Dlaczego ludzie nie odnoszą nawet minimalnych sukcesów twórczych?

Sukcesem twórczym jest moim zdaniem stworzenie dzieła, w odróżnieniu od sukcesu artystycznego (który ma miejsce, gdy dzieło zostanie docenione przez krytyków) i komercyjnego (który ma miejsce, gdy dzieło przyniesie $$$). Sukces twórczy oczywiście nie gwarantuje ani jednego, ani drugiego, jednak jest do nich wstępem. Jest też etapem, na którym najwięcej twórców ponosi klęskę.

Istnieje kilka przyczyn tego stanu rzeczy:

Słomiany zapał:

Kiedyś czytałem gdzieś, że 90 procent współczesnych, początkujących pisarzy poprzestaje na napisaniu pierwszego rozdziału powieści fantasy.

Nie jest to prawda.

Z mojego punktu widzenia 90 procent początkujących pisarzy (ale odnosi się to również do innych twórców) poprzestaje na powzięciu silnego postanowienia napisania pierwszego rozdziału powieści fantasy (lub lokalnego jego ekwiwalentu). 9 procent faktycznie go tworzy, może 1 procent natomiast pisze cokolwiek więcej (z drugim i trzecim rozdziałem włącznie).

Zna to nawiasem mówiąc chyba każdy, kto próbował zgromadzić jakiekolwiek prace. Ludzie obiecują i obiecują, mało kto cokolwiek w ogóle wyśle, a jeśli już ktoś wyśle, to po pierwszym tekście kończy swoją karierę, niezależnie od tego, z jakim przyjęciem się spotka.

Prawdę mówiąc sytuacja taka mnie nie dziwi: praca twórcza, niezależnie od dziedziny, jest (jak sama nazwa wskazuje) pracą. Wymaga nakładów czasu i energii, które można spożytkować inaczej. Wiele osób odpada po swym pierwszym dziele, bowiem odkrywa, że jest ono kosztowne, nagroda jest za mała (i często niepewna), aplauz niewystarczający lub po prostu stwierdzają, że jednak nie mają talentu i to, co robią nie jest dla nich. Albo też wolą ten czas poświęcić rodzinie lub próbą jej założenia.

Nieprawdą jest (a przynajmniej nie w każdej dziedzinie), że ciężka praca gwarantuje sukces. Niemniej jednak nie można odnieść sukcesu, czy nawet klęski, nic nie robiąc.

Brak samodyscypliny i automotywacji:

Drugi powód, za sprawą którego większość ludzi odnosi porażkę twórczą (tzn. nie udaje im się nic stworzyć) polega na tym, że większość populacji nie jest w stanie pracować, jeśli nie stoi nad nimi inny człowiek z batem, lub przynajmniej groźba głodu.

Znaczna część ludzi, jeśli nie powie im się, co dokładnie mają robić, podając punkt po punkcie obowiązki i nie rozliczy się ich co osiem godzin, zaoferowany im czas spędzi na procesach bezczynnościowych. Będą plotkować, siedzieć na Facebooku, oglądać obrazki o kotach, ale nie zrobią nic, nawet, jeśli nie będą mieć innego zajęcia.

Nie wiem, czy wynika to z takiej konstrukcji naszego gatunku, czy też jest to kwestią wychowania, czy wpływów środowiskowych*, jednak większość ludzi po prostu nie jest w stanie się zmotywować do pracy, jeśli nie wisi nad nimi groźba kary, lub przynajmniej pewność nagrody.

*Ja winiłbym szkołę i podejście „co marnujesz czas na pasję (tu wpisz swój najbardziej nielubiany przedmiot) byś się pouczył.”

Niechęć do pracy nad sobą:

Z tych ludzi, którzy są w stanie zmusić się do pracy znaczna część nie jest zdolna do wykonania jej nad sobą. Często w nawet najbardziej podstawowych kwestiach. W efekcie znaczna część nawet tych pierwszych dzieł nie nadaje się do niczego.

Przykładowo: w czasach, gdy Tanuki.pl było znacznie żywsze i bardziej dokazywało niż dzisiaj nagminnie zdarzała się taka historia: do redakcji przychodził potencjalny autor i składał swój tekst. Redakcja go czytała, tekst okazywał się dobry, tak więc poddawano go właśnie redakcji i korekcie, po czym odsyłano go do autora z adnotacją, że poprawiliśmy błędy interpunkcyjne, gramatyczne oraz ortograficzne i oczekujemy na akceptacje zmian.

A potem zawsze było:

Ale ja mam taki styl, że walę ortografony! Jak śmiecie mi go cenzurować? Gdzie wolność słowa, wy skurwysyny?”

Po czym autor się obrażał i odchodził.

Nie wiem, skąd to się brało.

Niemniej jednak z tej przyczyny odrzuciliśmy prace pewnie 80 procent debiutantów.

Wstręt przed zrobieniem tej jednej, niezbędnej, lecz nudnej i nieprzyjemnej rzeczy:

Praca twórcza, dla większości osób, które się jej oddają jest zwyczajnie przyjemna, niezależnie czy chodzi o rysowanie, chodzenie z aparatem po lesie, czy pisane.

Problem w tym, że po niej przychodzi taki etap, gdy musimy ją zawiesić i zająć się czymś mniej fajnym, co jednak jest konieczne, by zebrać żniwa swej aktywności. Trafiają się też momenty głupie, nudne i uciążliwe. Przykładowo: tagowanie zdjęć na Shutterstocka. Zajmuje to zwykle kilka godzin głupiej biurokracji, w trakcie których można byłoby odbyć leśną wycieczkę…

Znam masę fotografów, którzy również chcieliby zarabiać na sprzedaży gier, ale zamiast poświęcić czas na otagowanie zdjęć wolą poświęcić właśnie na fotografowanie. Owszem, kto nie chodzi do lasu nie robi zdjęć.

Ale kto ich nie taguje nie może ich wystawić na sprzedaż…

Wypracowywanie złych nawyków:

Taki przykład, znów fotograficzny. Jak wspominałem wyżej: zdjęcia, przed dodaniem na serwis stockowy trzeba otagować. Najlepszym sposobem, zwłaszcza w wypadku powtarzalnego contentu, typu fotografie roślin, krajobrazowe etc. jest stworzyć sobie tabelę w wordzie i tam rozpisać sobie już gotowe słowa kluczowe typu „sarna”, „natura”, „zwierzę” etc.

I potem z tej tabeli przenosić je za pomocą CTRL + C i CTRL + V.

Znam, całkiem uzdolnioną panią fotograf, która, podobnie jak ja chciała dorobić sobie na tym serwisie. Problem polega na tym, że nie lubi ona korzystać z Worda.

Więc co zrobiła?

Wzięła zeszyt, narysowała w nim tabelę i tam wpisała tagi. A następnie pracowicie przepisywała je przy każdym zdjęciu.

Czyli zamiast ułatwić sobie pracę dodała jej sobie 10 razy więcej.

Kreatywność ludzi przy utrudnianiu sobie życia nigdy mnie nie przestanie zadziwiać.

Jak łatwo zgadnąć sukcesy tej kolerzanki są bliskie zeru. Po prostu: jej metoda była tak pracochłonna, że była w stanie dodać bardzo mało zdjęć, tak więc sprzedała ich też niewiele. Koniec końców więc się zmęczyła, zniechęciła i rzuciła wszystko w diabła.

Zagospodarowanie swojej kreatywności tak, by mieć tylko pożyteczne pomysły to kolejny element sukcesu.

Zamknięcie się na potrzeby odbiorców:

To punkt, który w zasadzie zainspirował ten tekst. Otóż: kilka dni temu miałem okazję rozmawiać z pewnym twórcą, który chciał sprzedawać swe dzieła na serwisach stockowych. Problem w tym, że chciał umieścić na nich swoje logo, na co serwisy nie pozwalają. Powód jest prosty: serwisy stockowe nie są galeriami i nie służą do tego, by sprzedawać dzieła sztuki o znamionach indywidualności, które to dzieła mają być piękne, sycić nasz wzrok i rozsławić imię artysty na wieki.

Służą do tego, by gromadzić surowiec, który potem inni ludzie wykorzystają, by wyprodukować pocztówki, memy i gazetki z marketów. Obecność logo autora utrudni im pracę, bowiem będą musieli je pracowicie wycinać, by uzyskać dobre tło do wklejenia fotografii karkówki wieprzowej na grilla.

Powiedziałem to temu panu, w sposób dość uprzejmy.

W zamian za co usłyszałem, że „to przez ludzi takich jak ja prawdziwi artyści żyją w biedzie, podczas gdy niejaki Cukerwerg (pisownia oryginalna) nosi dżinsy za 2 tysiące dolarów”.

Jest to nawiasem mówiąc połowicznie prawda. Faktycznie, właściciele kilku portali na mnie liczące się sumy już zarobili. Jednak naprawdę, wypadałoby znać podstawowe reguły dziedziny, którą chce się uprawiać. I albo się doń dostosować, albo zająć czymś innym.

A nie zrzucać odpowiedzialność za swoje porażki na kapitalizm i inne demony.

Czekanie na wena:

Prawdę mówiąc nie wiem, jak jest z tą weną. W życiu zdarzyło mi się nie móc nic sklecić może ze trzy razy, za każdym byłem bardzo zmęczony, bardzo chory lub bardzo rozbity emocjonalnie. Jeśli już, to mam nadmiernie dużo pomysłów. Nie zawsze są one dobre, przeciwnie: od kilku lat mam wrażenie, że trochę się wypaliłem i mówię o rzeczach, które mało kogo obchodzą, ale zawsze jakieś tam pomysły mam.

Niemniej jednak: twórczość nie może wyglądać tak, że siadamy i czekamy na to, aż Muza nas natchnie. Przeciwnie: powinna mieć charakter w miarę wyrównany. W szczególności, jeśli ma ona charakter efemeryczny i nasze utwory żyją krótko (jak większość treści w internecie) lub też jeśli pracujemy nad jakimś większym dziełem. W pierwszym wypadku musimy zadbać o jej odnawialność. W drugim: podzielić pracę na etapy, albowiem nikt lub prawie nikt nie napisał powieści w jeden wieczór*.

Niemniej jednak są ludzie, którzy, mimo pomysłów: czekają na wenę latami. Często są to profesjonaliści, po szkołąch artystycznych, którzy chętnie opowiedzą nam o tym, jakie wspaniałe projekty pragną kiedyś zrealizować, organizują nawet spotkania z samymi sobą i wieczorki artystyczne…

Zwykle z braku sukcesów twórczych idą potem pracować do muzeów, gdzie tacy jak ja muszą za nich wykonywać ich obowiązki.

*Ponoć jeden z pisarzy złotej ery science fiction nabrał zaliczek, a potem, gdy terminy zaczęły go gonić napisał swoje największe dzieło właśnie w jedną noc, siedząc w ruinach własnego domu, który pochłonął pożar.

Strach przed złodziejami pomysłów:

To kolejna, dziwna rzecz, której nigdy nie pojmę. Znam ludzi, którzy nie poślą swego artykułu do gazety / książki do wydawcy / zdjęć na serwis stockowy / obrazu do galerii, bowiem panicznie boją się, że ich pomysły / dzieło padnie ofiarą złodziei, którzy je skopiują i opublikują pod własnym nazwiskiem.

Względnie umieszczą w jakiejś warezowni.

Powiedzmy sobie szczerze: takie rzeczy się zdarzają. Np. wczoraj jeden z redaktorów Tanuki.pl odkrył, że jego teksty, pisane do pewnego, branżowego miesięcznika (nie związane z mangą i anime, tylko z jego wyuczonym zawodem) zostały opublikowane w pewnym, ukraińskim miesięczniku związanym z tą samą branżą.

Niemniej jednak to znaczy, że tekst przynajmniej został zauważony. Ja osobiście traktuje takie rzeczy jako formę pochlebstwa. Niestety dużo bardziej prawdopodobne jest, że wasze dzieło utonie wraz z tysiącem podobnych i zostanie zlekceważone.

Oczywiście o ile uda wam się je opublikować. Jeśli bowiem chodzi o takie dziedziny, jak sztuki plastyczne czy książki, to dużo bardziej prawdopodobne jest, że usłyszycie iż na rynku jest po prostu zbyt wielu twórców, którzy zajmują się waszym gatunkiem (jeśli zajmujecie się twórczością popularną / nie ma wzięcia na twórczość eksperymentalną (jeśli zajmujecie się jakąś awangardą).

Albo co najbardziej prawdopodobne: nie otrzymacie żadnej odpowiedzi.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Pisanina, twórczość. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „Dlaczego ludzie nie odnoszą nawet minimalnych sukcesów twórczych?

  1. Grisznak pisze:

    Co do Ukrainy – niedawno widziałem fotki z ich sklepu komiksowego. Dział mangowy robił wrażenie. Szkopuł w tym, że to WSZYSTKO były piraty, drukowane wprost ze skanlacji. Takich cudów to nawet u nas nie było w najlepszych latach wolnej amerykanki (jeden komiks – „Superman 50 lat” wywołał burzę na przełomie 1989/90, a był wszak o wiele bardziej kreatywnym przykładem złodziejstwa).

  2. Lurker pisze:

    Dodałbym jeszcze jeden czynnik.

    Przerost ambicji / oczekiwań w stosunku do własnej twórczości – w stosunku do własnych talentów i umiejętności. Których braku (tudzież ich niezadowalającego poziomu) dany potencjalny twórca jest po prostu świadom.

    Kiedyś przeczytałem takie zdanie, że tylko grafoman jest zawsze usatysfakcjonowany tym, co tam naskrobał. I, że właściwie to jest cecha, po której prawdziwego grafomana poznasz. Prawdziwy twórca – czy to amator, czy zwykły średniak, czy nawet prawdziwy mistrz pióra (albo wręcz w szczególności właśnie on) – zawsze jest nie do końca usatysfakcjonowany tym, co udało mu się napisać. Zawsze uważa, że coś dałoby się poprawić, zawsze coś mogłoby być według niego lepiej.
    A z czasem wymagania pisarza w stosunku do samego siebie rosną coraz bardziej. Im lepszy jest dany pisarz, tym bardziej krytycznie podchodzi do efektów swojej pracy.
    (Podobno Martin pisze tyle czasu, bo ciągle nie podoba mu się, jak poprowadził ten wątek, czy tamten i ciągle ma pomysły, jak to zrobić inaczej – a kiedy już tak zrobi, to znowu ma kolejne, jeszcze lepsze pomysły – i tak w kółko.)

    Tylko grafomanów to nie dotyczy. Po tym ich poznajemy.

    Zresztą sam znasz ten przykład – gdzieś już pisałeś, że po skończeniu Gambitu – kiedy cofnąłeś się do początkowych rozdziałów – to wywaliłeś pierwszą połowę i napisałeś od nowa. A kiedy już to zrobiłeś, to samo najchętniej zrobiłbyś teraz z drugą połową…
    Sam nawet chyba stwierdziłeś, że podczas tego pisania po prostu z czasem tak ci się wyrabia styl i umiejętności – że nie możesz zdzierżyć tego, co stworzyłeś kilkaset stron (EXP) temu. Po prostu – każdy twórca leveluje w umiejętności pisania na tyle – podczas tegoż pisania – że ZAWSZE będzie nieusatysfakcjonowany tym, co stworzył. Bo po prostu jego wymagania w stosunku do siebie zawsze będą przynajmniej o level wyżej, niż to, co jest w stanie stworzyć. To błędne koło, któremu nie da się uciec.

    Tutaj chciałbym przejść do własnego przykładu. Od lat niby to planuję / bądź jedynie snuję teoretyczną możliwość – zabranie się za pisanie. Jak na razie więc (żeby nie skończyło się tak, że nie zrobię zupełnie NIC w tym kierunku) ograniczam się do gromadzenia pomysłów. W ten zresztą sposób trafiłem na twój blog – jeszcze na polterze. Nie wiem, co wpisałem dokładnie w Google wtedy – ale na pewno coś również związanego z szukaniem inspiracji w dziedzinie fantasy – wiele nowych stron właśnie głównie w ten sposób odkrywam najczęściej.
    Różne inspiracje gromadziłem w tym czasie – dotyczące magii, religii, świata, ras, bestiariusza, itp. – aż po bezpośrednie inspiracje fabularne. Aż w pewnym momencie – był to gdzieś przełom 2014 i 2015 roku – zorientowałem się, że jakimś przedziwnym przypadkiem w mojej głowie ukształtował się spójny obraz – łączący kilka, pierwotnie w zupełnie innych okolicznościach opracowanych wątków fabularnych; kilku bohaterów, których udało mi się dokładniej opracować; zawiązanie fabularne, które to wszystko spajało; a nawet głębsze przemyślenia, czy tam morały – które sprawiają zawsze, że powieść może zostać uznana za głębszą – ale tutaj właśnie same idealnie się wpasowywały w przebieg akcji, no samoistnie wręcz z niej wynikały.
    Wszystko to układało mi się dodatkowo w chronologiczny i konsekwentny szkielet fabularny, wystarczający do wypełnienia powieści (a nawet trylogii). I wtedy właśnie uświadomiłem sobie, że… ta cała głębia, którą ta opowieść zyskiwała… że nie mam zwyczajnie umiejętności warsztatowych, żeby to udźwignąć…
    Po prostu – że jeśli się za to zabiorę… to to zwyczajnie spieprzę… zmarnuję pomysł… zaprzepaszczę potencjał…
    Dla dobra tego pomysłu – postanowiłem się więc za to nie zabierać – być może kiedyś będę na tyle dobry, że do tego będę mógł powrócić.

    Myślę w tym momencie, że pewnie wiele powieści, o których mówimy – „Dobry pomysł. Miał potencjał. Ale wykonanie słabe. W ostatecznym rozrachunku – sztampa.” – to po prostu twory ludzi, którzy nie zrobili tak, jak ja. I rzucili się na pomysł, który ich zwyczajnie przerastał.

    Po prostu – dochodzę do wniosku, że rozważając – choćby teoretycznie – różne pomysły fabularne – również levelujemy. Ale nie w dziedzinie własnego warsztatu (bo tu trzeba jednak twardej praktyki pisarskiej) – a jedynie wymagań w stosunku do własnej twórczości, które z czasem narastają – nawet, kiedy fizycznie nic nie tworzymy formalnie.
    I ja właśnie, zwlekając z zabraniem się za pisanie – stałem się tak krytyczny w stosunku do własnej twórczości – w kwestii tego, jakie oczekiwania mam co do niej – że moje umiejętności pozostały zbyt daleko w tyle – w stosunku do oczekiwań.
    I jak sobie sam żartuję – stałem się w najwyraźniej w międzyczasie „tak dobrym pisarzem, że jeszcze nie zdążyłem nic napisać, a już jestem swoją twórczością kompletnie rozczarowany.”

    😉

    P.S.

    „Powiedziałem to temu panu, w sposób dość uprzejmy.

    W zamian za co usłyszałem, że „to przez ludzi takich jak ja prawdziwi artyści żyją w biedzie, podczas gdy niejaki Cukerwerg (pisownia oryginalna) nosi dżinsy za 2 tysiące dolarów”.”

    ORAZ

    „Niemniej jednak są ludzie, którzy, mimo pomysłów: czekają na wenę latami. Często są to profesjonaliści, po szkołąch artystycznych, którzy chętnie opowiedzą nam o tym, jakie wspaniałe projekty pragną kiedyś zrealizować, organizują nawet spotkania z samymi sobą i wieczorki artystyczne…

    Zwykle z braku sukcesów twórczych idą potem pracować do muzeów, gdzie tacy jak ja muszą za nich wykonywać ich obowiązki.”

    Pozostaje nam chyba tylko z niecierpliwością czekać na październik, kiedy nam to wszystko dokładnie opowiesz… 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s