowano. Ale nie wszystkim.

Były też składanki typu „jedna płyta, 30 gier”.

Ruscy:

Przybysze ze wschodu w latach 80-tych i wczesnych 90-tych trudnili się handlem na różnego rodzaju placach i dworcach. Kupić można było u nich dosłownie wszystko, miejska legenda wspomina między innymi o karabinach automatycznych i czołgach. Jednak każdy towar wystawiany przez „Ruskich” miał jeden feler: był naprawdę dziadowski. Mówiło się, że jeśli coś ma trzy pokrętła, to jedno z nich na pewno jest zepsute.

I faktycznie pamiętam, że rodzice wielokrotnie pokusili się na zakupy „u Ruskich”, na wydawałaby się atrakcyjne towary i nigdy nie byli zadowoleni.

Przyjemności uczenia rodziców korzystania z komputera

Dziś już wszyscy, albo prawie wszyscy potrafią korzystać z elektroniki w stopniu, który w porównaniu „z moimi czasami” jest niesamowicie wręcz dobry. A pamiętam czasy, kiedy rodzicom trzeba było tłumaczyć którą stroną włożyć dyskietkę do stacji lub włączać i wyłączać wideo, bo sami nie potrafili…

Natomiast koncepcja dwukrotnego kliknięcia myszką zupełnie ich z jakiegoś powodu przerastała.

Zresztą nie tylko ich.

Jednym z najwyborniejszych dowcipów, jakie można było zrobić było wepchnąć facetowi od Informatyki dyskietkę do stacji jego PC, zanim go uruchomił. Pecet wówczas próbował wystartować z niej system operacyjny „i się psuł”.

HTML i strony domowe:

Kiedyś nie było serwisów blogowych. Kiedyś nie było Facebooka. Kiedyś nie było nawet gotowych CMS pokroju WordPress czy Joomla. Ale był Internet, który ludzie wypełniali różnymi treściami. Jedną z nich były strony domowe.

Strony domowe były pierwszą formą internetowego samochwalstwa.

Strony domowe pisało się za pomocą prostego języka HTML. Służyły do chwalenia się swoim domem i hobby. Ich treść składała się głównie z:

  • fotografii domu i rodziny

  • wkurzającej muzyczki w midi

  • tła z padającym deszczem lub śniegiem

  • biegających po ekranie Gifów

  • i tekstu, obowiązkowo w kolorze kanarkowym na białym tle lub podobnym.

IRC, Gadu-Gadu, grupy dyskusyjne, fora…

Służyły do komunikacji. Gadu-Gadu było małym, lekkim komunikatorem internetowym, grupy dyskusyjne służyły do wymiany maili, IRC jest protokołem wymiany informacji, umożliwiającym rozmowę na kanałach chat, a fora są forami.

Wszystkie w swoim czasie zapełniały się fascynatami chcącymi porozmawiać na interesujące ich tematy i wszystkie miały swoją złotą erę, która się skończyła. Wyjątki są dwa: IRC i Fora. W pewnych kręgach te nadal są używane, mimo że ogół Internetu już dawno z nich zrezygnował na rzecz serwisów społecznościowych.

Najbardziej spektakularna była chyba jednak klęska Gadu-Gadu, które zabiło się samo, na własne życzenie. Był taki okres, gdy program był zainstalowany chyba na każdym komputerze w Polsce, a wyrosła w garażu firma myślała o międzynarodowej ekspansji. Tym co zabiło program była wersja 10.

Firma po prostu zapomniała czym była. W efekcie wypuszczono na rynek program przeładowany, bardzo niewygodny oraz niestety potwornie obciążający komputer. Do tego stopnia, że mając świeżo nabyty, gamingowy komputer musiałem zrezygnować z korzystania z GG, bowiem za bardzo go spowalniało.

Nasza klasa

A jeśli jesteśmy przy spektakularnych klapach…

Nasza Klasa robiła furorę jako pierwszy, naprawdę popularny serwis społecznościowy w Polsce. Pozwalała na odświeżenie znajomości ze znajomymi ze szkoły. Ludzie dostali na jej punkcie fioła. Ja sam byłem jej userem przez jakieś 3 miesiące. Dokładnie tyle bowiem czasu potrzebowałem, żeby załapać iż z ludźmi z liceum nic mnie już nie łączy…

Reszcie społeczeństwa zajęło to jakieś dwa lata. Potem Nasza Klasa zaczęła pomału chylić się ku upadkowi, a sytuacji nie poprawiła ani samobójcza polityka firmy, ani też kwitnąca wśród użytkowników patologia.

Nasza Klasa istnieje po dziś dzień, jednak obecnie serwis ma więcej kont martwych, niż aktywnych. I ponoć kwitnie tam dość nieciekawe towarzystwo.

Starego Allegro:

Allegro zaczynało jako serwis dla kolekcjonerów, jednak już po kilku latach jego rozwój spowodował, że sprzedawano nań wszystko. Jednocześnie bardzo szybko doprowadził do prawdziwej epidemii cwaniaków, którzy oferowali różne, atrakcyjne towary, domagali się pieniędzy z góry, a po transakcji znikali bez śladu.

Policja walczyła z procederem raczej opornie. Czy raczej: początkowo w ogóle nie walczyła, bowiem nie było w niej ludzi którzy znaliby się na komputerach, a poza tym Internet traktowano jako zabawkę dzieci. Wiele lat minęło, zanim zajęto się zjawiskiem na poważnie.

Do tego momentu ludzi, którzy zamówili telefon komórkowy za kilkaset złotych, a dostali cegłę liczyć można było na setki.

Wypożyczalnie kaset wideo:

Wypożyczalnie kaset to był kolejny epokowy biznes. Stanowiły taki jakby substytut Netflixa. Człowiek przychodził, wybierał kasetę z wystawy, niósł do domu, oglądał, czasem nawet 3-4 razy, odnosił, inkasował karę za oddanie nie przewiniętej kasety…

Wypożyczalnie były jak dziś sklepy sieci Biedronka: obecne w każdym osiedlu, większym niż 5.000 mieszkańców. W zasadzie stanowiły głównego dostawcę rozrywki dla młodych i starych.

Ich trudne czasy zaczęły się po roku 2000, wraz wyparciem standardu VHS przez płyty DVD i ekspansją Internetu. Obecnie chyba mało kto pamięta, że coś takiego w ogóle istniało.

Kiosków RUCH-u:

Sieć Ruch jeszcze żyje, ale wszystko wskazuje, że niedługo umrze. Kiedyś kioski były dosłownie na każdym kroku. W samym moim mieście było ich chyba ze sto, umieszczanych co 100-200 metrów, czasem gęściej, tuż obok siebie, niekiedy wręcz oparte jeden o drugi… Obecnie pozostały po nich tylko puste budy. Albo i zgoła nic.

W kioskach sprzedawano wszystko: prasę, cukierki, papierosy, zabawki, różne dobra nagłej potrzeby w rodzaju igieł, zapałek czy środków przeciwbólowych.

W sierpniu 2018 wierzyciele złożyli wniosek o upadłość sieci. Ruch wykończyło wiele rzeczy: problemy z zarządzaniem typowe dla spółek z dużym udziałem skarbu państwa, spadek znaczenia prasy, spadek użycia tytoniu, zmiany w modelu zakupów, wysokie czynsze…

Prasy kultowej”:

Czyli wszystkich tych magazynów, w których człowiek czytał o hobby, którego z braku środków nie mógł uprawiać… Top Secretów, Gamblerów, Secret Servise, Amiga Computer Studios, Magii i Mieczy, Kawaii i wielu innych.

Magazyny te w zasadzie wychowały całe pokolenie lat 80-tych i 90-tych, a przynajmniej wychowały nerdów. Los większości z nich jednak był smutny: upadły z tej czy innej przyczyny i przestały istnieć (jedyny wyjątek: CD-Action), po czym dostały się w ręce nekromantów i wskrzeszone, najczęściej na pohańbienie.

Skrobania dna garnka:

To zabrzmi jak narzekanie na dzisiejszą młodzież, ale ogólnie rzecz biorąc uprawianie jakiegokolwiek hobby jest obecnie dużo łatwiejsze, niż kiedyś. Mamy Internet, a w nim sklepy, wysyłkę do Polski z zagranicy, rodzimy asortyment też jest całkiem spory. Całkiem sporo rzeczy można mieć za bezcen, kupionych w jakiejś promocji lub wręcz za darmo… W dawnych czasach natomiast bardziej się o hobby czytało, raz na miesiąc, w magazynie, niż faktycznie się je uprawiało.

Owszem, w opowieściach o tym, jak ludzie jechali na konwent, albo ustawiali sobie Dubai TV na satelicie, by oglądać anime przez całą noc, zapisywali się z kwartalnym wyprzedzeniem, by wypożyczyć wybrakowany egzemplarz „Władcę Pierścieni”, albo o kserowaniu ksera ksera podręczników do Advanced Dungeons and Dragons jest sporo romantyzmu, jednak chyba wolę współczesną rzeczywistość.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Komputery, Nostalgia. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

13 odpowiedzi na „Rzeczy których już wśród nas nie ma:

  1. VAT23 pisze:

    Jest taki strasznie irytujący internetowy mem, który równocześnie potrafi świetnie podsumować ten tekst: „30 year old boomer”.
    Ani to prawdziwe (z wyjątkiem oczywistych oczywistości jak dyskietki, VHS i NaszaKlasa) ani sensowne, no ale jest.

  2. „Tym co zabiło program była wersja 10.”

    A nie 8? Pamiętam, że po premierze wersji 8 szybko wróciłem do 7, którą to używałem przez parę ładnych lat, a potem przerzuciłem się na Kadu… Podobno najnowsze bulidy GG są dużo lepsze od niesławnej ósemki, ale osobiście ich nie testowałem…

    Co do kafejek, to ich czasy bardzo mile wspominam, te wszystkie godziny spędzone na graniu w CSa w lub w UT…

    • Wersja 10. Wersja 8 była już okropna i ludzie migrowali na starsze. By temu zapobiec przedłużono numery userów o parę cyfr i w wersji 10 przestano wspierać te krótsze. W ten sposób chciano zmusić ludzi do migracji na nowsze wersje.

      A ludzie uznali, że mają dość.

    • VAT23 pisze:

      GG zabił Facebook. Jak prawie wszystkie komunikatory, serwisy społecznościowe itd itp. Wersja programu nie ma nic do rzeczy – krążą legendy o tym, jak to śmierć przyniosła wersja 7 (pierwsza „niegarażowa”), 8, 10, 11…
      Paradoksalnie GG się odbiło od dna dawno temu i znalazło swoją niszę, z której całkiem nieźle sobie żyje. Nie licząc faktu, że Allegro wpadło w histerię, widząc spadający ruch GG bez zdania sobie sprawy z tego, że jest to związane z Facebookiem i jego ekspansją (równocześnie informując o tym na swoim firmowym koncie FB!), w zasadzie nic się nie stało. Jak na komunikator, na którym wszyscy postawili krzyżyk 6 lat temu, GG ma się wręcz wyśmienicie. Jasne, nie są to kokosy w rodzaju sytuacji sprzed dekady, ale ile marek z tamtego okresu przetrwało do dziś?

      • Qba pisze:

        Skoro przy serwisach społecznościowych jesteśmy, to Grono należałoby jeszcze przypomnieć. Przy czym nawet nie jestem pewien, czy bardziej Gronu zaszkodził sam FB, czy nieudolne próby upodobnienia się do FB.

  3. ” Cóż, były to czasy, gdy wchodziło się do sklepu, kupowało komputer, a sprzedawca się pytał „A Windows jaki ma być? Oryginalny czy za darmo?” Takich akcji było wiele……”

    Teraz jest podobnie, ludzie przychodzą do sklepu i kupują komputer bez systemu, a windę sobie potem ścigają z torrentów na własną rękę…

  4. Qba pisze:

    W sumie to dyskietki do starej Amisi miały tylko 880 kB. Żonglowania było nawet więcej

  5. Grisznak pisze:

    Ruch musi zdechnąć, jak każda państwowa firma na wolnym rynku, która nie ma pozycji monopolisty. Zresztą, wystarczy porównać asortyment z innymi salonikami.

    A ja do tej listy dodam coś jeszcze – żołnierzyki. Nieodłączny element mojego dzieciństwa, miałem ich zestawów niemało, w większości podróbki Airifxa i innych. A teraz zupełnie zniknęły ze sklepów z zabawkami.

  6. Suchy pisze:

    W sumie płytami też trzeba było na pewnym etapie żonglować. Baldurs Gate 1 było na 5 płytach +1 na dodatek. Podobnie było w drugiej części.
    Nie było to aż tak upierdliwe jak z dyskietkami bo płyty przeważnie trzeba było zmieniać przy przechodzeniu do innej, że tak powiem grupy lokacji. Przykładowo pierwszą płytą było candlekeep i lokacja w której ginie Gorion. Druga płyta to było Pod Pomocną Dłonią, Beregost + okolice i 3 się chyba zaczynała od Nashkel.
    Ale to i tak szybko padło jak przerzucono się na płyty DVD i parę lat później cały Baldurs Gate 2 w Ekstraklasyce się mieścił na jednej płycie razem z Tronem Bhaala.
    Obecnie mój laptop nawet nie ma stacji dysków 😛

  7. Qba pisze:

    Jedno trzeba „nekromantom” przyznać — dzięki nim powstał PIXEL (choć po drodze narobiło się dużo smrodu).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s