Przeczytane: wrzesień 2018

Wrzesień przyniósł wynik świetny: udało mi się w jego trakcie przeczytać bowiem bardzo dużo, bo aż siedem książek. Do listy tej można dodać jeszcze jedną: powieść Stevena Brusta o bardzo trudnym do zapamiętania tytule, która jednak znajdowała się w omnibusie, tak więc potraktuje ją jako osobny utwór, ale nie jako książkę.

Co więcej, jakby sukcesów było mało udało mi się rozprawić z historyczną kupką wstydu (obecnie książki naukowe i popularnonaukowe czytam już na bieżąco) i teraz dręczę anglojęzyczną.

Przeczytane książki w tym okresie to:

Fandom:

Ocena: 10/10

Jak łatwo się było domyślić, pierwszą przeczytaną przeze mnie w minionym miesiącu książką był właśnie „Fandom”.

Czy książkę tą dałoby się napisać lepiej? Pewnie tak. Autorka skupia się więc głównie na fandomie kobiecym, głównie na slashu oraz głównie na tym, co nazywa „fandomem transformującym”. Nadużywa słowa „afektywny”, co do którego przyznaje, że pochodzi od jednego z zachodnich badaczy, który nigdy nie wyjaśnił co pod nim rozumie.

Nie da się jednak odmówić jej wnikliwości i dogłębności. Lektura była ciekawa, pouczająca, przypomniała mi o wielu dawno zapomnianych zagadnieniach, na nowo zdefiniowała też moje spojrzenie na część innych.

Przyjemności średniowiecza:

Ocena: 6/10

Oj, jedno z większych rozczarowań czytelniczych, jakie przeżyłem.

Książka ta w pierwszej kolejności powinna nosić inny tytuł. Ten powinien brzmieć „Seksualność średniowiecza” bowiem ponad połowa jej objętości traktuje właśnie o tym aspekcie życia. Mamy tu więc wszystko: homoseksualizm, sodomię, masturbacje, normalne pożycie, perwersje, spojrzenie na sprawę ze strony kościoła…

Jednak, gdyby tytuł brzmiał tak, jak powinien, to nigdy bym jej nie kupił.

Reszta traktuje o innych aspektach życia: jedzeniu, grach zespołowych, turniejach rycerskich, polowaniach, sportach, muzyce… Jednak, jako, że praca ta liczy sobie ledwie 150 stron tematy te są, jak łatwo w takich okolicznościach zgadnąć: traktowane po łebkach. Na każdy z tych tematów poświęcono po kilka stron, w efekcie czego dowiadujemy się niedużo: grano w szachy i tryktata. Znano piłkę nożną, ręczną i tenisa, jedzono dużo i chętnie… Jednak bez szczegółów, bez tego, jakie były zasady tych gier, kto w nie grał, jak często, w jakich częściach świata…

Słowem: zmarnowane pieniądze.

Marsz w głąb lądu:

Ocena: 7/10

Kolejna strzelanina Johna Ringo, tym razem z współautorstwem Davida Webera. Młody, rozpieszczony książę kosmicznego imperium, wraz z plutonem gwardii przyboczej rozbija się na obcej planecie, gdzie przechodzi przyśpieszony kurs dojrzewania, zabijania oraz strategii wojskowej, a ponadto odkrywa w sobie politycznego i militarnego geniusza. Morał z książki jest prawie, jak z Diablo: zabij kilka milionów mobków, a zostaniesz strategiem 20 poziomu…

Ogólnie rzecz biorąc książka podobała mi się znacznie mniej, niż cykl o Posleenach czy nawet „Tam będą smoki”. Strzelanina tym razem jest strasznie mało dramatyczna, strona ludzka ma znaczącą przewagę materiałową i technologiczną, przez co trudno mówić tu o heroizmie czy poświęceniu, bowiem ludzie w pancerzach wspomaganych nawalają do jakichś biednych, kosmicznych ropuch uzbrojonych w dzidy z dział plazmowych i granatników…

Co więcej aspekt militarny też jest umiarkowanie przekonująca: o ile w Posleenach mieliśmy prawdziwe wojsko walczące według prawdziwych doktryn, a w „Smokach” przebudowywano współczesne społeczeństwo do potrzeb świata fantasy, tak tutaj mamy wojsko ze space opery. Nawet walka ze środowiskiem nie wypada dobrze, bowiem bohaterowie są tak nawszczepiani, że odporni na trucizny, mikroby i pasożyty…

W efekcie książka skupia się na starciach, w których jedna strona ma kolosalną przewagę siły ognia, a druga zbyt duże ego, by zaprzestać ataków.

Można było to napisać lepiej.

Życie codzienne w Galii Merowingów:

Ocena: 6/10

Ponowna rozczarowująca lektura. Książka jest bardzo przestarzała, pisana po łebkach oraz bezkrytycznie podchodząca do źródeł, w tym tekstów, które powstały za czasów Karolingów (którzy nie mieli powodów, by przedstawiać w pozytywnym świetle dynastię, którą sami obalili). W efekcie tego zwroty w rodzaju „najczarniejszy okres średniowiecza” pojawiają się niepokojąco często, a cały, 300 letni okres rządów przedstawiany jest jako okres niekończącej się wojny domowej.

Wojna domowa faktycznie tam była, tylko, że gdy krytycznie spojrzeć na źródła okazuje się, że trwała kilka lat, po rozbiciu państwa na dzielnice.

Część elementów, w szczególności dotyczących faktycznego życia ludzi jest lepsza, aczkolwiek przyćmiewa je niska jakość i narodowe uprzedzenia autora. W efekcie więc momentami trudno jest odgadnąć, czy autor ma racje, czy powiela mity narodowe. Bowiem morał z książki jest prosty: za Merowingów wszystko było złe, za Karolingów wszystko się nagle poprawiło…

Problem polega na tym, że autor sam sobie przeczy, wyraźnie ma też za złe ludziom średniowiecza, że nie myśleli o współczesnych historykach sztuki. Tak więc potrafi rozpisywać się o misternych zdobieniach, by potem stwierdzić, że ludzie z epoki byli ślepi na piękno i cenili ozdoby tylko ze względu na ilość kruszcu…

Kultura wieków średnich:

Ocena: 9/10

O zapoznanie się z tą książką poprosił mnie Aureus. Bez niego pewnie bym do niej nie sięgnął, a szkoda…

Na wstępie należy zauważyć, że tytuł pozycji jest mocno mylący. Ptaśnik planował napisać trzy prace, miały być to „Kultura wieków średnich” skupiająca się na kulturze duchowieństwa, „Kultura rycerska” oraz „Kultura mieszczańska”. Niestety umarł nie ukończywszy pracy, tak więc istnieje tylko pierwszy tom.

Książka jest momentami przestarzała, acz nic mi nie wiadomo, by później ktoś podjął jego prace. W szczególności niektóre elementy dotyczące życia ludzkiego zostały mocno już zweryfikowane przez archeologów, stosuje też nazewnictwo niezgodne ze współczesną nomenklaturą (np. święty Tomasz z Aquino, a nie „z Akwinu”), aczkolwiek nadal jest to dobra pozycja. Zestarzała się wielokrotnie mniej, niż praca, która mogłaby zostać napisana tuż po wojnie.

Książka napisana jest bardzo żywym, sugestywnym językiem, dzięki czemu czyta się ją bardzo szybko i łatwo. Ogólnie rzecz mówiąc jedna z najlepszych pozycji historycznych, jakie czytałem w ostatnich latach.

Ps. Jestem niemal pewien, że Andrzej Sapkowski korzystał z tej książki pisząc zarówno Wiedźmina jak i Narrenturm. W kilku miejscach wydaje się bowiem parodiować Ptaśnika i jego charakterystyczny styl przestawny.

Hołd dla mroku:

Ocena: 9/10

Czwarty tom „Cieniów pojętnych”, na razie najlepszy z całej serii. Zbliża się ostateczna konfrontacja Imperium Os i Kolegium. Jednocześnie czarnoksiężnik Moskitów dostał w swoje ręce Artefakt Zła… Wszystko wskazuje więc na to, że historia zakończy się w standardowy, Tolkienowski sposób…

Jednak tak się nie kończy…

Może nie będę spoilerował, ale jak łatwo zgadnąć dochodzi do całego szeregu heroicznych poświęceń, epickich bitew i zdobywania artefaktów mroku. Jednak to nie one doprowadzają do ostatecznego zwycięstwa.

W momencie próby decydujące okazują się bowiem zdolności militarne i zaplecze polityczne, a nie moce magii i łaska autora.

Czarna kompania:

Ocena: 10/10

Duże sukcesy czytelnicze doprowadziły do tego, że mogłem sięgnąć po jedną z moich ulubionych powieści fantasy: Czarną Kompanię. Czytałem tom pierwszy, w wydaniu z okolic roku 2000. Dla tych, którzy nie znają cyklu: Czarna Kompania opowiada o losach oddziału najemników. Jej narratorem jest Konował: oddziałowy lekarz i kronikarz w jednej osobie. Po niezbyt satysfakcjonującej służbie w mieście-państwie Berylu kompania zmienia pracodawcę, zaciągając się na żołd Duszołapa, Schwytanego (taki lokalny odpowiednik Nazgula) na służbie złowieszczej Pani…

Tym sposobem żołnierze stają po stronie złej strony frontu. Co gorsze nie tylko moralnie kłopotliwej, ale też przegrywającej…

„Czarna Kompania” jest dziwną książką, jednak ja ją uwielbiam. Dziwność w dużej mierze polega na sposobie pisania jej autora. Glen Cook jest pisarzem ciężkim, w wersji polskiej dość uładzonym przez tłumaczy. W wersji anglojęzycznej jego utworów prawie nie da się czytać. Ma coś co nazywa się „własnym stylem” i styl ten nie zawsze jest dobry, aczkolwiek oryginalny. Autor bardziej opowiada niż opisuje, wiele elementów ujętych jest półsłówkami, częstokroć zdarza się, że wydarzenia, którym inny autor poświęciłby całe rozdziały ujęte są jednym zdaniem.

Książka jest dość mroczna, momentami brutalna i okrutna. Bohaterowie to „zwykli niezwykli”. Są to kompetentni, cyniczni i pragmatyczni żołnierze, którzy w miarę możliwości wolą wygrywać podstępem, a nie twarzą w twarz z wrogiem. Nie mają supermocy (prócz kilku magów) i nadludzkiej siły, nieśmiertelności ani czuwającego nad nimi przeznaczenia. Mają sięgającą kilka stuleci wstecz tradycje, poczucie więzi, własnej wartości i duże kompetencje. Większość bohaterów nie należy do sympatycznych, inne postacie boją się ich i wprost nazywają „bandą łotrów”. Jednak powieść ma swój klimat i atmosferę. Jeśli będę mógł wrócę do niej jeszcze nie jeden raz.

Ten wpis został opublikowany w kategorii fantastyka, Fantasy, Książki, Przeczytane i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

6 odpowiedzi na „Przeczytane: wrzesień 2018

  1. Grisznak pisze:

    Problem niektórych książek z serii „Życie codzienne…” jest właśnie obiektywizm. Mam na półce „Życie codzienne we Francji Ludwika XIV” i to jest z kolei taka pieśń zachwytu nad tym monarchą i jego epoką, że nawet osoba niespecjalnie oblatana wyczuje, że coś tu nie do końca pasuje. Chyba, że po prostu francuscy historycy lubią popadać w skrajności – czytałem kilka tamtejszych opracowań i daje się zauważyć, że wielu z nich tak ma.

    • Wiesz, to są rzeczy pisane krótko po wojnie. Wówczas jeszcze nie zrodziła się myśl, że można krytykować tak zasłużone w dziejach persony.

      A Francuzi po prostu są dziwni.

      • Grisznak pisze:

        Z góry zaznaczam, że ja mogę mieć niepełny obraz – czytałem sporo książek francuskich, ale dotyczyły one głównie rewolucji francuskiej, a to jest u nich temat taki jak u nas powstanie warszawskie czy wyklęci – nikt się nawet nie sili na obiektywizm.

      • Suchy pisze:

        @ Grisznak
        Dokładnie. Nawet mają związane z tym tematy tabu. 225 lat a dalej nie specjalnie się palą do tego by wziąć na klatę to co się działo w Wandei.

  2. slanngada pisze:

    A czy rozmiary Armii po dwieście tysięcy do miliona nadal są czy to był błąd tłumacza?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s