Dlaczego warto czytać Tolkiena:

Odnoszę wrażenie, że po wydaniu filmowego Władcy Pierścieni siła oddziaływania książek Tolkiena, mimo, że cały czas znaczna, nieco osłabła. Sam tytuł stał się natomiast nieco oklepany i rzadziej się po niego sięga, niż w czasach wcześniejszych. Dziś zajmiemy się więc przypomnieniem: dlaczego warto czytać książki Tolkiena.

Bo to intelektualne wyzwanie:

Pierwszy powód dla którego warto czytać książki Tolkiena to fakt, że jest to literatura naprawdę najwyższej klasy. W prawdzie na wczesnych etapach życia wyżej stawiałem wielu innych pisarzy, tak w miarę, jak osiągałem dojrzałość, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że Tolkien jest jednak niezrównany.

Lektura dziel Tolkiena nie jest prosta. Owszem, Hobbit to miła, łatwa, choć niegłupia bajka dla dzieci, jednak już Władca Pierścieni pisany jest bardzo specyficznym stylem (a istnienie kilku jego tłumaczeń wcale sprawy jego odbioru nie ułatwia), często przy użyciu trudnego i niekiedy archaicznego słownictwa (w którym celuje zwłaszcza Skibniewska). W odróżnieniu od większości późniejszych książek fantasy nie jest to też powieść, która zaczyna się od trzęsienia ziemi, a potem akcja goni akcję, intryga intrygę, a sytuacje romantyczne wyglądają z każdego konta.

Wręcz przeciwnie, książka obfituje w opisy przyrody, które potrafią przytłoczyć niektórych czytelników, napięcie natomiast budowane jest bardzo powoli, zaczynając się od poziomu miłej sielanki. Co więcej Tolkien nie powtarza po sto razy podanych informacji, licząc na inteligencję czytelnika w wyniku czego jego książki muszą być czytane z wielką uwagą.

Sirmarillion jest jeszcze trudniejszy, a ogromna ilość wątków i postaci sprawia, że trudno jest go ogarnąć.

Z drugiej strony cechy te sprawiają, że pozycja nie jest kolejną, bezmyślna lekturą, pokroju różnych klonów Zmierzchu czy Igrzysk Śmierci, którą czyta się w zasadzie bez włączania mózgownicy, oraz łatwo, bo amerykański wydawca zadbał, by pula zawartych w książce słów nie zawierała żadnego, którego nie znałby stereotypowy uczeń szkoły specjalnej. Wręcz przeciwnie, zarówno Władca Pierścieni jak i Sirmarillion są pozycjami inspirującymi i stymulującymi.

Bo naprawdę dobre:

Po drugie: dzieła Tolkiena są naprawdę dobre. Widać to zwłaszcza na Władcy Pierścieni, który jest bardzo zrównoważoną pozycją: co chwila otrzymujemy a to odrobinę humoru, a to przygody, historii, zadumy, psychologii… Książkę można odczytywać na kilku różnych płaszczyznach. Najważniejsze to:

  • Projekcja wyobraźni

  • Powieść podróżnicza o pokonywaniu trudności i przygodach

  • Epos rycerski o wielkich bitwach i starciach legendarnych herosów

  • Moralitet opowiadający o pokusie i duchowym upadku.

Właściwie to chyba ten trzeci element, mimo, że bardzo eksploatowany w filmie wypada najgorzej. Militarno-przygodowy aspekt książki jest sam w sobie bardzo dobry, ale zarówno wielkie bitwy, jak i starcia z poszczególnymi potworami przerywane są przez kolejne etapy wędrówki, recytowania poezji i dyskusji. Tak wiec osoby nastawione na wymachiwanie mieczami bywają książką rozczarowane. Problemem jednak nie jest tu mała ilość scen bitewnych czy ich jakość, a raczej niewielkie zagęszczenie.

Jeśli chodzi o pozostałe aspekty, to jest to lektura napisana świetnym językiem, dysponująca bardzo dobrymi opisami, wielopłaszczyznowa, stworzona z rozmachem, inteligentna i mądra.

I uniwersalne:

Tolkien, w odróżnieniu od wielu innych pisarzy fantasy właściwie nie starzeje się. Owszem, pod jego kierunkiem wytoczono liczne oskarżenia, co sam zauważył. W Przedmowie do „Władcy Pierścieni” przeczytać można:

Pewne osoby, które przeczytały, a w każdym razie: zrecenzowały tą książkę oceniły, że jest nudna, niedorzeczna i nic nie warta; nie mogę się obrażać, bo sam podobnie oceniam ich dzieła lub też rodzaj literatury przez nich zachwalany.

Co ciekawe zarzuty wobec Tolkiena, tak samo, jak zarzut o anachronizmie jego twórczości w zasadzie nie zmieniły się od publikacji Władcy Pierścieni w roku 1954.

W odróżnieniu od większości książek fantasy, w szczególności tych współczesnych, które zrezygnowały z poetyki baśni i eposu rycerskiego, a nakierowane są na problemy pierwszego świata, Władca Pierścieni nie jest powieścią efemeryczną, której tematyka może ulotnić się zczasem. Opowiada o kwestiach zasadniczych: poświeceniu, wyrzeczeniu, bohaterstwie, grzechu, odpowiedzialności, dobrze i źle, które to tematy były ważkie już w czasach prehistorycznych i ważkie pozostaną nawet, gdy ludzkość rozpleni się po całej galaktyce.

Mimo, ze krótkie:

Nie da się ukryć, że w porównaniu do wielu dzisiejszych powieści fantasy dzieła Tolkiena są krótkie, a nawet wręcz zwięzłe. To ciekawy paradoks, zwłaszcza, gdy mówimy o książce, która musiała wyjść w trzech tomach, bowiem w tamtych czasach możliwości techniczne nie pozwalały wydać jej w jednym…

Jednak jeśli spojrzy się np. na cykl o Mgłach Sanderssona (7 tomów po 600 stron), Kolo Czasu (13 tomów, po 700 stron), Syn Zdrajcy (planowane 7 tomów, po 800 stron), Piesn Lodu i Ognia (planowany na 8 ksiąg średnio po 800 stron) czy cykl Outlander (8 tomów, średnio po 1000 stron), to te biedne 3 tomy liczące sobie 600 stron uzupełnione o dwa dodatkowe dzieła (Hobbita i Sirmarillion) liczące po ledwie 300 stron to nic.

I ma obrazki:

Oj, jakie to ma obrazki!

Wydania ilustrowane Tolkiena to jakość sama w sobie…

Do których można wracać wiele razy:

Christopher Lee, odtwórca Sarumana w filmowym Władcy Pierścieni co roku powtarzał lekturę Władcy Pierścieni (nawiasem mówiąc był też komandosem, mistrzem świata w szermierce oraz osobiście spotkał Tolkiena).

Bynajmniej mnie to nie dziwi, bowiem jest to bardzo wielowarstwowa twórczość, w której, przy każdym podejściu znajduje się coś nowego. Interpretacje bywają niekiedy skrajnie różne, a nierzadko niezgodne z wolą autora (jak odczytywanie książek jako powieści antywojennej, lub odwrotnie: nawołującej do wojny).

Zamiast łopatologicznego wyłożenia warstwy te zostały ze sobą bardzo subtelnie splecione i połączone. W efekcie książki te można czytać wielokrotnie, za każdym razem odkrywając w niej coś nowego za każdym razem.

Bo to ważne dzieło kultury:

Osobiście w prawdzie uważam, że umieszczenie książki na liście „musisz przeczytać, bo coś tam” jest dobrym powodem, by po nią nie sięgać. Niemniej jednak są też ludzie, którzy czytają „bo trzeba”. Nie potrafię ich zrozumieć, ale…

…ale „Władca pierścieni” jest jedną z najważniejszych książek XX wieku, docenioną przez krytyków jak świat długi i szeroki. Więc, jeśli ktoś prezentuję wyżej wymienioną postawę, to po twórczość Tolkiena powinien poznać.

Bo film mimo wszystko nie teges:

Kinowy „Władca pierścieni” jest jedną z najlepszych adaptacji książki, jakie widziałem oraz jednocześnie jednym z najlepszych filmów, jakie oglądałem i z wielką przyjemnością kiedyś wrócę do niego jeszcze raz (i jeszcze raz… i jeszcze raz… i jeszcze jeden…). Niemniej jednak, jak każda adaptacja powinien być rozpatrywany jako osobne dzieło.

Tym bardziej, że niestety filmowa wersja skupia się niemal wyłącznie na przygodowej warstwie opowieści, czyli tej, która jest we „Władcy” najpłytsza. Pomija natomiast prawie całkowicie pozostałe jej elementy. Co więcej opowieść w wielu momentach zostaje zmieniona i przeinaczona, wiele scen istotnych dla wymowy i filozofii powieści zostaje usuniętych lub zepchniętych na dalszy plan, wielu scen i postaci brakuje, na miejsce niektórych wciśnięto natomiast zupełnie inne miejsca i wydarzenia.

Pomijając już akurat Toma Bombadila, który – zupełnie niesłusznie – stał się bastionem dla książkowych ortodoksów (mimo, że ten epizod faktycznie można by pominąć), to pojawiają się elementy, które faktycznie mogą konfundować widza. Wśród takich wymienić należy: wykorzystywanie przez Gandalfa orłów w charakterze taksówki, spłycenie scen w Morii, idiotyczna interwencja elfów w Helmowym Jarze, sprowadzenie Gimlego do roli drużynowego błazna, sztuczne podkreślanie na każdym kroku roli Legolasa (który w książce dokonał najmniej spośród wszystkich członków Drużyny Pierścienia), zupełne przeinaczenie postaci Denethora…

Film kładzie też nacisk na zupełnie inne aspekty opowieści, niż książka, w efekcie czego, o ile jedne sceny są pomijane lub skracane, tak inne dostają znacznie więcej miejsca niż w książce. Najlepszym przykładem może być Helmowy Jar, który w książce zabiera kilkanaście scen, a w kinowej adaptacji Dwóch Wież stanowi prawie połowę czasu ekranowego.

W efekcie więc, o ile książkowy Władca Pierścieni jest opowieścią o świecie, w którym wolne ludy zdecydowały się wyrzec magii (mimo, że kosztem miało być zniknięcie części z nich) na rzecz zwycięstwa nad Władcą Ciemności, tak kinowy jest opowieścią o epickiej wojnie, jaką stoczono z owym Władcą.

Nie mówię, że to źle. Mówię, że to zupełnie inna optyka.

Bo przeczytać Hobbita to mniejszy wysiłek, niż obejrzeć filmy:

Statystyczny, dorosły człowiek czyta (a przynajmniej, po przejściu wszystkich szkół powinien czytać) z prędkością 180-250 słów na minutę, czyli mniej-więcej jednej strony. Posiadane przeze mnie wydanie Hobbita posiada 313 stron. Łatwo więc policzyć ile czasu jego przeczytanie powinno pochłaniać.

Filmowy Hobbit to 474 minuty filmu w wersji do dystrybucji kinowej oraz 532 w wersji rozszerzonej.

Jasno więc widać, że łatwiej przeczytać tą małą książeczkę, niż przebić się przez te filmy.

Bo można się z nich sporo nauczyć:

Bardzo dużo i na wielu poziomach. Mi osobiście, jako historykowi najbardziej podoba się zrozumienie, jakie Tolkien posiadał dla dawnych kultur, w szczególności tych z najtrudniej dla nas uchwytnego, barbarzyńskiego okresu. Muszę powiedzieć, że autor ten miał niesamowite wyczucie, momentami przerastając swoją epokę.

Po drugie: Tolkien posiadał też ogromne zrozumienie dla ludzkiej natury i wiążących się z nią mechanizmów. Nie zawsze trafiał w sedno, acz w mojej opinii bliższy jest rzeczywistości zarówno niż większość późniejszych, nihilistycznych pisarzy, jak i modnych obecnie dekonstruktywistów.

Po trzecie: nie da się odmówić Władcy Pierścieni wartości pedagogicznej, wychowawczej i kształtującej postawy. Tych można wymienić wiele, a wpisanie w Google „czego uczy nas Władca Pierścieni” można zauważyć liczne wykazy: od spisanych przez konserwatystów i osoby religijne, po zupełnie świeckie i liberalne.

Bo to prawdziwe fantasy:

W zasadzie to nie ma chyba książki, która byłaby bardziej tru fantasy, niż twórczość Tolkiena.

Tak naprawdę pewnie z 90 albo i więcej książek, szumnie nazywających siebie „fantasy” tak naprawdę jedynie używa pewnego szafarzu i estetetyki. W rzeczywistości natomiast są to, często w swym gatunku kiepskie, powieści przygodowe, młodzieżowe i łotrzykowskie, romanse oraz kryminały. Rzadziej powieści wojenne, political fiction oraz płaszcza i szpady.

Powieści, których magia faktycznie byłaby głównym elementem fabuły, świata przedstawionego i jednocześnie tematem są rzadkie, a nawet bardzo rzadkie. Ja nie mówię, że nie ma ich wcale, ale wyłowienie ich z tego natłoku nie jest łatwe.

Z tej przyczyny jest to powieść unikatowa także w swym własnym gatunku.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantasy, Książki i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

10 odpowiedzi na „Dlaczego warto czytać Tolkiena:

  1. Konrad Burkowski pisze:

    s/dobrze i źle/dobru i złu/ 🙂

  2. Grisznak pisze:

    W pełni się zgadzam – był czas, kiedy też czytałem raz na rok albo Władcę albo Silmarillion. Dziś już rzadziej – raz na kilka lat, ale wciąż chętnie wracam pamięcią. Chyba jedynym tytułem w dziejach fantastyki, który mu dorównał (albo mógł…) była Diuna Herberta, choć ta powinna się była zamknąć na czwartym tomie. No i niestety Herbert miał o wiele mniej zdolnego, za to bardziej pazernego i cynicznego syna niestety.

    • Suchy pisze:

      A ekranizacja z lat 80 jak ci leżała? 😛
      Ja miałem do niej kilka podejść bo zwyczajnie nie dawałem rady żeby dotrwać do końca. Jak dla mnie to słabe jako film i jako ekranizacja. Jak nie znasz treści książki to nie ogląda się fajnie bo nie masz pojęcia co tam się dzieje i o czym ci ludzie mówią, jak znasz … To krew człowieka zalewa jak widzi się co oni zrobili.

      • Grisznak pisze:

        Leży nieźle jako coś na zasadzie „inspired by”, ale tylko tyle, w żadnym razie jako ekranizacja powieści. Serialowa wersja robiła to jednak wyraźnie lepiej, nawet jeśli bez takiego przytupu.

  3. Koristo pisze:

    Do książek Tolkiena najbardziej przyciągnął mnie ich styl. Jest powolny, dokładny dzięki czemu mogłem w spokoju i stopniowo wsiąkać w tą opowieść co doskonale wspomagają częste opisy przyrodu oraz cały „świat legend”, który towarzyszy drużynie przez cały czas za pomocą opowieści, bądź też dawnej architektury. W sumie to od Tolkiena zaczęło się moje zaibterwsowanie takim archaiczno~romantycznym stylem dzięki czemu zacząłem czytać dawniejsze teksty jak chociażby Beowulf, którego z komentarzem Tolkiena też można dostać.

    Przez cały czas Tolkien był moim numerem jeden, jednak w ciągu ostatnich lat podium się lekko zatrzęsło. Mianowicie zacząłem przygodę z Terrym Pratchettem. To także mistrz w tym jaki rodzaj literatury prezentował i jedyny taki autor przy któryj śmiałem się w głos. Mam takie wewnętrzne rozbicie między Tolkienem i Pratchettem, ponieważ nie potrafiłbym wybrać co mi bardziej się podoba.

    Myślę, że to mógłby być dobry temat na tekst dla Ciebie, bo widziałem śledząc tą stronę, że czujesz wielką sympatię do obu tych autorów. Jestem ciekaw czy podjąłbyś się takiego wyzwania i sprostał merytorycznej ocenie tych dwóch mistrzów Tolkien vs Pratchett.

    • Ja mam wrażenie, że trochę trudno jest porównywać obie te książki. Tolkien pisał bardzo na poważnie, Pratchett bardziej tworzył satyrę społeczną w szatach fantasy, niż fantasy. Punktów zbieżnych mają niewiele. Tym bardziej, że Pratchett, jeśli już, to bardziej nawiązywał do Moorcocka, innego, brytyjskiego twórcy fantasy, niż Tolkiena.

  4. slanngada pisze:

    Ojeju, jak strasznie mojszyzmowy tekst.

    Serio, za Tolkienem nie przepadam i jakoś nie rozumiem, jak można tak bardzo gloryfikować niezłą powieść?

  5. Step_Pips pisze:

    Cześć,
    „Mi osobiście, jako historykowi najbardziej podoba się zrozumienie, jakie Tolkien posiadał dla dawnych kultur, w szczególności tych z najtrudniej dla nas uchwytnego, barbarzyńskiego okresu.”
    Mógłbyś rozwinąć tę myśl?

  6. miedzianagora pisze:

    Najważniejszym dokonaniem Tolkiena w jego utworach, a szczególnie we Władcy Pierścieni, było niezwykle dokładne oddanie pełnej istoty zła, oraz tego co nazywamy walką dobra ze złem. Zrobił to tak dobrze, że spokojnie można to odnieść to do czasów dzisiejszych (oraz wcześniejszej historii świata ludzi).
    Wszystkie mechanizmy oddziaływania zła lub dobra, przemiany bohaterów, mądrość wyciągnięta przez niego z wierzeń dawnych Indoeuropejczyków, sprawia że jest to literatura uniwersalna, i to mimo tego, że jest w oprawie fantasy.
    Nigdy się nie zestarzeje.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s