Przeczytane w lutym 2018: Rowling, Friedman i Cameron

Miniony miesiąc był bardzo udany pod względem lektury i nie tylko. Tak więc dwa teksty uzyskały ilość wyświetleń, która prawie na pewno zakwalifikuje je do Top 10 roku (tekst o Sapkowskim i o Tolkienie).

Udało mi się też przeczytać 6 książek i napocząć kolejne dwie, z czego jedna jutro powinna zostać skończona (druga to monstrualna praca historyczna licząca tysiąc stron).

Zadałem też poważny cios Kupce Wstydu, redukując jej rozmiar o blisko 10 procent.

Wynalazek w dziedzinie techniki:

Dokonałem też poważnego wynalazku w dziedzinie techniki, który niedługo opatentuje, co mam nadzieję uczyni mnie bogatym. Jest to „napęd gniotowy”, pozwalający produkować darmową energię w nieskończonych ilościach. Jak się okazuje lektura książki marnej sprawia, że człowiek naprawdę docenia wszystkie pozostałe…

Ale zajmijmy się sukcesami czytelniczymi:

Czerwony Rycerz:

Ocena: kandydat na gniota roku

Gdyby zebrać cząstkowe oceny za styl, fabułę, pomysły, postacie etc. i na ich podstawie wystawić ocenę zbiorczą, to książkę tą należałoby ocenić na 6/10. Wydawałoby się wówczas, że jest to średnia pozycja. I faktycznie nie jest to pozycja zła.

Jest gorzej niż zła.

Jest nijaka.

Po książkach złych w człowieku jednak coś zostaje (np. skaza na całe życie), a na to zwyczajnie szkoda czasu.

Przenosimy się do kolejnej już magicznej krainy, by spotkać się z pewnym, tajemniczym, moralnie ambiwalentnym, niezwykle doświadczonym, niezwykle młodym dowódcą najemników, będącym urodzonym, taktycznym geniuszem oraz doskonałym szermierzem znającym się przy okazji na magii. Nasz bohater otrzymuje zlecenie obrony pewnego klasztoru żeńskiego przed złymi mocami.

„Czerwony rycerz” należy do kategorii dzieł Większych Od Tolkiena: książka liczy sobie 832 strony i jest pierwszym tomem pięcioczęściowego cyklu. Zastanawia was zapewne co można zmieścić w takiej objętości? Otóż: można na przykład przez 250 stron wprowadzać bohaterów. Można zdradzić imię głównego bohatera na stronie 500. Można umieścić tyle postaci, żeby czytelnik spotykał się z nimi raz na 200 stron, nie pamiętając już kim byli. Fabula jest bowiem złożona i składa się z licznych epizodów w trakcie których liczne postacie jadą, biją się, rozmawiają i chędożą w celu, który długo, długo dla czytelnika pozostaje zagadką.

Pewnie byłoby to ciekawe, gdyby nie to, że autor zupełnie nie potrafi opisywać relacji międzyludzkich, a batalistyka też wychodzi mu nie za dobrze. Ale skupmy się na relacjach. „Czerwony rycerz” to książka, gdzie z jednej strony szlachta ma w zwyczaju podpalać karczmy, jeśli obsługa jest zbyt opieszała, a z drugiej służąca zwraca się do królowej per „ty zdziro”, stajenny oświadcza władcy, że nie miał dla niego czasu, bo uznał, ze gówna w królewskiej stajni są ważniejsze od Jego wysokości (dokładnie ta scena wyglądała tak: nadworny mag wyjeżdża w pospiechu, łapie stajennego i nakazuje mu natychmiast powiadomić króla, król dowiaduje się o wszystkim po tygodniu, pyta się stajennego dlaczego zwlekał, a ten odpowiada „Nie miałem czasu, byłem zajęty, miałem wiele pracy!”, sorki, ale stajenny właśnie tym się zajmuje: sprząta gówna zpod koni…).

Najgorzej wypadają wszystkie postacie kobiece. Cameron zwyczajnie nie potrafi ich opisywać. Ba! Zachowuje się tak, jakby nigdy nie miał z nimi za dużo do czynienia. Wszystkie sceny z udziałem tych dziwnych i tajemniczych dla autora stworzeń popadają w kanon, który wielu czytelników zna zapewne z serwisów pokroju RedTube.

Bo sorki, co innego mogę napisać o scenkach typu: leży na łózko półnaga królowa, wywaliła wszystkie swe cechy płciowe na zewnątrz. Do pokoju wchodzi służąca i wita ja tekstem w rodzaju: „Ty zdziro! Ukarać cię trzeba!”. Ktoś po prostu naoglądał się za dużo filmików w rodzaju „Sroga domina znęca się nad milfem”, „Nastolatek i sekret żeńskiego klasztoru” albo „Licealistki chcą wyruchać milionera”. Podając te przykłady mam na myśli konkretne sceny.

Żeby było śmieszniej: autor ma całkiem sporą wiedzę na temat średniowiecza i widać, że zrobił poważny researcher. Jednak nic z tego nie wynika, bo jest to takie średniowiecze, gdzie owszem, rycerze w trakcie walki stosują pozycje jak z filmików adeptów HEMA i walczą w prawidłowych kopiach rycerskich. Jednocześnie postacie chwila afiszują się „A wiesz, ja to w sumie jestem ateistą”.

Prawdę mówiąc zastanawiałem się, czy czasem nie dać drugiej szansy temu cyklowi, bowiem dzieło to brzmi, jak debiut nastolatka, który mógł cieczecie zabłysnąć później, czymś lepszym. Jednak kiedy przeczytałem, ze autor ma 55 lat i napisał wcześniej całą szafę książek, to dałem sobie spokój.

Książka ta dowodzi tylko jednego: gdybym wydal „Gambit mocy” w Harper Collins, a nie w Oficynce, to dziś byłbym sławny na trzech kontynentach.

Rycerze i mieszczanie:

Ocena: 7/10

Książka traktuje o życiu i funkcji rycerstwa pochodzenia mieszczańskiego we Włoszech, w okresie pełnego Średniowiecza. Ustrój społeczny miast włoskich był specyficzny, terenem rządziły bowiem komuny miejskie, władające nim na sposób republikański lub oligarchiczny. Najbogatszą warstwą społeczną byli milites czyli rycerze. Pełnili oni natomiast funkcje wojskowe w miastach. Dokładniej rzecz biorąc brali oni udział w rajdach na terytorium wroga.

Książka zajmuje się ich źródłami dochodu, pochodzeniem społecznym, sposobem kształtowania się tej warstwy i jej późniejszym upadkiem. Oraz przemianami społecznymi, jakie ją dotknęły. Milites zasadniczo żyli z wojny. Najczęściej w skład grupy wchodziły wyższe warstwy społeczne, które osiągały już spore dochody z nieruchomości i majątków ziemskich poza miastem, jednak wojna stanowiła dlań ważny sposób na dorobienie sobie. Wyruszali więc na wyprawy, zwane guerra (po naszemu „najazd”, „rejza” lub „rajd”) na wrogie terytoria i zajmowały się obracaniem ich w ruinę, kradnąc przy tym wszystko, co się dało.

Książka wylicza dość dokładnie zyski z takiej działalności, zabezpieczenia, jakie rycerzom gwarantowało miasto oraz zajmuje się przyczynami upadku zjawiska (podziały wewnętrzne oraz wzrost znaczenia warstwy kupieckiej, która chciała choćby względnego pokoju).

Jej wadą jest duża ilość dyplomatyki. Autor bada historie opierając się o znaczną ilość rozproszonych źródeł: testamentów, zapisów archiwalnych, listów, nadań ziemskich etc. Tak więc znaczna cześć książki opiera się na analizie pojedynczych, nudnych fragmencików.

Ciekawostka: w końcowym okresie istnienia milites Włochy dostały się pod władze Cesarstwa Niemieckiego. Wówczas w miastach toczyły walkę dwa stronnictwa: gwelfów i gibelingów: anty i procesarskie. Mieszkańcy miast pobudowali sobie wieże warowne, które grodziły przeciwnikom ruch, na nich ustawili katapulty i kuszników i strzelali do siebie na wzajem.

Jako, że dość mocno przeszkadzało to w normalnym życiu w wielu z nich ustalono prawo, regulujące to, w jakich godzinach i ile razy dziennie można strzelać i jak dużymi kamieniami.

Niezła patologia, co nie?

Skrzydła Gniewu:

Ocena: 8/10

Kontynuacja „Uczty dusz”, która przeczytałem w zeszłym miesiącu. Niebezpieczeństwo ze strony Duszożerców rośnie, tym bardziej, ze magiczna osłona chroniąca przed nimi świat została przerwana. Kamala, by wkupić się w laski innych magistrów udała się na północ, by badać przyczyny ich przeniknięcia do ludzkiego świata. Tymczasem potwory znajdują sobie ludzkich sprzymierzeńców.

O ile pierwszy tom był całkiem niezłym, choć popadającym w nieco nadmierny schematyzm, kawałkiem fantasy, tak tom drugi znacznie się poprawił. Fabuła ewoluuje w stronę bardziej heroicznego, epickiego fantasy, gdzie głównym motywem staje się walka z Itaki oraz odkrywanie związanych z nimi wydarzeń.

Trudno ująć to w słowa, zwłaszcza w tak krótkiej notce, jednak jest to jedna z lepszych powieści fantasy, jakie ostatnio czytałem. Mamy więc trochę polityki, trochę naparzanki oraz trochę badania tajemnic przeszłości wymieszanych razem w bardzo ciekawą, smakowitą kombinację.

Bogactwo i nędza:

Ocena: nie wiem

Nie potrafię ocenić tej książki i powiedzieć, czy mamy tu do czynienia z poważną pracą z dziedziny ekonomii, czy też z pozycją ideologiczno-propagandową.

Autor z jednej strony przytacza wiele danych, które układa w logiczne i spójne ciągi myślowe, analizując problemy ekonomiczne współczesnego świata, a w szczególności USA i starając się wskazać własną drogę wyjścia z nich. Wiele z jego propozycji brzmi sensownie i trudno mi się z nimi nie zgodzić, sam proces myślowy nosi natomiast znamiona przenikliwości i błyskotliwości. Tezy, że nadmierne opodatkowanie i regulacja rynku pracy, podobnie jak nadmierne rozdawnictwo są szkodliwe dla gospodarki pozostają równie prawdziwe, co pozbawione odkrywczości.

Z drugiej strony autor bliski jest uznania bogactwa za stan moralnie słuszny, skąd tylko krok jest od uznania biedy za moralnie naganną, a jego przekonanie,że podatki szkodliwe dla drobnej przedsiębiorczości odpowiadają za wszystkie problemy współczesnego świata, od erozji roli mężczyzny jako głowy rodziny, po narkomanię i wzrost przestępczości wydaja się jednak bardzo naiwne.

Nie rozumiem też, skąd wzięła się jego awersja do zawodu stolarza, która tak mocno akcentuje.

Dziedzictwo królów:

Ocena: 8/10

Trzeci tom cyklu o Duszożercach.

Tym razem Kamala schodzi na dalszy plan, a pierwsze skrzypce przejmuje magister Colivar. Przychodzi też czas na odsłanianie tajemnic z przeszłości, między innymi tego, skąd Colivar ma tak rozległą wiedzę o Duszożercach oraz co łączy go z Ramiriusem.

Jednocześnie rusza ostateczna rozprawa ze stworami oraz ich ludzkimi sojusznikami. Celem operacji jest pokonanie samicy gatunku, zanim ta się nie rozmnoży i ponownie nie dokona spustoszenia.

Książka ta ma moim zdaniem kilka wad i zalet. Jest też z całą pewnością słabsza od poprzedniczki. Finałowe starcie trochę nie spełniło moich oczekiwań, zwycięstwo dokonuje się tak naprawdę dzięki paru magicznym sztuczkom i lokalnemu Golumkowi. Także postać Colivara została moim zdaniem lekko zepsuta, a jego tajemnica umiarkowanie pasuje do tego, co wiedzieliśmy o nim wcześniej.

Zaletą jest natomiast taka lekka prozaiczność tej książki. Duszożercy to w sumie żadne demony, tylko naprawdę bezmyślne, choć potężne zwierzęta. Nie stworzył ich żaden demon, tylko pojawiły się wskutek doboru naturalnego i rozwoju potencjalnych źródeł pokarmu (ludzkiej cywilizacji). Nie przybyły ponownie, bo nadciąga zło, tylko z powodu naturalnej katastrofy. Owszem, przepowiednie zapowiadały ich nadejście, ale taką przepowiednię i ja bym ułożył (no kurde… budujemy czarodziejską klatkę, żeby trzymać w niej dzikie bestie, mamy nadzieję, że zdechną z głodu, ale na wszelki wypadek niech nikt nie wchodzi do środka, a tym bardziej nie otwiera drzwiczek…).

W sumie więc jest dobrze, choć po poprzednim tomie spodziewałem się czegoś więcej.

Harry Potter i kamień filozoficzny:

Ocena: 8/10

Jak widzicie jest to wersja w tych paskudnych, czarnych okładkach, czyli tzw. „dorosła”. Chciałem kupić klasyczną, ale w moich ulubionych księgarniach internetowych nie było, a tam, gdzie mieli była prawie 200 złotych droższa. W ogóle to cenią sobie te książki, jakby je złotym atramentem drukowali. Wersja ta prócz okładek różni się też szatą graficzną. We wcześniejszej, nad nagłówkami rozdziałów były takie minimalistyczne ilustracje. Tu ich nie ma.

Ale przejdźmy do wrażeń z lektury. Prawdę mówiąc zupełnie nie rozumiem fenomenu tej książki. Harrego Pottera czytałem już kiedyś, z 16 lat temu i od tego czasu nie zrobił się lepszy.

Nie zrozumcie mnie źle: to dobra pozycja, na poziomie takich rzeczy, jak „Smok i jeży”, „Jednym zaklęciem”, „Magiczne królestwo na sprzedaż” czy Kedrigern (btw. ciekawe ile osób kojarzy jeszcze te tytuły). Jedyne, co ją dzieli od lekkich, pisanych bez zadęcia, za to z nienachalnym humorem powieści fantasy jest to, że wycelowano ją do dzieci, a nie fantastów. Zupełnie nie zasłużyła na obie rzeczy, które ją spotkały.

Dla przypomnienia: pierwszego tomu Harrego Pottera długo nikt nie chciał wydać, a gdy się to udało, to wydrukowano go w niewielkim nakładzie i rozesłano do bibliotek (w Wielkiej Brytanii czemuś ma to sens z biznesowego punktu widzenia). Tam zaczęły ją czytać dzieciaki i zaczęły ją sobie polecać, zrobiła się popularna, więc dodrukowano trochę i puszczono do księgarń…

…młyn zaczął się nakręcać i z każdym zamachem kręcił się coraz bardziej, aż wiadomo, gdzie się dokręcił.

Jak mówiłem: jedyne czym się różni od wymienionych już klasyków, to to, że umieszczano ją w dziale „powieść dla dzieci”, a nie „fantastyka”. No i traktuje dziecięcego czytelnika jak istotę ludzką, a nie nieuleczalnego idiotę. W sumie to był powód, dla którego we wczesnej podstawówce przesiadłem się na fantastykę. Jednak nowością to nie jest i w tamtej epoce też nie było.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Książki, Przeczytane i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

10 odpowiedzi na „Przeczytane w lutym 2018: Rowling, Friedman i Cameron

  1. Lurker pisze:

    „Do pokoju wchodzi służąca i wita ja tekstem w rodzaju: „Ty zdziro! Ukarać cię trzeba!”. Ktoś po prostu naoglądał się za dużo filmików w rodzaju „Sroga domina znęca się nad milfem”, „Nastolatek i sekret żeńskiego klasztoru” albo „Licealistki chcą wyruchać milionera”. Podając te przykłady mam na myśli konkretne sceny.”

    Wiesz, po twoim opisie, nie poczułem się zniechęcony do tej pozycji… 😉

    Co do „Bogactwo i nędza”
    Może to jest tak, jak to twoją awersją do „piekarzy”.
    Może w kręgach autora „stolarz” również jest jakimś szczególnym typem osobnika?

    • Chodzi mu o hipisa pochodzącego z rodziny amerykańskich WASP-ów, który rzucił studia, wybrał zawód stolarza i dał się zdeklasować Żydowi, Polakowi, Włochowi, Japończykowi i murzynowi z Jamajki (który to murzyn z jakiegoś powodu jest lepszy od murzyna z Ameryki).

      • Lurker pisze:

        Ale chodzi mu o kogoś konkretnego, znanego mu osobiście?

        Czyli książka pomimo zawartości merytorycznej i profesjonalizmu, przez ciebie przytaczanych, sama wzbudza co do samej siebie uzasadnione wątpliwości. Bo wychodzi na to, że cały ten profesjonalizm to miała być jedynie przykrywka dla WASP-owskiego bólu tyłka o to, że każdy może być przedsiębiorczy i się dorobić, jak rzekomo autor pochwala – a nie tylko „jedyna stworzona do tego” grupa. Z której zapewne i on sam się wywodzi.

      • Nie, bardziej chodzi o to, że strasznie dużo WASP-ów zostało stolarzami i teraz chcą od państwa pomocy społecznej z tej czy innej przyczyny. A powinni pracować na czarno, jak Polacy i murzyni z Jamajki.

      • Karoluch pisze:

        Ale w USA to lepiej mieć fach w ręku i być stolarzem czy hudraulikiem niż jakimś studentem gender studies czy „african history”, który potem tylko w McDonaldzie może mieć robotę.

  2. Wiktor pisze:

    A miałem już czytać Czerwonego rycerza, bo gdzieś polecali… Pewno mieli na myśli „dorosłe” i „mroczne” fantasy. Rozumiecie – „realizm”.
    Szkoda czasu na mierne, wtórne książki. Wezmę się lepiej w końcu za cykl Xanth.

  3. Karoluch pisze:

    Co do Harry’ego, to na allegro jest mnóstwo używek z „klasyczną” okładką 🙂

    Dlaczego stał się popularny? A któż to wie tak wyszło, jednemu się uda, a milionowi nie. W sumie to czemu takie 50 twarzy Greya się stało popularne? Wcześniej też przecież były softporno powieści dla kobiet, ale jednak ten gniot stał się światowym hitem.

    Co do Harry’ego i poszukiwania wydawcy przez Rowlingową, to podobna historia była z Lucy Mont Montgomery i jej poszukiwaniem wydawcy dla Ani z Zielonego Wzgórza, też to dopiero któryś tam wydawca opublikował i nie stracił na tym 🙂

    • Podobnie było z Frankensteinem, Carrie, Małe Kobietki, Życie Pi, Przeminęło Z Wiatrem, Diuną, Alechmikiem… Książki debiutantów ponoć zasadniczo przynoszą straty, więc nikt nie chce ich wydawać.

  4. Wiron pisze:

    Historia o tym że Harrego Pottera nikt nie chciał wydać jest mocno przesadzona. Rowling dostała jedynie 12 odmów, to poniżej przeciętnej. Oczywiście w porównaniu z sukcesem to i jedna odmowa urosła by legendą.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s