Mimo wszystko szanuję Sapkowskiego:

Powiedzmy sobie szczerze: Andrzej Sapkowski jest obecnie postacią co najmniej kontrowersyjną: z jednej strony jego wkład w polską kulturę popularną jest niekwestionowany. Z drugiej strony: nie jest to człowiek łatwego charakteru, od dawna nie zdarzyło mu się też napisać dobrej książki i nie da się też ukryć, że (podobnie jak Wałęsa) skorzystałby, gdyby się nie odzywał. Modne też ostatnimi czasy się stało nabijanie z niego. I nie da się ukryć, że na żarty oraz krytykę sobie zasłużył, jak mało kto.

Niemniej jednak jest to człowiek, którego darzę pewnym, trochę niechętnym szacunkiem i raczej on tego szacunku nie straci. Powodów jest kilka.

Bo artystów ceni się za twórczość:

Jest to rzecz istotna także w kontekście tego, co dzieje się na zachodzie, przy tych wszystkich molestowaniach… Otóż: niektóre osoby nie są cenione za dobry charakter czy postawę moralną, ale za dorobek. Zasada ta tyczy się artystów, naukowców, odkrywców i tym podobne postacie…

Osób takich nie można skreślać z powodów obyczajowych z kilku powodów. Po pierwsze: normy obyczajowe się zmieniają. Sztuka natomiast jest (przynajmniej w teorii) nieśmiertelna. Potępiając Sapkowskiego za jego gburowaty charakter się niestety trochę tak, jak ci ludzie, którzy twierdzili, że Skłodowskiej nie należy się nagroda Nobla, bo ma kochanka…

Po drugie: ludzie nie są doskonali. Nie można oczekiwać, że ktoś będzie pisał piękne książki, malował piękne obrazy lub ładnie śpiewał i do tego żył pięknie. To dwie, zupełnie różne umiejętności.

Po trzecie, co wydaje mi się istotne w kontekście: Sapkowski nigdy w swej twórczości nie opiewał dobrego wychowania. Wręcz przeciwnie: posługiwał się dość ostrym językiem, częstokroć opisywał swobodę obyczajów, a jednym z głównych tematów tej twórczości była niedojrzałość. Można więc uznać, że pisał niejako o sobie.

Jeśli jakieś czyny przekreślałyby dorobek artystyczny, to byłyby to raczej zbrodnie przeciwko kulturze, jak niszczenie zabytków, albo też te przeciwko ludzkości, a nie jakaś tam obyczajówka.

Bo napisał kilka dobrych książek:

Ich ogólna liczba jest, jak się zdaje sprawą dyskutowaną, a najbardziej zajadli krytycy Sapkowskiego wskazują na dwie. Nie da się też ukryć, że od dawna nie napisał też żadnej dobrej książki (aczkolwiek nie da się też ukryć, że po zakończeniu Narrenturm po prostu nie napisał wielu książek).

Należy zauważyć jednak, że pisarze, którzy sypaliby arcydziełem za arcydziełem jest niewielu. Większość w ogóle nigdy nie będzie w stanie napisać niczego, co dorównywałoby tym dwóm pierwszym zbiorom opowiadań. Nawet mistrzowie mają też słabe, debiutanckie książki i gorsze chwile, albo też po kilku udanych tomach dopadała ich cykloza… Ich książki też więc są dyskusyjne.

Tak więc Tolkien napisał ledwie cztery pozycje (Sirmarillion już bowiem dokończył jego syn), Herbert wypadł z formy po czwartym tomie Diuny, Le Guin po pierwszym tomie Ziemiomorza, Howard: stworzył jedną powieść i coś ze trzydzieści opowiadań, z których średnio co drugie nadaje się do wyrzucenia…

Przykłady można mnożyć. Pisarz pracuje całe życie, a zapamiętywany jest zwykle przez wzgląd na jedno dzieło…

Albo w ogóle się nie zapamiętuje.

Osiągnął chyba wszystko, co tylko pisarz fantasy może:

Andrzej Sapkowski osiągnął bardzo dużo. Jego książki zostały wydane w zasadzie we wszystkich liczących się krajach, od USA na zachodzie do Japonii na wschodzie, zgarną World Fantasy Award, napisano na podstawie jego twórczości kilka gier, teraz znowu go ekranizują… To, obok Lema jeden z dwóch najbardziej utytułowanych, polskich pisarzy fantastyki w historii, najbardziej utytułowany taki autor z obecnie żyjących i prawdopodobnie żyjący za czasów naszego pokolenia. Bo niestety: mało prawdopodobne jest, by ktokolwiek inny z obecnie aktywnych autorów mu dorównał. Jedyny wyjątek stanowić może chyba tylko Jacek Dukaj…

Powiedzmy sobie szczerze: większość pisarzy oddałaby dusze, by kiedykolwiek osiągnąć dziesięć procent tego, co mu się udało.

Owszem, można argumentować, że najszerszy, międzynarodowy sukces przyniosła mu premiera gry, przy powstawaniu której miał bardzo mały wkład. Jednak nie da się ukryć, że nie był to pisarz nieznany już w momencie, gdy pracowano nad pierwszym Wiedźminem. Przeciwnie: to jego status w Polsce oraz w krajach słowiańskich zagwarantował grze sukces.

Nie da się ukryć też, że to właśnie stworzona przez niego formuła opowieści, poruszane tematy oraz wykreowany bohater okazały się uniwersalne i uniemożliwiły sukces późniejszych gier.

I to taki z Polski:

Chciałem napisać, że w czasach, w których Sapkowski debiutował pochodzącemu z Polski pisarzowi trudno było wejść nawet na rodzimy rynek, o sukcesie międzynarodowym nie wspominając, Polska gospodarczo, kulturo i społecznie była bliska sytuacji Kuby, a poza tym było wtedy smutno…

Ale nie da się ukryć, że Polska nie jest krajem, który rozkłada karty w światowej kulturze. To nie jest tak, że mieszkańcy innych państw śledzą z zainteresowaniem, co ukazuje się nad Wisłą.

Autorów, którzy odnieśli międzynarodowy sukces nie ma w Polsce wielu. Ewenement stanowią gry komputerowe, gdzie mamy trzy czy cztery takie studia oraz akademicka sztuka nowoczesna, gdzie mamy renomę i kilku artystów faktycznie się przebiło (acz raczej nie do szerokiej publiki). Ale poza tym nasi pisarze, muzycy czy filmowcy nie mają w świecie wzięcia.

I na to zasłużył:

Jeśli chodzi o fantastów, to z żyjących z Sapkowskim, pod względem talentu, mógłbym porównać dwóch, polskich pisarzy: Feliksa Kressa i Jacka Dukaja. Dukaj, mimo że nie jestem miłośnikiem jego twórczości, prawdopodobnie przewyższa naszego bohatera uzdolnieniami, aczkolwiek jego twórczość nie jest tak uniwersalna. Kress (którego miłośnikiem też nie jestem), moim zdaniem jest słabszym autorem, ale widać w jego twórczości rys oryginalności i do wszystkich swych wniosków doszedł sam.

Kiedyś do tej listy dodałbym też Maję Lidię Kossakowską, uważałem bowiem, że jest ona w stanie mu dorównać w przyszłości, jednak widać, że się myliłem. Autorka ta ma wyraźnie swoje najlepsze chwile twórcze za sobą i od czasów „Rudej Sfory” nie udało jej się przełamać złej passy.

Istnieje też prawdopodobieństwo, że może Wegner kiedyś się na tyle wyrobi, że kiedyś dorówna Sapkowskiemu.

Jeśli chodzi o pozostałych twórców fantasy, to – z całym szacunkiem do nich – ale to zupełnie inna liga. Jeśli pominąć nową falę autorów starających się utrafić w modę na Young Adult, to niestety co do pozostałych widać, kto kim się tu kim inspirował. Wszystkie te Achaje, Inkwizytory i Lodowe Ogrody bardzo mocno czerpią bowiem z dorobku Sapkowskiego. Tym bardziej, że miałem okazję czytać różne Arivaldy z Wybrzeża, Smoki Halidoru, Stoliny i różne inne wczesne powieści fantasy obecnych tuzów, stworzone przed tym, jak stali się sławni (i osiągnęli pełnię twórczych sił) i dość wyraźnie różniły się atmosferą i wydźwiękiem od współczesnych. Dopiero z czasem pojawia się w nich ostry język, seks, realistycznie opisana przemoc, cyniczni, skłóceni z życiem bohaterowie, konflikty moralności… Sapkowski wyraźnie pokazał, że dorosła fantastyka się sprzedaje. Przetarł szlak dla naśladowców.

Po drugie: książki te, w odróżnieniu od twórczości Sapkowskiego są niestety bardzo bezrefleksyjne i niestety dość głupie. No, chyba, że za refleksję uznać to, że Unia Europejska jest zła i powinniśmy z niej jak najszybciej wystąpić.

Przynajmniej spadł z wysokiego konia:

W naszym kraju jest kilku innych pisarzy fantastyki, którzy skorzystaliby nie otwierając ust w miejscach publicznych, mają różne nałogi oraz nadmiernie rozbuchane ego. Ich liczba dorównuje tylko ilości autorów, którzy od lat nie napisali dobrej książki.

Żaden nie dorównuje mu jednak talentem, sukcesami i zdobytą sławą.

Owszem, owa sława uderzyła mu do głowy (podobnie jak coś innego), ale przynajmniej faktycznie była to sława, a nie zwykły blichtr.

I mało się przy tym ubrudził:

Należy zauważyć, że niektórzy literaccy koledzy Sapkowskiego upadli znacznie niżej od niego, mimo że najczęściej spadali też z dużo mniejszego pułapu.

Nie da się więc ukryć, że to nie on promował w prowadzonym przez siebie piśmie utwory neonazistów, tłumacząc, że to „ciekawe diagnozy społeczne”.

Nie Sapkowski uwierzył w stworzony przez siebie neverland na tyle, że przez dwadzieścia lat cieszył się tytułem „największego wroga polskiej etnografii i archeologii”, tylko jeszcze inny pisarz.

W odróżnieniu od kolejnego nie zajmował się też dziennikarstwem, historią, rodzimowierstwem, matematyką, filozofią, elektroniką oraz mikrobiologią, zyskując w każdym z tych środowisk opinię zakały. Owszem, znany jest ze swego, nieprzyjemnego charakteru, aczkolwiek zwrot „Apeluję o trochę kultury debile” nie jest akurat jego ulubionym powiedzonkiem (choć mógłby się stać).

To też nie on wypłynął opowiadaniami antyklerykalnymi, by następnie zostać prorokiem konserwatywnej prawicy.

I ostatecznie: mimo że obraził wielu ludzi, to przynajmniej nie musiał płakać publicznie, gdy przyszło mu opublikować przeprosiny w gazetach, że zbankrutuje z powodu nałożonych na niego kar…

Nie, wielu innych upadło dużo niżej…

Bo na spotkaniach publicznych nosi kamizelkę wędkarską:

Normalnie ludzie o wywiady zabiegają, a nierzadko płacą za nie spore pieniądze. Czasem nawet więcej niż spore. Bo powiedzmy sobie szczerze: dziennikarze mają lepsze rzeczy do roboty, niż rozmowy z randomami. Jeśli ktoś przychodzi na spotkanie w stroju luźnym, jak T-shirt lub kamizelka wędkarska, to albo jest to burak siłą oderwany od pługa, albo on rozdaje karty na tym spotkaniu…

Ten wpis został opublikowany w kategorii fantastyka, Fantasy, Książki i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

22 odpowiedzi na „Mimo wszystko szanuję Sapkowskiego:

  1. Michał pisze:

    Ale co ma autor do dzieła? Książka/obraz/film może być super, mimo że autor jest zboczonym chamem o absurdalnych poglądach politycznych.

    Dlatego nigdy nie rozumiem czemu gościa który umie grać innych gości uważa się za autorytet w jakiekolwiek innej dziedzinie.

  2. Grisznak pisze:

    Zgadzam się. Jeździmy po Sapku tak mocno w dużej mierze dlatego, że mu dużo zawdzięczamy. Buractwo i chamstwo Piekar czy Lewandowskich wyłącznie bawi – to była druga czy trzecia liga, nic co by faktycznie na nas wpływało, czytało się to i zapominało (albo pamiętało z racji bycia dziadostwem nieprzeciętnym, jak te brednie o kotołakach). A Sapek to był ktoś, facet, który pisał tak, że stawiało się go na półce obok Tolkiena, Wagnera czy Zelaznego, a nie niżej, z całą tą „polską fantastyką”. I chcieliśmy widzieć w nim ideał.

    Porównanie z LeGuin jest niezłe – napisała masę dobrych książek (Lewa Ręka Ciemności, Malafrena, 3 tomy Ziemiomorza, Wszystkie Strony Świata), napisała jedną taką, że mogłoby nie być całej reszty, a i tak autorką byłaby wybitną (Wydziedziczeni), ale napisała też sporo chałtury, motywowanej ideowo (z dwoma kolejnymi tomami Ziemiomorza na czele). Sapek tej chałtury stworzył na szczęście niewiele – bodaj tylko Żmiję i Sezon Burz. Dwie dziadowskie książki przeciwko dwóm tomom doskonałych opowiadań, nierównej ale generalnie dobrej (miejscami bardzo dobrej) Sadze i trzem tomom dobrej trylogii husyckiej. Szala wagi zdecydowanie przesuwa się tu na korzyść Sapka.

  3. „Nie da się więc ukryć, że to nie on promował w prowadzonym przez siebie piśmie utwory neonazistów, tłumacząc, że to „ciekawe diagnozy społeczne”.”

    A kto niby promował naziolskie zespoły?! :O

    Btw Kelthuz przed sądem tłumaczył się, że jego twórczość, która „obrażała” wiele osób jest i tylko i wyłącznie satyrą, co sąd skomentował słowami „A co jest w tym śmiesznego”… 😀

    • Nie zespoły, tylko opowiadania. Parowski w Nowej Fantastyce „Euroegion Warty” autorstwa Barnima Regalicy (prawdziwe nazwisko: Tomasz Szczepański). To były takie zupełnie szczeniackie utwory o tym, że Polska nie powinna wchodzić do Unii Europejskiej, bo tam są Żydzi, którzy chcą zrobić z naszych dzieci macę.

      Przepraszać musiał nie tylko Kheltuz, ale też Jacek Piekara Dorotę Wellman. Sąd nakazał mu zapłacić 25 tysięcy złotych na rzecz wybranej fundacji i opublikować publiczne przeprosiny. Piekara poszedł z przeprosinami do Gazety Wyborczej, tam zaśpiewali sobie za ich publikację prawie pół miliona złotych. Strasznie się o to pieklił na początku roku, ale nie wiem, jak to się skończyło.

      • W moich opowiadaniach nic nie było o macy. Główny bohater tych, o które Panu chodzi powątpiewał w mord rytualny. Oprócz Żydów jako zagrożenie postrzegani byli też Niemcy. Ja wiem że używa Pan skrótów myślowych, ale są one tego rodzaju co „fakty prasowe” chętnie tworzone przez zapewne Pańską ulubioną gazetę.

      • Ale CD-Action to pak k(…)a szanuj!

  4. slann pisze:

    Nigdy nie interesowałem się życiem prywatnym pisarzy, więc i tu mnie nie interesuje.

    Jednak Sapkowski wywarł średnio-dobry wpływ na polską fantasy, choć to raczej nie od niego się zaczęło… Być może to kwestia związana z naszą mentalnością. Szczególnie wydoczne to było w środowisku rpg, bo w końcu jesienna gawęda trochę z niego bierze.

    W polskiej fantastyce bardzo mocno uwypukla się nasze spojrzenie na świat, pewien nadcynizm (dobrze to widać w zestawieniu z Martinem), pena gloryfikacja poddania złu, bo choć bohaterowie tego nie robią, to spotyka ich za to kara. Do tego widać pewien zanik szacunku dla opowieści, jej piękna i fajności.

    • Grisznak pisze:

      Jesienna gawęda to bardziej lokalna, Magioimieczowa interpretacja Warhammera, Sapkowski bym jej nie przypisywał. Generalnie, pesymizm jest w polskiej fantastyce widoczny od niemal samych jej początków (spójrzmy na twórczość Mickiewicza, potem na Grabińskiego, jak już szukać najdalej). Sapek tego nie wymyślił, raczej wpasował się w to (jak się weźmie Zajdla czy Lema to tam też nie ma przesadnej dawki optymizmu). Ale na początku lat 90, kiedy sypnęło nam na rynku zachodnią, zdecydowanie bardziej optymistyczną fantastyką, to ten polski pesymizm miał pewien walor oryginalności.

      • slanngada pisze:

        Sapkowski (i Kress), raczej jednak imho jg inspirowali. Ale fakt, genezy ponurości polskiej fantastyki należy się doszukiwać znacznie dawniej.

      • A w zasadzie to co złego jest w Jesiennej Gawędzie? Nikt nikogo do grania w ten sposób nie zmuszał.

  5. Suchy pisze:

    Odbiór kultury to zawsze sprawa osobista. Każdy interpretuje ją że swojej perspektywy, a jak ktoś chce ją interpretować przez pryzmat życia autora to … No nie bardzo rozumiem takie podejście ale ok – kim jestem by zabraniać komukolwiek czegokolwiek. Jest to imho cokolwiek bez sensu bo:
    1. Dzieło żyje własnym życiem po tym jak zostanie już opublikowane i autor nie ma monopolu na prawdę i to co ludzie powinni widzieć w jego twórczości. Przykładowo Matrix jedynkę można ogladać w oderwaniu od słabych części 2 i 3 i wrażenie może być inne. Można też w tym widzieć naprawdę wszystko. Anarchistyczną rewolucję wobec złego systemu, gnostycyzm z motywem że świat dookoła nas to tylko iluzja… Co (dawniej) bracia wachowscy (obecnie siostry) robili ze swoimi genitaliami po premierze filmu nijak się nie ma do tego co ludzie mogą w tych filmach widzieć.
    2. Czasem nawet sam autor może się zmienić nawet o 180 stopni ze swoimi poglądami. Np. Arthur Conan Doyle stworzył postać Sherlocka Holmesa która była zimnym upartym stojącym twardo na obu nogach racjonalistą. Ponoć tak samo jak autor. Jednak przyszła I wojna światowa na której zginął jego syn brat szwagier i siostrzeniec i Doyle tak to ciężko przeżywał że mu odbiło i wkręcił się w ezoterykę i spirytyzm do takiego stopnia że dosłownie zaczął wierzyć we wróżki i skrzaty. No więc autorowi zmienił się światopogląd – who cares ? Nie zmieni to tego że jego książki dalej będą takie jak w momencie opublikowania.

    • Grisznak pisze:

      Przejmowalibyśmy się tym, gdyby zaczął pod wpływem tego pisać ezoteryczne przygody Holmesa, wykorzystującego dedukcję do walki z okultystyczną odmianą Moriartyego albo fairy psem Baskervillów. Zauważ, że np. w przypadku Lovecrafta, jego rasistowskie poglądy miały odbicie w literaturze przezeń tworzonej. Doyle na szczęście nie poszedł w tym kierunku.

      • Suchy pisze:

        Sęk w tym, że gusta odbiorców i interpretacja też mogą się zmieniać. I w skali mikro i makro.
        Burleska kiedyś była szczytem wyuzdania i erotyki, a dzisiaj w byle reklamie szamponu czy teledysku można zobaczyć więcej kobiecego ciała.
        Kiedyś jankesi zachwycali się filmami gdzie dzielni kowboje opędzali się od złych rządnych krwi Indian, a dzisiaj bardziej na czasie jest zrobić film o tym jak mamy biednych rdzennych amerykanów zaganianych do rezerwatów przez rządnych krwi białych oprawców.
        To co 20 lat temu było dla ludzi lewactwem dzisiaj jest rasistowskie.
        Jak byłem dzieciakiem prequelami Star Warsów się zachwycałem i oglądałem je tyle razy, że dialogi z mrocznego widma do dzisiaj mogę przywołać z pamięci, ale podrosłem i zacząłem dostrzegać ich wady i miałem wręcz etap nienawidzenia ich.
        Obecnie po tym co ze SW zrobiła kathleen kennedy znów mi jakoś perspektywa zmieniła i zacząłem dostrzegać, że mimo wszystko te prequele miały jakieś pozytywne strony. No więc dla mnie nowe GW są w stosunku do starych mniej więcej właśnie takim okultystycznym Moriartym czy farie psem Baskervillów. I co z tego ? Stare filmy są dalej takie jak dawniej (pomijając zmiany z edycji specjalnych itd.), jest tyle innych rzeczy na które mogę wydawać pieniądze jak nowe SW. Stare alieny uwielbiam wręcz ale Ridley Scott odleciał czego efektem są koszmarki jak Prometeusz i Covenant – no więc niech sobie są, nie mam zamiaru więcej chodzić na jego filmy do kina.

    • Grisznak pisze:

      Nie, to co było rasizmem 80 lat temu, jest rasizmem nadal – uwielbiam twórczość Lovecafta, ale ma na koncie rzeczy, w rodzaju „Grozy w Red Hook”, których nie da się nijak obronić, są bowiem wyrazem dość paskudnych przekonań autora, który lekką ręką szastał najgorszymi możliwymi uprzedzeniami wobec Arabów, Europejczyków czy Afrykańczyków. Podobnie jak powieści o Fu Manchu autorstwa Rohmera, w których mamy przegląd wszystkich możliwych uprzedzeń i fobii związanych z Azjatami. I choć Rohmer czy Lovecraft pisali przed epoką pieców, to nie zwalnia ich od krytyki. Acz Lovecraftowi trzeba przyznać, że z wiekiem mądrzał i pod koniec życia pisał o imigrantach już nie jako o podludziach, ale tylko jako o naiwnych, dobrodusznych ignorantach, nie rozumiejących otaczającego ich świata i nie próbujących go zrozumieć (co widać w np. „Nawiedzicielu Mroku”).

      • Suchy pisze:

        Ok. Przyznaje, że kapkę za bardzo uogólniłem.
        (Nie będę się wymądrzać co do Lovecafta bo czytałem go tyle co nic. Wierzę na słowo.)
        Zawsze kiedy widzę akcje w tym stylu w takich starociach to nasuwa mi się pytanie na ile ten rasizm wynikał z niewiedzy nt. innych kultur, na ile z faktycznego rasizmu, na ile z faktu, że ludzie mieli wtedy inny światopogląd, a na ile z chęci podbicia sprzedaży „dorzucaniem klimatu egzotyki” ala hindusi w Indiana Jones i świątynia zagłady.

      • Velahrn pisze:

        Oczywiście, że rasizm pozostaje rasizmem, ale kiedyś był społecznie akceptowany i obecny w twórczości wielu pisarzy epoki. Podobnie jak np. pedofilskie skłonności Mahometa (uprawiał seks z dziewięciolatką) nadal takimi pozostają, nawet jeśli w VII wieku na Bliskim Wschodzie była to norma.

      • Suchy pisze:

        Nie zmienia to faktu że dawniej zdarzało się że ludzie dostrzegali zło w źle i czasem mieli odwagę iść pod prąd ogółu, pokazać palcem i nazwać rzeczy po imieniu.
        Z bardziej swojskich klimatów to Paweł Włodkowic na soborze w Konstancji wskazujący, że nawracanie niewiernych za pomocą ognia i miecza nijak nie ma się do zapisów z ewangelii.
        O ile dobrze kojarzę to pierwszym który wpadł na pomysł że „barbarzyńcy” to też ludzie i są nam równi to wpadł sofista Antyfont w V wieku p.n.e. więc egalitaryzm nie jest tak do końca współczesnym wynalazkiem.

      • Grisznak pisze:

        W przypadku Lovecrafta rasizm miał dość typowe podłoże ideologiczne – facet pochodził z prowincji, wyjechał do wielkiego miasta i doznał szoku kulturowego, a na to nałożyły się niepowodzenia zawodowe, więc łatwo zbudował sobie wroga w postaci „obcych”. Do tego doszła kiepska edukacja (był bardzo zdolnym samoukiem, ale to jednak nie zastępuje szkoły). Jak wspomniałem z wiekiem nieco mądrzał, ale niektóre teksty ma do tego stopnia paskudne, że polscy tłumacze (z Płazą na czele) rozmyślnie je omijali, z szacunku dla niego jak i dla swoich czytelników. Co było o tyle prostsze, że te jego najbardziej rasistowskie opowiadania są zarazem najsłabszymi literacko. Acz nawet w większości klasycznych, takich jak „Zew Cthulhu”, zdegenerowanym złem jest zawsze Norweg, Haitańczyk, Chińczyk czy mieszkaniec Oceanii. Biały Amerykanin może być co najwyżej przypadkową ofiarą zła, bo był zbyt wrażliwy. Dopiero w „Modelu Pickmana” czy Widmie na Innsmouth” mamy złych, zdegenerowanych WASPów, ale i tam wątki rasistowskie są wyraźne (w „Modelu…” autor podkreśla, że jeśli w białej, chrześcijańskiej społeczności rodzi sie „inne” dziecko, to jest ono podrzuconym ghoulem, zaś w „Widmie…” celem istot z głębin jest płodzenie dzieci z ludzkimi kobietami i w ten sposób degeneracja rasy ludzkiej). Lovecraft miał fizia na punkcie czystości krwi i rasy, bezapelacyjnie.

      • Qba pisze:

        Lovecraft był ostro rasistowski nawet jak na WASPa z Nowej Anglii w pierwszej połowie wieku 20-go. Niemniej jednak sporą część jego rasizmu można zrzucić na paranoiczny lęk przed innością i wychowanie pod kloszem. Antysemityzm przeszedł mu jak ręką odjął, gdy tylko zszedł się z partnerką semickiego pochodzenia. Całkiem możliwe że gdyby dłużej pożył i miał okazję poznać więcej osób spoza kręgu białych protestantów pochodzenia anglosaskiego, inne uprzedzenia też by mu przeszły

  6. slanngada pisze:

    Zegarmistrzu: Jesienna gawęda to akurat po prostu element szerszego zjawiska, które mnie irytuje.

  7. Qba pisze:

    Brzezińska IMHO Sapkowi nie ustępuje znacząco. Dukaj pod względem worldbuildingu jest o kilka oczek wyżej (ale sci-fi generalnie pod tym względem mocniej się trzyma). Nadal ASa cenię za dorobek oraz za podjęcie odważnego tematu jakim były Wojny Husyckie. Dodajmy, że pomijając jeden rasistowski (czy raczej dotyczący rasizmu) dowcip, Sapkowski nie ma na koncie większych przewin, niż ogólna bucowatość. Wiem że nie jest sympatycznym człowiekiem — poznałem. Niby niska poprzeczka, ale w ramach fandomu wcale nie banalna. „Mgły Avalonu” to przepiękna książka, ale kiedy pomyślę o tym co M. Z. Bradley robiła swojemu potomstwu, odczuwam lekki dyskomfort, gdy gdy próbuję wracać do lektury…

  8. Panie Regalica, jeśli chce się Pan reklamować na tym blogu, to proszę wykupić kampanię reklamową.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s